wtorek, 13 listopada 2018

Gdy dzwoni TEN telefon ... ale nie do ciebie.


Każdy z oczekujących na adopcję dziecka przyzna, że najgorszy okres to ten po kwalifikacji. Wcześniej ciągle coś się działo, rozmowy, szkolenie, oględziny mieszkania a tu nagle cisza. 


Wiem na pewno, że u nas w ośrodku rodzice są dobierani do dziecka, nie ma żadnej kolejki, a pod uwagę bierze się bardzo szczegółowo historię przyszłych rodziców i biologiczne pochodzenie dziecka. Od tego zależy powodzenie adopcji.

Można byłoby powiedzieć, że "kolejka" jest lepsza, ponieważ czekasz cierpliwie i monitorujesz ile jeszcze przed tobą zostało par. Z drugiej jednak strony, ma to być przecież NASZE dziecko, więc czekanie nie powinno być niczym zaskakującym. Dochodzi jednak do paradoksu takiego, że kilkanaście małżeństw oczekuje od np. dwóch lat, a dziecko proponowane jest komuś, kto dopiero niedawno skończył szkolenie. I jak tu nie być złym na to wszystko? Jak uzbroić się w cierpliwość?

Na jednym z zeszłorocznych szkoleń zaprzyjaźniłam się i zżyłam z trzema parami oczekującymi na adopcję. Bardzo ciepło o nich myślę, ile mogę to wspieram i czekam razem z nimi. Znając obecną sytuację, żadne z nas nie spodziewało się, że ktokolwiek z nich mógłby zostać rodzicem w tym roku. Jakież było więc moje zaskoczenie, gdy dowiedziałam się w zeszłym tygodniu, że mają synka! Jeszcze nie są razem, jeżdżą do niego na razie w odwiedziny, ale istnieje duża szansa, że w te Święta będą już razem :) 
Powiem wam, że strasznie się cieszę, że już jedna para z tej grupy może cieszyć się szczęściem. Choć od kilku lat jestem "po tej drugiej stronie", równie mocno przeżywam z każdym okres oczekiwania, a emocje towarzyszące TEMU telefonowi są może inne niż przy tym naszym, ale równie silne. Miałam ciarki i wypieki na twarzy słuchając jak szczęśliwi są ci ludzie. 

Wiem, że pozostałym parom, szczególnie tym zaprzyjaźnionym, musi być ciężko. Dzwoni telefon, ale nie do ciebie. To trochę przypomina czekanie na ciążę, kiedy to wszystkie inne koleżanki zachodzą, a ty nie. I choć wokoło powtarzają, że na ciebie też przyjdzie kolej, to mijają miesiące i nic. Zaczynasz wątpić, czy w ogóle to nastąpi. Tak samo z adopcją, czekasz, cieszysz się z telefonów w grupie, w ośrodku, ale ty wciąż bez dziecka. Jak sobie z tym poradzić? Wiem, że musi być wam ciężko, ale nie traćcie nadziei, że WASZE dziecko gdzieś tam czeka. Pokornie czekajcie, a nadejdzie taki dzień, w którym niespodziewanie zostaniecie rodzicami. Ot tak, po prostu.

Ściskam mocno kciuki za wszystkich oczekujących, a świeżo upieczonym rodzicom jeszcze raz gratuluję. Mam nadzieję, że szybko będziecie razem :) 

niedziela, 11 listopada 2018

Elsa śpiewa piosenki patriotyczne (nagrania oryginalne :) )




Mam nadzieję, że gdzieś tam w zakamarkach swojej pamięci, moje dzieci odnajdą tę niezwykłą dzisiejszą uroczystość w 100 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Niestety nie braliśmy czynnego udziału w obchodach, ale oglądaliśmy wszystko w telewizji. Jestem też bardzo zbudowana tym, jak dużą wagę przywiązuje się w przedszkolu do patriotyzmu. To nie tylko wykonywanie godła, czy malowanie flagi, ale choćby informacje i nauka Mazurka Dąbrowskiego. To dobrze. Dziecko powinno wzrastać w miłości i przywiązaniu do swojego kraju. 

Strój galowy.

Wpada do mnie w piątek zdenerwowana sąsiadka (12 lat), zbulwersowana tym, że dostała w szkole minus za nieodpowiedni strój na obchodach Dnia Niepodległości. Fakt. Miała na sobie czarną spódniczkę, ale tak krótką, że ledwo zakrywała pupę. Kiedy zwróciłam jej na to uwagę, podniosła ją pokazując, że ma pod nią krótkie spodenki. No cóż, nikt przecież nie będzie zaglądał jej pod spódnicę. Bluzka. A w zasadzie biała koszulka w stylu T-shirt, wygnieciona, jak to za moich czasów mówiło się "wyjęta psu z gardła" Trudno było mi tej dziewczynie wytłumaczyć, że kolor biały i czarny nie wystarczy, by strój nazwać galowym.

Kiedy ja chodziłam do szkoły, na akademię musieliśmy mieć czarne lub granatowe spódniczki, a do tego białe bluzeczki z kołnierzykiem. Nikt nie zastanawiał się, czy to lubi, czy nie (to był argument tej nastolatki na moją uwagę, że to chyba nie taka bluzeczka). Tak należało się ubrać i każdy to szanował. Jeśli ktoś był nieodpowiednio ubrany, nie został wpuszczany na salę gimnastyczną. Tak, wiem, ja już należę do epoki dinozaurów, ale powiem wam, że ja nie wyobrażam sobie, żebym dziecku wieczorem nie naszykowała odświętnego stroju, jeśli taki jest wymagany. Gdy dziewczynki mają jakąś akademię (nawet kiedyś w żłobku), szykuję spódniczkę, białe rajtuzki, bluzeczkę. Według mnie to przecież wyraża mój szacunek wobec placówki, nauczycieli, a w tym przypadku naszego kraju, ludzi, którzy walczyli za niego. Czyż to nie my rodzice powinniśmy pewnych rzeczy dopilnować? Pewnie ktoś powie, że przesadzam, bo każdy jest zmęczony, nie ma siły, dziecko już jest duże, więc może samo pomyśleć. No właśnie pomyślało - wzięło jakąś wymiętą koszulkę i miniówkę, w której najlepiej się czuje i poszło do szkoły. Nie będę tu krytykować nikogo, ale o takich uroczystościach wiemy przecież na długo przed. Myślę, że znaleźć  10 minut na naszykowanie, wyprasowanie stroju galowego dla dziecka i powieszenie go na wieszaku nie jest wielkim problemem. Pod warunkiem, że taki strój w domu jest...

To samo z początkiem i zakończeniem roku. Gdy teraz przyglądam się uczniom, podążającym np. na rozdanie świadectw, to czasem zastanawiam się, czy aby na pewno idą do szkoły. 

W tym tygodniu w naszym przedszkolu odbędzie się uroczysta akademia z udziałem rodziców. Znów pewnie będę płakać, tym bardziej, że po raz pierwszy Elsa będzie śpiewać solówkę!! Dowiedziałam się o tym niedawno i powiem wam, że stresuję się chyba bardziej niż jakbym ja sama miała zaśpiewać ;) Także trzymajcie kciuki za nią :) A zresztą co tam, wklejam wam Elsę jak śpiewa.





sobota, 10 listopada 2018

Życie poza mediami społecznościowymi.

O  tragicznych wydarzeniach z sierpnia tego roku, słyszał chyba cały świat...



Na historię zaginięcia ciężarnej kobiety, Shanann Watts i jej dwóch córek 4-letniej Belli i 3-letniej Celeste, trafiłam przypadkiem przeglądając amerykańską prasę w poszukiwaniu materiałów na lekcję. Jestem dość wrażliwa i wyczulona na sprawy, które dotyczą dzieci, dlatego też pozwoliłam sobie na obejrzenie materiału filmowego, w którym mąż i ojciec wypowiadał się przed kamerą prosząc o pomoc w odnalezieniu jego rodziny. Nie wiem, czy dlatego, że oglądałam w swoim życiu setki kryminałów i czytałam książki, czy coś mi się w tym człowieku po prostu nie spodobało (choćby to jak spokojnie mówił o zaginięciu tej trójki), ale pomyślałam wtedy, że wcale nie zdziwiłabym się, gdyby to właśnie on miał coś wspólnego z ich zniknięciem. Najczarniejszy scenariusz stał się faktem. Chris Watts został po kilku dniach aresztowany pod zarzutem zamordowania swojej rodziny, wskazał też, gdzie znajdują się ich ciała. Jak zwykle w takich sytuacjach bywa, rodzina i znajomi byli wstrząśnięci i zaskoczeni tym, co się wydarzyło. Pozornie szczęśliwa rodzina, z trzecim dzieckiem w drodze (tym razem miał być to chłopczyk), zniknęła w jednej chwili niczym liść zdmuchnięty na wietrze. 


Nie jestem osobą, która ekscytuje się sensacjami, szczególnie tymi dotyczącymi celebrytów i innych ludzi próbujących się wylansować, czy też mających parcie na szkło. Szczerze mówiąc mało mnie interesuje to kto, co, z kim i gdzie zrobił, co kupił, kogo poznał. Są jednak takie tematy, które przykuwają moją uwagę i związuję się z nimi emocjonalnie. Tragedię w domu Wattsów staram się pojąć swoim umysłem, zrozumieć skomplikowaną psychikę ludzką, która doprowadziła męża i ojca do popełnienia zbrodni.

Po drugiej stronie płotu, trawa zawsze wydaje się bardziej zielona.

Napotykając trudności w naszym życiu, łatwo porównujemy się z innymi. Wydaje nam się, że wszyscy mają właśnie to, czego nam w danej chwili brakuje. I rzeczywiście nie raz tak jest. Choćby w walce z niepłodnością, kiedy to nasze koleżanki zachodzą w ciążę a my nie. Oliwy do ognia dodają nie tylko rozmowy z nimi, w których absolutnie brak jakiejkolwiek empatii, ale również tworzenie przez nie, nie do końca prawdziwego życia w mediach społecznościowych. Na ile możemy zatem wierzyć w to, co widzimy np. na Facebooku? Faktem może być to, że urodziło się danej rodzinie dziecko, ale czy życie rodzinne prezentowane na podstawie krótkich filmików, relacji, zdjęć odzwierciedla dokładnie to, co się w niej dzieje? Na pewno nie, ale pokazując idealne "urywki" ze swojego życia, tacy ludzie tworzą pewien obraz, który zapamiętujemy my, odbiorcy. Możemy tłumaczyć sobie tysiące razy, że ta, czy inna rodzina również ma problemy, nie ma doskonałego życia, ale odbieramy najważniejszą informację dla nas - mają dziecko, a my nie. Pisałam kiedyś wydaje mi się ciekawego posta pt. W sieci mogę być kim chcę. (KLIK) Skoro mogę stworzyć alternatywną siebie, to jaki problem w stworzeniu całej mojej rodziny w sposób taki, że odzwierciedli moje marzenia, pragnienia, plany, zagłuszy problemy?  W tak wykreowaną nową rzeczywistość łatwo nawet samemu uwierzyć, ignorując prawdę o swoim życiu. 

Czytając FB, czy Instagram Shanann, możecie zobaczyć portret rodziny szczęśliwej. Nie idealnej, ale takiej, której niczego nie brakuje. Shanann z uśmiechem opowiada jak poznała Chrisa, który wysłał jej zaproszenie do znajomych i o tym jak je zaakceptowała myśląc, a co tam, i tak pewnie nigdy go nie zobaczę na oczy. Osiem lat później, ona i ich troje dzieci zginęło z ręki tego właśnie mężczyzny. I można byłoby się zastanawiać, czy Chris zawsze był tą osobą, którą potem się okazał być - mordercą, czy przez te ileś lat wspólnego pożycia, coś w tym małżeństwie zawiodło, co doprowadziło do takiej strasznej tragedii. 
W mediach społecznościowych, ludzie malują pozytywny obraz swojego życia, mówi Erin A.Vogel, naukowiec Wydziału Psychiatrii z Uniwersytetu w Kalifornijskiego. Nie koniecznie kłamią na temat tego, co aktualnie dzieje się w ich życiu, ale zwykle też nie mówią całej historii. 
W późniejszych zeznaniach, Chris Watts przyznał się do romansu z swoją współpracownicą i jak twierdził poinformował o tym fakcie również swoją żonę, niedługo przed jej zamordowaniem. To miało doprowadzić do kryzysu jaki przeżywali małżonkowie. Co takiego naprawdę wydarzyło się w tej rodzinie, tego zapewne nigdy się nie dowiemy, ale fakt pozostaje taki, że dla wszystkich Chris był przykładnym mężem i ojcem. Sama Shanann również wychwalała go mówiąc, że jest najlepszym ojcem, jakiego mogły mieć jej dziewczynki. Informacje na temat sytuacji rodzinnej jakimi inni byli karmieni, pochodziły od samej Shanann. Trudno więc określić na ile prawdziwe były jej zdjęcia, filmy, komentarze. Jeżeli założymy, że romans, i trudna sytuacja w związku z narodzinami trzeciego dziecka mogły być motywem pozbawienia życia 34-latki, tak niezrozumiałe i potworne wydaje się zabicie trójki (gdyż liczę również ciążę) niewinnych dzieci.
Gdy czyjeś życie wydaje się idealne w mediach społecznościowych, trudno jest jednoznacznie stwierdzić, czy tak faktycznie jest, czy być może częste, pozytywne posty są wynikiem podjętej próby poradzenia sobie z problemami, mówi Vogel.
Wizerunek rodziny jaki sami przedstawili był na tyle wiarygodny, że  całe najbliższe środowisko było zaszokowane wiadomością o aresztowaniu Chrisa pod zarzutem zamordowania swojej rodziny. Vogel przypomina, że ludzie powinni pamiętać, że czyjaś obecność w mediach społecznościowych jest jedynie wypolerowaną wersją swojego życia. 
Są oczywiście tacy, którzy szczerze pragną podzielić się swoim życiem z przyjaciółmi, fanami, ale są i tacy, dla których jest to sposób na przekonanie siebie i innych o tym, że wszystko jest w należytym porządku. W rzeczywistości zmagają się z różnymi problemami, a otrzymywanie "lajków" i komentarzy przynosi tymczasowe zadowolenie i zapewnia naszych znajomych, że nie dzieje się nic złego. 

Choć pewne tematy przestały stanowić tabu, to jednak wciąż spotykamy się z niezrozumieniem i brakiem empatii wśród społeczeństwa. Z jednej strony ludzie pragną byśmy byli szczerzy, nie ukrywali swoich problemów, a drugiej swoją postawą sprawiają, że pokazanie naszej prawdziwej twarzy skutkuje niezrozumieniem, odrzuceniem, a czasem nawet utratą drugiej osoby.
Nawet jeżeli jesteśmy świadomi tego, że inni ludzie dzielą się tylko częściowo swoim życiem w mediach społecznościowych, to trudno jest o tym pamiętać przewijając informacje w nich zawarte, mówi Vogel. Dlatego też często wierzymy, że życie innych ludzi jest idealne, podczas gdy w rzeczywistości dalekie jest to od prawdy.
I tak chyba jest, bo przecież tysiące razy możemy tłumaczyć sobie, że inni też mają problemy, że ich życie na pewno nie jest idealne. Ale cóż z tego, skoro zdjęcia na Facebooku przedstawiają uśmiechniętą rodzinę na wakacjach, a my kolejny weekend spędzamy w samotności. Jak mają nas nie wzruszać komentarze innych ludzi, twierdzących, że rozumieją, co przeżywamy, jeśli sygnały przez nich wysyłane są sprzeczne z tym, co mówią?

Prawdziwe życie.

Kilka dni temu Chris Watts przyznał się do zarzucanych mu czynów. Pierwotnie twierdząc, że zamordował tylko swoją żonę, a to ona jest odpowiedzialna za śmierć córek, teraz zmienił swoje zeznania, tym samym unikając kary śmierci. Ta historia jest tragiczna na różnych płaszczyznach. Mamy tu pozornie idealną rodzinę, w której wydarza się tragedia, co wstrząsa całym społeczeństwem. Wykreowany świat rozbija się na tysiące kawałków niczym stłuczony wazon. I mamy inny wymiar tej tragedii. Bo załóżmy, że faktycznie w tej rodzinie źle się działo, to czy ktoś nie powinien był czegoś zauważyć i zapobiec temu co się stało? Myślę, że tak straszne zbrodnie są wynikiem długotrwale działających czynników, zmian jakie powstają i narastają w człowieku. Ludzie przechodzą obojętnie obok innych, często nie zauważają wyraźnych sygnałów wysyłanych przez najbliższych, a ich cichy krzyk traktują jak słabość, czy niechęć do swojej osoby. 
Ludzie przestali ze sobą rozmawiać, a interakcja została zamieniona na ilość "lajków" pod postem. Jeśli tak teraz wygląda świat, to czemu kolejny raz dziwimy się słysząc o takich wydarzeniach jak w domu Chrisa i Shanann. 






*Cytaty pochodzą z www.oxygen.com, zdjęcia Getty Images. 






wtorek, 6 listopada 2018

O powrotach do przeszłości, nie całkiem legalnym noclegu i innych rzeczach.


My tu sobie tak gadu gadu o jesieni, a tak naprawdę tyle mam wam jeszcze do opowiedzenia na wakacyjne tematy! Może jakoś się wyrobię przed pierwszym śniegiem, choć szczerze mówiąc z tą pogodą to nic nie wiadomo. Skoro mamy od jakiegoś czasu dwie pory roku (albo lato albo zima) to zaraz się okaże, że pewnego ranka za oknem zobaczymy śnieg...

Nie wiem, czy pamiętacie taką scenę z Forresta Gumpa, kiedy to umierająca Jenny leży w łóżku w domu Forresta, a on opowiada jej o wszystkich miejscach, które odwiedził. Opowiada o wojnie w Wietnamie, o biegu przez całe Stany, a Jenny słucha i ze łzami w oczach mówi, że szkoda, że jej nie było tam z nim. Ależ byłaś, z uśmiechem odpowiada Forest. Przez cały ten czas. 
Chyba czułam coś podobnego odwiedzając różne miejsca zanim dziewczynki się urodziły. Gdzieś tam na dnie swojego serca miałam takie marzenie, żeby kiedyś tam wrócić i pokazać im to, czego doświadczaliśmy sami. W ogóle nie wiem jak wy, ale ja lubię wracać w miejsca, które pamiętam z przeszłości.

W tym roku odwiedziliśmy kilka takich miejsc. Jedno z nich pamiętam jeszcze ze swojego dzieciństwa, jeśli tak mogę to nazwać, gdyż byłam tam z rodzicami po 3 klasie liceum (więc już aż tak mała nie byłam, ale co by nie mówić to jednak wieki temu) 





San Marino, bo o nim mowa, to miejsce, które przede wszystkim kojarzyło mi się z wchodzeniem pod górę ;) Ale nie tylko. Pamiętam, że na jednym ze straganów, rodzice pozwolili mi wybrać jakąś torebkę, więc zdecydowałam się na czarny, lakierowany kuferek ze złotymi dodatkami. Ot taki typowo włoski styl. Czułam się dumna ze swojego wyboru, do czasu gdy w jednym z butików kilka miesięcy po powrocie do domu, zauważyłam na wystawie identyczną torebkę! Oczywiście za odpowiednio wyższą cenę, żeby nie było. 
Z San Marino pamiętam jeszcze, że wiał wtedy okropny wiatr, bo mam takie zdjęcie na którym moje rozpuszczone, długie włosy fruwają we wszystkie strony. Nie cierpiałam tego zdjęcia ;)



Ale widok ze szczytu centrum San Marino jest oszałamiający - usytuowane jest bowiem na szczycie najwyższego wzniesienia w kraju Monte Titano na wysokości 749 metrów powyżej poziomu morza. Przy dobrej widoczności i bezchmurnym niebie jest to doskonały punkt widokowy Apeninów z panoramą na Morze Adriatyckie. Średniowieczny charakter miasta podkreślają otaczające dawny gród mury obronne z zamkami, domami, placami, murami, fortyfikacjami oraz basztami.



Dziewczynki nie miały problemu z wdrapaniem się na sam szczyt, mam jednak nadzieję, że nie będą kojarzyć tego miejsca tylko z wchodzeniem ;) 




Jeżeli nie macie ochoty na wchodzenie, możecie skorzystać z kolejki linowej. To dla mnie nowość, bo kiedy ja byłam dzieckiem niestety takiej możliwości nie było.



Powiem wam szczerze, że zupełnie inaczej odbieram miejsca, które odwiedziłam jako dziecko, czy nastolatka, a inaczej już jako osoba dorosła. Nadal nie znam się za bardzo na architekturze, nie powiem wam co to za styl, dla mnie jest tylko określenie ładne - nieładne. Coś albo robi na mnie wrażenie, albo nie. Ale lubię zwiedzać, delektować się jakiś fajnym miejscem, a dziewczynki są na tyle już duże, że chętnie z nami podróżują i mam nadzieję coś zapamiętają. Może też będą chciały wrócić? Cyknęłam Elsie zdjęcie przed straganem, który wydaje mi się tym samym, na którym rodzice kupili mi ten sławny kuferek.



Część naszych wrześniowych wakacji spędziliśmy nad jeziorem Maggiore, które częściowo należy do Szwajcarii a częściowo do Włoch. Znaliśmy je wcześniej bardzo dobrze, byliśmy już tam dwa razy, raz sami, raz ze znajomymi. Jeśli chodzi o Szwajcarię, region ten nie należy do najtańszych. Pobyt pod namiotem jest dwa razy droższy niż w innych kantonach. Szczerze mówiąc jeśli chodzi o sam klimat to nie widać różnicy między Szwajcarią a Włochami. Prawie ci sami Włosi, te same lody, pizza, tylko waluta inna ;) Po szwajcarskiej stronie jeziora jest jednak dużo czyściej. Dziś opowiem wam o ostatnim razie, kiedy tu byliśmy.




Wraz ze znajomymi dojechaliśmy na kemping wczesnym wieczorem. Ku naszemu zdziwieniu nie było ani jednego wolnego miejsca. Udaliśmy się więc na kemping obok, ale tam sytuacja identyczna. Do następnego, który ewentualnie mógłby coś mieć, musielibyśmy się wracać ok. 60km. Zmęczeni podróżą i szukaniem, usiedliśmy na ławce w pobliskim parku. Jako, że nasza koleżanka była kiedyś fanką podróżowania autostopem i innych niekonwencjonalnych rozwiązań, zaproponowała nocleg w śpiworach na trawie nad jeziorem. Pomysł niezły, ale z tyłu głowy miałam cały czas informację taką, że w Szwajcarii wszelkie dzikie obozowiska są surowo wzbronione i karane wysokimi mandatami. A z nimi lepiej nie zaczynać. Już sama próba podjęcia dialogu z funkcjonariuszem policji może się źle skończyć. Nie wiem co nas podkusiło, ale przystaliśmy na ten pomysł. Przynieśliśmy z samochodu wszystko to, co potrzebne nam było do rozłożenia naszego tymczasowego łoża i ułożyliśmy się do snu. Już wtedy wiedziałam, że spanie na dziko w Szwajcarii to nie był dobry pomysł. Wprawdzie non stop wydawało mi się, że policja przyszła nas aresztować, ku naszemu zdziwieniu prócz nas, rozbiło swoje obozowiska jeszcze kilka osób. Przychodziły też parki z kocami i siedzieli nad jeziorem spędzając romantyczny wieczór, ale potem zbierali manatki i wracali do przytulnych mieszkanek, podczas gdy my, nadal tam tkwiliśmy. W nocy budziłam się ze sto razy. Raz usłyszałam trzask łamanej gałęzi i wydawało mi się, że ktoś chce nas okraść. Zerwałam się i co widzę przed sobą? Jakiegoś gościa podciągającego gacie, równie zdziwionego jak ja. Nie wiem które z nas bardziej się wystraszyło... Kiedy nad ranem obudziłam się kolejny raz, przed sobą zobaczyłam cudny widok wstającego słońca. Skonana całonocnym czuwaniem, szturchnęłam męża i mówię: Zobacz jaki piękny wschód słońca. Idź cyknąć zdjęcie. Musiał być bardzo oszołomiony, bo nic nie odpowiedział, tylko posłusznie wziął aparat i wyruszył w stronę jeziora. Zdjęcia cyknął tylko trzy, więc podejrzewam, że po chwili dotarło do niego to, że spał smacznie, a ja wyciągnęłam go ze śpiwora po to, by uwiecznił ten moment. Oto on: (moment, nie mąż ;) )





Kiedy w końcu udało mi się usnąć (wiecie takim dobrym snem, który zwykle jest wtedy, kiedy zaraz trzeba wstawać) usłyszałam sygnał syreny. To nie był sen. Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam samochód policyjny z napisem "Carabinieri". Panika. Już chciałam uciekać, zabrać tylko nasze rzeczy (i męża ma się rozumieć), ale przeciwnik był szybszy, poruszał się przecież pojazdem wojennym, a ja jako piechur byłam na straconej pozycji. Podjeżdżali do różnych ludzi nocujących nad jeziorem, a ja zdziwiłam się, że w ciągu nocy przybyło ich aż tylu. W końcu podjechali i do nas. Skruszona, miałam przygotowaną całą litanię, by ewentualnie wybłagać u nich jedynie upomnienie. Puk puk, puk puk. Serce wali jak szalone, a w samochodzie zaczyna się powoli opuszczać przednia szyba. Znacie ten dźwięk elektrycznie otwieranej szyby. Tu doszła jeszcze do tego cisza, potęgująca efekt. Po chwili wyłonił się z środka młody, uśmiechnięty policjant i słowami "Buongiorno" przywitał całą moją grupę. 
Pewnie zastanawiacie się, czy dostaliśmy mandat. Nie, na szczęście pan policjant poprosił, byśmy się spakowali i zabrali swoje rzeczy, bo miejsce zaczynało już nowy dzień, czyli pojawili się biegacze, spacerowicze, turyści i teren musiał być już ładny. Może gdybyśmy rozbili namiot, zostalibyśmy ukarani za złamanie prawa, a tak, to okazuje się, że można sobie siedzieć nad jeziorem, przespać się, z tym, że należy się ewakuować rano. Park bądź co bądź nie jest dla ludzi, którzy wyglądają jak uchodźcy śpiący w śpiworach ;) Co by nie mówić, to szwajcarskie parki są przygotowane dla ludzi, po to by w pełni mogli z nich korzystać. 

W minione wakacje wróciliśmy do kilku takich miejsc z przeszłości. Nie zmieszczą się jednak w dzisiejszym poście, więc muszą poczekać do następnego :) 




piątek, 2 listopada 2018

Warszawskie Powązki.




"Czym jest me życie?
Ach, jedną chwilką!"



Jeżeli tylko pogoda na to pozwala, lubimy chodzić na wieczorny spacer na Cmentarz Powązkowski. Wyjątkowy klimat tego miejsca w tym roku podkreślony był przez ciepłe powietrze i zapach jesiennych liści unoszący się w powietrzu. Wystarczy skręcić w boczną alejkę i znaleźć tam ciszę, spokój i idealne warunki do zadumy.







 Powązki to najsłynniejszy cmentarz w Polsce otwarty 20 maja 1792 roku. Znajdziecie tu miejsca wiecznego pochówku zasłużonych mieszkańców naszego kraju. Artystów m.in. Czesława Niemena, Krzysztofa Kieślowskiego, Tadeusza Nalepy, Władysława Reymonta, Wojciecha Młynarskiego. Poza tym pochowani zostali tutaj m.in. legendarny dowódca AK Tadeusz "Bór" Komorowski czy Edward Rydz-Śmigły - marszałek Polski.






Nie wiem, czy wiecie, ale liczba osób pochowanych na Powązkach jest ogromna. Wśród ok. 1 miliona osób, jest wielu zasłużonych Polaków, w tym żołnierze powstań narodowych od Insurekcji Kościuszkowskiej do Powstania Warszawskiego, działacze niepodległościowi, ofiary katastrofy smoleńskiej, wybitni pisarze, poeci, uczeni, artyści, malarze. W sumie nekropolia zajmuje obszar 44 ha, czyli tyle co powierzchnia Watykanu!

Grób Ireny Jarockiej

Grób Czesława Niemena



Grób Zbigniewa Herberta

Nieopodal znajduje się Cmentarz Wojskowy, na który niestety w tym roku nie dotarliśmy z powodu późnej pory. W Alei Zasłużonych spoczywa wiele wybitnych Polaków, wśród nich m.in. filozof Leszek Kołakowski, architekt Stefan Kuryłowicz, muzyk Stanisław Grzesiuk, pisarz Julian Tuwim, dziennikarz Grzegorz Miecugow, muzyk Tomasz Stańko, artystka Olga "Kora" Jackowska, aktorka Danuta Szaflarska, pianista Władysław Szpilman, sportowcy - Kazimierz Deyna, Kazimierz Górski czy Irena Szewińska.



Grób Hanki Bielickiej.

Grób Violetty Villas


Grób Krzysztofa Kieślowskiego

Skromny, kamienny grób Andrzeja Kopiczyńskiego

Parafia im. św.Karola Boromeusza na Powązkach







Grób Gustawa Holoubka

Cytat na grobie Holoubka

Grób Stanisława Moniuszko

Powązki to miejsce wyjątkowe. Z jednej strony stare, historyczne, z drugiej jakże współczesne. Przypomina o naszej przemijalności, obojętne kim jesteśmy za życia, ale również pokazuje spuściznę pozostawioną przez niektórych tych, których nie ma wśród nas.






* informacje na podstawie www.warszawa.naszemiasto.pl