niedziela, 29 kwietnia 2018

Nieborów, Arkadia i ... Akademia Pana Kleksa.


Pałac Radziwiłłów w Nieborowie pod Łowiczem oraz pobliski park romantyczny w Arkadii co roku ściągają około 100 tysięcy zwiedzających. Jeżeli jeszcze nie znacie tych miejsc, warto je odwiedzić, to właśnie tam kręcono bowiem znaną chyba każdemu Akademię Pana Kleksa



Nieborowski pałac jest jedną z najlepiej zachowanych siedzib magnackich w naszym kraju, a leżący zaledwie kilka kilometrów od niego romantyczny park w Arkadii jest ewenementem na skalę europejską - zaprasza włodarz gminy Nieborów. - Arkadyjski kompleks stylizowany jest na mityczną krainę szczęśliwości - Arkadię.  
Historia pałacu w Nieborowie rozpoczęła się 1695 roku. Na zlecenie rezydującego w Łowiczu prymasa Michała Radziejowskiego projekt pałacu stworzył słynny architekt Tylman z Gameren. Niespełna sto lat później okazały pałac wraz z ogrodem i parkiem dostał się w ręce magnackiego rodu litewskich Radziwiłłów. Najcenniejszym zabytkiem, który jest w posiadaniu nieborowskiego muzeum jest Głowa Niobe. Jest to rzymska kopia z IV wieku naszej ery. Zdaniem historyków jest to najlepsza kopia greckiego oryginału z IV wieku przed Chrystusem. Można ją obejrzeć w sieni głównej pałacu. Do Arkadii jedzie się z Nieborowa zabytkową aleją lipową. Na pięciokilometrowym odcinku łączącym te dwie miejscowości rośnie ponad 100 lip, których wiek przekracza 170 lat, a niektóre są nawet dwustuletnie. Park romantyczny w Arkadii jest jednym z najciekawszych w Polsce, a w czasach swej świetności był uważany za jeden z najwspanialszych w Europie. Na pomysł stworzenia sentymentalnego parku, gdzie będzie można dumać i odpoczywać wśród starożytnych ruin, wpadła Helena Radziwiłłówna pod koniec lat 70. XVIII wieku. W miejscowości Łupia stworzyła kompleks parkowo-architektoniczny o nazwie Arkadia. Nawiązywała ona do mitycznej krainy szczęśliwości. Niestety, po wielu z przepięknych budowli nie zachował się nawet ślad. Część z nich została odbudowana w czasach PRL, a inne restaurowane są do dziś.
Arkadyjski park był też znacznie większy niż obecnie. Mimo to, jest to nadal jedno z najbardziej urokliwych zakątków naszego kraju. Do najciekawszych zabytków romantycznego parku zalicza się Świątynia Diany, zbudowana w 1783 roku. W przeszłości nazywano ją różnie: Świątynią Minerwy, Mądrości, a nawet Miłości, bo wielu kawalerów do dziś oświadcza się na jej schodach swym wybrankom. 

Zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć :)











































































Warto odwiedzić to miejsce właśnie o tej porze, wiosną - przepiękne magnolie i przyroda budząca się do życia, ucieszą każde oko :))









Źródło: www.dzienniklodzki.pl

czwartek, 26 kwietnia 2018

Suche i wtórne utonięcia - jak rozpoznać objawy i udzielić pomocy.


W zeszłym roku, w USA  doszło do tragedii. Francisco Delgado (lat 4), krótko po wyjściu z wody, zaczął uskarżać się na ból brzucha. Przez następny tydzień wymiotował i miał biegunkę. Rodzice nie sądzili, że dolega mu coś poważnego. Przez tydzień obserwowali synka i wydawało im się, że jego stan się poprawia. Po około tygodniu Francisco zasłabł. Zmarł zaraz po przewiezieniu do szpitala. 
Kilka dni temu na Florydzie, miała miejsce podobna sytuacja. Elianna Grace miała jednak więcej szczęścia. Znając nagłościoną sprawę sprzed roku, jej zaniepokojona mama zabrała dziecko do szpitala, po tym jak dziewczynka zachłysnęła się wodą w basenie.

Przyjrzyjmy się więc dziś bliżej problemowi suchych i wtórnych utonięć.



Objawy suchego i wtórnego utonięcia pojawiają się po wyjściu z wody, np. po kąpieli w morzu, basenie, a nawet w wannie, najczęściej u najmłodszych, ale nie tylko. 

Suche i wtórne utonięcia to nie to samo. Do suchego utonięcia dochodzi wtedy, gdy do nosogardzieli dostanie się niewielka ilość płynu. Prowadzi to do odruchowego pobudzenia nerwu krtaniowego, a dalej do skurczu głośni i w konsekwencji do niedotlenienia i utraty przytomności.


Do suchego i wtórnego utonięcia może dojść zarówno po kąpieli w morzu czy jeziorze, jak i w wannie czy dziecięcym basenie.

Z kolei wtórne utonięcia spowodowane są masywnym obrzękiem płuc, do którego dochodzi w okresie od 15 minut do 72 godzin od próby ratowania tonącego. Do takiej sytuacji może dojść np. nad morzem. Po udzieleniu pierwszej pomocy, poszkodowany wykasłuje słoną wodę morską z płuc. Jego samopoczucie wraca do normy. Jednak jeśli w drogach oddechowych pozostała sól, to zaczyna ona stopniowo drażnić płuca, powodując ich obrzęk.

Według danych policji co roku w Polsce w wyniku utonięcia umiera 500-700 osób. Dane WHO mówią o 0,5 mln ofiar utonięć rocznie na całym świecie. Suche i wtórne utonięcia stanowią niemałą część zgłoszonych utonięć.

Nazwa utonięcie może być myląca, ponieważ człowiek tak naprawdę umiera nie w wyniku utonięcia, ale powikłań po podtopieniu czy zachłyśnięciu się wodą.

Objawy 


Zarówno suche, jak i wtórne utonięcia dają następujące objawy:
W przypadku suchego utonięcia objawy te pojawiają się zaraz po dostaniu się wody do dróg oddechowych, a w przypadku wtórnego utonięcia - w okresie od 15 minut do 72 godzin 
od dostania się wody do płuc.

* kaszel
* ból w klatce piersiowej
* problemy z oddychaniem
* otumanienie
* poczucie ekstremalnego wyczerpania
* senność
* zmiany w zachowaniu - podirytowanie, zniechęcenie

Pierwsza pomoc.

Jeśli podczas wypoczynku nad morzem, rzeką czy na basenie woda dostała się do dróg oddechowych, przez 24 godziny od takiego incydentu należy obserwować, czy nie pojawiają się ww. objawy. Jeśli tak, należy jak najszybciej zgłosić się na pogotowie.
Jeśli twoje dziecko wychodzi z basenu i wydaje się senne lub wygląda, jakby było w letargu, przyjrzyj się mu bardzo, bardzo dokładnie. Jedź z nim do szpitala lub natychmiast zadzwoń na pogotowie. 

Jadąc nad wodę warto stosować poniższe wskazówki:

* wybierajmy miejsca dostosowane do potrzeb dzieci,
* nie spuszczaj dziecka z oka – do podtopienia może dojść nawet z małym basenie ogrodowym,
* jeśli dziecko się zachłysnęło, sprawdź, czy odkrztusiło całą wodę, a następnie zabierz je do szpitala,
* opowiadaj dziecku o zagrożeniach - świadome będzie bardziej ostrożne,
* zabierz dziecko na basen w miejscu zamieszkania, by miało częsty kontakt z wodą lub zapisz na lekcje pływania




Choć utonięcia tego typu nie zdarzają się często, to jednak się zdarzają. Nikt z nas nie chciałby, żeby jego dziecko, czy ktokolwiek z rodziny, przyjaciół, dołączył do statystyk. Już niedługo majówka, za chwilę wakacje. Warto więc bacznie obserwować nasze dzieciaki bawiące się nad wodą.






Źródło: www.poradnikzdrowie.pl

wtorek, 24 kwietnia 2018

Akcja drzazga.




Muszę wam powiedzieć, że od kilku dni Elsa jest nieznośna. W ogóle nie słucha co do niej mówimy. Nie ruszaj czegoś tam - oczywiście rusza. Przyjdź na chwilę - trzeba powtarzać 10 razy, bo nie słyszy zamknięta gdzieś w swoim księżniczkowym świecie. Mówię do niej, żeby nie skakała na trampolinie przez siostrę - oczywiście skacze. I tak dalej i tak dalej. No i stało się. W przedszkolu nie posłuchała cioci, która prosiła, żeby nie wkładała rączki w jakąś dziurę na placu zabaw i oczywiście nie posłuchała i weszła jej drzazga. Wielka jak ucho słonia. Kiedy odbierałam ją wczoraj chwilę po 15, wyszła z sali z zawiniętym paluszkiem i miną w podkówkę. 
Mamy zwyczaj, że siedzimy zawsze kilka minut i rozmawiamy zanim pojedziemy po młodszą córkę, ale tym razem Elsa nie chciała nic powiedzieć ( o zdarzeniu wiedziałam od cioci). Przytuliła się tylko do mnie i po chwili zmieniła temat. Chodź zobaczyć nasze nowe prace, powiedziała i pociągnęła mnie za rękę do przedsionka, gdzie codziennie wywieszana jest twórczość z danego dnia. Uznałam więc, że nie jest to dobry moment na dialog o tym co się wydarzyło.

Kiedy mąż wrócił do domu, Elsa pokazała mu paluszek, który zrobił się już nabrzmiały i bolał ją. Podobna sytuacja miała miejsce jakieś dwa miesiące temu, kiedy to paznokieć podszedł ropą, by w końcu zejść, ponieważ szarpała w przedszkolu skórkę. Pamiętała jak bardzo ją to bolało, dlatego i bała się powtórki z rozrywki, więc postanowiliśmy, że drzazgę spróbujemy wyjąć. 
Przed spaniem naszykowaliśmy potrzebne narzędzia, Elsa jak to Elsa, odważnie zasiadła do czynności, ale ... okazało się, że każda próba wyciągnięcia niepotrzebnego gościa z paluszka kończy się bólem, więc wpadła biedna w rozpacz. Targały nią straszne emocje, ponieważ bała się bólu, który wiązał się z wyciąganiem drzazgi, ale też bała się, że znów paluszek podejdzie ropą. Z jednej strony więc zabierała paluszka jak tylko mąż zbliżał się do niej, a z drugiej nie pozwoliła nam odejść, gdy chcieliśmy zrezygnować. 

Operacja drzazga trwała w sumie godzinę. W międzyczasie zmienialiśmy pokoje (bo może w innym będzie mniej bolało), zmienialiśmy pozycję (bo może, gdy położy się u mamy na kolanach to lepiej wyjdzie), zmierzyliśmy wzrost (bo akurat w oczy rzuciła się miarka i trzeba było sprawdzić ile cm jej przybyło), czytaliśmy książeczki (duże prawdopodobieństwo, że to ulży cierpieniu), zmienialiśmy książeczki (bo może ta bardziej pomoże), zmienialiśmy osoby wyjmujące (próbowała mama, lecz bolało jeszcze bardziej), ale nic nie pomagało. Drzazga jak siedziała tak siedziała, Elsa jak płakała tak płakała, my spoceni nie mający pojęcia co dalej. W końcu mówię do niej, że nie będę jej oszukiwać, że nie będzie bolało, ale postaramy się, żeby bolało jak najmniej (wcześniej myślała, że zabieg będzie bezbolesny, a gdy poczuła ból stwierdziła, że tatuś nie jest delikatny) Drzazgę trzeba wyjąć i już. Musi być dzielna. Biedna Elsa. Dając nam paluszek, wiedziała, że to będzie bolało, ale musiała nam zaufać, bo bała się, że jeśli tego nie zrobi może być jeszcze gorzej. Dla takiego maluszka musi być bardzo ciężko pokonać swój strach. Pamiętam jak ja chodziłam do dentysty, czy na zastrzyki (często je miałam) i jak bardzo się bałam.
Drzazgę udało się podważyć i gdy była już na wierzchu, Elsa sama ja wytrzepała machając rączką. Była z siebie bardzo dumna, że dała radę i jak to ona opowiadała, że wcale się nie bała, nie trzeba się bać, bo mamusia i tatuś drzazgę wyjmą ;) Wytłumaczyłam jej więc, że można się bać, każdy się czegoś boi, ale trzeba ten strach pokonywać. Obiecała, że będzie już słuchać cioci, ale cóż, to nie pierwsza drzazga i nie ostatnia. Dzięki temu Elsa nauczyła się kolejny raz, że każdy wybór ma swoje konsekwencje. Ciocia prosiła, żeby rączki nie wkładała, włożyła, a potem musiała doświadczyć bólu. Myślę, że to była dla niej świetna lekcja. Zobaczymy co z niej wyniknie ;) Niedługo jadę ją odebrać, a jutro indywidualne spotkania z rodzicami.



piątek, 20 kwietnia 2018

Adopcja i poczucie własnej wartości.


W trakcie kursu dla przyszłych rodziców adopcyjnych, omawialiśmy zagadnienie poczucia własnej wartości, nie tylko u dzieci adoptowanych. Jest ono bardzo ważne, bowiem to w dużej mierze od nas zależy, czy i jak dziecko poradzi sobie w życiu.



Czym zatem jest poczucie własnej wartości?

Według definicji, jest to stan psychiczny powstały na skutek elementarnej, uogólnionej oceny dokonanej na własny temat.
Natomiast samoocena to uogólniona postawa w stosunku do samego siebie, która wpływa na nastrój oraz wywiera silny wpływ na pewien zakres zachowań osobistych i społecznych.

Nathaniel Branden (psychoterapeuta i pisarz) wyróżnił sześć filarów samooceny: świadomość, niezależność, prawość, celowość, asertywność oraz samoakceptację.

Samoakceptacją określa się postawę nacechowaną wiarą, zaufaniem i zdrowym szacunkiem dla samego siebie. Postawa taka sprawia, że jednostka może wykonywać i wykorzystywać swoje możliwości, a także potrafi skorygować swoje zachowanie pod wpływem innych. Osoby, które akceptują siebie, mają pozytywne mniemanie o sobie i dobre samopoczucie.

Samoocenę można mierzyć na dwóch wymiarach – wysokości i pewności. Może więc ona być:

- zawyżona i pewna,
- zawyżona i niepewna,
- zaniżona i pewna,
- zaniżona i niepewna.

Jakość dokonywanej samooceny zależy często od wychowania, ponieważ zaburzenie poczucia własnej wartości powstaje zazwyczaj na podstawie komunikatów podważających wartość dziecka, jakie dostaje ono od osób znaczących (np. rodziców, opiekunów). W tych rodzinach, gdzie dziecko było wyczekiwane, planowane staje się
 cenne samo w sobie, dlatego że po prostu jest. Dostaje więc komunikaty od otoczenia stosowne do takiego sposobu jego postrzegania.
Z czasem jednak na skutek rozmaitych oczekiwań otoczenia czy sposobów wychowania otrzymuje komunikaty, które przekonują je, albo pozwalają podejrzewać, że wartość jego jako człowieka zależy od rozmaitych czynników zewnętrznych lub od konkretnych działań czy umiejętności. Tak wychowywane dziecko zaczyna się starać, by sprostać tym wymaganiom i zasłużyć ponownie na to, by móc się poczuć wartościowym i kochanym przez rodziców dzieckiem. Już nie jest kochane tylko za to, że jest. 

Dzieci adoptowane.

Dzieci wychowujące się w rodzinach adopcyjnych, mogą mieć ogromny problem z wysoką samooceną. Muszą się przecież zmierzyć z faktem, że zostały porzucone przez swoich biologicznych rodziców. Czasem trudno jest im to zaakceptować.
Ja osobiście jestem bardzo wyczulona na budowanie właściwej samooceny u moich dzieci i na każdym kroku uczę je wiary w siebie i swoje możliwości. Chciałabym przygotować je na trudne sytuacje, w których ktoś może użyć sprawy adopcji jako broni przeciwko nim.

Już wiele razy pisałam o tym, że adopcja, czy pochodzenie z rodziny patologicznej, alkoholowej, biednej, nie określa jakim jesteśmy człowiekiem. 


Na każdym kroku ćwiczymy więc siłę charakteru i uczymy dziewczynki, żeby się nie poddawały i znały swoją wartość.

Co więc robimy? (kilka przykładów)

- Nie wyręczamy dzieci, asystujemy tylko przy trudnej czynności, żeby w razie czego mogły poprosić o pomoc.
- Jeżeli jesteśmy pewni, że czynność nie jest zbyt trudna, podkreślamy, że dadzą radę. (młodsza nauczyła się szybko tego słówka i mówiła "lade" -czyli dam radę- jak tylko coś jej wychodziło;) ) Ostatnio pytam Elsy, czy pomóc jej zapiąć kurtkę (widzę, że nie bardzo jej idzie) Odpowiedziała mi: Nie, dam radę, nie wiesz, że trzeba próbować i nie denerwować się? Zaskoczyła mnie, bo ja tak do niej mówię, gdy denerwuje się jak coś nie wychodzi.
- Doceniamy drobne rzeczy, chwalimy.
- Mówimy KOCHAM, przytulamy, ściskamy (ostatnio prawie mnie przydusiły ;) )
- Uczymy dziewczynki robić coś dla własnej satysfakcji, nie dla nagrody. Choćby na ostatniej wyprawie na krokusy- cieszyły się, że dały radę tyle iść.
- Uczymy żartować z siebie. Często dziewczynki mówią np."co ta mamusia, ale ma maseczkę czarną na twarzy" Robię więc śmieszne miny, tak, żeby wiedziały, że nawet jeśli ktoś coś o nich powie złego (a powie na pewno) to nie zmniejsza ich wartości jako człowieka.
- Spędzamy razem dużo czasu.
- Podkreślamy, że są dla nas najważniejsze na świecie.

Mój poziom poczucia własnej wartości.

Jeżeli sami mamy mnóstwo kompleksów, nie możemy oczekiwać, że wychowamy silne psychicznie dzieci. I nie chodzi tu o egoizm, czy narcyzm, ale o wiarę w siebie i samoakceptację. Nic tak przecież nie daje wsparcia dziecku, jak dobry przykład. Jeżeli my boimy się podejmowania prób i ewentualnej porażki, to dziecko nigdy nie uwierzy w prawdziwość naszych słów, że ono da radę.

Poczucie własnej wartości a materializm.

Współczesne badania naukowe wskazują, że niskie poczucie własnej wartości jest ściśle związane z materializmem. Obserwuje się bowiem wzrost materializmu w przypadku obniżenia poczucia własnej wartości jednostki oraz spadek poczucia własnej wartości w sytuacji zwiększenia konsumpcjonizmu.

Zjawisko to jest szczególnie widoczne wśród nastolatków, które przechodząc z okresu dzieciństwa do dorosłości doświadczają okresu obniżonego poczucia własnej wartości. Często obserwowaną strategią radzenia sobie z tym kryzysem jest zwiększenie zainteresowania posiadaniem dóbr materialnych.

Ludzie, wydając znaczną część swoich dochodów na dobra luksusowe czy podnoszące ich status w społeczeństwie nie tylko pragną zbudować pozytywny sygnał dla społeczeństwa na swój temat, ale także kierują się podświadomą potrzebą złagodzenia wewnętrznego psychologicznego dyskomfortu wywołanego uczuciem bycia gorszym. Badania wskazują także na zwiększoną potrzebę kupowania dóbr luksusowych w sytuacjach zachwianego poczucia własnej wartości. Jednym z takich zabiegów marketingowych obniżających poczucie własnej wartości konsumentów jest wykorzystywanie wizerunków pięknych i bogatych osób w reklamach.

Materializm jest zatem zjawiskiem korzystnym dla gospodarki, ale równocześnie niekorzystnym dla jednostki a tym samym dla społeczeństwa. Nadmierny materializm przyczyniający się do spadku poczucia własnej wartości napędza paradoksalny mechanizm potrzeby zwiększania zarobków, aby móc więcej konsumować przy równoczesnym obniżeniu zadowolenia z życia.

Podsumowanie.

Człowiek z wysoką samooceną nie potrzebuje innych, by przypominali mu o tym kim jest. Nie boi się nowych sytuacji, jest kreatywny, śmieje się, jest otwarty i szanuje zdanie innych. Ale ponieważ przekonanie na temat samego siebie kształtuje się w dzieciństwie, potrzebuje rodziców, którzy go wszystkiego nauczą i dla których będzie ważny. 

Człowiek o niskim poczuciu własnej wartości niestety posiada złe nawyki żywieniowe, trwa w toksycznych związkach, podejmuje niesatysfakcjonującą go pracę, którą boi się zmienić, jest agresywny lub wycofany, bojkotuje cudze sukcesy, nie podejmuje życiowych wyzwań.
Twoje dziecko może nauczyć się wielu rzeczy od innych ludzi, ale tylko my, rodzice, możemy ukształtować w nim to, jak będzie widział siebie przez całe życie.






Źródło informacji: Wikipedia

środa, 18 kwietnia 2018

Owczy pęd, czyli kilka słów o napadach histerii.




Dziś opowiem wam jeszcze jedną historię z ostatniej wycieczki do Zakopanego. Ostatniego dnia pobytu, poszliśmy na targ. Chcieliśmy kupić dziewczynkom jakieś drobne pamiątki, więc każda miała sobie znaleźć coś fajnego. My rozglądaliśmy się za stołkiem w kształcie owcy/baranka, który widzieliśmy u znajomych. Pomyśleliśmy, że fajnie będzie wyglądał koło kominka. Nagle w oddali widzimy taki stołek na jednym ze straganów. Okazuje się, że pani ma ich kilka i to w różnych kolorach. Dziewczyny od razu dopadły te na biegunach - Elsa czerwony, Misia niebieski i heja, bujają się tak, że bałam się, że zaraz odlecą z tymi baranami. No nic. My w tym czasie usiłujemy obejrzeć ten stołek, który nas interesuje i dogadać się co do ceny (oczywiście ta pierwotna była nieakceptowalna) 
Powiem wam, że prócz jednego incydentu, jaki mieliśmy, gdy Elsa była jeszcze maleńka, nigdy dziewczyny nie wymuszają nic w sklepie. Co więcej, zwykle oglądają rzeczy, wożą na wózkach, ale zawsze grzecznie odkładają, ewentualnie mówiąc, że może kiedyś to kupimy. Dantejskie sceny jakie rozegrały się na tym targu, zapewne na długo zostaną więc nie tylko w naszej pamięci, ale również wszystkich tam handlujących. Kiedy nasz "baranek" był juz zapakowany i chcieliśmy odejść, Elsa wpadła w taką histerię, że ona chce tę czerwoną owcę na biegunach, że słyszała ją cała okolica. Nie chciała z niego zejść, a że jest silna to nie mogłam sobie z nią poradzić (mąż na razie nie interweniował) Gdy podniosłam ją do góry, chcąc wziąć na ręce, tak mocno trzymała owcę nogami, że frunęła do góry razem z nią. W końcu udało mi się postawić owcę na ziemi, ale miałam problem z utrzymaniem Elsy na rękach, tak się wyrywała krzycząc "Puść mnie" Bardzo spokojnie postawiłam ją więc na ziemi i próbowałam do niej dotrzeć, porozmawiać. Nie było szans, w ogóle nie słuchała. Pani sprzedawczyni dała jej czerwoną chustę na owieczki, żeby mogła ją ubrać, ale to też nie pomogło. Wracamy więc do punktu wyjścia, bo Elsa znów siedzi na owcy. Biorę ją na ręce jeszcze raz, wokół mnie gapie, obserwujący, co będzie dalej (atrakcja, hit dnia) 
Szybko żegnam się z panią i oddalamy się. Elsa wyrywa się i nadal krzyczy, że chce owieczkę i żeby ją puścić. Miałam wrażenie, że ludzie zaczęli się zastanawiać, czy aby na pewno są to nasze dzieci. Kiedy byliśmy przy głównej alejce, postawiłam Elsę na ziemi. Nie miałam już siły z nią walczyć. I co zrobiło moje dziecko? A no pobiegło z powrotem do pani, zabrało owcę i uciekało do nas z owcą (była ciężka!) Tym razem pobiegł do niej mój mąż. (Elsa zwykle uspokaja się szybciej u mnie, stąd czekaliśmy z jego interwencją) Wziął ją pod pachę, a ona go szczypała i wyrywała się. Kiedy doszli do mnie, Elsa zmieniła się w okamgnieniu i z płaczem mówi "Mamusia" Wzięłam ją na ręce, a ona uspokoiła się. Po chwili usiedliśmy na ławeczce i wyjaśniliśmy całą sytuację. Pytała, czy może kiedyś kupimy jeszcze tę czerwoną. Wyjaśniłam, że tak, ale na razie nie mamy pieniążków na dwie. Zrozumiała. 

Szczerze mówiąc mogliśmy kupić tamtą czerwoną, ale po pierwsze nie bardzo mi się podobała, po drugie była za mała jak na takie duże już dzieci i nie bardzo pasowała do pokoju. Wiem, że Elsie było smutno, ale cóż, nie zawsze ma się to co się chce. Jeżeli kiedykolwiek przydarzy wam się taka sytuacja, a głowę daję, że tak będzie, bo to normalne zachowanie dziecka, nie przejmujcie się tym co powiedzą ludzie. Ja usłyszałam mimochodem "No zobacz, a ta młodsza taka grzeczna" Nie uważam zachowania Elsy za niegrzeczne, ona po prostu bardzo czegoś pragnęła i nie mogła tego mieć, a co za tym idzie wyraziła głośno sprzeciw. To naturalne. W takiej sytuacji najlepiej zachować spokój i starać się dotrzeć do dziecka, może nie od razu zadziała, tak jak u nas, ale w końcu maluch będzie potrzebował pocieszenia. Nie wolno na dziecko krzyczeć, to tylko podkręca jego zachowanie i nie przynosi nic dobrego. 
Wczoraj po południu, kiedy Elsa siedziała na owieczce i stroiła ją w korale, stwierdziła, że fajna ta owieczka nasza, taka duża i puszysta, ale może kiedyś wrócimy po tą czerwoną, niech tam sobie czeka. Tatuś obiecał dziewczynom, że dorobi do owcy bieguny.


poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Czary mary hokus KROKUS




Wracam do was po weekendzie cała obolała. Zwykle po przejściu kilkunastu kilometrów zdarza mi się jakiś ból np. kolan, no ale żeby aż tak bolała mnie tylna część ciała, że musiałam zażyć Paracetamol?! Litości. No nic, jak widać dopadł mnie tzw. zakwas dupny. Ale po kolei.



Wycieczkę do Zakopanego planowaliśmy już od jakiegoś czasu. Do tej pory nigdy nie byliśmy bowiem na znanej pewnie wszystkim Polanie Chochołowskiej, która o tej porze roku przyciąga tysiące turystów, ze względu na wysyp krokusów. Do tego w międzyczasie obchodziliśmy okrągłą rocznicę ślubu, więc postanowiliśmy połączyć wyprawę po krokusowe runo z obchodami tego radosnego dnia, w którym to mój mąż stał się oficjalnie mężem :)

Do miejsca docelowego zajechaliśmy w czwartek wieczorem. Ogromna liczba korków, spowodowanych przebudową dróg, dała się we znaki. Dziewczyny dzielnie jednak zniosły podróż, najpierw śpiąc (zabraliśmy je przed drzemką w przedszkolu i żłobku) a potem zajmując się innymi rzeczami. 
Pierwszego dnia, wreszcie udało nam się odespać cały tydzień pracy. Jako że "kibelek" był dość nisko zawieszony, dziewczyny same się oporządziły rano, czyli poszły załatwić, umyły rączki i buzię, po czym wzięły sobie coś do jedzenia i oglądały bajkę (nastawioną przez nas, no, żeby nie było, że same ;) To dało nam na tyle dużo czasu, by do tej 9 powylegiwać się w łożeczku. 
Po południu udaliśmy się na podbój miasta. Zakopane jak to Zakopane. Ceny porażają nawet takich jak ja, przybywających z miasta uważanego za dość drogie. 




Krupówki




No nic. Udajemy się pod Gubałówkę i stajemy w kolejce po bilety na kolejkę. Pani w okienku nie dowierza, że chcemy bilety tylko w jedną stronę, (w planach mieliśmy bowiem zejście na piechotę) i pyta, czy aby na pewno. Tak, jesteśmy pewni, że dziewczyny dadzą radę :)) 
Na górze widać, że to jeszcze nie sezon. Pozamykane stragany, sklepiki. Udaje nam się jednak znaleźć otwartą budkę z lodami, o które od godziny dziewczyny nas męczą. No nic. Siadamy w słoneczku i rozkoszujemy się chwilą. 
- Piękny widok, mówi Elsa.











Czas na zejście. Dziewczyny gotowe, my też. Na początku nie jest łatwo, dość stromo i mokro, trzymamy maluchy za rękę, by się nie pośliznęły. W końcu udaje nam się dotrzeć do polanki, gdzie odpoczywamy podziwiając widoki. Schodząc jeszcze niżej, Elsa pyta, czy może zbiegać. Powiedziałam, że nie, za to zaproponowałam sturlanie się po ziemi. Uwielbiałam to jako dziecko i ... Elsa też była wniebowzięta! Zatrzymaliśmy ją dopiero wtedy, gdy zaczynały się "miny" na trawie ;) 


Fenomenem jest dla mnie definicja zmęczenia według dziecka. Gdy biegały, bawiły się, turlały, nic im nie przeszkadzało. U stóp Gubałówki jednak, obie chciały "na rączki". Zmęczenie jednak odeszło w siną dal, gdy zobaczyły ogromną zjeżdżalnię, której oczywiście nam nie darowały. A więc nie dość, że człowiek był zmęczony, to jeszcze musiał się wdrapywać po stromym pochyleniu, by wraz z dziewczynami zjechać w dół na kawałku filcu....



Kolejny dzień to wyczekiwana wyprawa na krokusy. Powiem wam, że nie wiedziałam czego się spodziewać, bo w poprzedni weekend, Dolinę Chochołowską odwiedziło aż 70 tys ludzi! Kiedy podjechaliśmy na parking, samochodów było naprawdę dużo. Ale to już nawet nie to mnie poraziło, a bardziej cena za zostawienie samochodu - 30zł. Plus do tego 5zł od osoby wejście, także trzeba się przygotować na co najmniej 40zł wydatku. Był wprawdzie jeden parking za 10zł, taki może państwowy, ale znalezienie na nim miejsca o tej porze było cudem, może o 7 rano tak. 

Do miejsca docelowego przeszliśmy 9km, czyli w dwie strony to prawie 20 km. Naszym dziewczynom należą się medale, bo po mimo swoich małych nóżek, dzielnie pokonały odpowiednio: młodsza 6km,  a starsza połowę trasy! Resztę jechały na przyczepce rowerowej. Jestem z nich bardzo dumna :) I nie tylko z nich. Także z mojego męża, który wpychał te ileś naście kilogramów pod górkę, po kamieniach (niech was nie zwiedzie nazwa DOLINA) 

A na polanie tysiące krokusów. Przepiękny widok, na pewno wart przejścia tylu kilometrów. Zresztą, popatrzcie sami na galerię zdjęć z drogi i Polany Chochołowskiej :)




W drodze.






W niektórych miejscach można jeszcze zjeżdżać na nartach.
















Jeżeli wybieracie się w Dolinę Chochołowską w tym roku, zróbcie to szybko, przy tak pięknej słonecznej pogodzie, na pewno długo się nie utrzymają, pomimo tego, że wysoko w górach leży jeszcze śnieg. Dziś rano, gdy odsłoniłam zasłony, zdziwiłam się, jak zmienił się krajobraz przez te kilka dni, kiedy nas nie było. Na drzewach wreszcie zrobiło się zielono, a krzewy nabrały przepięknych barw. A to dopiero początek :))