poniedziałek, 31 lipca 2017

Wychowywanie dziecka po traumie cz.2

W dzisiejszym poście chciałabym kontynuować trudny, ale jakże ważny temat dotyczący urazów, jakie doznały dzieci, zanim trafiły do adopcji. Przybliżę Wam rodzaje traumy i ich wpływ na dziecko.

Dla przypomnienia, trauma to emocjonalna odpowiedź na zdarzenie, które zagraża dziecku lub powoduje krzywdę fizyczną lub emocjonalną i może być wynikiem pojedynczego zdarzenia lub wynikać ze stałego narażenia na nią.





Miesiąc temu, moja starsza córka przeszła kurację antybiotykową związaną z anginą. Lekarstwo zniosła bardzo dobrze, zwłaszcza, że miało jej ulubiony kolor czerwony i smak truskawkowy. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że pozostawił on po sobie efekt uboczny w postaci zaparć. Po kilku dniach bez wypróżniania się, E. "urodziła" ogromny kamień, który zostawił w jej dziecięcej psychice taki uraz do załatwiania się, że przez ponad 3 tygodnie dostawała ataku histerii na widok nocnika, czy też samej toalety. Ból, który towarzyszył tamtemu wydarzeniu sprawił, że bała się, że się powtórzy. Codziennie więc, kupki lądowały w majteczkach, czasem nawet dwa razy dziennie. Wychodziły dopiero wtedy, gdy nie potrafiła już ich utrzymać. 
Od kilku dni wszystko wróciło do normy, ale kosztowało nas to wiele wysiłku i pracy, by odblokowała się i zaufała, że nie będzie ją już nic bolało.

Podałam Wam ten przykład nie bez powodu. A teraz wyobraźcie sobie dziecko, które miesiącami albo latami jest bite, poniżane, zamykane w komórce, wywożone do lasu, zastraszane. Wyobraźcie sobie dziecko, które musi dorosnąć za wcześnie, bo jego rodzice nie zapewnili mu należytego dzieciństwa, a zamiast tego okaleczyli być może na całe życie. Wyobraźcie sobie dziecko, które z takim bagażem doświadczeń musi zmierzyć się z otaczającym go światem i środowiskiem. Musi pójść do przedszkola, szkoły i tam funkcjonować. Wyobraźcie sobie takie dziecko, które nawet nie wie jak ma prosić o pomoc, często się boi, nie wierzy w siebie, nie wierzy w nikogo. 

Dzieci trafiające do adopcji, często z pozoru wyglądają jak gdyby wszystko było w porządku. Słodkie i grzeczne dziewczynki i chłopcy, niepewnie przytulający się do nowych rodziców. Ale za maską niewinnego dziecka, znajduje się bardzo zraniona dusza, czasem bardziej niż niejeden dorosły. Jeżeli chcemy im pomóc, musimy przede wszystkim zrozumieć naturę ich problemu.

Do potencjalnie traumatycznych wydarzeń dla dziecka należą:

* wykorzystywanie (fizyczne, seksualne, emocjonalne)
* odrzucenie
* odseparowanie od tych, których kocha
* prześladowanie (np. w szkole)
* bycie świadkiem krzywdy kogoś bliskiego, bądź ukochanego      zwierzęcia
* nieprzewidywalne zachowanie rodziców związane z ich uzależnieniem lub chorobą psychiczną
* bycie w rodzinie objętej nadzorem opieki społecznej



Trauma może mieć efekt na
 poprzez
Ciało
  • Nieumiejętność kontrolowania fizycznej odpowiedzi na stres
  • Chroniczną chorobę ciągnącą się aż do dorosłości (np.choroba serca, otyłość)
Mózg (myślenie)
  • Trudności w myśleniu, uczeniu się i koncentracji
  • Zaburzenia pamięci
  • Trudności w przeskakiwaniu z jednej myśli lub czynności  na drugą 
Emocje (odczuwanie)
  • Niska samoocena
  • Poczucie niepewności 
  • Nieumiejętność panowania nad emocjami 
  • Trudności w tworzeniu więzi z opiekunami 
  • Trudności w nawiązywaniu przyjaźni  
  • Problemy z zaufaniem
  • Depresja, niepokój i lęk
Zachowanie
  • Brak kontroli odruchów

  • Agresja, kłótnie, uciekanie z domu
  • Nadużywanie niedozwolonych substancji
  • Próby samobójcze

W swoim poście  Niegrzeczny? Bo adoptowany! pisałam o problemie postrzegania dziecka adoptowanego.
Etykietka "adoptowany" nie powinna być wyznacznikiem tego, że coś się z dzieckiem dzieje (zwłaszcza nie powinno być to przedmiotem sprawy dla obcych), ale dla nas rodziców, czy opiekunów, musi być sygnałem. Nasze dzieci w większości nie pochodzą z kochających, dobrze funkcjonujących rodzin i często doświadczają co najmniej jednej z powyższych sytuacji.


We wcześniejszym poście dotyczącym traumy pisałam, że to jaki wpływ ma ona na nasze dziecko zależy od kilku czynników. Między innymi są to:

Wiek: Im młodsze dziecko, tym bardziej podatne na traumatyczne wydarzenia. Nawet niemowlęta i małe dzieci, które w rzeczywistości nie potrafią jeszcze mówić o tym co się wydarzyło, "czują wspomnienia", które mogą zaważyć na ich samopoczuciu aż do okresu dorosłości.

Częstotliwość występowania: Wielokrotne doświadczanie tych samych bolesnych wydarzeń jest bardziej szkodliwe niż pojedyncza sytuacja.

Relacje i więź z innymi: Dzieci, które mają dobre i zdrowe relacje z rodzicami, czy opiekunami, mają większe szanse, by wyjść z traumy.

Pomocne umiejętności:  Takie cechy jak inteligencja, zdrowie fizyczne, wysoka samoocena, pomagają dzieciom poradzić sobie ze swoją przeszłością. 

Percepcja: jest bardzo ważnym czynnikiem wskazującym na to jak dziecko odczuwa poziom niebezpieczeństwa, w którym się znajduje. 

Wrażliwość: Każde dziecko jest inne. Niektóre są mniej, inne bardziej wrażliwe. 


Wpływ traumy różni się w zależności od dziecka i rodzaju przeżyć. Lista potencjalnych konsekwencji pokazuje, dlaczego tak ważne jest, by rodzice rozumieli co ono przeżyło. Właściwa pomoc i praca z nim mogą zmniejszyć lub nawet wyeliminować te negatywne konsekwencje.
Poprzez zwiększenie zrozumienia dla zachowania naszego dziecka, pomagamy mu poradzić sobie z przeszłością i zbudować nowe, prawidłowe relacje w naszej rodzinie. 

W kolejnej odsłonie postów z tego cyklu, napiszę o tym co możemy zrobić, by pomóc naszym dzieciom. 


* post ten powstał na podstawie własnej wiedzy i  doświadczeń, oraz zestawienia najważniejszych informacji przygotowanych przez https://www.childwelfare.gov/pubPDFs/child-trauma.pdf



page2image46416




czwartek, 27 lipca 2017

Mówić czy nie? A jeśli tak to co? Czyli o tym kim jest ta nowa dziewczynka w naszej rodzinie.

Niedawno miałam okazję gościć w ośrodku, na szkoleniu dla rodziców adopcyjnych. Po mojej prezentacji rozwinęła się bardzo fajna dyskusja na różne tematy związane z rodzicielstwem adopcyjnym. Jedna z par zadała bardzo ciekawe pytanie, ale ponieważ moje dzieci były malutkie, gdy znalazły się w naszej rodzinie, odpowiedź nie była dla mnie oczywista.


Jawność adopcji jest bardzo ważną kwestią w budowaniu prawidłowych relacji nie tylko z naszymi dziećmi, ale również z otoczeniem. Odpowiedź, nad którą zastanawialiśmy się wspólnie z przyszłymi rodzicami adopcyjnymi dotyczyła sytuacji, w której adoptujemy starsze dziecko. Nasza rodzina, przyjaciele, oczywiście są przygotowani na nowego członka rodziny. Ale jak wytłumaczyć kuzynom, że "właśnie urodziło nam się dziecko" i .... przedstawić im kilkulatka? 

Prawda. W przypadku adopcji zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. 

Pamiętacie małą Martę z mojego posta o Adopcji Dziecka Starszego? Przez długi czas, była ona bardzo dumna z tego, że została adoptowana. W jej przekonaniu, było to coś wspaniałego, czym można i nawet powinno się chwalić przed całym światem. I wiecie co? Dla innych dzieci, nie tylko z rodziny, słowo adopcja brzmiało chyba dokładnie tak samo jak jabłko czy obiad. Nawet dla dorosłych, którzy nie mieli nigdy z nią styczności, jest to pojęcie tak abstrakcyjne, że nie do końca zdają sobie sprawę z tego, co się tak naprawdę kryje pod tym pojęciem. Tym bardziej dzieci. One były zainteresowane tym, czy nowa kuzynka będzie się z nimi bawić, jakie ma zabawki, jaki pokoik. Dzieci w rodzinie przyjęły informację, że jest to dziecko Państwa X, nie zagłębiając się zbytnio w szczegóły. Owszem, chciały wiedzieć, skąd nagle wzięła się Marta, ale usłyszawszy, że Mama X miała chory brzuszek i nie mogła jej urodzić, najważniejsze było dla nich to, że się odnalazły. Dla dzieci bowiem, nie istnieje pojęcie matka biologiczna i adopcyjna. Istnieje tylko MAMA. Skoro więc Państwo X mówią, że to jest ich córka, to analogicznie jest to ich kuzynka. 

W pewnym jednak momencie Marta sama poczuła, że temat adopcji jest czymś, co powinna zachować tylko dla siebie. Mama nie naciskała, ale wytłumaczyła jej, że jest to taka informacja, którą powinna przekazać tylko zaufanym osobom. Tak się też stało. Gdy poszła do szkoły, nie powiedziała nikomu o swoim pochodzeniu. Wie tylko wychowawczyni, ale tę tajemnicę przekazała jej mama Marty w trosce o nią i jej adaptację w nowym środowisku. W rodzinie żadne dziecko nie kwestionuje jej przynależności. 

Prawda. Żyjąc nią możemy czuć się wolni i pewni, że na każdym etapie naszego życia i naszych dzieci, możemy spokojnie patrzeć w przyszłość. Prawda zawsze będzie prawdą, kłamstwo kłamstwem, nawet jeśli wszyscy wierzą, że nim nie jest. 

poniedziałek, 24 lipca 2017

Słowa jak bumerang, czyli o tym, że w życiu przecież tak bywa...

Właśnie weszliśmy w nowy etap w życiu naszego starszego dziecka. Słowo "czemu" i "dlaczego" pojawia się codziennie tysiące razy. Cierpliwie więc wytężam swoją wydawałoby się dość bogatą wyobraźnię, ale jak się okazuje, jest ona niczym wobec oczekiwań dziecka




Przeczytałam kiedyś, że jeśli chcesz wiedzieć dlaczego Twoje dziecko zachowuje się tak a nie inaczej, spójrz w lustro. I coś w tym jest. Jesteśmy przecież pierwszymi nauczycielami naszych pociech. Umieją to, co podpatrzą u nas. I na nic się zda mówienie, że brokuły są zdrowie, skoro my sami ich nie jemy. Dzieci nie będą bawić się na dworze, jeśli my okupujemy ulubiony kącik na kanapie.

To samo jest ze słowami. Codziennie przekonuję się, że wracają one do mnie jak bumerang. Nawet te, których nie miałam świadomości, że zostały gdzieś tam przez dziecko zakodowane. Któregoś dnia przesuwałam na tarasie ciężką donicę. E.widząc jak bardzo się z nią siłuję pyta:
 ~ Mamusia, ciężkie? 
Odpowiadam więc zgodnie z prawdą, że tak. Na to moje zatroskane dziecko z bardzo poważną miną pociesza mnie: 
~ Tak to już w życiu bywa mamusia, wiesz?
 Usłyszawszy to, musiałam mieć oczy wielkości co najmniej arbuza. E. natomiast uznała, że zostałam pocieszona, wróciła więc do zabawy z siostrą. 

Zauważyłam też, że niestety nie mogę sobie pozwolić na zbywanie pytania pierwsza lepszą odpowiedzią, która przyjdzie mi do głowy. Moje sprytne dziecko zadaje mi to samo pytanie kilka razy, a ja naiwna myśląc, że pyta, bo nie pamięta, wymyślam coś innego. Zdarzyło się więc, że usłyszałam np.
~Mamusia, przecież mówiłaś, że ten pies szczeka, bo jest głodny. Dlaczego mówisz, że szczeka, bo ktoś idzie?
No cóż, musiałam wytłumaczyć E., że obydwie odpowiedzi są prawdziwe. Spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem mówiącym "Coś mi tu...nie gra", ale przyjęła wyjaśnienie. Przynajmniej na jakiś czas.

Zakupy w jednym z supermarketów. Jak to czasem bywa, w galerii wystawiane są samochody, które można obejrzeć jak w salonie.
~Wow, jaki piękny ten samochód!, wykrzyknęła E. a ja zwróciłam swoją głowę w stronę lśniącego Volkswagena Arteon, stojącego na ekspozycji. ~Możemy wsiąść?
Oczami wyobraźni widziałam te klejące rączki jedzące wcześniej loda, dotykające skórzanej tapicerki samochodu za ponad 200 tys.złotych. Udało mi się jakoś odwieść moją starszą córkę od pomysłu zabawy, za to konwersacja trwała nadal:
~Kupimy sobie taki?, kontynuowała E.~Nie kochanie, niestety nie mamy tyle pieniążków.~A czemu? ~Bo to autko jest bardzo drogie a tatuś i ja nie zarabiamy tyle pieniążków.~A czemu?
 Dobre pytanie, pomyślałam i zwróciłam się do męża.
~No właśnie tatuś, czemu nie zarabiamy tyle pieniążków, żeby nas było stać na auto za 200tys?, zapytałam z uśmiechem.
Mąż spojrzał na mnie wzrokiem takim, że wiedziałam, że w głowie już planuje zemstę, ale udało mu się wybrnąć mówiąc:
~Może jak tatuś znajdzie nową pracę to będzie zarabiał więcej.
Uff. Taka odpowiedzieć usatysfakcjonowała nasze dziecko. Upewniła się jeszcze pytając "Tak?" i po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi, udaliśmy się na parking i weszliśmy do naszego samochodu. Za zdecydowanie mniej niż ten wybrany przez E.

Nie tylko słowa fascynują moje dziecko, ale również wszystko to co robię.
~Czemu mamusia tak ułożyłaś włoski?~Czemu tak patrzysz na to drzewo? (nawet nie wiedziałam, że patrzyłam na nie w jakiś wyjątkowy sposób)~Czemu się podrapałaś?~Czemu tak pokroiłaś ten chlebek?
To tylko kilka z ciekawych pytań, które słyszę codziennie. Ma to też i dobre strony. Dzięki jej spostrzegawczości, czuję się doceniona, gdy jako pierwsza mówi mi:

~Mamusia, masz nowe kolczyki. Śliczne. Jak będę duża to pożyczysz mi?
~Ale pięknie wysprzątałaś! 

Fascynacja 3-latka światem jest dla mnie wielkim wyzwaniem. Pytania, do których odpowiedzi są trudne i wymagają wytężonej pracy naszego mózgu niczym dobrego procesora, pojawiają się na każdym etapie dnia. Nagle stało się ważne dlaczego światło świeci, czemu ptaki śpiewają i dlaczego samoloty latają. Już nie wystarczy, że światło po prostu świeci, ptaszki śpiewają i jest fajnie a samoloty sobie latają. No cóż, chyba sama muszę zadać sobie parę pytań w ramach samoświadomości. Choć pewnie to i tak nie pomoże. Dziecięca wyobraźnia i logika jest jak wszechświat. Niepojęta, nieodgadniona, nieskończona ale jakże piękna w swej tajemniczości. 


piątek, 21 lipca 2017

Gdy choroba nie ma wsparcia-historia o małym Filipku.

Dzieci przychodzą do nas z pewnym bagażem. Pisałam ostatnio o traumach przez jakie muszą przejść zanim do nas trafią (jeśli oczywiście mają szczęście, bo jakże wiele z nich tkwi w Domach Dziecka przez wiele lat choćby przez nieuregulowaną sytuację) 
Dziś chciałabym Wam opowiedzieć dwie historie. Historia główna to losy Filipka, natomiast dla kontrastu wspomnę również na końcu o pewnych bliźniakach.


Rodzice Filipka mieszkają w pewnej podwarszawskiej miejscowości uważanej od zawsze za miejsce, gdzie domy mają ludzie bogaci i wpływowi. Ukryte pośród drzew piękne, ogromne wille (bo to już nie są zwykłe domy) stały się symbolem przynależności do pewnej elity. 
Rodzice Filipka długo nie myśleli o dzieciach. Zajmowała ich raczej kariera, przyjmowanie gości, wyjazdy zagraniczne w towarzystwie znajomych. Mijały lata i część z owych przyjaciół doczekała się potomstwa, więc państwo X zaczęło czuć się trochę nieswojo słuchając historii o kupkach, ciuszkach, chorobach. Uśmiechając się i robiąc dobrą minę do złej gry, byli w pewnym stopniu wyalienowani. W pewnym momencie uznali więc, że przyszedł czas, by i oni mieli dziecko. Nie z jakieś wielkiej potrzeby serca, ale przede wszystkim po to, by móc być częścią tej grupy ludzi. Wtedy i oni będą mogli czynnie brać udział w radosnych pogawędkach na temat swoich pociech. 

Z zajściem w ciążę nie było problemu (a jakże by inaczej) i urodził się śliczny chłopczyk, któremu nadano imię Filipek. Radość z macierzyństwa nie trwała długo, Pani X szybko wróciła do pracy, oczywiście zapewniwszy wcześniej opiekę do Filipka w postaci poleconej opiekunki. Najważniejsze, że teraz należała już w pełni do swojej elity - była matką pełną gębą. 
Filipek niby rozwijał się normalnie, jednakże gdy skończył 2 latka, coś zaczęło niepokoić opiekunkę ( tak tak dobrze czytacie, nie matkę a opiekunkę) Zaczął się dziwnie zachowywać, miał ataki histerii, tak jakby lękowe. Coraz bardziej zaczął się w sobie zamykać, mieć swój świat. Matka przez długi długi czas winiła za to okres buntu dwulatka, mówiła, że na pewno przejdzie i nie miała zamiaru podejmować kroków, by sprawdzić, czy aby na pewno rozwój przebiega prawidłowo. Wszystko miało przejść, ale jakoś nie przechodziło. Zaczęła się więc zastanawiać, czy może jednak opiekunka nie ma racji. Sama spędzała z dzieckiem tak mało czasu, że nie była w stanie wychwycić żadnych anomalii rozwojowych u własnego syna. 
Gdy Filipek skończył 3 latka Państwo X zdecydowali się na wizytę u specjalisty. Okazało się, że cierpi on na autyzm. Na taką diagnozę Państwo X nie byli przygotowani. Przecież dziecko miało być przepustką do ciekawszego życia, a nie uciążliwym obowiązkiem.
Informacja o chorobie syna, nie zmieniła podejścia jego rodziców, nie skruszyła ich serc, nie wzięli oni odpowiedzialności za pomoc swojemu jedynemu dziecku. Odpowiedzialność tę zrzucili na opiekunkę, dając jej więcej pieniędzy. To ona kocha Filipka bardziej niż jego własna mama, to ona jest z nim na co dzień, kiedy ma ataki i potrzebuje wsparcia (mama zamyka go w pokoju i czeka aż się wyciszy), to ona próbuje pomóc mu radzić sobie z chorobą. Ale cóż może zrobić kobieta, która nie ma żadnej wiedzy na temat autyzmu, nie wie co jest dla dziecka dobre. To zresztą nie leży w jej gestii, przecież to nie jest jej syn. 

Jola urodziła w maju osiem lat temu upragnione bliźniaki. Radość nie trwała długo, gdyż u jednego z nich wkrótce stwierdzono wady rozwojowe. Kiedy dzieci miały 6 miesięcy, mąż uznał, że to zbyt duże dla niego obciążenie i nie jest w stanie poradzić sobie z chorym dzieckiem. Odszedł. Jola nie miała nawet czasu na załamanie, przecież dwoje dzieci miało tylko ją. Od tamtej pory zmaga się z troskami dnia codziennego w pojedynkę. Syn został w późniejszym czasie zdiagnozowany w kierunku autyzmu. Jola woziła go do specjalnego przedszkola, co pół roku wyjeżdża z nim na specjalne obozy przygotowane specjalnie dla dzieci z tą chorobą. Kosztują one nie małe pieniądze, więc Jola musi pracować, by na rehabilitację zarobić. Wie, że jest to ważne, gdyż zajęcia prowadzone są z psychologami i dzięki nim jest widoczna poprawa. Jola chciałaby poznać jakiegoś mężczyznę, z którym mogłaby dzielić swoje życie, ale musiałaby znaleźć kogoś o bardzo wielkim sercu, kto odważy się rozpocząć życie w tej wyjątkowej rodzinie. Drugie z bliźniąt, córka, jest zdrowe, uczy się bardzo dobrze i bardzo wspiera swojego brata.

Opowiedziałam Wam te dwie historię, by kolejny raz dam Wam świadectwo tego, iż problemy zdrowotne mogą pojawić się nie tylko z adoptowanym dzieckiem. Ważna jest nasza gotowość do pomocy, jeżeli taka sytuacja będzie mieć miejsce. Nie ważne, czy dziecko będzie mieć autyzm, FAS, czy też zwykłą chorobę typu grypa, nie wyobrażam sobie, by być tak obojętnym na drugiego człowieka jak rodzice Filipka. Dzieci adoptowane cierpią nie tylko z powodu różnych chorób, ale również z powodu tego co przeszły. Tylko dzięki naszej pracy, zaangażowaniu i bezgranicznej, bezwarunkowej miłości, będą w stanie wyjść na prostą.

środa, 19 lipca 2017

Mały Światek znów na szlaku!


Kontynuując naszą wyprawę "Szlakiem Orlich Gniazd", dziś zapraszamy Was do Mirowa i Bobolic.







Mirów

Zamek w Mirowie został zbudowany w czasach Kazimierza Wielkiego, około połowy XIV w., choć przypuszcza się, że już wcześniej istniały w tym miejscu drewniano-ziemne zabudowania. Początkowo warownię tworzyła kamienna strażnica podległa pod pobliski zamek w Bobolicach, która wraz z nim wchodziła w skład systemu obronnego znanego dziś jako właśnie Orle Gniazda.

Strażnicę bardzo szybko rozbudowano do rozmiarów zamku. Warownia została nadana jako lenno Władysławowi Opolczykowi przez Ludwika Węgierskiego, jednak za prowadzenie wrogiej Polsce polityki Władysław Jagiełło odebrał ją.


Zamek w Mirowie mocno ucierpiał podczas potopu szwedzkiego, kiedy zniszczono znaczną część murów. Mimo podjętych przez właścicieli prac remontowych powoli popadał w ruinę i ostatecznie został opuszczony w 1787 r. 

Warownia stała się źródłem kamiennego budulca dla okolicznych mieszkańców, co przyspieszyło jej spustoszenie.






W 2006 r. rodzina Laseckich – obecnych właścicieli zamku – rozpoczęła prace zabezpieczające mające na celu ratowanie tego zabytku. Na zlecenie przedstawicieli rodziny: senatora Jarosława W. Laseckiego i jego brata Dariusza Laseckiego rozpoczęto szereg badań, na podstawie których opracowywany był optymalny sposób zabezpieczenia ruin. Prace odbywają się pod nadzorem specjalistów.


Obecnie nie jest możliwe zwiedzanie wnętrza zamku, który ze względu na zagrożenie jakie stwarza dla turystów, musiał zostać ogrodzony. Docelowo zamek w Mirowie zostanie udostępniony dla ruchu turystycznego, planowana jest również częściowa rekonstrukcja zawalonych ścian. W zabezpieczonych i zaadaptowanych pomieszczeniach znajdzie się centrum obsługi turystycznej oraz muzeum.





Do sąsiedniego zamku w Bobolicach prowadzi czerwony szlak. Podąża on niewysokimi, słabo zarośniętymi wzgórkami, na których gdzieniegdzie wyrastają wapienne skałki. 


Bobolice

Królewski zamek w Bobolicach został zbudowany przez króla Polski Kazimierza Wielkiego.W 1370 r. ówczesny król Polski Ludwik Węgierski nadał zamek swojemu krewnemu Władysławowi Opolczykowi. Ten 9 lat później przekazał go swemu dworzaninowi Andrzejowi Schóny, który zamek przekształcił w zbójecką twierdzę. 



W czasie potopu szwedzkiego, w 1657 r., Szwedzi mocno zniszczyli zamek. W XVII i XVIII w. zamek zaczął popadać w ruinę. Gdy w 1683 r. król Jan III Sobieski w drodze do Krakowa zatrzymał się na zamku w Bobolicach, jego orszak musiał nocować w namiotach.

Pomimo prób ratowania zamku popadał on w coraz większą ruinę. W XIX w. w podziemiach zamku znaleziono skarb. Poszukiwacze skarbów dopełnili reszty zniszczenia. Po drugiej wojnie światowej mury zamku zostały częściowo rozebrane i posłużyły do budowy drogi łączącej Bobolice z Mirowem.



Pod koniec XX w., rodzina Laseckich , podjęła się wyzwania odbudowy tego zamku. W czerwcu 2011 r. relacja z odbudowy pojawiła się w światowych mediach. Oficjalne otwarcie zamku po dwunastu latach prac nastąpiło 3 września 2011 r. Z okazji otwarcia swoje listy gratulacyjne przesłali prezydent RP Bronisław Komorowski, marszałek Sejmu oraz premier. Odbudowa w kształcie przybliżonym do wyglądu zamku w XVI w., została zrealizowana pomimo braku jakichkolwiek planów, szkiców czy rysunków zamku; jego kształt odtworzono na podstawie zachowanych ruin, posiłkując się wiedzą historyków i archeologów. W pracach wykorzystywano wyłącznie tradycyjne materiały (głównie kamień wapienny), opracowano też specjalną zaprawę murarską. Sama rekonstrukcja wzbudzała i nadal wzbudza kontrowersje i krytykę różnych środowisk. Obiekt jest określany jako Disneyland, kiepska atrapa zabytku, specjaliści zwracali uwagę na brak zachowanych źródeł odnośnie dawnego wyglądu.



Ruiny zamku przed rekonstrukcją











Legendy

* XV-wieczne kroniki mówią o przedstawicielu rodu Krezów, który porwał i więził w bobolickim zamku swoją bratanicę. Podobno do dziś straszy ona na murach warowni jako biała dama.

* Istnieje także legenda mówiąca o dwóch braciach bliźniakach, właścicielach zamków w Mirowie i Bobolicach. Według ludowych podań wykopali oni tunel między dwoma warowniami, aby móc częściej ze sobą rozmawiać w odosobnieniu, bez udziału świadków. Pewnego dnia weszli oni w posiadanie wielkiego skarbu – ukryli go w tunelu, a na straży postawili odrażającą czarownicę, odstraszającą swym wyglądem potencjalnych złodziei. Bracia doskonale się rozumieli i gotowi byli zrobić dla siebie wszystko. Ich przyjaźń została jednak wystawiona na ciężką próbę, gdy jeden z nich przywiózł z wyprawy wojennej piękną dziewczynę. Podejrzewając brata bliźniaka o podkochiwanie się w kobiecie, zamknął ją w podziemiach obok wspomnianego skarbu. Pewnego razu, pod nieobecność czarownicy, która wieczorami udawała się na sabat na Łysej Górze, nakrył parę kochanków w skarbcu. Rozgniewany zamordował brata, a dziewczynę zamurował w lochach zamku. Do dziś ma ona straszyć na zamkowej baszcie.

* W XIX w. w podziemiach warowni znaleziono ogromny skarb. Istnieje przypuszczenie, że jego część może znajdować się we wspomnianym w legendzie tunelu między Bobolicami a Mirowem.

Informacje praktyczne

Przy ruinach w Mirowie znajduje się zajazd, w którym można coś przekąsić. Sporym atutem jest spory, bezpłatny parking.
W Bobolicach również znajdziecie restaurację, tym razem bardziej elegancką.



Warto odwiedzić te dwa miejsca i połączyć przyjemny spacer z ociupinką historii.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Traumatyczna przeszłość naszych dzieci cz.1


Wszystkie adoptowane dzieci przeżywają pewnego rodzaju traumę, nie ważne, czy zostały rozdzielone z matką biologiczną zaraz po porodzie, czy też w późniejszym swoim życiu. Traumą bowiem, określamy każde stresujące wydarzenie, które przedłuża się, jest przytłaczające i nieprzewidywalne.

         W dzisiejszym poście, chciałabym skupić się na życiu naszych dzieci zanim do nas trafiły. Moja wiedza opiera się na wieloletnich obserwacjach, czytaniu odpowiedniej literatury oraz informacjach od innych ludzi związanych z tematem. Nie jestem psychologiem, zatem poniższy tekst należy potraktować jako przykład, który może posłużyć głębszemu rozumieniu tego, co przeżywają lub mogły przeżywać nasze dzieci. Jeżeli zauważycie jakiekolwiek niepokojące zachowanie, na pewno należy poszukać fachowej pomocy.

       Z dziećmi z traumą w zasadzie każdy z nas spotyka się na co dzień. Rozejrzawszy się wokół siebie zobaczysz chłopca pochodzącego z rodziny w której króluje alkohol, usłyszysz jak sąsiad bije żonę a dziecko jest świadkiem awantury,  dowiesz się jak mocno córka koleżanki przeżywa rozwód swoich rodziców.
Decydując się na adopcję dziecka, większość z nas ma tę świadomość, że nasze dzieci przychodzą do nas z przeszłością, o której wiemy tylko tyle, ile nam przekazano. 
Trauma niektórych z nich trwa dotąd dokąd nie poradzą sobie z nią one same, albo ciągnie się za nimi przez całe życie.

Dzieci, które nie trafiają do adopcji.

           Gdy byłam mała, moja mama pracowała w placówce, gdzie pod swoją opieką miała biologiczne rodziny zastępcze w postaci dziadków i cioć, które próbowały zastąpić dzieciom rodziców. W większości były to rodziny biedne, gdzie babcie nieudolnie przejmowały obowiązki swojego syna czy córki, którym zostały odebrane prawa rodzicielskie. Niestety ich opieka niejednokrotnie kończyła się na zapewnieniu dziecku miski ciepłej zupy, zupełnie zaś nie radzili sobie z faktycznym wychowaniem swoich wnuków. Dzieci często chodziły brudne, miały problemy z nauką, z zachowaniem, babcia i dziadek nie byli dla nich w żadnej mierze autorytetem. 
W tamtych czasach, zwykle odbierano prawa rodzicielskie ze względu na alkoholizm lub zaniedbanie (np.gdy matka zostawiała dziecko i wyjeżdżała gdzieś w Polskę) Dzieci były bite, zostawiane same w domu, były świadkami libacji alkoholowych w których niejednokrotnie musiały uczestniczyć, były zamykane same w komórkach, by nie przeszkadzały dorosłym. To tylko kilka z przykładów tego, co musiały przeżyć, podczas gdy ich rówieśnicy mogli bawić się na placu zabaw.

Spotkałam również Maćka i Agnieszkę, rodzeństwo, które uprosiło swoją babcię, by oficjalnie przyjęła ich do siebie, ale tak naprawdę to wychowywali sami siebie nawzajem. Maciek był starszy, opiekował się więc swoją siostrą, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że jeśli oni sami nie podołają poukładać swojego życia. Jakże szczęśliwy był, kiedy to udało mu się zdać maturę. Po ukończeniu pełnoletności, mógł zamieszkać sam, starał się o oficjalną opiekę nad siostrą. Rodzeństwo to mogło zacząć pić tak jak ich rodzice, ale byli na tyle silni, na tyle ze sobą związani i zmotywowani, że postanowili zmienić swój los, swoje przeznaczenie.

Mama mojej koleżanki z bloku, miała dzieci średnio co dwa lata. W którymś momencie Kaśka zajmowała się Magdą, Magda Martą a potem urodził się jeszcze Pawełek. Najstarszy brat i drugi ciut młodszy, oboje siedzieli już w tym czasie w więzieniu. Mamusia sprowadzała do domu "przyjaciół", którzy wraz z nimi imprezowali w jednym z dwóch blokowych pokoików. Bóg jeden raczy wiedzieć co działo się za zamkniętymi drzwiami.

Rodzice Kasi byli uważani za zgodne małżeństwo. Zamożni, prowadzący własną firmę ludzie, nagle rozstają się. Poukładany świat dziewczyny, która zaledwie miesiąc temu zaczęła liceum, legnie w gruzach. Co gorsza, za jakiś czas, mama wychodzi za mąż za brata swojego ex-męża. Czy to wszystko było ukartowane? Czy romans trwał już od jakiegoś czasu, a ona o tym nie wiedziała, czy po prostu zaczęło się coś wtedy, gdy mama już była wolna? Tego nie dowie się nigdy. Pytania zawsze zostawały bez odpowiedzi. Rodzice tłumacząc się ciężkim okresem w swoim życiu zapomnieli, że życie ich dziecka w tym momencie również przestało być takie samo. Kasia wyjechała z miasta.

Ja dorosłam, osoby opisane wyżej lepiej lub gorzej poradziły sobie z piętnem swojego dzieciństwa, jednak pojawiły się nowe dzieci z traumą. Czasy być może się zmieniły, koszmar dzieci w niektórych rodzinach nadal trwa.

Jest Julka, której mama celowo zaszła w ciążę, by zatrzymać przy sobie jej ojca, a gdy po kilku latach i tak postanowił ją zostawić, wykorzystała ją do walki z nim jak jakiś przedmiot.

Jest Weronika, której mama poznała nowego "tatusia" i przestała się nią interesować.

Jest Basia, której mama nie jest ani pijaczką, ani narkomanką, ale ma wobec niej chore ambicje, by dziewczynka osiągnęła wszystko to czego ona nie mogła. Jeździ na koniu, chodzi na zajęcia z angielskiego, niemieckiego, francuskiego, pływa, tańczy, chodzi na karate. Mama nigdy nie jest do końca zadowolona.

I mamy też przykład Krzysia, który jest słabym uczniem i marnym sportowcem a co za tym idzie pośmiewiskiem całej klasy. Często jest smutny.


Dzieci, które trafiają do adopcji krótko po urodzeniu.

Idąc na pierwsze spotkanie do ośrodka, któż z nas nie marzył o przysposobieniu niemowlęcia. Większość z kandydatów chciałaby przejść wszystkie etapy rodzicielstwa od pieluszek po obowiązek szkolny. Marzymy o tym, by być dla dziecka tą jedyną rodziną, którą będzie pamiętać. Myśląc zatem o traumie, myślimy, że nas nie będzie to dotyczyć. Część ośrodków praktykuje tzw. preadopcję, czyli niemowlę trafia do swojej rodziny w zasadzie w ekspresowym tempie. Jak to więc możliwe, że przebywając w kochającym środowisku, dziecko przejawia oznaki traumy?

Matki biologiczne podchodzą do ciąży w różnoraki sposób. Pisałam o nich w poście O matkach biologicznychPomimo tego, iż dziecko trafi do nas zaraz po porodzie, musi jeszcze przejść przez okres prenatalny. Większość z nas niewiele wie o tym, co naprawdę działo się przez ten okres 9 miesięcy. Mamy informację, że matka piła lub nie, być może była uzależniona od narkotyków. Płód może więc odczuwać nienawiść ze strony matki biologicznej lub ogromny stres, związany z niemożnością zaopiekowania się swoim dzieckiem i decyzją o oddaniu go do adopcji (dotyczy oczywiście tych kobiet, które np.oddają swoje dzieci z powodów ekonomicznych)
To, że dzieci odczuwają wszystko, przekonałam się na przykładzie mojej znajomej Basi, która będąc w ciąży była poddana tak silnemu stresowi, że dziecko urodziło się z nerwicą. 



Dzieci adoptowane w późniejszym wieku


Trauma u dzieci adoptowanych w późniejszym wieku przyjmuje formę nawracających lęków, związanych z długotrwałym stresem. Wchodząc w nową rodzinę, czują się niepewne i nieufne. Ich koszmar skończył się tylko pozornie, bowiem jeszcze przez wiele lat będzie wracać do nich coś, co nazywa się ponownym doświadczaniem. Może być to zwykła sytuacja, która przypomni dziecku coś, co wywoływało lęk i sprawi, że uruchomią się u niego te same mechanizmy obronne, które działały wcześniej.
Jako przykład podam tu historię pewnej dziewczynki, adoptowanej jako pięciolatka, która w swoim domu rodzinnym często chowała się pod stół, który funkcjonował jako jej azyl przed rodzicami. Ten sam schemat powtarzała w swojej rodzinie adopcyjnej (mimo, iż teoretycznie jej koszmar się skończył) oraz w przedszkolu (gdy np.nie radziła sobie z jakąś sytuacją) W domu mama pracuje z nią, by takie zachowania wyeliminować, natomiast w przedszkolu mogą one przejść w zasadzie niezauważone (nie jest to dziwne, że dziecko w wieku przedszkolnym wchodzi pod stół) 

Nauczyciele i nawet rodzice, mogą nie zauważyć pewnych zachowań, które świadczą o tym, że dziecko jest ofiarą traumy. 

Część z nich będzie z powodzeniem strzegła traumatycznych wspomnień i śladów przeszłości. Ponowne doświadczanie jest znakiem, że dziecko aktywnie próbuje poradzić sobie z traumatycznym przeżyciem. Sytuacje, które powodują uruchomienie tego mechanizmu, często są przypadkowe, zupełnie nieplanowane i nieświadome.

Zabranie dziecka ze środowiska powodującego traumę, nie usuwa niestety wszystkich wspomnień. 


              W tym poście przedstawiłam tylko kilka sytuacji, w których dzieci z różnych powodów nie miały, czy też nadal nie mają normalnego dzieciństwa. Nasze dzieci przychodzą do nas z bagażem, w którym spakowana jest przeszłość ich i ich rodziców biologicznych. Paradoksalnie można powiedzieć, że część z nich ma szczęście, bo adopcja i kochająca rodzina daje im szansę na zbudowanie od nowa swojego życia. Niczym ogromne puzzle muszą one ułożyć nowy obraz, który mimo, iż będzie się składał z wielu części, to powstanie z niego coś, co będzie tworzyło logiczną całość.

Dzieci przeżywają różne rodzaje traumy, do końca nigdy nie będziemy wiedzieć co tak naprawdę przeżyły. Wiedzą to tylko one, a nie koniecznie będą chciały nam wszystko powiedzieć.  To jak sobie z nią radzą, zależy od wielu czynników, na pewno trzeba zagłębić się w temat, by w pełni zrozumieć, jak pomóc naszym dzieciom. Jak twierdzą psychologowie, musi minąć wiele czasu (jak wspominałam kiedyś co najmniej tyle, ile dziecko było bez nas), by poradziły sobie z urazami z przeszłości. 
Niektóre z nich nigdy w pełni nie dojdą do siebie, każdy z nas przecież zna dorosłych, którzy kroczą przez życie ze złamanym sercem i poranioną duszą.
Osierocenie, czy to przy porodzie, czy też w starszym wieku, zostawia na psychice ślad. Być może na zawsze.



Trauma u dziecka jest szczególna, ponieważ dotyka je na najbardziej czułym i krytycznym etapie życia, kiedy to dokonuje się jego psychiczny rozwój. Rozpoznanie i uznanie problemu jest tu kluczowe, by mu pomóc.

wtorek, 11 lipca 2017

Niegrzeczny? Bo adoptowany!

Czy czytając jakiegoś bloga zastanawialiście się kiedyś, kto siedzi po drugiej stronie monitora? Kim jest tak naprawdę ta osoba, której posty czytam. Czy jest wysoka? Szczupła? Sympatyczna? Załóżmy, że nie ma nigdzie jej zdjęć, więc ocena wyglądu jest tu niemożliwa. Co możemy powiedzieć o tym jaki ktoś jest na podstawie tego jak i co pisze (zakładając, że nie udaje oczywiście)? Każdy na pewno ma jakieś wyobrażenie tego kogoś. Wyobrażenie, które niekoniecznie jest prawdziwe. Na potrzeby tego posta, zdradzę Wam jeden szczegół z mojego wyglądu, bowiem sama jestem przykładem tego, jak pewne cechy czy informacje mogą ukształtować opinię o nas i nierzadko  wyrządzić nam krzywdę.

A więc uwaga! Na mojej buzi, oprócz uśmiechu, znajdziecie mnóstwo piegów (zwłaszcza latem) I choć czasem chciałabym wtopić się w tłum, niestety zawsze się wyróżniam. Moja mama dobrze wiedziała, że świat dzieci potrafi być okrutny. Od samego początku więc, przygotowywała mnie do akceptacji mojego bądź co bądź innego wyglądu. I wiecie co? Pomogło! Nigdy nie miałam problemu z moimi piegami, a to za sprawą "Biedroneczki są w kropeczki", które codziennie mi śpiewała. Nigdy nie pomyślałam o piegach jako coś złego czy dziwnego, podobały mi się, bo były częścią mnie. Kształtowanie poczucia własnej wartości, miało tu kluczowe znaczenie. Bo nawet, jeśli było mi przykro, gdy ktoś powiedział coś nie tak, to nigdy nie czułam się gorsza jako osoba. 

Kiedy dziecko jest małe, nie chce się wyróżniać, pragnie być takie samo jak inne dzieci, mieć takie same zabawki, oglądać takie same filmy. Dopiero gdy dziecko dorasta, kształtuje się w nim potrzeba indywidualności, czegoś co by go identyfikowało. Ale często taka indywidualność jest postrzegana jako dziwactwo. No bo czy zbieranie znaczków w naszych czasach jest popularne? Pewnie nie, więc i taka osoba do popularnych należeć nie będzie. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.

Z drugiej strony, jeżeli dziewczyna pozna chłopaka z południa Europy, oh, koleżanki będą zazdrościć. Bo przecież jak nic jest przystojny, zabawny, romantyczny i jest najlepszym kochankiem na świecie. No cóż, jeszcze go nie widziały, ale to południowiec, więc tak być musi. 

Przyklejanie etykiety jest chyba charakterystyczną cechą człowieka. Szufladkujemy nie tylko osoby nowo poznane, ale  również naszych przyjaciół. 
Niegrzeczny? Bo adoptowany! Od zawsze słyszałam od starszych, że z dzieci z domu dziecka nic dobrego nie wyrośnie. Najpierw tysiące epitetów w kierunku rodziców biologicznych (no bo jak z matki pijaczki może wyrosnąć porządny obywatel) kończywszy na samych dzieciach. 
Ja osobiście jak wiecie otwarcie mówię o tym, że jestem mamą adopcyjną, ale nie wszędzie. Póki tylko nie jest to konieczne, chcę uniknąć takiego właśnie przyklejania etykiety na moich dzieciach.
Bo skąd ktoś może być aż takim ekspertem, żeby dać mi gwarancję, że zachowanie mojego dziecka wynika z tego, że zostało adoptowane (czyli np. zaczęły wychodzić jakieś deficyty) a nie ze zwykłego jego rozwoju.
Przykład? Któregoś dnia, musiałam w żłobku podpisać uwagę, gdyż E. popchnęła i ugryzła słabsze dziecko. Wychowawczyni wprawdzie tłumaczyła, że "to normalne", ale potem zasugerowała, że można wprowadzać jakąś tam metodę zajmującą się eliminowaniem agresji u dzieci. Agresji? O co chodzi? 
Po jakimś czasie to E. została ugryziona przez kolegę, który wydaje się być bardzo spokojnym chłopcem. I tak to działa u dzieci w wieku, w którym dopiero uczą się one swoich emocji, panowania nad nimi, odróżniania dobra od zła. 
W żłobku nikt nie wiedział, że dziewczynki są adoptowane. Nie wiem, czy gdyby byli tego świadomi, nie słyszałabym ciągle, że trzeba być ostrożnym, przeciwdziałać, bo nie wiadomo skąd te dzieci pochodzą itd. 
Czujność rodzica? Tak. Etykietka? Nie. Nie pozwolę, żeby kiedykolwiek ktoś zarzucił moim dzieciom jakieś zachowanie tylko dlatego, że są adoptowane. Dzieci biologiczne też zachowują się różnie. Są mądre i są też takie, które są mało zdolne, są posłuszne i są niegrzeczne. 

Na szkoleniu w ośrodku, dowiedzieliśmy się, że dzieci adoptowane ZAWSZE mają zaniżone poczucie wartości. Ważne jest więc, żeby od pierwszych chwil razem (czy adoptujemy niemowlę, czy starsze dziecko) dać im poczucie, że niczym się nie różnią od rówieśników.

Marka ojciec pije, więc i on pewnie skończy jako alkoholik.
Czarek jest informatykiem, jak nic jest nudziarzem.
Olga pracuje jako asystentka prezesa, na pewno więc z nim sypia, inaczej nie dostałaby tej pracy.

Ludzie zawsze będą szufladkować innych. Taka jest chyba ich natura. To prawda, stereotypy na pewno nie biorą się znikąd. Ale generalizowanie potrafi boleć. Pewnie są i adoptowane dzieci, które skończyły pod przysłowiową budką z piwem, ale czy etykietka "adoptowany" oznacza, że to dziecko nie ma już szans na dobrą przyszłość?  To nie piegi (lub ich brak) czynią z kogoś dobrego lub złego człowieka. To nie biologia sprawia, że wychowujemy Einsteina czy pracownika fizycznego. 

Staram się każdego dnia, by tak jak moje piegi, adopcja nie sprawiała, że moje dzieci będę czuć się gorszymi ludźmi.

sobota, 8 lipca 2017

Wartości w życiu rodziny - książka o rozwijaniu wrażliwości

Chciałabym przedstawić Wam dziś wyjątkową książkę, którą polecam również jako prezent np.na Chrzest dziecka. Znajdziecie tu podpowiedzi jak w naturalny sposób wpajać dzieciom najważniejsze wartości. Różne propozycje aktywności dla całej rodziny, poprzedzone są cytatem biblijnym i krótką refleksją. 
Książka jest raczej przeznaczona dla starszych dzieci i ich rodziców, ale myślę, że można wybrać niektóre elementy już dla malucha, który dopiero uczy się nazywać to co czuje i rozumieć, co czują inni. 









Udało nam się również dokupić kilka brakujących książeczek o Zuzi z serii Mądra Mysz. Dziewczynki bardzo je lubią, starsza identyfikuje się z bohaterką, nie rzadko jest dla niej wzorem zachowań (np. Zuzia nie korzysta z pomocy nieznajomego)

Dla tych, którzy serii tej nie znają, poniżej kilka zdjęć. Szczerze polecam!


 "Zuzia na plaży"






"Zuzia jedzie na piknik"


"Zuzia jest chora"







piątek, 7 lipca 2017

Całusy? Tak, ale nie dla wszystkich!

Jako, że wczoraj, 6 lipca, przypadał Światowy Dzień Pocałunku, chciałam podzielić się z Wami taką myślą na temat całowania.



Ogólnie nigdy nie należałam do osób, które obnoszą się swoim przywiązaniem i miłością do płci przeciwnej obściskując się w miejscu publicznym. Już nawet jako nastolatka wstydziłam się choćby trzymania za rękę, o pocałunku to nawet nie wspomnę!

Z dziećmi jest trochę inaczej, ich ciałko czy to małe czy już większe, jest po prostu stworzone do całowania i przytulania! 

1) Całusek dla niemowlaczka.

Buźka, rączki, nóżki, jakie to cudowne jak mamusia, czy tatuś mnie tak "miziają" A co tam, uśmiechnę się do nich, niech się cieszą ;)

2) Porządne "brzuszkowanie" 

To całowanie brzuszka wraz ze smyraniem oczywiście wzbogacone o wszystkie możliwe odgłosy.

3) Całusy "za karę"

Gdzie mi tu uciekasz ty nieznośny szkrabie!, mówiliśmy z uśmiechem, gdy raczkujące dziecko próbowało coś zmajstrować i czmychnąć do drugiego pokoju. Musi być kara! Mocne całowanie brzuszka! Maluch się śmieje, całujemy i mówimy do niego Błagaj o litość!

4) Całusek, który ma moc.

Jak już nic nie pomaga, on pomaga zawsze! W paluszek, paznokietek, włosek, brzuszek, nawet w brudną nóżkę. Ma lecznicze właściwości, więc każdy musi go mieć pod ręką. 

Boli cię mamusia?,  dziecko całuje naszą rankę.
I już! Nie boli!, słyszę. 
Jak nie boli to nie boli ;)

5) Całus na szybko

To taki rodzaj całuska przy pożegnaniu. Raz, dwa, całus i pa pa.

6) Całus na zaspokojenie.

Potrzebuję miłości!, krzyczę i już jakaś chętna znajdzie się do zaspokojenia potrzeby całuskiem. Uwaga, działa też odwrotnie!

7) Całusek interesowny.

No cóż. Bywają i takie sytuacje, że nie chcę czegoś dzieciom dać. Wtedy starsza przybiega i mówi: To ja dam całuska! myśląc, że się ugnę ;)
Tu całusek nie zawsze działa, ale zawsze jest odwzajemniony.

8) Całus na przeprosiny.

Zawsze kruszy me serce. Gorzej jak dziewczyny przepraszają siebie, bo jedna daje całusa a druga zwykle ryczy...

Całusek tu, całusek tam, całusek zawsze czeka na chętnego. Ale nie zawsze.
Jest jedna rzecz, której nie lubię. Nie wiem, może jestem dziwna, jeśli tak to wybaczcie. Ja wręcz nie znoszę, gdy ktoś całuje moje dzieci w usta... Jestem na to szczególnie wyczulona. Czy to ciotka, czy koleżanka, nie daj Boże nieznajoma. Sama tego nie robię i nie pozwalam całować moich dzieci. Nie wiem co ludzie mają, ale uwielbiają całować małe dzieci w usta. Brr. Pomijam, że przenoszą jakieś zarazki ;) to po prostu tego nie lubię.

Nie znoszę też, jak starsi wręcz zmuszają dzieci do całowania dorosłych. Pocałuj ciocię, przecież dała ci zabawkę, mówi rodzic i taka sierotka mała staje na palcach i daje całusa, choć wcale nie ma na to ochoty. A zwykłe Dziękuję nie wystarczy?

Ostatnio babcia poszła z E. na plac zabaw, na który przyszła też inna babcia z dzieckiem w podobnym wieku. Na odchodne tamta mówi do wnuczki Pocałuj dziewczynkę i zrób papa. 

No papa rozumiem, podać rączkę też, moje nawet żółwika przybiją, ale całować obce dzieci? Nie widzę w tym sensu.

Całuski? Tak. Ale nie dla każdego i nie od każdego. Są częścią naszej więzi z dzieckiem i są wyjątkowe, zarezerwowane dla najbliższych. Jeśli dziecko samo wykazuje dobrą wolę, by obdarzyć nim dziadka, czy ciocię, proszę bardzo! Ale nie w usta. No cóż ja zrobię, taki akurat mam kaprys.

środa, 5 lipca 2017

Adaptacja dziecka w żłobku i przedszkolu

Kiedy dziecko idzie do żłobka, czy przedszkola, kończy się pewien etap nie tylko w jego życiu, ale także w życiu rodzica. Wciąż pamiętamy naszego szkraba totalnie zależnego od nas, kiedy to byliśmy całym jego światem. Kiedy przychodzi ten czas, by dziecko zaczęło edukację przedszkolną, czy żłobkową, musimy zaakceptować inny świat, świat, w którym nie ma dla nas miejsca. Dlatego ważne jest, by mieć pewność, że decyzja wysłania dziecka do żłobka/przedszkola jest słuszna i wybraliśmy do tego najlepszą placówkę.

Dziś chciałabym napisać wam o swoich doświadczeniach ze żłobkiem, przygotowaniem do niego i do edukacji przedszkolnej. Napiszę wam czego możecie się spodziewać, co możecie zrobić, by przedszkole, czy żłobek było miejscem, w którym dziecko chętnie spędza czas i do niego wraca. Opiszę też reakcje moich dzieci na początku i jak zmieniały się w czasie tego całego roku.

Kiedy dziewczynki miały odpowiednio rok i dwa lata, musiałam wrócić do pracy.

Żłobek, opiekunka czy przedszkole?

Znaleźć dobrą opiekunkę, to jak szukanie igły w stogu siana. Jeżeli nawet uda nam się znaleźć odpowiednią osobę, okazuje się, że większość z nich zajmuje się tylko i wyłącznie opieką nad dzieckiem (czytaj, pilnuje, żeby sobie nic nie zrobiło), za każdą dodatkową usługę, taką jak sprzątanie, gotowanie, prasowanie, trzeba po prostu dopłacić. Nie wspominając o obowiązkach takich jak edukacja i praca z dzieckiem. W naszych rejonach, za podstawową opiekę nad dzieckiem trzeba zapłacić co najmniej 2000zł. 

My postanowiliśmy, że wyślemy obie dziewczynki do żłobka. Wybraliśmy żłobek państwowy, nowo utworzony, znajdujący się w budynku świeżo po remoncie. Na szczęście obie nasze pociechy zostały przyjęte, jednak do dwóch różnych grup, najmłodszej i średniej.

Jeżeli dziecko ma ok 2.5 roku, możemy starać się o przyjęcie do prywatnego przedszkola.

Jak przygotować dziecko do adaptacji w żłobku czy przedszkolu?

1. Moja osobista rada. Przede wszystkim to my, rodzice musimy pogodzić się z tym, że dziecko w pewien sposób nas opuszcza i idzie do przedszkola. Większość z nas jest tak wystraszona myślą, że ich dziecko będzie nagle pozostawione samo sobie, że paraliżujący strach widoczny jest na kilometr. Dziecko wyczuwa nasze lęki doskonale. Co z tego, że będziemy mu mówić, że przedszkole jest wspaniałe, skoro sami w to nie wierzymy lub boimy się?
Rodzice powinni mieć nastawienie pozytywne, przyjazne i wspierać dziecko w trudnych chwilach. To właśnie oni odgrywają kluczową rolę w adaptacji. 

Z moich obserwacji, wiele osób ma z tym ogromny problem. Do tej pory wszystko wiedzieli, wszystko kontrolowali, reagowali i wychowywali po swojemu. Nagle przychodzi im się zmierzyć z pojawieniem się innych w życiu dziecka. 

2. Aby przygotować dziecko na rozstanie i oswoić go z tą myślą, można na długi czas przed rozpoczęciem roku opowiadać mu szczerze o wszystkim co je czeka. 
My podkreślaliśmy, że żłobek jest fajny, jest dla dużych dzieci i tak jak mamusia czy tatuś idą do pracy, tak dzieci idą do żłobka. Wybiegaliśmy na tyle w przyszłość, że pokazywaliśmy dziewczynkom nie tylko żłobek, ale i przedszkole i szkołę do której w przyszłości pójdą.

W opowiadaniu o typowym dniu, pomoże nam w tym książeczka Dzień Malucha z wydawnictwa Olejesiuk.





3. Tak naprawdę do pójścia do przedszkola, czy żłobka, przygotowujemy dzieci od urodzenia. Stawiajmy więc na samodzielność, otwartość na inne dzieci, odwagę i asertywność.
 My dziewczynki na każdym kroku staramy się przygotować do trudnych sytuacji w przyszłości, wiemy, że przecież prędzej, czy później one nastąpią, a my nie zawsze będziemy z nimi, by pomóc.



Od czego zależy przebieg adaptacji u dzieci?

Przebieg adaptacji zależy od wielu czynników:

1. Wieku dziecka

Moja młodsza córka miała 13 miesięcy, kiedy pierwszy raz została sama w placówce. Starsza miała nieco ponad 2 lata. Różnica między nimi była taka, że podczas, gdy E. doskonale rozumiała, po co i gdzie idzie, to u J. widziałam, że boi się, czy w ogóle po nią wrócimy. 
Z dzieckiem starszym, idącym do przedszkola, nie powinno być problemu jeśli chodzi o zrozumienie całej sytuacji, natomiast musi ono poczuć na własnej skórze, że mama faktycznie go odbiera. Zwykle trwa to do 2 tygodni.

2. Charakteru

Już w tym wieku widać, które dzieci są przebojowe, a które ciche. Pomimo, iż starsza jest dzieckiem bardzo emocjonalnym, nie było problemu z adaptacją. Musieliśmy natomiast "wynagrodzić" jej naszą nieobecność po powrocie do domu. (o tym niżej w tekście)

3. Z kim przebywało dziecko do tej pory.

Jeżeli dziecko przebywa tylko i wyłącznie z mamą, tatą, czy babcią, na pewno nie będzie przygotowane do rozłąki tak jak te, które miały kontakt z innymi dziećmi - dziećmi znajomych i obcymi (choćby zwykłe pójście na plac zabaw czy też do centrum handlowego, w którym jest dużo ludzi)

4. Jak silna jest więź między nami a dziećmi. 

Jeżeli jesteśmy typem rodzica, który stale ochrania dziecko i izoluje je od świata, na pewno początki będą dla niego ciężkie. Będzie musiało zacząć funkcjonować w świecie, którego nie zna.

Pomimo tego, że jesteśmy bardzo ze sobą związani, jest między nami bardzo głęboka więź, to wiedzieliśmy, że nadszedł ten moment, w którym dziewczynki muszą zostać same bez nas. W pewnych momentach życia, serce musi niestety przegrać z tym co podpowiada rozsądek.

5. Czy dziecko zostawało pod opieką osób trzecich.

Warto zostawić od czasu do czasu dziecko zaufanej osobie. U nas dziewczynki zostawały wprawdzie tylko z dziadkami, dało im to jednak przekonanie, że są bezpieczne i zawsze wracamy. 


W związku z tak dużą zmianą w życiu dziecka, może pojawić się:

  • płaczliwość
  • zmiany nastrojów
  • trudności ze spaniem, budzenie się
  • napady agresji, buntu
  • zmniejszenie apetytu
  • wymioty, bóle brzucha, biegunka
  • lękliwość, apatia
  • cofnięcie się nabytych już umiejętności
Pojawienie się tych objawów zależne jest od stopnia dojrzałości układu nerwowego u dziecka, dojrzałości emocjonalnej, odporności psychicznej i umiejętnego przygotowania do żłobka/przedszkola.

W żłobku czy przedszkolu, maluch musi nauczyć się nowego planu dnia, spania w nie swoim łóżeczku, samodzielnego spożywania posiłków, dyscypliny i funkcjonowania w grupie. 

U nas w domu, od samego początku królował schemat dnia, powtarzany przez nas codziennie do bólu. Dzięki temu, dziewczynki doskonale wiedziały, kiedy jest czas na zabawę, na posiłki, a kiedy na mycie ząbków i pójście spać. Powtarzalność, która nam dorosłym wydaje się nudna, dla dziecka jest zbawienna. Dzięki temu czuje się bezpieczne. Tego właśnie musi nauczyć się w przedszkolu. Gdy to się stanie, pójście tam nie będzie nigdy stanowiło problemu. Akceptacja i poznanie nowych osób i nowego miejsca wymaga czasu, tak jak dla nas dorosłych, ale przecież i my w końcu uczymy się, gdzie stoi ekspres do kawy w naszej nowej pracy :)

Jak pomóc dziecku w pierwszym miesiącu pobytu w żłobku czy przedszkolu



Zasada numer 1.

Czas po przyjściu do domu zarezerwowany jest tylko dla dzieci!

Obojętne, czy jesteśmy zmęczeni, czy zdenerwowani, czy też mamy ochotę po prostu odpocząć, czas po odebraniu dziecka z przedszkola musimy poświęcić jemu. 
Z ciekawości wam powiem, że u nas dziewczynki nie chciały się bawić, ani oglądać bajek, ani nic jeść. Przez pierwsze 2 tygodnie siadały nam na kolanach i po prostu się przytulały. 

Zasada numer 2.

Interesujemy się tym, co dziecko robiło w przedszkolu, niech opowiada nam ze szczegółami o nowych kolegach, koleżankach,"ciociach" 

Starsza przez pierwszy miesiąc nie chciała nic wspominać o żłobku po odebraniu jej. Zachowywała się trochę tak, jakby była obrażona, że ją zostawiamy. Na szczęście szybko ten okres minął i potem zawsze opowiadała co wydarzyło się w ciągu dnia, pokazywała na prace wywieszone w szatni, była z nich dumna.

Zasada numer 3. 

Jeżeli to możliwe, odbieramy dziecko na zmianę lub razem, zabierając dzieci w jakieś miejsce, gdzie możemy spędzić fajnie czas. Stałym naszym punktem programu było wspólne chodzenie na żłobkowy plan zabaw, jeżeli oczywiście pogoda na to pozwalała.

Zasada numer 4.

Poświęcamy więcej czasu dzieciom w weekendy. Muszą poczuć, że jest to dzień wyjątkowy, bez przedszkola, spędzony z mamą i tatą. Nawet jeśli są to zwykłe zakupy, robienie obiadu, niech maluch bierze w nich aktywny udział, czuje się potrzebny.

Zasada numer 5.

Jeżeli to możliwe, zabieraj dziecko wcześniej przez pierwszy tydzień. Czas mija szybko, zanim dzieci pobawią się i zjedzą, już po nie przyjedziemy.

Zasada numer 6. 

Dajmy dziecku ulubioną przytulankę. Niech wie, że nie idzie do żłobka/ przedszkola samo.

Zasada numer 7. 

Nie przedłużajmy pożegnań! Mimo, iż sami mamy ochotę płakać, dajmy dziecku szybkiego całusa i wyjdźmy. Im dłużej będziemy z nim stać w szatni, tym będzie gorzej, a dziecko i tak nie przestanie płakać, bo nie przyjmuje żadnych naszych wyjaśnień i argumentów.
My mamy żelazną zasadę- całus, przytulenie i KOCHAM CIĘ 

Jeśli pozwala na to organizacja, nie odprowadzaj dziecka pod salę, przedłuży to bowiem cały proces rozstania.


PODSUMOWANIE

Proces adaptacji w żłobku dziewczynki przeszły bardzo łagodnie. W opinii, które dostały na koniec roku napisano, iż szybko dostosowały się do warunków i zasad tam panujących.

Przyznam wam, że zdarzyło mi się raz mieć kryzys. Któregoś dnia (było to na samym początku), E. niezbyt dobrze się czuła rano, być może nie była wyspana, w każdym razie jakaś taka rozdrażniona. Całą drogę płakała, że chce zostać w domu ze mną. Wiedziałam, że nie mogę się ugiąć, choć sama miałam łzy w oczach. Poza tym musiałam w tym dniu być w pracy.
Rozstając się z nią szybko, wyszłam przed budynek i pierwszy raz dałam upust swoim emocjom. Zakładając ciemne okulary, beczałam jak małe dziecko. Najbardziej bolała mnie myśl, że moje dziecko jest tam samo, nieszczęśliwe. 
Postanowiłam zwolnić się wtedy z pracy i odebrać obie dziewczynki po obiedzie, przed leżakowaniem. Kiedy zaszłam do żłobka, zastałam zdziwioną, śpiącą E. pytającą mnie dlaczego nie idzie spać z innymi dziećmi. Od opiekunki dowiedziałam się, że płakała zaledwie minutę, aż do podania śniadania, kiedy to "weszła już w swój rytm" To był ten moment, kiedy wiedziałam, że muszę zaufać. Zaufać placówce i wychowawczyniom. Tak też się stało. Żłobek stał się drugim domem w życiu dziewczynek, ciepłym miejscem do którego wchodząc czuło się rodzinną i domową atmosferę. Opiekunki, tzw. ciocie, witały wszystkie dzieci tak, jakby witały kogoś ze swojej rodziny. Dziewczynki zaakceptowały je i pokochały. 

Bywając w żłobku w ciągu dnia, nigdy nie słyszałam, żeby jakiekolwiek dziecko płakało. Płacz kończył się w szatni, lub w sali po wyjściu rodzica.

Według psychologów, proces adaptacji w żłobku czy przedszkolu przechodzi każde dziecko i jest on przejściowy! Trwa zwykle od 2 tygodni do miesiąca. 
Nie taki diabeł straszny jak go malują. Wasze dziecko doskonale odnajdzie się w żłobku czy przedszkolu. Musicie tylko w to uwierzyć :)

*powyższy test dotyczy zarówno żłobka jak i przedszkola, gdyż proces adaptacji jest podobny. Do najstarszej grupy chodziły dzieci powyżej 2.5 roku życia, więc były niewiele młodsze od 3-latków, które idą już do przedszkola.