wtorek, 6 listopada 2018

O powrotach do przeszłości, nie całkiem legalnym noclegu i innych rzeczach.


My tu sobie tak gadu gadu o jesieni, a tak naprawdę tyle mam wam jeszcze do opowiedzenia na wakacyjne tematy! Może jakoś się wyrobię przed pierwszym śniegiem, choć szczerze mówiąc z tą pogodą to nic nie wiadomo. Skoro mamy od jakiegoś czasu dwie pory roku (albo lato albo zima) to zaraz się okaże, że pewnego ranka za oknem zobaczymy śnieg...

Nie wiem, czy pamiętacie taką scenę z Forresta Gumpa, kiedy to umierająca Jenny leży w łóżku w domu Forresta, a on opowiada jej o wszystkich miejscach, które odwiedził. Opowiada o wojnie w Wietnamie, o biegu przez całe Stany, a Jenny słucha i ze łzami w oczach mówi, że szkoda, że jej nie było tam z nim. Ależ byłaś, z uśmiechem odpowiada Forest. Przez cały ten czas. 
Chyba czułam coś podobnego odwiedzając różne miejsca zanim dziewczynki się urodziły. Gdzieś tam na dnie swojego serca miałam takie marzenie, żeby kiedyś tam wrócić i pokazać im to, czego doświadczaliśmy sami. W ogóle nie wiem jak wy, ale ja lubię wracać w miejsca, które pamiętam z przeszłości.

W tym roku odwiedziliśmy kilka takich miejsc. Jedno z nich pamiętam jeszcze ze swojego dzieciństwa, jeśli tak mogę to nazwać, gdyż byłam tam z rodzicami po 3 klasie liceum (więc już aż tak mała nie byłam, ale co by nie mówić to jednak wieki temu) 





San Marino, bo o nim mowa, to miejsce, które przede wszystkim kojarzyło mi się z wchodzeniem pod górę ;) Ale nie tylko. Pamiętam, że na jednym ze straganów, rodzice pozwolili mi wybrać jakąś torebkę, więc zdecydowałam się na czarny, lakierowany kuferek ze złotymi dodatkami. Ot taki typowo włoski styl. Czułam się dumna ze swojego wyboru, do czasu gdy w jednym z butików kilka miesięcy po powrocie do domu, zauważyłam na wystawie identyczną torebkę! Oczywiście za odpowiednio wyższą cenę, żeby nie było. 
Z San Marino pamiętam jeszcze, że wiał wtedy okropny wiatr, bo mam takie zdjęcie na którym moje rozpuszczone, długie włosy fruwają we wszystkie strony. Nie cierpiałam tego zdjęcia ;)



Ale widok ze szczytu centrum San Marino jest oszałamiający - usytuowane jest bowiem na szczycie najwyższego wzniesienia w kraju Monte Titano na wysokości 749 metrów powyżej poziomu morza. Przy dobrej widoczności i bezchmurnym niebie jest to doskonały punkt widokowy Apeninów z panoramą na Morze Adriatyckie. Średniowieczny charakter miasta podkreślają otaczające dawny gród mury obronne z zamkami, domami, placami, murami, fortyfikacjami oraz basztami.



Dziewczynki nie miały problemu z wdrapaniem się na sam szczyt, mam jednak nadzieję, że nie będą kojarzyć tego miejsca tylko z wchodzeniem ;) 




Jeżeli nie macie ochoty na wchodzenie, możecie skorzystać z kolejki linowej. To dla mnie nowość, bo kiedy ja byłam dzieckiem niestety takiej możliwości nie było.



Powiem wam szczerze, że zupełnie inaczej odbieram miejsca, które odwiedziłam jako dziecko, czy nastolatka, a inaczej już jako osoba dorosła. Nadal nie znam się za bardzo na architekturze, nie powiem wam co to za styl, dla mnie jest tylko określenie ładne - nieładne. Coś albo robi na mnie wrażenie, albo nie. Ale lubię zwiedzać, delektować się jakiś fajnym miejscem, a dziewczynki są na tyle już duże, że chętnie z nami podróżują i mam nadzieję coś zapamiętają. Może też będą chciały wrócić? Cyknęłam Elsie zdjęcie przed straganem, który wydaje mi się tym samym, na którym rodzice kupili mi ten sławny kuferek.



Część naszych wrześniowych wakacji spędziliśmy nad jeziorem Maggiore, które częściowo należy do Szwajcarii a częściowo do Włoch. Znaliśmy je wcześniej bardzo dobrze, byliśmy już tam dwa razy, raz sami, raz ze znajomymi. Jeśli chodzi o Szwajcarię, region ten nie należy do najtańszych. Pobyt pod namiotem jest dwa razy droższy niż w innych kantonach. Szczerze mówiąc jeśli chodzi o sam klimat to nie widać różnicy między Szwajcarią a Włochami. Prawie ci sami Włosi, te same lody, pizza, tylko waluta inna ;) Po szwajcarskiej stronie jeziora jest jednak dużo czyściej. Dziś opowiem wam o ostatnim razie, kiedy tu byliśmy.




Wraz ze znajomymi dojechaliśmy na kemping wczesnym wieczorem. Ku naszemu zdziwieniu nie było ani jednego wolnego miejsca. Udaliśmy się więc na kemping obok, ale tam sytuacja identyczna. Do następnego, który ewentualnie mógłby coś mieć, musielibyśmy się wracać ok. 60km. Zmęczeni podróżą i szukaniem, usiedliśmy na ławce w pobliskim parku. Jako, że nasza koleżanka była kiedyś fanką podróżowania autostopem i innych niekonwencjonalnych rozwiązań, zaproponowała nocleg w śpiworach na trawie nad jeziorem. Pomysł niezły, ale z tyłu głowy miałam cały czas informację taką, że w Szwajcarii wszelkie dzikie obozowiska są surowo wzbronione i karane wysokimi mandatami. A z nimi lepiej nie zaczynać. Już sama próba podjęcia dialogu z funkcjonariuszem policji może się źle skończyć. Nie wiem co nas podkusiło, ale przystaliśmy na ten pomysł. Przynieśliśmy z samochodu wszystko to, co potrzebne nam było do rozłożenia naszego tymczasowego łoża i ułożyliśmy się do snu. Już wtedy wiedziałam, że spanie na dziko w Szwajcarii to nie był dobry pomysł. Wprawdzie non stop wydawało mi się, że policja przyszła nas aresztować, ku naszemu zdziwieniu prócz nas, rozbiło swoje obozowiska jeszcze kilka osób. Przychodziły też parki z kocami i siedzieli nad jeziorem spędzając romantyczny wieczór, ale potem zbierali manatki i wracali do przytulnych mieszkanek, podczas gdy my, nadal tam tkwiliśmy. W nocy budziłam się ze sto razy. Raz usłyszałam trzask łamanej gałęzi i wydawało mi się, że ktoś chce nas okraść. Zerwałam się i co widzę przed sobą? Jakiegoś gościa podciągającego gacie, równie zdziwionego jak ja. Nie wiem które z nas bardziej się wystraszyło... Kiedy nad ranem obudziłam się kolejny raz, przed sobą zobaczyłam cudny widok wstającego słońca. Skonana całonocnym czuwaniem, szturchnęłam męża i mówię: Zobacz jaki piękny wschód słońca. Idź cyknąć zdjęcie. Musiał być bardzo oszołomiony, bo nic nie odpowiedział, tylko posłusznie wziął aparat i wyruszył w stronę jeziora. Zdjęcia cyknął tylko trzy, więc podejrzewam, że po chwili dotarło do niego to, że spał smacznie, a ja wyciągnęłam go ze śpiwora po to, by uwiecznił ten moment. Oto on: (moment, nie mąż ;) )





Kiedy w końcu udało mi się usnąć (wiecie takim dobrym snem, który zwykle jest wtedy, kiedy zaraz trzeba wstawać) usłyszałam sygnał syreny. To nie był sen. Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam samochód policyjny z napisem "Carabinieri". Panika. Już chciałam uciekać, zabrać tylko nasze rzeczy (i męża ma się rozumieć), ale przeciwnik był szybszy, poruszał się przecież pojazdem wojennym, a ja jako piechur byłam na straconej pozycji. Podjeżdżali do różnych ludzi nocujących nad jeziorem, a ja zdziwiłam się, że w ciągu nocy przybyło ich aż tylu. W końcu podjechali i do nas. Skruszona, miałam przygotowaną całą litanię, by ewentualnie wybłagać u nich jedynie upomnienie. Puk puk, puk puk. Serce wali jak szalone, a w samochodzie zaczyna się powoli opuszczać przednia szyba. Znacie ten dźwięk elektrycznie otwieranej szyby. Tu doszła jeszcze do tego cisza, potęgująca efekt. Po chwili wyłonił się z środka młody, uśmiechnięty policjant i słowami "Buongiorno" przywitał całą moją grupę. 
Pewnie zastanawiacie się, czy dostaliśmy mandat. Nie, na szczęście pan policjant poprosił, byśmy się spakowali i zabrali swoje rzeczy, bo miejsce zaczynało już nowy dzień, czyli pojawili się biegacze, spacerowicze, turyści i teren musiał być już ładny. Może gdybyśmy rozbili namiot, zostalibyśmy ukarani za złamanie prawa, a tak, to okazuje się, że można sobie siedzieć nad jeziorem, przespać się, z tym, że należy się ewakuować rano. Park bądź co bądź nie jest dla ludzi, którzy wyglądają jak uchodźcy śpiący w śpiworach ;) Co by nie mówić, to szwajcarskie parki są przygotowane dla ludzi, po to by w pełni mogli z nich korzystać. 

W minione wakacje wróciliśmy do kilku takich miejsc z przeszłości. Nie zmieszczą się jednak w dzisiejszym poście, więc muszą poczekać do następnego :) 




11 komentarzy:

  1. Piękne fotki, jak zwykle. Na drugim od góry chyba uwieczniłaś ufo. Albo mam w tym miejscu jakiś paproch na monitorze :-D
    Słuchaj, bo ja się pogubiłam trochę. Pomyślałam sobie wow, jacy odważni, że z dziewczynkami biwakują w parku... Ale to chyba jakaś wcześniejsza przygoda, sprzed dziewczynek, tak?
    Uff ze mną to czasami trzeba powolutku i drukowanymi literami :-D A, bo ty tak też z przygody na przygodę i człowiek traci orientację! :-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eee no weź, przecież pisałam, że ze znajomymi byliśmy tam jeszcze zanim urodziły się dziewczynki, chyba nie podejrzewasz, że z dziećmi spałabym na dziko :D Choć z drugiej strony to dodałoby jeszcze pikanterii, bo prócz siebie i naszego dobytku musiałabym jeszcze pilnować małych wędrowniczków :D Ogólnie one śpią w namiocie jak zabite, zapewne za sprawą świeżego powietrza, więc pewnie nawet by się nie obudziły.

      Usuń
    2. No właśnie, my się tak martwimy, a nasze dziewczyny świetnie dałyby sobie radę w każdych warunkach. :-)
      Ja kiedyś spałam z dziewczynami pod namiotem (miały 6 i 8 lat). A że to był spontan, to namiot pożyczył nam kolega i on był... dwuosobowy. Namiot, nie kolega - ten był dość szczupły :-D No i wróciłam tak połamana i poobijana i niewyspana, że w domu chyba z tydzień wypoczywałam po wypoczynku :-D

      Usuń
  2. Widzę, że większość Waszych wycieczek muszę sobie pododawać do mojej "wishlisty" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że miejsca Ci się podobają :)) Kurczę, tyle jest pięknych miejsc w Polsce i za granicą, całkiem niedaleko, że chyba życia braknie, by to wszystko zobaczyć ;)

      Usuń
  3. TAK jak Olitorio szukałam w opowiadaniu dziewczynek 😅😆
    Piękne zdjęcia i przygoda z dreszczykiem
    To twraz pora zabrać tam córki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję kochana :) No tak, przygoda fajna do opowiadania teraz, bo wtedy gdybyśmy zapłacili z 1000CHF kary to normalnie pochlastać się można. Z dziewczynami chyba podziękuję za takie wrażenia :D Były teraz po drugiej stronie jeziora i miały inne atrakcje :P Nocleg legalny :D

      Usuń
  4. Byłam w San Marino z rodzicami także początkiem liceum. Najbardziej utkwił mi w pamięci fakt, że wszyscy sklepikarze mówili tam po polsku i w każdym sklepie była degustacja likierów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak! Masz rację! A wiesz, że teraz nie zauważyłam takiej degustacji? No chyba, że musiałaś wejść do sklepu, ale faktycznie wtedy było to jakoś bardziej wyeksponowane. Ogólnie tych straganów mniej niż kiedyś choć produkty podobne. A widok tak samo piękny.

      Usuń
  5. Piękne widoki 😊 fajne przygody, oby było ich więcej i więcej. Tylko z dziećmi to się już chyba nie da tak na "dziko"? 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, pewnie się da, ale ja na pewno na takie coś się nie piszę ;) haha.
      Dzieci to wystarczająca adrenalina, chyba więcej mi nie potrzeba ;)
      Buziaki

      Usuń