środa, 18 kwietnia 2018

Owczy pęd, czyli kilka słów o napadach histerii.




Dziś opowiem wam jeszcze jedną historię z ostatniej wycieczki do Zakopanego. Ostatniego dnia pobytu, poszliśmy na targ. Chcieliśmy kupić dziewczynkom jakieś drobne pamiątki, więc każda miała sobie znaleźć coś fajnego. My rozglądaliśmy się za stołkiem w kształcie owcy/baranka, który widzieliśmy u znajomych. Pomyśleliśmy, że fajnie będzie wyglądał koło kominka. Nagle w oddali widzimy taki stołek na jednym ze straganów. Okazuje się, że pani ma ich kilka i to w różnych kolorach. Dziewczyny od razu dopadły te na biegunach - Elsa czerwony, Misia niebieski i heja, bujają się tak, że bałam się, że zaraz odlecą z tymi baranami. No nic. My w tym czasie usiłujemy obejrzeć ten stołek, który nas interesuje i dogadać się co do ceny (oczywiście ta pierwotna była nieakceptowalna) 
Powiem wam, że prócz jednego incydentu, jaki mieliśmy, gdy Elsa była jeszcze maleńka, nigdy dziewczyny nie wymuszają nic w sklepie. Co więcej, zwykle oglądają rzeczy, wożą na wózkach, ale zawsze grzecznie odkładają, ewentualnie mówiąc, że może kiedyś to kupimy. Dantejskie sceny jakie rozegrały się na tym targu, zapewne na długo zostaną więc nie tylko w naszej pamięci, ale również wszystkich tam handlujących. Kiedy nasz "baranek" był juz zapakowany i chcieliśmy odejść, Elsa wpadła w taką histerię, że ona chce tę czerwoną owcę na biegunach, że słyszała ją cała okolica. Nie chciała z niego zejść, a że jest silna to nie mogłam sobie z nią poradzić (mąż na razie nie interweniował) Gdy podniosłam ją do góry, chcąc wziąć na ręce, tak mocno trzymała owcę nogami, że frunęła do góry razem z nią. W końcu udało mi się postawić owcę na ziemi, ale miałam problem z utrzymaniem Elsy na rękach, tak się wyrywała krzycząc "Puść mnie" Bardzo spokojnie postawiłam ją więc na ziemi i próbowałam do niej dotrzeć, porozmawiać. Nie było szans, w ogóle nie słuchała. Pani sprzedawczyni dała jej czerwoną chustę na owieczki, żeby mogła ją ubrać, ale to też nie pomogło. Wracamy więc do punktu wyjścia, bo Elsa znów siedzi na owcy. Biorę ją na ręce jeszcze raz, wokół mnie gapie, obserwujący, co będzie dalej (atrakcja, hit dnia) 
Szybko żegnam się z panią i oddalamy się. Elsa wyrywa się i nadal krzyczy, że chce owieczkę i żeby ją puścić. Miałam wrażenie, że ludzie zaczęli się zastanawiać, czy aby na pewno są to nasze dzieci. Kiedy byliśmy przy głównej alejce, postawiłam Elsę na ziemi. Nie miałam już siły z nią walczyć. I co zrobiło moje dziecko? A no pobiegło z powrotem do pani, zabrało owcę i uciekało do nas z owcą (była ciężka!) Tym razem pobiegł do niej mój mąż. (Elsa zwykle uspokaja się szybciej u mnie, stąd czekaliśmy z jego interwencją) Wziął ją pod pachę, a ona go szczypała i wyrywała się. Kiedy doszli do mnie, Elsa zmieniła się w okamgnieniu i z płaczem mówi "Mamusia" Wzięłam ją na ręce, a ona uspokoiła się. Po chwili usiedliśmy na ławeczce i wyjaśniliśmy całą sytuację. Pytała, czy może kiedyś kupimy jeszcze tę czerwoną. Wyjaśniłam, że tak, ale na razie nie mamy pieniążków na dwie. Zrozumiała. 

Szczerze mówiąc mogliśmy kupić tamtą czerwoną, ale po pierwsze nie bardzo mi się podobała, po drugie była za mała jak na takie duże już dzieci i nie bardzo pasowała do pokoju. Wiem, że Elsie było smutno, ale cóż, nie zawsze ma się to co się chce. Jeżeli kiedykolwiek przydarzy wam się taka sytuacja, a głowę daję, że tak będzie, bo to normalne zachowanie dziecka, nie przejmujcie się tym co powiedzą ludzie. Ja usłyszałam mimochodem "No zobacz, a ta młodsza taka grzeczna" Nie uważam zachowania Elsy za niegrzeczne, ona po prostu bardzo czegoś pragnęła i nie mogła tego mieć, a co za tym idzie wyraziła głośno sprzeciw. To naturalne. W takiej sytuacji najlepiej zachować spokój i starać się dotrzeć do dziecka, może nie od razu zadziała, tak jak u nas, ale w końcu maluch będzie potrzebował pocieszenia. Nie wolno na dziecko krzyczeć, to tylko podkręca jego zachowanie i nie przynosi nic dobrego. 
Wczoraj po południu, kiedy Elsa siedziała na owieczce i stroiła ją w korale, stwierdziła, że fajna ta owieczka nasza, taka duża i puszysta, ale może kiedyś wrócimy po tą czerwoną, niech tam sobie czeka. Tatuś obiecał dziewczynom, że dorobi do owcy bieguny.


18 komentarzy:

  1. Ja co prawda jeszcze nie miałam problemu z synkiem, że bardzo chciał, abym mu coś kupiła- bo jest jeszcze za mały. Ale zaczyna się już wymuszanie na nas- oglądania TV, wyjścia na dwór wtedy kiedy on chce itd...a gdy się nie zgadzamy- wtedy histeria i płacz. Najlepszą metodą, która u nas działa jest odczekanie kilku chwil, bo w trakcie największego ataku płaczu do dziecka i tak nic nie dociera. I dopiero po chwili- próba wyciszenia malucha i wytłumaczenia dlaczego nie może teraz mieć tego, czego chce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas przy pierwszej córce takie próby osiągnięcia tego, czego ona chciała zaczęły się właśnie gdy miała 1.3 mies, czyli prawie jak Twój synek :) Młodsza jeszcze wcześniej, bo wiadomo, chciała mieć te same prawa co siostra ;)
      U nas jest tak, że jeśli się odsuniemy i czekamy jak histeria się sama zakończy, to trwa o wiele dłużej, a zwykle próby uspokojenia, czyli np. zwykłe wyciągnięcie ręki, próba przytulenia, w końcu przynoszą oczekiwane rezultaty. Najważniejsze, by nam ciśnienie nie skończyło ;)

      Usuń
  2. Cały urok z dziećmi jest taki, że nigdy nie wiadomo kiedy z czymś wystrzelą :) Ale tak jak piszesz- grunt to spokój i opanowanie, a z tym już nie jest tak łatwo, zwłaszcza kiedy pojawia się presja otoczenia.
    Jako pedagog (co prawda bezdzietny jeszcze, więc co ja tam wiem ;) wystawiam Ci piątkę z plusem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, ta presja otoczenia, zobacz tyle rozmawiamy prawda? A to na temat ciąży, porodu, potem już maluchów, niby Cię nie obchodzi, ale jednak cały czas jakoś tak jest w tle. Najgorsze jest to, że ci co to "źle mówią" o Twoim dziecku, prawdopodobnie sami tacy byli w tym wieku ;)

      Piątkę już wpisałam do dzienniczka :)) Dziękuję :* :* Kto jak kto, ale Ty na dzieciach znasz się najlepiej, masz ich najwięcej z naszego grona ;) ---> wcale nie jesteś bezdzietna. Po prostu jedno jeszcze niewyklute :D

      Usuń
  3. No właśnie. Pohamowanie własnych emocji jest chyba w takiej chwili jeszcze trudniejsze, niż uspokojenie dziecka. Szczerze podziwiam Twoje opanowanie.
    Księżniczka właśnie zaczyna wchodzić w etap upierania się przy czymś, czego chce. I już widzę, że będzie wesoło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lady, można się przyzwyczaić, zwłaszcza jak przeżywasz to kolejny raz i naprawdę wiesz, że spokój to najlepsze co można zrobić. A cóż, Księżniczki jak to księżniczki, lubią jak to świat jest dla nich, a nie one dla świata, więc się przygotuj ;);)

      Usuń
  4. Ach, te bunty niespodziewane.
    Niestety najgorzej jak trafi się publiczność i jakiś życzliwy komentujący...
    Teraz napiszę coś, co może takich "życzliwych" zszokować, ale - uwaga! - DZIECKO jest DZIECKIEM :) I ma swoje prawa, o! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio usłyszałam wypowiedź takiego właśnie "życzliwego", który twierdził, że jeśli półtoraroczne dziecko płacze w miejscu publicznym, to znaczy, że jest niewychowane. Byłam szalenie ciekawa, jak ów "życzliwy" definiuje wychowanie, ale nie zdążyłam zapytać.

      Usuń
    2. A szkoda Lady, że nie zdążyłaś, bo sama jestem ciekawa co taki mądrala by odpowiedział - o ile w ogóle wiedziałby co powiedzieć ☺

      Usuń
    3. Tak tak, ciekawe jaka jest definicja "wychowanego" dziecka. :)
      Należałoby panu powiedzieć, że to on jest niewychowany, bo się wtrąca :D

      Usuń
    4. Wspominałam już o pani pediatrze z Bożej Łaski? :D Która, na ryczącego 1,5rocznego Boba (bo sorry, ale podejścia to ona nie ma za grosz, a i twarz jakąś straszną) zapisała w swych tajnych aktach, że NIE WSPÓŁPRACUJE podczas badania? :D Ludzie nigdy nie przestaną mnie zadziwiać :D

      Usuń
  5. Ja też jestem zwolenniczką stoickiego spokoju w kryzysowych chwilach dziecka, ale tak jak napisała Lady - najtrudniejsze jest opanowanie własnych emocji w takim momencie. Szacun Izzy 🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję :))
      Wiesz, na mnie robi wrażenie ten płacz dziecka, w którym wiem, że coś mu się dzieje. Jak jeszcze Elsa była maleńka (uwaga uwaga będę się wymądrzać, bo za chwilę Ciebie też to będzie dotyczyć :P) to nie do końca rozpoznawałam jeszcze czego dotyczy jej płacz. Choć zwykle wydzierała się tylko wtedy, kiedy była głodna, to jednak taki instynkt, wiesz, czy coś jej nie dolega? Czy się nie dusi, czy nie jest gorąco?? Ale potem nauczyłam się rozpoznawać o co chodzi, przy drugiej było już łatwo. Teraz nawet nie drgnę jak słyszę "płacz" typu "ryczę, ale bez łez"

      Ostatnio Misia się wkurzyła na mnie, bo .... uwaga, wytarłam jej rączki nie tym ręcznikiem haha. Leżała z 5 minut na kanapie i wyła w poduszkę. Nie chciała dać się udobruchać, więc ją zostawiłam. Po chwili słuchaj wracam, podaję jej rękę, a ona idzie ze mną bez problemu, ocieram jej łzy a ona mówi "Tak sobie troszkę poleżałam" hahaha.
      No a jak do tego tupie czasem nóżką, to jest słodka, ale oczywiście zachowuję powagę i się nie uśmiecham, żeby nie było.

      Usuń
    2. Izzy, czuję że łączy nas więcej niż mi się wydawało :) Ja- co prawda do tej pory w pracy- też stosowałam tę metodę. Zawsze, ale to zawsze miałam na uwadze czy dziecku nie dzieje się krzywda, ale w momencie gdy jest to zwykły foch lub chęć wymuszenia- zostawiałam delikwenta, aby sie wyciszył i przekonał, że nic tym nie wskóra i podchodziłam po chwili, próbując rozwiązać kłopot. Po pewnym czasie idzie się siebie nauczyć, a jasno postawione granice są jednak najlepszym drogowskazem.
      Widownią też nauczyłam się w pracy nie przejmować. Tak samo, jak nauczyłam się reagować przy rodzicach na złe zachowanie ich dziecka (w przedszkolu lub na różnego typu imprezach w towarzystwie rodziców). Wcześniej jakoś nie miałam odwagi. Ale kiedy dzieciak kopie celowo np ściany w szatni przy rodzicach to ingeruję. Skoro rodzic nie czuje potrzeby zwrócenia uwagi, to mimo wszystko jesteśmy w przedszkolu, w którym obowiązują pewne zasady.

      Usuń
  6. Oj tak, najważniejsze to zachować spokój - choć nie jest to łatwe przy takiej dziecięcej histerii na całego. U nas Młody czasami próbuje wymusić słodycze w supermarkecie - i kiedy jego zachowanie zaczyna być wyjątkowo uciążliwe to jedno z nas wychodzi z nim ze sklepu na zewnątrz, a drugie na spokojnie kontynuuje zakupy. Taka izolacja od zapalnego bodźca i skierowanie jego uwagi na inne tematy okazuje się wyjątkowo skuteczna. Jak już tych słodyczy nie widzi - to nagle przestaje ich pragnąć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że ja byłam w szoku, że tak się zachowała, bo dziewczyny naprawdę nigdy nic nie wymuszają w sklepie. To chyba kombinacja jej ulubionego czerwonego koloru i ulubionego zwierzątka tak na nią podziałała :D
      Elsa jest niestety dzieckiem bardzo emocjonalnym i do tego dominującym. Czasem te cechy po prostu ze sobą nie współgrają...
      A taki wybryk w sklepie miała tylko raz, wspomniałam w poście. Kiedy miała chyba 1.5 roku, poszłyśmy do ToysRUs, ogromny zklep z zabawkami, gdzie dopadła wózek dla lalek i po całym sklepie (w którym spędziłyśmy ponad godzinę oglądając różne rzeczy) woziła swoją ulubioną owcę. Kiedy przy wyjściu kazałam jej wózek odstawić, było to samo co teraz w Zakopanem prawie :D wyjeżdżała z tym wózkiem, tak ryczała, że mąż ją wziął pod pachę, bo inaczej byśmy nie wyszli.
      Teraz jest fajnie, bo można pogadać, wytłumaczyć coś.

      Usuń
  7. Nie znałam tego kompletnie ze starszymi dziewczynami. Tamaluga nie wymusza niczego w sklepach, ale wymuszała butelkę mleka, (zresztą wiesz o tym) dziesięc razy dziennie jako lekarstwo na wszystko. Gdy dotarło do mnie, że najbardziej w tym przeszkadza tata, który dałby jej wszystko kiedy tylko zawoła, to poszło już z górki. :-D Skończyła się histeria o mleko. Wie, że ze mną nic nie wskóra. Teraz czasami histeryzuje, gdy zabieramy ją z placu zabaw, albo kończy się spacer i ma iść do domu. Tomek ma na to patent: bierze ją na barana, więc zapewnia jej inną atrakcję, no i zaraz się uspakaja - łapie listki na drzewach, macha ludziom w oknach... Wszystko jest do ujarzmienia. :-D
    Buziaki dla was

    OdpowiedzUsuń
  8. U nas większość punktów zapalnych powstaje ze względu na konflikt interesów między dziewczynkami (np.gdy chcą tę samą zabawkę) Z jedną nie byłoby problemu, tak jak piszesz do wypracowania metody, ale dwie w podobnym wieku czasem nie chcą odpuścić 😆 Wg mnie dużo zależy od charakteru dziecka.

    OdpowiedzUsuń