środa, 31 października 2018

Ci, których już nie ma.


Powiem wam, że jak tyle lat żyję na tym świecie (a trochę już ich minęło, nie powiem ile, bo lepiej o tym nie myśleć) to nie pamiętam takiej pogody na Dzień Wszystkich Świętych. Bywało ładnie, ale za to było zimno. Kilka razy również spadł śnieg, pamiętam jak dziś, bo trzeba było odgarniać go z grobu, by postawić znicz.



Wczoraj razem z moim uczniem wspominaliśmy, że jako dzieci bardzo lubiliśmy wkładać palce w rozgrzany wosk. Też tak robiliście? :) Dzisiejsze znicze już takie nie są. To była fajna zabawa, no i oczywiście koniecznie to ja musiałam zapalić zapałkę, więc w takich chwilach doceniałam to, że jestem jedynaczką - nikt mi tej zapałki nie wyrywał. Ile rozumiałam z tego, po co przyszliśmy odwiedzić groby mając te kilka lat? Nie mam pojęcia. Ale rozumiałam, że ludzie w którymś momencie po prostu odchodzą z tego świata. Na początku wydawało mi się, że dotyczy to tylko ludzi starszych, tych, którzy przeżyli już swoje życie. Któregoś roku jednak, zauważyłam przy wyjściu alejkę z malutkimi nagrobkami. Były tam pochowane dzieci, takie które były na tym świecie jedynie przez chwilę. Czasem było to kilka godzin, czasem kilka miesięcy. Pamiętam, że bardzo to przeżywałam, to, że jakieś dziecko zmarło i nie byłam w stanie pojąć dlaczego tak się dzieje, już wtedy wydawało mi się to niesprawiedliwe. O d tamtej pory co roku chciałam chodzić odwiedzać te dzieci. 

Miałam 5 lat, kiedy zmarła babcia od strony mojej mamy. Pamiętam jej pogrzeb bardzo dobrze. Byłam ubrana w czarno-białą kurteczkę i starałam się zrozumieć to wszystko, co się dookoła działo. Pamiętam bardzo dobrze, jak chodziłam po krawężniku i w którymś momencie moja noga obsunęła się i spadłam. Wstałam szybko i rozejrzałam się, kto widział całą tę scenę. Byłam pewna, że zaraz mi się oberwie. Ale nie. Ludzie zajęci byli zupełnie czymś innym, a ja poczułam się jak widz oglądający film, którego nie rozumiem. Szkoda, że babcia Marysia odeszła tak wcześnie, w zasadzie nie zdążyłam jej poznać. Noszę po niej drugie imię.

Dziadek zmarł, gdy chodziłam już do szkoły. Miał raka. Pamiętam jak przez wiele miesięcy chodziliśmy do niego do szpitala. Ten zapach pamiętam do dziś. Zapach i widok wszystkich chorych ludzi, leżących, przemieszczających się korytarzami. Pamiętam, że każdy był podłączony do cewnika, bo obok łóżek zwisały worki z zawartością. Nic przyjemnego. Ale dziadek pomimo swojego stanu, zawsze starał się zrobić coś fajnego dla mnie. Ukradkiem dawał mi jakieś pieniążki, mówiąc, że to na lody, ale wartość znacznie przewyższała ich cenę. Pamiętam, że raz dostałam tyle, że prócz lodów dla całej rodziny, zakupiliśmy encyklopedię ;) 
Spoczywa przy babci.

Dziadków od strony mojego taty pamiętam lepiej, żyli dłużej i mogłam ich lepiej poznać. Zresztą chodziłam do szkoły obok nich i codziennie jadłam u nich obiad po lekcjach. Pewnego dnia, kiedy weszłam, babcia powiedziała mi, że dziadek odszedł. Było to chwilę przed moim powrotem ze szkoły, bo ogórkowa zupa nalana do talerza dziadka była jeszcze ciepła. Dziadek leżał na kanapie i wyglądał jakby spał. 
Gdy dziś zamknę oczy, to widzę go siedzącego na fotelu na przeciwko wejścia i oglądającego telewizję. To był jego ulubiony fotel.

Babcia Ania odeszła jako ostatnia z tej najbliższej mi rodziny. Bardzo przeżyłam jej śmierć, choć wiem, że przyszła w dobrym momencie. Wciąż uśmiecham się na myśl, że oszukiwała wraz ze swoją sąsiadką, gdy grały w chińczyka. Albo gdy zjadła kilkuletni dżem, który sama zrobiła uprzednio pozbywszy się pleśni z wierzchniej warstwy :) Po babci mam trzecie imię, wybrane przeze mnie na Bierzmowaniu. 

Kiedy Elsa miała 2 latka z hakiem, a Misia była malutka, zmarła ciocia mojego męża, przyrodnia siostra mojej teściowej. Sama nigdy nie miała dzieci, więc przelała swoją miłość na dzieci siostry. Wiem, że bardzo kochała moje dziewczynki, a że była niepełnosprawna i niewiele mogła chodzić, to bardzo angażowała się w nasze życie. Codziennie pisała do mnie, czekała z utęsknieniem na zdjęcia. Odeszła nagle, a ja do tej pory nie mogę pogodzić się z jej śmiercią, z wielu powodów. Zabraliśmy obie dziewczynki na czuwanie przy trumnie, mimo, że było wtedy bardzo zimno. Chciałam, żeby choć Elsa ją pamiętała. Do trumny włożyliśmy cioci zdjęcie naszej rodzinki.

Wszystkich Świętych wydaje się być smutnym świętem. Przecież w końcu wspominamy wszystkich tych, którzy odeszli, których nie ma wśród nas. Ale kiedyś ksiądz na kazaniu przypomniał, że w zasadzie jest to święto radosne, bo przecież umarli mogą cieszyć się ze spotkania z Bogiem (pod warunkiem, że oczywiście tam właśnie trafią ;) ) Myślę, że to święto powinno przypomnieć każdemu o kruchości naszego życia i jego przemijalności. Czy warto więc uganiać się za czymś, czego nie zabierzemy ze sobą w chwili śmierci? Odchodząc na tamten świat, wszyscy jesteśmy równi. 


Więź między ludźmi jest według mnie najważniejsza w całej relacji z nimi, ale to ona sprawia, że odejście tej drugiej osoby tak bardzo boli. Podobno człowiek rodzi się w bólu i w bólu odchodzi, tylko czasem ten ból nie jest tego, którego już nie ma, ale tych, którzy muszą nauczyć się żyć bez niego.


poniedziałek, 29 października 2018

A gdyby tak cofnąć czas?


W związku z tym, że w nocy z soboty na niedzielę zmienialiśmy czas na zimowy, naszła mnie taka refleksja. A co gdyby naprawdę można było cofnąć czas? Oczywiście zatrzymując wiedzę o tym, co się wydarzyło, wszystkie doświadczenia i mądrości. Co bym zmieniła? Czy byłoby tak jak w kultowym filmie "Powrót do przyszłości"(Back to the Future), gdzie można było na przykład kupić almanach wydarzeń sportowych i zarobić na tym fortunę? Czy może byłoby jak w "Efekcie Motyla" (Butterfly Effect), gdzie cokolwiek bohater chciał zmienić, prowadziło do jeszcze gorszej wersji wydarzeń. 

zdj.Pixabay

Kilka lat temu mieliśmy w naszym życiu taki epizod. W zasadzie wiedzą o tym tylko moi rodzice (a za chwilę wszyscy, którzy to przeczytają ;) ) Kiedy nasze starania o dziecko wciąż kończyły się niepowodzeniem, pojawiła się możliwość wyjazdu za granicę na taki 2-letni kontrakt. Propozycja dotyczyła mojego męża, ja na szczęście mam taki zawód, że gdzieś tam zawsze znajdę pracę, więc postanowiliśmy dać szansę szczęściu. Pojechaliśmy więc razem na rozmowę kwalifikacyjną, która polegała nie tylko na przepytaniu, ale przede wszystkim na sprawdzeniu umiejętności kandydata. Pozostawiona na cały weekend sama sobie, wędrowałam po mieście szukając inspiracji fotograficznych, a mój mąż "męczył się" z potencjalnym szefostwem i pracownikami działu, którzy przekazywali odpowiednie informacje. Na koniec pierwszego dnia, zostaliśmy zaproszeni przez właściciela firmy do restauracji, a potem razem odbyliśmy spacer do miejsca zakwaterowania. Było przemiło. Bardzo polubiłam jego żonę, która opowiadała mi o życiu w tym regionie. Po kolejnym dniu również dostaliśmy zaproszenie, tym razem do szefa do domu na kolację przygotowaną właśnie przez jego żonę. Muszę przyznać, że nie byłam na to przygotowana, choćby ze względu na ubiór. Ogólnie jednak wszystko fajnie, od pracowników dostaliśmy pozytywny feedback, że szef jest raczej na tak, delektujemy się więc kolacją. Jakież ogromne było nasze zdziwienie, gdy po posiłku dowiedzieliśmy się, że jednak mąż nie dostanie tej pracy. To był cios w policzek. Nie tylko dlatego, że nasze plany, marzenia rozsypały się w pył w jednym momencie, niczym szklanka upuszczona na ziemię, ale dlatego, że przez cały ten czas dostawaliśmy sprzeczne sygnały od nich wszystkich. Być może u nas w Polsce wyglądałoby to zupełnie inaczej, bardziej profesjonalnie, tam uznali, że najpierw trzeba nas nakarmić, tak nakazuje kultura, a potem przejść do interesów. Nie myślcie, że coś na tej kolacji się wydarzyło, co sprawiło, że mąż nie dostał tej pracy. Argument jaki usłyszał, był taki, że w zasadzie niepotrzebnie spędziliśmy tam te dwa dni. Nic one nie zmieniły. Zresztą to nie jest ważne, nie po to wam to opowiadam, by się żalić, już dawno się z tym pogodziliśmy. Ludzie chodzą na rozmowy o pracę i jej nie dostają. To normalne. Wtedy jednak to była największa porażka w życiu, dla mojego męża i dla mnie też. Może dlatego, że wyobrażałam sobie, że takie 2 lata mogą dużo zmienić, dać nam dużo nowych sił, pokazać życie z innej strony, odetchnąć o starań o dziecko. Do tego sposób w jaki to się odbyło sprawił, że poczuliśmy się tak, jak gdyby stojąc na szczycie góry i podziwiając widoki, nagle ktoś szturchnął cię i powiedział, że to tylko sen. Albo gorzej. Zepchnął cię z tej góry...

Kiedy wróciliśmy do Polski, podjęliśmy jeszcze jedną, ostatnią próbę zajścia w ciążę, a potem złożyliśmy dokumenty adopcyjne. W kolejnym roku urodziła się nasza pierwsza córka. 

Może po prostu pewne rzeczy muszą się wydarzyć, byśmy głębiej przeżyli nasze życie? Oczywiście lepiej byłoby nie cierpieć, dostawać tylko to, co najprzyjemniejsze, ale czy potrafilibyśmy wtedy tak to wszystko docenić? Przypomniał mi się jeszcze jeden film z podobnego gatunku przemieszczania się w czasoprzestrzeni - Zaklęci w Czasie (Time Traveller's Wife)
Tego co już było niestety nie da się zmienić. A nawet gdyby się dało, może lepiej tego nie robić. Nie twierdzę też, że jesteśmy skazani na coś, w końcu człowiek ma wolną wolę, nikt go do niczego nie przymusi. Mówcie jednak co chcecie, ale ja wiem, że tamta porażka to kolejny wielki dar z Niebios. Gdy urodziła się Elsa, pani z ośrodka widząc ją w szpitalu powiedziała nam, że wiedziała, że ona urodziła się dla nas. Gdyby mąż wtedy dostał tę pracę, nie byłoby nas w Polsce, by móc nasze dziecko zabrać do siebie...

A na koniec, żeby nie było tak filozoficznie, powiem wam, że ja mam straszny problem ze zmianą czasu. Nie w ciągu dnia, ale rano i gdy kładę się spać. Być może stąd ten post, bo przebywam obecnie w innej czasoprzestrzeni.

Dobrego tygodnia!

piątek, 26 października 2018

Rodzic niereformowalny.

Dzisiaj troszkę sobie ponarzekam na innych rodziców. A co! W zasadzie rzadko krytykuję kogokolwiek, bo staram się być tolerancyjna i nie wchodzić z butami w życie innych, a w szczególności w metody wychowawcze. Chciałabym jednak podzielić się z wami pewnymi wydarzeniami, bo być może wy będziecie w stanie mi to wszystko wytłumaczyć. Albo jeszcze lepiej. Może weźmiecie do ręki młotek i pukniecie mnie w głowę mówiąc, że to oni mają rację, że ja jestem zbyt sztywna i się po prostu nie znam...



Niedawno gościliśmy na urodzinach jednego z kolegów moich dziewczynek. Zwykła impreza, bez wielkiego halo, czyli rodzice siedzieli przy stole, a dzieci bawiły się razem w pokoju jubilata. No i fajnie. Siedzimy, jemy coś tam, co przygotowała znajoma. Po chwili przynosi butelkę wina z zapytaniem, czy ktoś ma ochotę na lampkę. Patrzę więc jak wypełniają się kieliszki, kiedy to podchodzi do stołu jej 1.5 roczna córka. Jak to dziecko w tym wieku, jest zainteresowana bardzo kolorowym płynem zgrabnie lądującym w przezroczystym naczyniu i wyciąga do niego swoje łapki. Mama zadowolona komentuje sytuację: "Co, podoba ci się, chciałabyś pewnie spróbować?" Spokojnie obserwuję scenę, ale moje ciśnienie podnosi się, gdy ona naprawdę daje małej napić się tego wina! Oczywiście nie smakuje jej, wiadomo, a rodzice mają ubaw z całej sytuacji. Wiecie co, być może i nic się nie stało dziecku, nie ucierpiało jego zdrowie po tym jak mała ledwie co zanurzyła języczek w trunku, ale powiedzcie mi, po co? Albo to ja czegoś nie rozumiem, albo świat zwariował. A może faktycznie jestem sztywniarą, która nie zna się na żartach. No bo przecież to takie słodkie jak maluch próbuje dorosłych rzeczy i ich nie akceptuje. A może ja już jestem za bardzo przewrażliwiona przez tę adopcję jeśli chodzi o alkohol, sama nie wiem, ale po prostu nie widzę w tym ani nic fajnego, ani zabawnego nie mówiąc o pożyteczności takiego zachowania (wręcz przeciwnie, bo uczymy dziecko, że alkohol to coś fajnego) 
To nie jedyna tego typu sytuacja u tej mamy (którą zresztą lubię, żeby nie było, tylko nie do końca rozumiem jej postępowanie) Kiedyś byłyśmy z dziewczynkami u niej na kawie. Kiedy była w trakcie przygotowywania dla nas napoju, do ekspresu podchodzi syn tym razem i mówi: "Mama ja też chcę" Uśmiechnęłam się, ponieważ ja jako dziecko też mówiłam, że jak będę dorosła to będę pić kawkę (co jak się domyślacie ma miejsce) "Ok, zaraz ci zrobię", usłyszałam od znajomej. Przysięgam, myślałam, że ona żartuje, albo że naleje mu tylko mleka na zasadzie "proszę, to twoja kawka", ale nie, ona naprawdę dolała mu espresso! Nieśmiało pytam, czy ona naprawdę daje dziecku kawę, a ona odpowiada, że to tak troszeczkę, prawie tam nic nie ma. No może dla nas, dla dorosłych nie ma, ale dla dziecka nawet mała dawka może mieć znaczenie. A potem koleżanka się dziwi, że dziecko chodzi spać o 23...

No dobra, zejdźmy z koleżanki, bo pewnie ma już uszy czerwone. Kolejny przykład. Podjeżdżam pod przedszkole, obok mnie za chwilę staje auto i wysiada z niego mama, tak na oko po trzydziestce (więc nie jakaś 18-letnia, niedoświadczona siksa) Wchodzimy mniej więcej razem do budynku i okazuje się, że odbiera dwójkę dzieci, jedno z zerówki a drugie z grupy Elsy, ale jakoś tej babeczki nie kojarzę zupełnie. No, ale wyszły moje dziewczyny, więc przestałam zajmować się panią i naszykowałyśmy się do wyjścia. Pogoda była okropna, więc starałyśmy się szybko wsiąść do samochodu, ale niestety nie jest to łatwe, bo jedna wchodzi z jednej strony, druga z drugiej, a że auto jest wyższe, a ja wzrostem nie grzeszę to muszę stawać na progu, żeby zapiąć Elsę, która już ma fotelik na normalne pasy. Kiedy idę zapiąć Misię, wzrok mój przyciąga samochód pani z przedszkola, w którym dzieciaki po prostu siadają z tyłu i przypinają się pasami bez żadnego fotelika! Zaszokowana tym faktem, bo przecież to jeszcze maluchy, stoję jak wryta w ziemię i odprowadzam wzrokiem odjeżdżającą mamusię. Szczerze mówiąc myślałam, że się pomyliłam, że może jednak były foteliki, których jakimś cudem ja nie zauważyłam, ale spotkałam tę panią i jej dzieci już trzy razy i za każdym było to samo. Ona wsiada za kierownicę, a dzieci wpakowują się same do tyłu, tym samym nawet nie sprawdza, czy pasy są poprawnie zapięte, ściągnięte. Ja wiem, że niektórzy mieszkają bardzo blisko. Wiem, że często jeden rodzic dzieci odwozi, a drugi odbiera i nie ma fotelików. Ale to już nie te czasy, w których po ulicach poruszają się Warszawy i Syrenki z prędkością max 30km/h. Ulica na którą wyjeżdża się spod przedszkola, jest drogą dojazdową, gdzie ruch jest naprawdę spory. 

Miałam kiedyś stłuczkę stojąc w korku. To znaczy chłopak za mną wrzucił jedynkę i ruszył patrząc chyba w telefon, a nie na drogę, bo ja się zatrzymałam, a on z impetem też, ale na moim zderzaku. Pomimo prędkości prawie zerowej, odrzuciło mnie do przodu tak, że już widziałam oczami wyobraźni swoją głowę na przedniej szybie. Dlatego nie ma dla mnie wytłumaczenia, że jest blisko do domu. Dziecko musi być zapięte w foteliku! Kompletnie tego nie rozumiem. Tyle się mówi o bezpieczeństwie, a foteliki nie są takie drogie. Można kupić je za naprawdę niską cenę i nie narażać dziecka. Jakikolwiek by ten fotelik nie był, to skoro jest dopuszczony do sprzedaży to musi mieć jakiś atest, a tym samym jest lepszy nic jego brak. Można powiedzieć, że nasza ulica, to taka ulica osiedlowa. Ale widziałam na własne oczy w centrum Warszawy, jak matka wiozła niemowlaka (!!) na kolanach. Ręce opadają.

Rodzic niereformowalny. Sama zastanawiam się kto nim jest. Czy te panie o których napisałam (to tylko przykłady, bo przecież takich sytuacji jest więcej, niektóre z was same wspominały o nich na blogach), czy to może ja tkwię gdzieś w Średniowieczu i nie rozumiem dzisiejszego świata. Owszem, mówię dziewczynkom o kawie, ale w kontekście tego, że jak będą dorosłe to będziemy sobie chodzić do kawiarni, kupimy dobre ciacho i zamówimy ulubiona kawusię. Taki mam plan. Ale żeby dziecko częstować kawą i alkoholem? Co ja mówię, nawet nie częstować, tylko uczyć rutyny, przecież ten 4-latek, o którym mówię, nie pierwszy raz dostał swoją porcję tego trunku. Niech inni rodzice robią co chcą. Ja mówię wam otwarcie, że w tym przypadku pozostaję niereformowalna. 






poniedziałek, 22 października 2018

Spacer po czerwonym dywanie.


Choć na dworze już niestety coraz chłodniej, świecące słonko nadal zachęca do organizowania plenerowych wycieczek. Dziś zapraszam was do obejrzenia zdjęć i przeczytania krótkiej historii Arboretum w Rogowie, do którego wczoraj zawitaliśmy. Jestem pod wrażeniem tego miejsca. Spodziewałam się, że będzie to ogród botaniczny, a w rzeczywistości to ogromny teren, przez który idzie się niczym przez las. A zresztą co będę mówić, zobaczcie sami. Mam nadzieję, że wam też przypadnie do gustu :) 


Historia Arboretum

Arboretum powstało w 1923 roku, zaraz po tym jak 5 lipca 1919 roku Minister Rolnictwa i Dóbr Publicznych przekazał Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego część lasów Nadleśnictwa Skierniewice do celów naukowych i badawczych. Szkoła zrzekła się części obszaru, zostawiając sobie tereny obecnego Nadleśnictwa Rogów, gdzie w 1923 roku została zbudowana siedziba Lasów Doświadczalnych SGGW.



W 1923 roku prof. Edward Chodzicki - pierwszy kierownik Arboretum - założył pierwszą powierzchnię doświadczalną, na której posadził daglezję zieloną. Dziś są to najwyższe w okolicy Rogowa drzewa (ponad 45 m wysokości). 




Przed wojną na terenie arboretum zakładano wyłącznie powierzchnie doświadczalne. Posadzono około 100 gatunków drzew obcego pochodzenia. Powierzchnia ogrodu wynosiła wtedy 61,58 ha. Jednak ze względu na brak stałego personelu rozwój arboretum w tym okresie był bardzo powolny. Dodatkowo po II Wojnie Światowej liczba gatunków zmalała do 51 z powodu braku opieki i dwóch bardzo mroźnych zim.




W 1947 roku opiekę merytoryczną nad Arboretum przejęła Katedra Botaniki Leśnej SGGW. Arboretum nie posiadało wówczas stałego pracownika w Rogowie. Nadzór nad prowadzonymi pracami sprawował mieszkający na miejscu inż. Edward Paprzycki, adiunkt Zakładu Urządzania Lasu, a prace należały do personelu nadleśnictwa. W tym okresie Tadeusz Szymanowski wybitnie przyczynił się do dynamicznego rozwoju Arboretum. Wtedy to zaczęto zakładać coraz to nowe poletka doświadczalne, szkółki, zakupiono nowy sprzęt, niezbędny do pielęgnacji drzewostanów. Nowe gatunki sprowadzano głównie z Arboretum w Kórniku. 




Dla każdego coś miłego  :)

W 1951 roku kierownikiem arboretum został inż. Henryk Eder, który bez reszty oddał się modernizacji ogrodu. Sporządził mapy geodezyjne, wyznaczył sieć dróg, założył szkółkę, zbudował zaplecze gospodarcze i szklarnię - mnożarkę. Dzięki temu mógł powiększać kolekcje roślin w arboretum. W tym pierwszym okresie wielką pomoc okazywały inne ogrody botaniczne, a przede wszystkim arboretum kórnickie. 





W 1953 roku przy bursie studenckiej wybudowano basen kąpielowy. Inżynier postanowił wykorzystać hałdy ziemi pozostałe po wykopaniu basenu pod budowę alpinarium. Poza tym podjął się założenia parku dendrologicznego w pobliżu bursy studenckiej i pracowni naukowych SGGW. Projekt owego parku był pracą dyplomową doc. Włodzimierza Senety.



Niestety, ze względów ekonomicznych Eder nie mógł w pełni wykorzystać założeń projektowych Senety. W parku znalazły się głównie rośliny ozdobne, tj. krzewuszki, żylistki, jaśminowce, tawuły, magnolie, jałowce, żywotniki.



Pod budowę ogrodu skalnego wykorzystano 1,5 ha gruntu rolnego, przylegającego do arboretum od strony zakładanego właśnie parku dendrologicznego. Eder zatrudnił kilkunastu tutejszych mieszkańców i rozpoczął gromadzenie kamieni granitowych, jeżdząc po okolicznych wsiach. Zdobył także wapienie, dzięki czemu stworzył warunki do wzrostu roślinom wapniolubnym. Prace nad budową alpinarium trwały do 1960 roku.







W 1952 roku Eder wydał pierwszy katalog nasion. Zapoczątkował w ten sposób coroczną wymianę nasion z ponad 400 ogrodami botanicznymi i arboretami na całym świecie. Do dziś jest to podstawowe źródło pozyskiwania nowych gatunków drzew i krzewów. Poza tym inżynier od początku kierowania ogrodem prowadził bardzo skrupulatnie dokumentację kolekcji roślinnych i leśnych powierzchni doświadczalnych.


Ule.



W 1966 roku inż. Eder odszedł na emeryturę, a jego długoletnim następcą został dr hab. Jerzy Tumiłowicz, profesor SGGW, pracownik Arboretum od 1959 roku. Liczba leśnych powierzchni doświadczalnych wciąż się powiększała, jak również kolekcje dendrologiczne, które powoli stawały się jednymi z najbogatszych w kraju. Rozwinięto kolekcje niektórych grup roślin: Acer, Betula, Viburnum, Magnolia i innych. Opublikowano wyniki uprawy i introdukcji coraz to nowych gatunków, zarówno w kolekcjach dendrologicznych, jak i na leśnych powierzchniach doświadczalnych. Wybudowano szklarnie i zmodernizowano szkółkę kontenerową. Od 1970 roku Profesor Tumiłowicz podjął się opieki naukowej nad budową i rozwojem arboretum w Glinnej pod Szczecinem, gdzie sadzone były gatunki bardziej ciepłolubne, które nie udawały się w Rogowie. Nawiązał także kontakty z instytucjami naukowymi w Chinach i Europie Zachodniej. Wydłużono czas otwarcia Arboretum.




W 2005 roku zmodernizowano układ stawów i strumyków w alpinarium, a 5 lat później część alejek o łącznej długości 2,4 km. Uruchomiono stronę internetową, elektroniczną bazę danych kolekcji wraz z mapą numeryczną. Rozpoczęto organizację imprez edukacyjnych w Arboretum i na terenie LZD wspólnie z pozostałymi jednostkami Zakładu. Usprawniono infrastrukturę ogrodu o elementy informacyjno-edukacyjne, jak etykiety, tablice edukacyjne itd.





































Arboretum w Rogowie to wyjątkowe miejsce, które można odwiedzać o każdej porze roku. Szczególnie jednak polecam je teraz, jesienią oraz wiosną i latem, kiedy to przyroda budzi się do życia, by potem pokazać nam piękno w całej swojej okazałości. My na pewno się wybierzemy, by podziwiać choćby magnolie i azalie. Cudownie czerwone klony palmowe na długo pozostaną w naszej pamięci. Jak to stwierdziły dziewczynki - te drzewa na pewno są magiczne :)


Udanego tygodnia kochani!









* informacje pochodzą ze strony arboretum w Rogowie.

sobota, 20 października 2018

Adopcyjne dylematy. Druga mama.


Kilka dni temu.

- Ja się urodziłam z brzuszka innej pani, prawda?, zapytała Elsa zakładając buty przed wyjściem na balet.
- Tak, żabko, zgadza się, odpowiedziałam.
- A czemu ty nie mnie nie urodziłaś?
No cóż. Nie był to moment na dłuższą rozmowę na ten temat, rzuciłam więc krótko:
- Pamiętasz przecież, że mój brzuszek był chory i nie mógł w nim zamieszkać dzidziuś.
- A tatuś? 
- Tatusiowie nie rodzą dzieci, wiesz o tym, uśmiechnęłam się.
- No tak, odwzajemniła uśmiech Elsa. 
- A czemu pytasz?
- A tak tylko chciałam wiedzieć, odpowiedziała krótko moja córka i poszła do samochodu.

Na co dzień nie rozmawiamy o sprawach adopcji w formie długich wywodów. Zwykle temat pojawia się nagle, w niespodziewanych okolicznościach tak jak teraz. Nie wiem jak jest w innych rodzinach, ale pamiętam, kiedy Elsa miała około 5 miesięcy (więc temat jawności adopcji jeszcze nas nie dotyczył) opowiadała mi pewna mama, że siedzi kiedyś na ubikacji, do której nagle wpada jej 5-letnia córka z pytaniem "Czemu ty właściwie mnie adoptowałaś?" 

Dzieci, choć o tym nie mówią, przetwarzają informacje w swojej główce i próbują na swój sposób wszystko poukładać. Widzą i wiedzą coraz więcej, kolekcjonują elementy do układanki, które niczym puzzle próbują do siebie dopasować. Nie wiem, czy u nas spontaniczne pytania wynikają z coraz większej dojrzałości i wieku, czy może z tego, że jedna z wychowawczyń jest w ciąży i Elsa próbuje to wszystko zrozumieć. 

O jawności adopcji pisałam już kilka razy, wiecie, że jestem przygotowana na wszystko (przynajmniej w teorii ;) ) i nie mam zamiaru niczego ukrywać przed dziewczynkami. 

Dziś jednak chciałam napisać o czymś innym, a mianowicie o roli matki biologicznej w życiu moich, naszych dzieci.
Kiedy pani, a kiedy mama biologiczna? Czy mówić o niej z szacunkiem, czy besztać za to, że porzuciła swoje dziecko? Kim jest ta osoba w życiu naszych dzieci? Te i inne rozważania znajdziecie w dzisiejszym poście. 

Zdjęcie: Pixabay

Przygotowania do rodzicielstwa.

Ze szkolenia w OA dowiedziałam się, że dziecku do około 5 lat trudno zrozumieć pojęcie "adopcja". Dla niego mama i tata, to osoby, które je wychowują, kochają i troszczą się. Nie wie jeszcze przecież do końca jak dzieci przychodzą na świat. Nawet wtedy, gdy ma już świadomość "brzuszka", nie jest w stanie połączyć faktów na tyle, żeby skorzyć, że skoro urodziła je inna pani, to dziecko jest jej, zatem powinna je zatrzymać przy sobie. 

Na szkoleniu dowiedzieliśmy się więc, że prawdę o jego pochodzeniu, najlepiej dziecku dawkować, czyli nie obciążać go szczegółami, których nie jest w stanie zrozumieć. 

Urodziła mnie inna pani.

Każde dziecko pragnie być kochane, ale przede wszystkim pragnie wiedzieć, że rodzice czekali na nie. Trudno nie zgodzić się z tym, że wszystkie dzieci oddane do adopcji jako niemowlęta, niestety nie były wyczekane. Ich przyjście na świat wiązało się albo z nienawiścią do niego (np. przy kobietach bardzo uzależnionych), albo z cierpieniem i traumą (jeżeli kobieta oddała dziecko z braku wsparcia). Dlatego też należy z wielką rozwagą wybrać moment, w którym wprowadzimy dziecku pojęcie mamy biologicznej. Jak wspomniałam wcześniej, dla malucha pojęcie mama i tata nie wiąże się z genami i więzami krwi. Mama to ta co karmi, bawi się, przytula, odbiera z przedszkola, pociesza i całuje obite kolanko. Matka biologiczna to obca dla niego osoba, wirtualna, nie różniąca się niczym od legendy, którą dziecko kiedyś usłyszało, ale nigdy nie widziało na oczy. 

O bocianach, brzuszkach i dzieciach z serduszka.

Jak być może pamiętacie z poprzednich wpisów, nigdy nie opowiadaliśmy dziewczynkom bajek o bocianach, ani innych zwierzątkach z którymi mogłyby się utożsamić. Miały powiedziane wprost, że to nie ja je urodziłam, ale bardzo je kochamy i długo na nie czekaliśmy. Fakt, pozwoliłam sobie na historię taką, że wszystkie dzieci są w niebie i czekają na narodziny. Stąd chyba opowieść Elsy o długiej kolejce, w której ona i siostra musiały stać. 
Wiedzą, że dzieci tak naprawdę nie rodzą się z serca, ale wiedzą też, że serce odpowiedzialne jest za miłość do nich. 
Każde dziecko jest inne, każde w swój indywidualny sposób podchodzi do sprawy adopcji. Jedne uczą się na podstawie książeczek adopcyjnych, inne wymagają tak zwanego wyłożenia kawy na ławę. 

Kiedy więc pani staje się matką biologiczną?

Nie wiem. Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, ale czuję, że jeszcze nie teraz. Dziewczynki nie zrozumiałyby dlaczego jakąś panią nazywam mamą. Dziecko nie mogąc pojąć całego mechanizmu adopcji (bo przecież czasem i dorosłym jest trudno) ma tendencje do stwarzania sobie własnej, niekoniecznie prawdziwej interpretacji wydarzeń. Co to oznacza, że mam dwie mamy? Która jest ważniejsza? Czy mogę sobie wybierać? No i najważniejsze pytanie:

Która mama jest tą drugą, a która pierwszą?

Z jednej strony to my jesteśmy tą pierwszą mamą, bo zawsze jesteśmy przy naszym dziecku, ale to biologiczna, nie adopcyjna matka dała mu życie. Zdarza się, że dzieci nie mogąc ogarnąć tego wszystkiego swoim umysłem, bardzo idealizują matki biologiczne, które pozostają co by nie mówić wytworem ich wyobraźni. Maluszki pragną uczuć, pragną zaspokojenia podstawowych potrzeb, ale już u kilkulatka, mogą pojawić się inne myśli. Oto mam przy sobie kobietę, która owszem przytula, dobrze gotuje, zabiera na plac zabaw, ale również wiele wymaga. Każe sprzątać, nie pozwala jeść tyle słodyczy ile bym chciał, wyłącza telewizor kiedy akurat leci fajna bajka i zabrania biegać po sklepie. No, ale mam dwie mamy, tamta na pewno taka by nie była. I pojawia się ciekawość. No właśnie jaka jest ta inna mama? 

Zła kobieta czy troskliwa mama?

Nie znając jeszcze tej złej strony życia na tyle, by matkę biologiczną wyobrazić sobie w sposób negatywny, małe dziecko zwykle ma z nią same dobre skojarzenia. Oczywiście jeśli nie wyprowadzimy go z błędu. Ważne jednak, by nie szantażować dziecka emocjonalnie i nie grać na jego uczuciach. Przecież nie powiemy mu, że jego mama piła alkohol, brała narkotyki, mieszkała w brudzie i w ten sposób właśnie maluch został poczęty. Unikajmy więc stawiania siebie na piedestale, przyjmując rolę wybawcy dziecka. Taka postawa niestety zdarza się wielu dorosłym, nie tylko w kontekście rodzicielstwa. Ileż to razy słyszymy jak na przykład żona mówi do współmałżonka: Gdyby nie ja, to niczego byś w życiu nie osiągnął, albo gdy szef daje do zrozumienia pracownikowi, że nic nie jest wart, a udany projekt to w zasadzie jego zasługa, nie podwładnego.

                                          Dziecko starsze.

Z dziećmi, które pamiętają swoich biologicznych rodziców, sprawa wygląda zupełnie inaczej i każdy przypadek jest indywidualny. Prawdopodobnie przeżyły one dużą traumę, wywołaną takim a nie innym postępowaniem dorosłych. Są dzieci, które wypierają z pamięci złe doświadczenia i od razu "wchodzą" w nową rodzinę i ich rolę mamy i taty, ale są takie, które potrzebują czasu. Z wielką rozwagą i zrozumieniem trzeba podejść do tematu ról w rodzinie. Na pewno dziecko układając sobie wszystko od początku, musi na nowo zaufać dorosłemu, wierząc, że mama i tata to coś dobrego.

Gotowość. 

Ja osobiście trzymam się tego, czego nauczyłam się na kursie, czyli balansu pomiędzy prawdą a spokojnym życiem moich dzieci. Do ich matki biologicznej (jak wiecie dobrze, bo wspominałam o tym w kilku postach) mam ogromny szacunek za to, że nie poddała się aborcji, że wydała na świat dzieci, dzięki którym mogę być dziś szczęśliwa. Miała na tyle odwagi i pokory, by stawić się przed sądem i publicznie zrzec się praw do swojego potomstwa, co zapewne nie było łatwe. Ale na tym jej rola w życiu moich dzieci na razie się kończy. Nie podkreślam więc jej znaczenia, ani nie wprowadzam jako stałego członka naszej rodziny. Chcę, żebyśmy my i dziewczynki spokojnie ułożyli sobie życie, nasze życie, a nie ciągle przez pryzmat tego, kto je urodził. Nie jestem i nie mam zamiaru być drugą mamą. Dziewczynki są moimi dziećmi i na co dzień nie ma to dla mnie znaczenia, że ich nie urodziłam, pogodziłam się z brakiem biologicznego potomstwa. Tym samym są one dla mnie po prostu dziećmi, a nie drugimi dziećmi (zakładając, że pierwszymi byłyby biologiczne)
Dziewczynki dowiedzą się w odpowiednim czasie, że pani, która je urodziła, to matka biologiczna, ale jeśli nie zdecydują inaczej, będzie to tylko nazwa. To kto będzie w przyszłości pierwszą, drugą, czy jedyną mamą, zostawiam ich decyzji, gdy będą starsze. 
Być może uznacie, że źle postępuję, czy też egoistycznie, ale czuję, że tak właśnie powinnam postąpić, by nasza rodzina mogła być normalną, zwykłą rodziną jak każda inna.