wtorek, 22 sierpnia 2017

Maluchy pod namiotem

 Nasi znajomi przecierali oczy ze zdumienia, kiedy dowiedzieli się, że zabieramy nasze maluchy w tak długą podróż i to jeszcze nie do hotelu. No bo cóż może być przyjemnego w kilkunastogodzinnej podróży samochodem, spaniu prawie pod chmurką przy niemożliwej do przewidzenia pogodzie? Jak się okazuje, taki wyjazd może przynieść wiele korzyści, zarówno nam jak i naszym dzieciom




Uchodźcy


Jak wiecie nie była to nasza pierwsza wyprawa, ale wyjazd pod namiot samemu to pikuś w porównaniu z wyprawą z dziećmi. Już na samym początku okazało się, że maluchy pod namiotem to oprócz wielu innych aspektów, przede wszystkim sprawa organizacji tego co mamy ze sobą zabrać.
Gdy zobaczyłam ilość rzeczy jaka miała zmieścić się do naszego samochodu, zaczęłam wątpić, czy w ogóle się spakujemy. Nasz pojemny i wystarczający do tej pory bagażnik, zapełniał się tak szybko, że ze strachem obserwowałam czy jeszcze coś się w niego zmieści. Wszystkiego było dużo i bynajmniej nie były to ubrania. Namiot, nasz materac, materace dla dziewczynek, stoliczek, krzesła i inne typowo kempingowe wyposażenie gabarytowo zajmowało strasznie dużo powierzchni. Do tego nasza ukochana przyczepka rowerowo-spacerowa, bez której nasze wędrówki nie mogłyby mieć miejsca sama w sobie nie należała do najmniejszych. 
I tu ukłony dla mojego męża, który jest po prostu mistrzem w upychaniu i logicznym rozmieszczaniu rzeczy w samochodzie. Do maximum potrafi wykorzystać każdą szparkę, schowek czy lukę jaką producenci samochodu przygotowali na takie sytuacje. Mamy więc zgrany duet - ja szykuję klamoty a on je ładuje.

Na pół godziny przed wyjazdem, dziewczyny już siedziały w samochodzie kręcąc na przemian kierownicą i naciskając wszelkie możliwe przyciski. Kiedy weszłam do garażu, E. krzyczy do mnie próbując być głośniejsza niż muzyka którą puściły z siostrą z radia:
~Mamusia, imprezę mamy! 
Wariatkowo. 
Znosimy resztę rzeczy, ja kończę kanapki i wyjeżdżamy. Jeszcze tylko tankowanie, bo niestety nie udało nam się tego zrobić dzień przed i ruszamy! Do przejechania mamy jakieś 500km i będziemy nocować w motelu przy granicy. Wyglądamy trochę jak uchodźcy i już wiemy, że w przyszłym roku bagażnik samochodowy na który brakło już w tym roku funduszy to konieczność.

Zderzenie z rzeczywistością


Do naszej pierwszej bazy noclegowej, kempingu położonego bezpośrednio nad jeziorem bodeńskim przy granicy z Niemcami, docieramy stosunkowo wcześnie. Mamy sporo czasu, by na spokojnie rozbić namiot i przenieść rzeczy. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nasze kochane dzieci, nagle uwolnione z kajdanów jakimi są pasy bezpieczeństwa, zaczęły biegać jak oszalałe. Dopadły jakieś szwajcarskie rodzeństwo i szaleli już we czworo. Mój biedny mąż starał się jak najszybciej rozłożyć namiot, podczas gdy ja próbowałam na migi dogadać się z partnerami zabaw E. i J. , którzy potrafili porozumiewać się tylko w swoim nadal dla mnie niezrozumiałym dialekcie, będącym mieszanką niemieckiego, francuskiego, holenderskiego i Bóg wie jeszcze jakiego dziwnego języka. I jak wytłumaczyć im, że ciągnięcie za ręce po trawie dwulatki nie jest dobrym pomysłem pomimo, że ona aż kwiczy z zadowolenia? 

Rozłożenie obozowiska okazało się więc nie tak proste jak pamiętaliśmy to z naszych wypadów we dwoje. Pomiędzy szaleństwem dzieci i spełnianiem ich nagłych zachcianek, budowaliśmy więc nasz dom na te kilka dni.

~ Mama, siku! Dobry Boże, gdzie ten cholerny nocnik. Gdzieś go tutaj stawiałam przecież. Mąż wzrusza ramionami, jak gdyby chciał powiedzieć, żebym jego o takie rzeczy nie pytała, wszak jego osoba jest zajęta przecież stawianiem namiotu.
~ Pić! Tam stoi butelka! krzyczę a kątem oka widzę drugą córkę biegnącą po swoją osobistą buteleczkę, która gdzieś się zawieruszyła. Nie mogę znaleźć. Podziel się z siostrą, proszę E. , która najpierw odwraca się i mówi, że nie, by w końcu oddać siostrze swoją wodę. Uff. Może będę mieć kilka chwil. 
No gdzie tam. 
~Zostawcie te hulajnogi! 
~Czemu? słyszę swoje ulubione pytanie i tłumaczę dlaczego nie mogą ruszać nie naszych rzeczy.
Wtedy, w tamtym momencie, wiedziałam, że albo opanuję ten chaos, albo naprawdę osiwieję przez ten wyjazd.


Nocowanie i błogi sen pod chmurką


To jak dziewczynki będą znosiły nocleg w namiocie, zastanawiało mnie od samego początku. Nasz namiot posiada dwie oddzielne sypialnie, więc po cichu liczyliśmy na to, że całą noc dziewczynki będą spały u siebie. I powiem wam, że nie przeliczyliśmy się. Kilka  razy zdarzyło się, że któraś przyszła do nas, ale gdy usnęła to odnosiliśmy ją z powrotem do siebie (niestety nasz materac ledwo mieścił nas oboje w wygodnej pozycji a lubiące rozpychać się dziecko na pewno nie ułatwia dobrego snu...)
Nie wiem, czy to świeże powietrze tak na nie działało, czy duża ilość ruchu sprawiła, że dziewczynki pięknie przesypiały noc, ale przychodziły do nas nie wcześniej niż przed 8. 
Spanie na materacyku pod kołderką sprawiło im dużo radości. Sama pamiętam z dzieciństwa, że zabawy i spanie we wszelkiego rodzaju namiotach czy też udawanych namiotach w postaci koca położonego na krzesłach, świecenie latarką i jedzenie kanapek na materacu zamiast porządnie przy stole, to jedne ze szczęśliwszych momentów z tamtych czasów. 


Deszczyk sobie a my sobie


No cóż, pogoda nie okazała się dla nas łaskawa w pierwszym tygodniu naszych wakacji. Po kilku upalnych dniach, przyszedł deszcz i ochłodzenie. Widząc niezbyt optymistyczną prognozę na kolejne kilka dni, postanowiliśmy zrezygnować z kilku planowanych punktów i przenieść się dalej na zachód, nad jezioro genewskie w nasze ukochane okolice. Tam aura miała okazać się łaskawsza. I tak było, choć przez półtora dnia padało i padało i końca nie było widać. 
Pewnie zastanawiacie się jak namiot przeżył dwa żywioły w postaci naszych kochanych córeczek? Przeżył, i to całkiem nieźle :)
Na takie okazje zaopatrzyliśmy się już w domu przygotowując ulubione zabawki, książeczki i filmy.
Każde dziecko jest oczywiście indywidualnością, więc trudno znaleźć tu takie rzeczy, które zadowolą każdego. U nas sprawdziły się między innymi klocki Lego z ulubioną księżniczką Zosią i Myszką Mini, ciastolina Play Doh z serii fabryka lodów i deserów, figurki zwierząt do zabawy, książeczki z naklejkami i zagadkami oraz do czytania seria o Zuzi. Razem przygotowaliśmy obiadek, zrobiliśmy deserek i naszykowaliśmy się na wyjście z namiotu. 
Nawet gdy pada deszcz, można przecież gdzieś iść. A gdzie najlepiej czuły się nasze pociechy? A no na automatach, które stały w budynku kempingowym przy restauracji! Wreszcie mogły bez ograniczeń kręcić kierownicą i naciskać co się da! Wieczorem wybraliśmy się też na występ zespołu, który wprawdzie składał się z jakichś podstarzałych śpiewaków amatorów, ale znane przeboje w ich wykonaniu zachęcały do poruszania się w lewo i prawo. Zwłaszcza przy takiej pogodzie. 
E. oczywiście wyciągnęła mnie pod samą scenę, pomimo moich oporów pokazania się w dresie i adidasach wśród elegancko przygotowanych na tę okazję Szwajcarów. Tak więc mała dziewczynka w pelerynce i kaloszach oraz jej mamusia w spodniach dresowych i bluzie, które przyszły tylko na chwilę zobaczyć kto tak śpiewa, stały się tak widoczne jak słoń w składzie porcelany. Pan małżonek pod pretekstem zajmowania się zmęczoną J. zasiadł na jednej z ław.

Brzydka pogoda na kempingu może zepsuć plany, ale nie powinna zepsuć humoru. Dla nas był to czas, by pobyć razem, zakopać się w jedną kołderkę i obejrzeć jakąś fajną bajkę, czy też pobawić się ulubioną zabawką. Jeśli mamy ochotę wyjść na zewnątrz, nie widzę przeszkód. Od czego są kalosze, pelerynki przeciwdeszczowe i parasole. Zła aura chyba bardziej dokucza dorosłym niż dzieciom. 


Suchą bułkę mi daj


Im mniejsze dziecko, tym mniejszy problem z jedzeniem jakie zabieraliśmy ze sobą na wyjazdy poza dom. Mleko, słoiczek z ulubionymi potrawami było najszybszą formą zadowolenia małego brzuszka. Ale jak poradzić sobie z gotowaniem dla spragnionych dwudaniowych obiadów dziewczynek? 
W tym roku zaszaleliśmy i zakupiliśmy w Lidlu przenośną, można powiedzieć kempingową kuchenkę indukcyjną. I wiecie co? Jest rewelacyjna. Szybko i bez problemów można ugotować zupkę, makaron, ziemniaki, cokolwiek przyjdzie wam do głowy. Zrezygnowaliśmy oczywiście z dwóch dań na korzyść jednego, co ku naszej uldze zostało przyjęte z aprobatą. Nasza dość mała lodówka też sprawdziła się wspaniale - dało upchnąć się w niej garnek z zupą na drugi dzień.
Od samego początku dbałam o to, by dzieci miały zapewnioną odpowiednią ilość mleka, warzyw, owoców itd. I nie powiem. Nie ma problemów z tym, żeby dziewczynki jadły zdrowo, ale co było ich ulubionym jedzeniem na kempingu? Sucha bułka! 

Moje dziecko czy nie moje?


Wakacje pod namiotem to wyjątkowy czas, w którym można jak nigdy poznać swoje własne dziecko i obserwować je w różnych sytuacjach. Z każdym dniem poznawaliśmy się na nowo, zaczęłam rozumieć pewne zachowania, wypróbowywać różnorakie metody radzenia sobie z pewnymi problemami. Podpunkt ten rozwinę w osobnym poście, ale z pewnością był to czas, w którym nauczyłam się swoich dzieci na nowo. A przede wszystkim myślę, że udało nam się wzmocnić łączącą nas więź. 

Ja chcę tak jak mama i tata


Pobyt na kempingu to wspaniały czas, by bez ograniczeń pozwolić dziecku na naśladowanie tego co robimy i włączenie go w każdą wykonywaną przez nas czynność. No prawie każdą ;) Oczywiście gdy dziewczynki zobaczyły gumowy młotek do wbijania śledzi, to koniecznie chciały pomagać wbijać nie tylko śledzie. Słowa "Nie dotykaj, nie ruszaj i nie wolno" nabrały szerszego znaczenia. No bo jak schować nóż przed dwulatką skoro wszyscy znajdujemy się na tak małej powierzchni? Przecież tylko chciała pomóc kroić mięsko... 
Dziewczyny z wielkim zainteresowaniem obserwowały jak stawał nasz namiot, pomagały nosić rzeczy z samochodu, nakrywały do stołu, szykowały swoje krzesełka. Po tygodniu pobytu E. przytulała się do namiotu mówiąc Kocham nasz namiocik, jest najładniejszy.

Siup w szlafroczek i pod deszczownicę


Przed wyjazdem zastanawiałam się też jak dziewczynki poradzą sobie z myciem. Wprawdzie uwielbiają kąpiele, ale co w domu to w domu. Trudno było przewidzieć jak maluchy zachowają się w dużej, wspólnej z innymi ludźmi łazience. 
Żeby ułatwić sobie całą procedurę mycia, rozbieraliśmy je w namiocie i zakładaliśmy szlafroczki. Dzięki temu uniknęliśmy ściągania ciuszków w małych, niezbyt wygodnych kabinach prysznicowych. Ja zabierałam pierwszą kandydatkę do bycia czystą  pod prysznic, a mąż czekał na zewnątrz z drugą, która stojąc w swoim kolorowym szlafroczku i klapciuszkach japonkach, wywoływała uśmiech na twarzy przechodzących ludzi. 
Siup pod deszczownicę, myjemy się raz dwa i gotowe! Wymieniamy się z mężem dziećmi, on zabiera czystą pannę do namiotu i ubiera, a ja kąpię kolejną i razem wracamy.
Dziewczynki bardzo dobrze zniosły mycie w miejscu bądź co bądź publicznym. Jedyną rzeczą, która nie dawała E. spokoju było to, dlaczego kąpiemy się w klapkach...

Może tu, może tam, ważne, żeby było gdzie poszaleć


Na naszym głównym kempingu w Lozannie, spędziliśmy 10 nocy. Kemping ten swoim wyglądem przypomina troszkę okres PRL, na pewno przydałby mu się solidny remont, ale ma tę największą jak dla nas zaletę, że jest pięknie położony nad samym jeziorkiem genewskim. Sam kemping jest czysty, duży i wygodny, ale jeśli chodzi o luksusy to na pewno nie sklasyfikuję go w szwajcarskiej czołówce.
Szwajcarskie kempingi cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem, w części włoskiej, na południu, znalezienie miejsca w sezonie graniczy z cudem. Ale ogólnie wybór jest bardzo duży. Jeżeli kiedykolwiek będziecie wybierać się w te rejony z dziećmi, na pewno szukajcie takiego, który będzie miał plac zabaw odpowiedni do wieku waszego dziecka. W Lozannie placyk jest mały, ale naszym dzieciom wystarczyły te dwie huśtawki, zjeżdżalnia i piasek do zabawy. Namiot rozbiliśmy w jego pobliżu, więc same biegały i bawiły się z innymi dziećmi. 
Inne kempingi na których byliśmy mają baseny a nawet czasem spore AquaParki. Na pewno jest co robić i gdzie poszaleć :)

Bo ogry są jak cebula


Jak to kiedyś powiedział Shrek. I to bynajmniej nie dlatego, że śmierdzą jak niesłusznie skomentował jego stwierdzenie Osioł, a dlatego, że mają warstwy. 
Ogólnie noce były dość ciepłe, około 18 stopni, ale prognozowane 11 przez kilka z nich sprawiło, że przygotowaliśmy się na nie niczym wspomniane ogry: koszulka, piżamka z długim rękawem, bluza i na to ciepły szlafroczek. Do tego podwójne spodnie od piżamki a wszystko przykryte kołderką i kocykiem. No. Wreszcie cieplutko. Można iść spać. 


Na kempingach w Szwajcarii spotkaliśmy różnych ludzi. Emerytów, spędzających nad jeziorem czy też w górach cały okres wakacji, oraz rodziny z dziećmi, czasem bardzo malutkimi. Na krótko wpadali też podróżnicy, spędzali jedną czy dwie noce i jechali dalej. Ludzie bogatsi i mniej bogaci, skromniejsi. Był też samotny ojciec z dwójką dzieci, jak domyślam się po rozwodzie, spędzający pod namiotem swój czas na opiekę nad dziećmi. Jedno jest pewne, kemping to specyficzny klimat. Nie mieliśmy tu wygodnych łóżek, nie mieliśmy telewizji, nie było udogodnień w postaci zmywarki czy mikrofalówki. Ale za to był czas na wszystko to na co najważniejsze dla nas i naszych dzieci.

~Mamusiu, przyjedziemy jeszcze kiedyś na kemping?, zapytała E. kiedy wyjeżdżaliśmy. Oczywiście, że tak!, odpowiedziałam, a w głowie miałam już tysiące nowych pomysłów na wycieczki. Teraz czas wrócić do rzeczywistości i zbierać fundusze na kolejne wojaże :)









11 komentarzy:

  1. Pięknie ;)
    I jakie wspomnienia dzieciom zostaną.
    Wspólny namiot, wspólne wieczory... Może być jeszcze bliżej??
    Pozdrawiam i winszuję
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) A może Wy dołączycie do kempingujących w następnym roku?
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    2. @izzy
      Jeszcze te wakacje się nie skończyły. Ale już chyba można planować następne.

      :)

      Usuń
    3. My lubimy planować wakacje w długie, zimowe wieczory. Nawet jeśli nic z tych planów nie wychodzi i zmieniają się jeszcze tysiące razy, to jakoś tak cieplej się robi choćby od patrzenie na zdjęcia :)) Polecam!

      Usuń
  2. Nie ma to, jak czytanie ze zrozumieniem. Ja Was wysłałam do Szwecji. Tak, tak... Choć pewnie to tylko kwestia czasu, jak podbijecie z namiotem Skandynawię :) Pierwsze koty za płoty i nawet nie osiwiałaś. Daliście radę i fantastycznie spędziliście czas. Te wyjazdy na pewno będą niezapomniane, a namiocik ukochany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eh przykro mi, że Cię rozczarowałam, bo pisałaś, że mąż chciałby jechać w te rejony :( Do Skandynawii chyba nie prędko pojedziemy, bo jest tam strasznie drogo, za drogo na nasz budżet. Choć jest jeszcze światełko w tunelu, bo u męża w pracy coś wspominali o szkoleniu w Sztokholmie a wtedy zrobię wszystko, byśmy z dziewczynami jak rzepy przykleiły się do tego wyjazdu (oczywiście płacąc za siebie, żeby nie było;) Także kochana powiedz mężowi, że szansa jakaś tam jest :) Szwajcarskie klimaty też by Wam się spodobały. Widok Alp na tle zielonych łąk i krystalicznie czystych, niebieskich jezior jest bezcenny.
      P.S. Do namiociku mam dwa zastrzeżenia, ale o tym jeszcze napiszę. Najważniejsze, że jest ukochany ;)

      Usuń
    2. Przemyślcie jeszcze tę Skandynawię póki dziewczyny małe - w Norwegii dzieciaki do 4 lat zazwyczaj za nic nie płacą (nocleg na campie, bilety) więc nie musi wyjść dużo drożej niż Szwajcaria. A nocleg w namiocie za Kołem Podbiegunowym bezcenny ;-) .

      Usuń
    3. No proszę, nie wiedziałam o tym :)) Nocleg w namiocie z dziećmi za Kołem Podbiegunowym brzmi jednakowo fascynująco co przerażająco ;)
      Dziękuję za komentarz.

      Usuń
  3. Kemping można zrobić także w domu. Nie zabraknie na nim dobrej zabawy i zacieśniania więzi między dzieckiem a rodzicami. Zapraszamy na www.mamapotrafi.pl :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie zaglądałam kilka dni, a tu proszę, ile nowości! Fantastyczna relacja. Przypomniałaś mi bardzo wiele zdarzeń z mojego dzieciństwa, właśnie tych jak najbardziej pozytywnych. Gratuluję udanego wyjazdu! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i czekam jak do nas dołączycie :) Sporo było ludzi z takimi maluszkami jak Wasz :))

      Usuń