poniedziałek, 31 grudnia 2018

Ostatni dzień roku.

Podobno nie powinno się mówić "Święta, święta i po świętach" , ale raczej sprawić, żeby Boże Narodzenie trwało w naszych sercach jak najdłużej, czego wam kochani serdecznie życzę :) Chciałabym również bardzo podziękować wam za wszystkie życzenia, te na blogu, te mailowe, telefoniczne i karteczki, które z wielką radością wyjmowałam ze skrzynki. Mam nadzieję, że spędziliście radosny czas w gronie rodzinnym, trochę odpoczęliście i nie przybyło wam zbyt dużo w pasie ;) 
Dziś oczywiście nie sposób nie zauważyć większego poruszenia przy wszystkich sklepach i centrach handlowych. Ostatni dzień starego roku. Dla jednych szczęśliwy, inni zaś odetchną z ulgą, że się kończy. I choć w zasadzie to tylko jeden dzień, jedna minuta, jedna sekunda, która wprowadzi nas w 2019, to jednak symbolicznie granica ta zamyka udany etap lub daje nadzieję na lepszą przyszłość.

Wszystkie dziewczyny w naszym domu niestety spędziły dzisiejszy poranek u lekarza zamiast szykować się na bal, ale na szczęście to tylko wirusówka, więc liczę na jakąś wieczorną dynię zamieniającą się w karocę i wiozącą nas na jakąś imprezę ;) 

Kochani, w tym Nowym Roku życzę wam przede wszystkim takiej chwili, w której będziecie mogli stanąć obok tego wszystkiego i pomyśleć: Mam szczęśliwe życie. 
Jeżeli już spełniły się wasze największe marzenia, nie bójcie się marzyć dalej! Czerpcie z życia całymi garściami. A jeśli nadal czekacie, życzę wam, byście znaleźli na nowo te drobne radości, które dodadzą wam sił. Zmieniajcie to, co da się zmienić, ale też z pokorą przyjmijcie to, co obecnie jest w waszym życiu. Kto wie, może się okaże, że w tym momencie dostajecie najpiękniejszy i najważniejszy dar z Niebios.

Szczęśliwego Nowego Roku 2019!!




poniedziałek, 24 grudnia 2018

Tylko jedna w całym roku taka noc.


Kochani!

Już za chwilę narodzi się Boże Dzieciątko. Przychodzi do każdego z nas, nie tylko do tych, którzy dziś się radują. Cieszmy się więc wszyscy, zapomnijmy na moment o naszych troskach, o tym, że być może znów nie jest tak, jak sobie wymarzyliśmy. W tę wyjątkową Noc pragnę Wam życzyć tego, żebyście pamiętali, że Jezus narodził się po to, by właśnie otrzeć Wasze łzy. To właśnie jest ten powód, by pomimo wszystko być dziś szczęśliwym.

Nie będę się dziś rozpisywać, każdy ma pewnie wiele do zrobienia, nie będzie siedział na blogu, ale mam dla Was jeszcze coś do posłuchania: (nie bójcie się, nie będę śpiewać, ale przyznaję, że to jedna z moich ulubionych piosenek)




..... i coś do obejrzenia, tak w wolnej chwili. Jeżeli w którymkolwiek momencie poczujecie, że nie pasujecie, a jedyna myśl w głowie to "Co ja tu robię u licha" to pomyślcie, że właśnie narodził się ktoś, z kim zawsze poczujecie się jak w domu. Filmik chwyta za serce, ale doskonale oddaje to, w co ja wierzę. Że w życiu każdego człowieka przychodzi taka chwila, w której zaczynamy tak naprawdę żyć. Niech w Waszych sercach zapanuje spokój, radość i nadzieja.

Wesołych Świąt!



 

sobota, 22 grudnia 2018

Zamiast do przedszkola, zabierz mnie mamo do doktora.


No i stało się. Elsa wróciła w środę z przedszkola z gorączką. W sumie to dostała jej dopiero po powrocie do domu, a ciocia była zdziwiona tym, że zaniemogła, bo podobno przez cały dzień zachowywała się normalnie. Kiedy stałam na korytarzu i czekałam jak Elsa pozabiera swoje rysunki ( a jest ich codziennie co najmniej 10, więc czasem chwilę to trwa) byłam świadkiem rozmowy starszej pani z ciocią wychowawczynią. W sumie myślałam, że to babcia dziewczynki, którą odbierała, ale okazało się, że była to opiekunka. Miała straszne pretensje, że dziecko nie zostało zgłoszone do zabrania do domu, ponieważ mała miała gorączkę. Pomimo tego, że ciocia tłumaczyła jej, że wszystko było dobrze, a dziewczynka zaczęła narzekać, że jej zimno na chwilę przed przyjściem tej pani, na nic się to zdało. Tamta pozostawała nieugięta. Trudno jest mi podejrzewać, że rodzice przyprowadzili chorą córkę do przedszkola, bo patrząc chociażby na Elsę, ten wirus naprawdę mógł się rozwinąć bardzo szybko. Domyślam się, że dostała go właśnie od tej koleżanki.

Jak kiedyś pisałam, dziewczynki praktycznie w ogóle nie chorują. Jestem wdzięczna za to, że w żłobku bardzo pilnowano, żeby rodzice nie przyprowadzali niedomagających dzieci, dzięki czemu na pewno zmniejszyła się liczba zachorowań. W przedszkolu wprawdzie nie ma już pielęgniarki, która przez cały dzień w żłobku monitorowała zdrowie i kondycję dzieci, ale nie zauważyłam masowej liczby nieobecnych podopiecznych. 

Chciałam dziś poruszyć dwa tematy. Jeden z nich to właśnie przyprowadzanie chorych dzieci do żłobka, przedszkola. Ja wszystko rozumiem, że my, dorośli, mamy swój poukładany świat, często do maximum zaplanowany i każda, nawet najmniejsza infekcja dziecka, jest nam nie na rękę. Nagle trzeba zorganizować lekarstwa, być może wizytę u lekarza, albo co gorsza L4. Niektórzy pracodawcy faktycznie mają problem z tym, że kobiety co chwilę nie ma w pracy, ale niestety priorytety są priorytetami. To się tak łatwo mówi, że jakoś sobie poradzę, ułożę relacje z szefem, ale jak pokazuje życie, nie jest to takie oczywiste. Spotkałam się z wieloma sytuacjami, w których rodzice przyprowadzali do przedszkola, czy żłobka chore dzieci. I wiecie co? Szczerze mówiąc trudno mi solidaryzować się z nimi, z co najmniej dwóch powodów. Nie dość, że przyprowadzając chore pociechy narażają inne dzieci na niepotrzebne infekcje, to jeszcze ich własne muszą siedzieć kilka godzin poza domem, nie czując się dobrze. Nie raz można zobaczyć w szatni choćby taki oto obrazek: mama podaje dziecku środek przeciwgorączkowy, licząc na to, że zdąży wrócić z pracy zanim przestanie działać. 



Są oczywiście różne sytuacje, w których naprawdę rodzic nie ma z kim zostawić dziecka, a w pracy musi być. Dlatego też na przykład u nas w żłobku było jasno powiedziane, by przyjść i szczerze porozmawiać o tym. Wtedy panie będą miały prawdziwy obraz sytuacji i będą mogły inaczej zaopiekować się dzieckiem oraz odizolować je od innych. 

Kolejna sprawa. Już od kilku znajomych mam słyszę, że mają one wrażenie, że panie niewłaściwie opiekują się maluchami w przedszkolu, narażając je na przeziębienia i choroby. Taki przykład: na dworze jest temperatura minusowa, a okna w sali, gdzie przebywają trzylatki są pouchylane. Nie te blisko biurka pani, ale te blisko bawiących się dzieci. Przejeżdżam codziennie dwa razy obok tego przedszkola i zaświadczam, że jest to prawda. Na złożone przez rodziców zażalenia, pani tłumaczy, że "to na chwilę, bo było duszno" Według mnie obojętne, czy to na chwilę, czy na dłużej, zimny, wiejący wiatr po plecach dzieci, zawsze może zaszkodzić. I coś chyba w tym jest, bo od początku roku nie zdarzyło się, by obecna w przedszkolu była cała grupa. A przecież można wywietrzyć salę w czasie posiłku (jest catering i maluchy udają się na specjalną stołówkę)

Przykład z innego przedszkola. Panie opiekunki codziennie zabierają dzieciaki na spacer, obojętne, czy pogoda jest dobra, czy nie. Jedna z moich znajomych miała wrażenie, że kierują się wyłącznie założeniami, a nie intuicją. Pada deszcz. Maluszki przemoczone, wymarznięte, ale co tam, spacer trzeba odbębnić. 

Myślę, że choroby przynoszone ze żłobka, czy z przedszkola są nieuniknione. Na pewno warto jednak zadbać o odporność, by tę liczbę maksymalnie zmniejszyć. Jesteśmy jednak zdani na innych rodziców, mając nadzieję, że nie zabraknie im wyobraźni. 





środa, 19 grudnia 2018

Gdy świeci gwiazdka, a choinka śpiewa, czyli takie tam przedświąteczne różności.


Do Świąt pozostało kilka dni. Mam wrażenie, że jak zwykle w końcowej fazie braknie mi tej jednej godziny. Czyli nic nowego, chciałam jak nigdy, wyszło jak zwykle ;) 



Jesteśmy po przedszkolnych Jasełkach. Tym razem Elsa wcieliła się w rolę choinki, a Misia była gwiazdką. Przeżycia jak zwykle wzruszające, zawsze czuję się tak, jakbym sama występowała - śpiewam wszystkie piosenki, mówię role, biję brawo, pokazuję kciuki w górę. Kiedyś wydawało mi się, że obecność rodziców jest dla dzieci deprymująca, ale jest wręcz przeciwnie. Dziecko cieszy się, że ma wsparcie, czuje, że dobrze mu idzie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Elsa śpiewała z koleżanką w duecie i mówiła rolę, ale ona to uwielbia, więc wiedziałam, że sobie poradzi. Natomiast Misia pierwszy raz dostała swoją kwestię. Była bardzo przejęta, bo w żłobku kilkuminutowy występ polegał raczej na śpiewie i tańcu całej grupy. W domu ćwiczyła z mikrofonem, uczyłam ją, że ma mówić głośno i wyraźnie, żeby wszyscy słyszeli, ale byłam ciekawa, czy stojąc na środku sali nie poczuje zawstydzenia. Miała za sobą wprawdzie rolę trolla na dużej scenie ze światłami i to przed ogromną publicznością, ale wtedy nie musiała niczego mówić do mikrofonu. Teraz, ubrana w białą sukienkę ze złotymi gwiazdkami, stanęła przed grupą rodziców i przedszkolnych cioć i powiedziała pięknie swoją rolę. Byłam z niej taka dumna :) 
Po przedstawieniu było spotkanie z Mikołajem, który dzieciom rozdawał prezenty i pozował do zdjęć. No właśnie zdjęcia. Kolejny już rok był ten sam pan fotograf i powiem wam, że byłam bliska powiedzenia mu co o nim myślę (oczywiście nic miłego ;) ) Nie pomyślcie, że się znowu czepiam, czy jestem roszczeniowa, ale wkurzył mnie już rok temu. Profesjonalny fotograf, który bierze za zdjęcia nie małe pieniądze, powinien wiedzieć jak robi wygląda praca z dzieckiem. Większość z nich wygląda posępnie, jak gdyby były tam za karę. Ma doświadczenie, czy więc tak trudno powiedzieć im, żeby się uśmiechnęły? Powiedzieć do nich coś miłego? A on je ustawia tak, jakby to były jakieś modelki. Moje dziewczyny miały zdjęcie razem, mówię więc do nich, żeby się uśmiechnęły, za co oberwało mi się od wielkiego pana fotografa, żebym nie przeszkadzała, bo one mają się patrzeć na niego, a nie na mnie. Tylko pan chyba zapomniał, że to nie są niemowlęta i one rozumieją co znaczy patrzeć na pana i się uśmiechnąć. To, że przyciągnęłam ich uwagę nie znaczy, że na niego już nie spojrzą. Z miną wkurzonego zrobił mi wykład, że "potem będzie sobie pani swoje prywatne zdjęcia robiła" To jeszcze pikuś, bo najeżona jestem na niego od tamtych Świąt, kiedy to Elsa usiadła na jego Mikołajowym fotelu (on w tym czasie gdzieś poszedł) Cyknęłam jej kilka zdjęć, trwało to może minutę? Nagle niczym spod ziemi wyrósł pan i ze wściekłością mówi do niej "Sio mi stąd!" Mnie przytkało i powiem wam szczerze, że do dziś żałuję, że nie powiedziałam mu, że sobie nie życzę, żeby w ten sposób zwracał się do mojej córki. Nie neguję, że zna się na swojej pracy, że robi dobre zdjęcia, ale widać, że kompletnie nie umie pracować z dziećmi. Ba! Nawet nie stara się, by ta praca sprawiała mu radość. A przecież dzieciaki są grzeczne, każdy chciał mieć zdjęcie z Mikołajem i wystarczyło zachęcić dzieci do fajnej interakcji, powiedzieć np. uśmiechnij się do niego, pociągnij za brodę itd. A tak to każdy ma sztuczne zdjęcie, na którym wygląda jakby zabierano mu prezenty a nie dawano. Powiem wam, że nie lubię czegoś takiego. Wiem, że on jest tam po to, żeby zrobić zdjęcia, ale widać, że najważniejsze dla niego jest to, by zarobić. Dzieci najwyraźniej mu przeszkadzają, bo jest do nich tak poważny, jakby robił sesję co najmniej do jakiegoś światowego magazynu mody. Zarabia na tym nie mało, bo wydruk jednego zdjęcia kosztuje kilkanaście groszy, a on bierze ponad 20... 
Czasem mam wrażenie, że niektórzy dorośli traktują dzieci tak trochę bez szacunku, w ogóle się nie starają, żeby im coś wytłumaczyć, przygotować. Gdybym ja fotografowała dzieci, najpierw bym im powiedziała z uśmiechem co mają robić, a pan zachowuje się jakby kij połknął.

No nic. Schodzę z pana, bo pewnie ma już uszy czerwone.
Od kilku dni próbujemy ubrać choinkę. Czemu próbujemy? A no bo zaginęły lampki. Kiedy projektowaliśmy nasz dom, wszystko było przemyślane tak, by każda rzecz mogła wreszcie mieć swoje miejsce, tego chyba mi zawsze brakowało. Miałam takie marzenie (normalnie niczym Martin Luther King - I have a dream), że pewnego dnia wszystko poukładam i w każdej chwili będę mogła to odnaleźć. Nic bardziej mylnego. Lampki wprawdzie zostały odnalezione wczoraj o 24 i faktycznie leżały grzecznie na półce, ale jeszcze trzeba pamiętać której... A ozdób świątecznych jest tyle, że zajmują ze trzy. Zupełnie nie wiem dlaczego część z nich znalazła się tam, gdzie trzymamy zapasowe śrubki .... 
Poza tym, mam nieodparte wrażenie, że to co wysprzątam, za chwilę znów wymaga pucowania. No taka choćby łazienka, czy kuchnia. Chyba musielibyśmy w ogóle z nich nie korzystać, żeby ot tak po prostu czekały sobie na gości. No, ale dobra, najważniejsze jest już zrobione. Muszę jeszcze dokończyć kilka dekoracji i w zasadzie można świętować. A nie, czekajcie. Jakie świętowanie. Przecież czeka nas wszystkich przygotowanie posiłków, a tego nie da się zrobić wcześniej (no chyba, że mowa o pierogach, które możemy zamrozić) 

Na wszystkich lekcjach robię coś świątecznego, więc w zasadzie klimat jest, za oknem śnieg, choć taki, że wygląda jakby ktoś posypał trawę cukrem pudrem, no, ale jest. Prognoza na Boże Narodzenie niezbyt optymistyczna - ma być 8-9 stopni. Także chyba szczytem świątecznego nastroju było u nas ubieranie choinki przy prószącym śniegu. 

Wczoraj byłam u mojej fryzjerki, wizyta standardowa, bez szału, więc mąż mnie rozpoznał bez problemu, żeby nie było. Powiem wam tak. Może dla kogoś pobyt w salonie stanowi formę odpoczynku, ale ja wychodzę stamtąd tak umordowana, jakbym sama pracowała kilka godzin. Być może bierze się to stąd, że sama zarabiam na życie gadaniem, więc pójście do fryzjera i paplanie non stop przez 2h jest tak męczące, że nie przynosi mi żadnego relaksu. Oczywiście, że się cieszę, że widzę koleżankę fryzjerkę, chciałabym z nią pogadać, ale tak normalnie, przy kawie, a tu ona gada, ktoś gada, tu suszarki nad głową, tu radio i mam mętlik w głowie. No, ale ok, był moment, że siedziałam z odżywką na włosach, więc wzięłam do ręki jakąś kolorową gazetę. Powiem wam, że poczułam się niczym w Seksmisji, kiedy to następuje wybudzenie i świat wygląda już zupełnie inaczej. Kartkuję nerwowo magazyn i jak słowo daję nikogo nie znam! Ani jednej osoby! Ale słuchajcie, nagle jest! Bingo! Kasia Cichopek i Rafał Mroczek! Jest nadzieja dla mnie, myślę sobie. Ale potem się przyglądam bliżej i okazuje się, że oni jacyś tacy ... starzy już. Wiecie, tak jakby już z innego pokolenia celebrytów, takie duchy przeszłych celebrytów (niczym Dickensowe Ghosts of celebrities Past) No i wracając do Seksmisji, ja chyba przez ostatnie kilka lat byłam zamrożona. Odkąd na świat przyszły dziewczynki, kompletnie nie wiem, co się dzieje w tamtym świecie. Nigdy jakoś za bardzo mnie to nie interesowało, ale oglądałam czasem jakiś tam program i rzuciło mi się w oczy jakieś nazwisko. A teraz? Nie to, że jakoś mi to przeszkadza, ale zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo zmieniło się moje życie. Nie wiem, czy wam opowiadałam, ale kilka lat temu miała miejsce taka sytuacja. Mój mąż wybrał się na basen. Oprócz pływania, zawsze lubił też zajrzeć na saunę i do jacuzzi. Siedzi, relaksuje się, a tu nagle do tej samej wanny (czy jak to nazwać) wchodzi właśnie wspomniany przeze mnie Rafał Mroczek. (albo jego brat - trudno stwierdzić) Te kilka lat temu, to jeszcze można było się pochwalić takim podniosłym wydarzeniem, a teraz? No cóż. Teraz nawet sytuacji nie uratowałoby zdjęcie w tym jacuzzi. Już słyszę te pytania: Że kto to jest? Jak się nazywa? Nie znam...

To w zasadzie tyle u nas :) Mam nadzieję, że przygotowania idą wam dobrze, w końcu nie zostało nam wiele czasu!

Udanego tygodnia!





czwartek, 13 grudnia 2018

Prezenty z recyklingu.


Ja dziś znów o Mikołaju i prezentach... Ale proszę, nie przewracajcie oczami, mówiąc "jejku, niech wreszcie przestanie się czepiać". Jak to mówi Elsa jak coś zbroi: Dajcie mi szansę :)


W zasadzie historia jest krótka. Jedna z moich uczennic opowiadała mi, że na zajęciach na Uniwersytecie (piszę to celowo, żebyście nie pomyśleli, że rozmowa dotyczyła dzieci ze szkoły podstawowej) pani Profesor pochwaliła się swoim studentom, jaka to ona jest sprytna. A mianowicie, już drugi rok stosuje pewien trik. Jej 4-letnie dziecko zapragnęło pod choinką znaleźć nowy rower. Tylko, że rower już ma, więc mama/rodzice wpadli na pomysł, by odmalować stary, przykleić nowe naklejki i zapakować jako prezent. Tak samo, jak twierdzi, zrobiła w zeszłym roku z hulajnogą. Sprytne? Zapewne, ale ... (uwaga, znów będę przesadzać) ... czy przypadkiem nie jest to jawne oszukiwanie dziecka? Rozmawialiśmy ostatnio o tym, czy powiedzieć naszym pociechom prawdę o Mikołaju, a jeśli tak to w jaki sposób. To sprawa indywidualna, każdy robi tak jak uważa. Ale w tym przypadku na dodatek do bajki o panu z brodą i workiem dochodzi uknuta intryga. Według mnie wystarczy powiedzieć dziecku, że rowerek już ma i że może poprosić Mikołaja o coś innego. Moje dziewczynki wiadomo, też chcą wiele rzeczy, ale wiedzą, że nie mogą mieć wszystkiego. Poza tym, nie sądzę, żeby chciały dostać coś, co już mają. Nie wiem, czym kieruje się ta pani, być może tym że dzieci mają dużo zabawek i powszechna jest praktyka chowania części i powracania do nich po jakimś czasie. Ale to jednak są Święta i nie mamy do czynienia z niemowlęciem, któremu i tak wszystko jedno czy coś dostanie, czy nie, ale czterolatką, która ma już swoje określone upodobania. Nie trzeba kupować przecież drogiego prezentu.
Zapytałam moich uczniów co sądzą o tym i powiem wam, że młodzi ludzie również nie byli przekonani, że jest to fair. Fakt, może się zdarzyć, że ta sytuacja będzie dotyczyła biednej rodziny, gdzie dziecko ma stary rower i po prostu marzy o nowym, ale żadne z nas nie sądzi, że właśnie o to chodziło w tym przypadku. Jedna dziewczyna wpadła jednak na dobre rozwiązanie. Jeżeli już tak bardzo mama chce być sprytna, a dziecko nadal wierzy w Mikołaja, to może po prostu uczciwie powiedzieć, że to on "odrestaurował" stary rower, który wygląda teraz jak nowy. No, bo pozostaje jeszcze kwestia starego sprzętu tak? Co się z nim stało? Mikołaj oddał do recyklingu? Wiecie co, szczerze mówiąc dla mnie to skomplikowane, jedno kłamstwo prowadzi do następnego. Co by nie było, prawda jest zawsze najlepsza. Nawet w biednych rodzinach, gdzie faktycznie nie stać kogoś na dobry prezent, można wymyślić lepsze rozwiązanie. 

Ciekawa jestem waszych opinii, bo może jest to dobry pomysł, (sama widzę też tego plusy), ale nie przekonuje mnie to absolutnie i sama na pewno czegoś takiego nie zrobię. Oczywiście jeśli ktoś pięknie dla mnie coś odnowi, to czemu nie. Tylko niech mnie nie okłamuje, że zrobił to święty Mikołaj... ;)







wtorek, 11 grudnia 2018

Najmłodsza matka na świecie.



Dziś chciałabym podzielić się z wami pewną historią, na którą trafiłam zupełnie przypadkiem...

Lina Medina urodziła się w 1933r w ubogiej rodzinie, w małej wiosce w Peru. W wieku 5 lat, mama zauważyła jej ogromny brzuch, po tym jak dziewczynka skarżyła się na bóle żołądka. Myśląc, że u córki wystąpił jakiegoś rodzaju nowotwór, zgłosiła się do lekarza. Nigdy nie przewidziałaby tego, co miała usłyszeć.  Po zrobieniu badań okazało się, że jej pięcioletnia córka była w 7 miesiącu ciąży! Kilka tygodni później, dzięki Cesarskiemu Cięciu, urodziła zdrowego chłopca, który otrzymał imię Gerardo, na cześć lekarza, który odebrał poród. 

Pomimo tego, że dziewczynka miała zaledwie 5 lat, jej organy płciowe były całkowicie rozwinięte, a ona sama doświadczyła stanu zwanego wczesnym pokwitaniem (inaczej dojrzewaniem) 

Wkrótce ojciec Liny został oskarżony o gwałt i kazirodztwo i aresztowany. Z powodu braku dowodów, został jednak zwolniony a do dnia dzisiejszego tożsamość ojca pozostaje tajemnicą. 

Dorastając, Gerardo zawsze wierzył, że Lina jest jego siostrą. Dopiero w wieku 10 lat powiedziano mu, że jest ona jego matką. Szczerze mówiąc musiało to być dla niego równie traumatyczne jak odkrycie w tym wieku faktu adopcji. Zresztą nawet nie próbuję sobie tego wyobrazić...

Syn Liny niestety zmarł w 1979roku na chorobę kości, mając zaledwie 40 lat. Lina Medina ma obecnie 85 lat, ale odmawia jakichkolwiek informacji na temat ojca jej dziecka. Choć żyje w niedostatku i mogłaby na swojej historii nieźle zarobić, wielokrotnie odmawiała wywiadów. W życiu prywatnym, Medina wyszła za mąż za Raula w 1970roku, zachodząc później w kolejną ciążę i rodząc jeszcze jednego syna. 

Przypadek Liny Mediny uważany był za pewnego rodzaju żart, ale lekarze zgodnie twierdzą, że są w posiadaniu wyników biopsji i prześwietleń, które potwierdzają, że dziewczynka naprawdę była w ciąży. 

1) Lina z lekarzem odbierającym poród. 2) Pięciolatka w ciąży. 


Do dziś, Lina Medina uznawana jest za najmłodszą matkę w historii medycyny.






poniedziałek, 10 grudnia 2018

Coraz bliżej Święta...


Nie mogę uwierzyć, że dokładnie za dwa tygodnie będą Święta. Choć w tym roku wydarzyło się tyle rzeczy, to jednak od wakacji ten czas jakoś tak przepłynął ze zwiększoną prędkością. Pamiętam , kiedy w szkole od poniedziałku do środy dni tak się ciągnęły, że wydawać się mogło, że upłynął co najmniej tydzień. Niczym z pogodą, kiedy to teoretycznie jest ileś tam stopni, a temperatura odczuwalna jest o wiele niższa. Tak właśnie mam z czasem. Jest poniedziałek, odczuwam jakby była jeszcze niedziela, bo nie do końca psychicznie jestem gotowa na kolejny tydzień pracy aż tu nagle wtedy kiedy zaczynam się ogarniać, okazuje się, że jest piątek. Pokręcone to. Pewnie i tak nic nie zrozumieliście, no, ale nie martwcie się, ja nie o tym :) 

Co roku obiecuję sobie, że prezenty zacznę kupować wcześniej i muszę wam powiedzieć, że jakoś się tego trzymam. Jeśli widzę coś fajnego, co mogłabym komuś podarować, biorę od razu, by uniknąć nerwowego szukania na siłę. Dziś wyjątkowo poranek miałam wolny, więc po odwiezieniu dziewczynek do przedszkola postanowiłam pojechać do Centrum Handlowego uzupełnić brakujące podarunki. No tak to ja mogę robić zakupki :) Wjechałam na cieplutki parking podziemny i zaparkowałam na przeciwko wejścia. Tadam! Lepsze były tylko miejsca dla inwalidów, no ale te na obecny moment są poza moim zasięgiem. Były też miejsca dla rodzin, więc z dwoma fotelikami w samochodzie jestem kryta. Dzieci? A tak, zaraz mąż z nimi przyjdzie. Mogłabym ewentualnie powiedzieć, gdyby się ktoś czepiał, no ale nie przesadzajmy, te 5 metrów dodatkowego ruchu na pewno mi się przydało ;) Sklepy były jeszcze zamknięte, więc na spokojnie poszłam do toalety i kiedy już myślałam, że będę pierwszą klientką pewnego sklepu, jakaś pani z koleżanką i dzieckiem zdobyły go jako pierwsze. A niech to! Taka okazja. 
Tak na poważnie to ogólnie nie lubię chodzić po sklepach, ale gdy w galerii jest pusto (może nie pusto, ale pustawo) to zakupy nie są takie męczące. Po dwóch godzinach, całkiem zadowolona zasiadłam w samochodzie i przyjechałam do domu. 

Szkoda, że za oknem głęboki listopad. Marzą mi się białe święta, więc po raz kolejny puszczam pewną piosenkę, która coraz bardziej zaczyna do mnie trafiać. A! Zapomniałam. Mamy nawet już choinkę, czeka sobie na dworze na odpowiedni moment kiedy to w domu trochę ogarniemy. Choinkę kupujemy zawsze w OBI, może już wam pisałam, mają piękne i to w dobrych cenach. Za jodłę kaukaską, taką 180-230m, zapłacicie 64zł. Myślę, że to naprawdę niewiele, choć w zeszłym roku pojechaliśmy na tydzień przed Świętami i zostały tylko te z dolnej granicy wymiarów. Piękne, ale niższe. Nauczeni doświadczeniem tym razem wybraliśmy się wcześniej. Naprawdę wam polecam. 


Weekend więc mieliśmy świąteczny: zakup choinki i tradycyjne pieczenie pierników. Pieczenie odbyło się w sobotę. Ponieważ timing mieliśmy słaby, i nie chcieliśmy tracić czasu na usypianie dziewczyn, przebraliśmy je tylko w piżamki, one umyły ząbki i dalej piekliśmy dobrodziejstwa. Stwierdziliśmy, że jak któraś będzie zmęczona to powie. Elsa o 22 stwierdziła, że idzie się położyć na kanapie w salonie, więc wynieśliśmy ją potem do łóżeczka, natomiast rozbawiona Misia nie miała zamiaru iść spać. Skoro nikt jej nie poganiał, pomagała nam z piernikami, a potem wpadła na pomysł zabawy. Wzięła miskę plastikową z szuflady, nosiła pierniki do stołu i układała je mówiąc, że jest "Misia budownicza" :D 


O 23 stwierdziliśmy jednak, że czas ją zmobilizować do spania i odprowadziliśmy na górę do łóżeczka. Nie protestowała. W niedzielę nastąpiła jeszcze lepsza część piernikowej tradycji - ozdabianie. Tylko dwa razy w roku można pozwolić sobie na oblizywanie paluszków z lukru i potajemne zjadanie cukrowych ozdób ;)



W ramach poszukiwania ducha Świąt, przez cały weekend puszczaliśmy okolicznościowe piosenki, więc mogę z całą pewnością stwierdzić, że to już niedługo :)

Końcowy efekt pracy dziewczynek :)


A wam jak idą prace? Posprzątane wszystko? Macie prezenty dla każdego? Dobrego i udanego tygodnia kochani!



* Post nie zawiera lokowania produktu, nie jestem również pracownikiem OBI, żeby nie było ;)









czwartek, 6 grudnia 2018

Cała prawda o Świętym Mikołaju.


Dziś Mikołajki. Nie obchodzimy tego święta jakoś szczególnie obsypując dziewczynki zabawkami, czy słodyczami. Przedszkole organizuje specjalne gry i zabawy oraz drobne podarunki, a wszystkie maluchy miały się dziś ubrać na czerwono. Dzieci jadą również na spektakl, więc jest to dla nich kolejne fajne wydarzenie w postaci nie tylko teatrzyku, ale również samego wyjazdu autokarowego.  My zamiast prezentów staramy się też zorganizować coś fajnego w tym dniu. W zeszłym roku, właśnie z tej właśnie okazji, po raz pierwszy zabraliśmy dziewczynki do kina i był to według mnie fajnie spędzony czas. Tym razem również postanowiliśmy wybrać się na jakiś świąteczny film, ale powiem wam szczerze, że zbladłam, kiedy okazało się, że za bilety dla naszej czwórki musimy wydać 105zł! Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że żałuję dzieciom pieniędzy na kino, ale wydaje mi się to wielką przesadą, żeby za 70 minutową projekcję tyle wydać. Nie wspomnę o tym, że gdybyśmy chcieli zakupić do tego jakiś popcorn, czy picie na miejscu, suma zbliżyłaby się do 150zł. Ale nie myślcie, że zrezygnowaliśmy z wyjścia, po prostu poszliśmy wczoraj, kiedy to bilet (jak w każdą środę) można było kupić za 16zł, a ewentualnie zaoszczędzone w ten sposób pieniążki wydać na coś lepszego.
 


Założeniem naszym było obejrzenie filmu o Misiach, ale że premiery jeszcze nie było, to wybór padł na film "Grinch" (Dziubasowa, to chyba coś dla Ciebie na ten rok;) Powiem wam, że to bardzo fajna, sympatyczna, świąteczna historia, momentami śmieszna, a nawet pouczająca. Przy tym animacja jest tak kolorowa i przyjazna, że nie sposób, żeby się nie spodobała zarówno dzieciom jak i rodzicom. Na potwierdzenie moich słów mogę powiedzieć, że po wyjściu z sali, dziewczynki chciały iść do następnej na kolejny film, bo ten tak im się podobał:) 

No dobrze, ale do rzeczy, bo w sumie nie chciałam pisać tylko o tym, co przedszkole i my organizujemy dziewczynkom w tym wyjątkowym dla nich dniu, ale przede wszystkim o tym, kim ma być dla nich ten Święty Mikołaj?

W zeszłym roku Mikołaj przyniósł dziewczynkom prezenty do przedszkola i do domu, w Wigilię. Jestem z tych, którzy nie schizują za bardzo w związku z tym, że oszukuję dziecko kupując sama prezenty i podkładając pod choinkę, ale też z drugiej strony nie jestem za tym, by robić z tego wszystkiego jakąś maskaradę. Nie podoba mi się udawanie Mikołaja (zwłaszcza jeśli robi to członek rodziny), wynajmowanie profesjonalnego przebierańca, czy też kupowanie modnych ostatnio spersonalizowanych filmów i kartek od Świętego i okłamywanie dziecka, że prezent pochodzi z Bieguna Północnego. Jestem za tym, by stworzyć dziecku odrobinę magii, ale nie farsy, w której maluch będzie wzrastał. Zdarza się, że dzieci tak głęboko wierzą w mikołajkową moc, że gdy prawda wyjdzie na jaw, czują się oszukane i upokorzone. Poza tym, w dzisiejszym świecie tak dużo jest tych komercyjnych świętych, że większość dzieci nie ma pojęcia, że w zasadzie legenda o nim jest prawdziwa, tylko w nieco innej postaci niż ta serwowana przez współczesny świat. 

Od jakiegoś czasu, ciocie w przedszkolu mówią dzieciom, że Święty Mikołaj zagląda do nich przez okno i patrzy, czy wszyscy są grzeczni. Nie uważam, by zagadkowość towarzysząca tej informacji była szkodliwa dla dzieci. Widzę jak dziewczynki przeżywają, cieszą się, czekają. Nie chciałabym zepsuć im tej radości, takiej prostej, dziecięcej, mówiąc, że Mikołaj nie istnieje, a Elfy to wytwór wyobraźni. Poza tym wiem, że zaraz podzieliłyby się tą informacją z koleżankami, więc nie byłoby to fair ;) Z drugiej jednak strony szkoda, że nie opowiada się dzieciom historii o prawdziwym świętym Mikołaju, biskupie, który dzielił się nie tylko z "grzecznymi", ale ze wszystkimi ludźmi. Dziś rano, po wejściu do przedszkola, dziewczynki zobaczyły przygotowane przez ciocie, wycięte z papieru ślady butów (przepraszam, prawdziwe ślady tego, że był Mikołaj;) 


No dobrze, teraz z innej beczki, ale kontynuuję temat :) Od czasu do czasu bywamy w Częstochowie, zdarza się, że właśnie w grudniu. Jeśli tylko jest to możliwe, na niedzielną mszę udajemy się na Jasną Górę do Duszpasterstwa Młodzieżowego "Hale" prowadzonego przez Ojców Paulinów. Budynek usytuowany jest w zasadzie obok klasztoru, ale łatwo go znaleźć. (tak patrząc na powyższe zdjęcie to lewej stronie) Czemu ta msza jest wyjątkowa? Może dlatego, że atmosfera jest przyjazna, może dlatego, że śpiewa chórek, a może dlatego, że towarzyszą mu instrumenty takie jak bębny, trąbki, saksofon, organy i inne. Sama nie wiem. Ale jest inaczej niż  zwykle i na pewno nie nudno. Nie ma polityki, nie ma wyniosłych kazań, jest tak po prostu normalnie. Czasem msza przypomina mi trochę nabożeństwo u Babtystów, gdzie chór radośnie śpiewa i klaszcze, a uśmiechnięci wierni są po prostu zadowoleni z takiego przeżywania mszy. W ostatnią niedzielę uczestniczyliśmy właśnie w takiej wyjątkowej mszy. Powiem wam, że dziewczynki nie mają żadnego problemu, by wytrzymać godzinkę, tym bardziej jeśli jest fajna muzyka, ale kiedy usłyszały, że po zakończeniu przyjdzie Mikołaj z prezentami, były prze szczęśliwe.  No właśnie. Ale jaki Mikołaj może przyjść do kościoła, skoro nie istnieje? Powiem wam, że cieszyłam się, że udało nam się przypadkowo uczestniczyć w tej mszy, ponieważ Ojciec opowiadał historię o biskupie, Świętym Mikołaju. Zrobił to w bardzo fajny, humorystyczny sposób, obiecał, że żadne dziecko nie wyjdzie z mszy z płaczem, a wręcz przeciwnie ;) Podobało mi się to, że nie negował, że "panowie w czerwonej szacie, z brodą i brzuchem" czynią dobro, nie naskakiwał na tych, którzy w to wierzą i karmią tym swoje dzieci, ale jednocześnie chciał, by dzieciaki prócz zabawy i oczekiwania na prezenty, wiedziały, że wygląd prawdziwego Świętego nieco różni się o tych Mikołajów, których widzimy na ulicy i że postać ta nie jest wymyślona. Przyniesiono więc stroje i pokazano dzieciom różnicę między tymi dwoma panami, choć zrobione to zostało tak, by nie zburzyć tej dziecięcej wiary w to, że dostaną prezenty od kogoś magicznego. Po zakończonej mszy, odbyło się właśnie spotkanie z Mikołajem, który rozdał wszystkim dzieciom paczki. Byłam zaskoczona, ponieważ były dość duże. Całej ceremonii towarzyszył śpiew chórku dziecięcego. Zresztą sami zobaczcie, mam dla was kilkusekundowy filmik: 


Nie wiem tak naprawdę ile dziewczynki zrozumiały z legendy o Świętym, ale na pewno nie zaburzyło to ich wiary i dziecięcej radości z tego, że w jakiś magiczny sposób prezenty znajdą się pod choinką. Ja osobiście staram się być gdzieś zawsze pośrodku, jak to powiadają skrajności nigdy nie są dobre, ani w jedną ani w drugą stronę. Zdziwiła, albo nawet zszokowała mnie jednak reakcja jednej mamy, która do swojego dziecka po zakończonej mszy i rozdanych prezentach powiedziała: Chodź, idziemy, do domu niedługo przyjdzie do nas Prawdziwy Święty Mikołaj... Powiem wam, że tego akurat nie rozumiem, bo była w kościele, czyli jest praktykująca, więc była to wspaniała okazja, by opowiedzieć dziecku historię. No, ale cóż, Ojciec Paulin wszystko zepsuł ;)

A jak jest u was? Mam nadzieję, że nie wierzycie w istnienie św. Mikołaja przychodzącego kominem, bo jeśli tak, to właśnie zrujnowałam tegoroczne święta ;) 

Tak, czy siak, życzę wam fajnych Mikołajek, może i jakiś prezencik znajdziecie po powrocie do domu, kto wie ;) 










poniedziałek, 3 grudnia 2018

Bo jak nie wiadomo o co chodzi ...


Powiem wam, że od dawna już doceniam posiadanie dwójki dzieci. Jestem wprawdzie w tym temacie strasznym laikiem, bo jak wiecie sama jestem jedynaczką, ale chyba instynktownie jestem w stanie wyobrazić sobie jak taka relacja z rodzeństwem mogłaby wyglądać. Wspominałam już kiedyś, że najbardziej zależy nam na tym, żeby dziewczynki były ze sobą związane i w przyszłości były dla siebie wsparciem. Oczywiście wiadomo, każda założy swoją rodzinę, ale głęboko wierzę w to, że więzi o którą dba się przez cały życie, nie tak łatwo zerwać. 
Gdy dziewczynki były małe, różnica wieku była widoczna, bo wiadomo jedna na przykład już mówiła, a druga jeszcze nie, czyli zupełnie inny wymiar zabawy. Myślę, że dzięki temu, że Elsa jest osobą, która lubi dominować, Misia rozwinęła się dużo szybciej niż jej rówieśnicy i w którymś momencie zaczęliśmy je traktować tak samo, jak gdyby były bliźniaczkami. I to jest fajne, bo w zasadzie teraz potrafią się razem bawić, czy uczyć na tym samym poziomie. Oczywiście widzę różnicę, choćby w rysowaniu. Tu jest ona bardzo widoczna, ale gdy porównam Elsy rysunki z zeszłego roku, widzę jak bardzo się rozwinęła i wiem, że niedługo Misia ją dogoni. To jednak, że bawią się razem, pozwala nam na chwilę wytchnienia. Ulubioną zabawą dziewczynek jest odgrywanie ról. Wspominałam wam kiedyś jak wraz z kolegą bawiły się w dom, w którym Elsa była mamą, on tatą, a Misia najpierw kotkiem, a potem koleżanką ;) Prócz właśnie zabawy w dom, chętnie bawią się choćby w sklep, w szkołę, w przedszkole, księżniczki, zwierzątka (udają chodząc na kolanach co skutkuje "sitem" w rajtuzkach. Czasem dochodzą zabawy tematyczne, na przykład na Boże Narodzenie króluje Jezusek i Maryja (oczywiście z przebieraniem i dobieraniem dzieciątka) Powiem wam szczerze, że mają tak bogatą wyobraźnię, że aż z przyjemnością patrzę na nie i obserwuję. A przy tym słownictwo jakiego używają, nadal mnie zaskakuje. Doskonale potrafią wyczuć kontekst i zachowywać się zgodnie ze swoją rolą. To dla mnie niesamowite.


Pisałam wam kiedyś, że ja jestem starej daty, jeśli chodzi o zabawki. Uważam, że dzieci nie powinny mieć ich za dużo, bo po prostu się nimi nie bawią. Czasem odwiedzając znajomych wychodzą mi oczy na wierzch jak widzę, że dziewczynka ma 15 lalek Barbie. I do tego oczywiście mnóstwo innych rzeczy. Najgorsze jest jednak, gdy widzę, że dziecko non stop ogląda bajki, albo siedzi na telefonie, tablecie, laptopie. Gdy urządzenie przestaje działać, nie wiedzą co ze sobą zrobić. Ogłupiałe od nadmiaru biernych bodźców, mają problem z koncentracją, są nerwowe i wiele innych negatywnych czynników wpływających na prawidłowy rozwój. Ogólnie bombardowanie dziecka non stop bodźcami, jakimikolwiek, nigdy nie jest dobre. Wielu moich znajomych przez cały czas organizuje dziecku zajęcie.  Jak nie wyjście gdzieś na teatrzyk, to do sklepu, w domu wycinanie, lepienie, wszystko z dzieckiem. Nie mówię, że to złe, bo sama przecież tak robię. Chętnie gdzieś wyjeżdżamy, odwiedzamy ciekawe miejsca, ale jest też czas na samodzielną zabawę, taką w której dziecko nie będzie cały czas sterowane przez rodzica, ale będzie mogło samo wybrać, czy i co wycina, czy bawi się lalką, czy odgrywa role, czy potrzebuje po prostu obserwować to, czym my się aktualnie zajmujemy. Fakt, u nas jest dwoje dzieci, ale powiem wam, że ja wspaniale potrafiłam się sama bawić. Urządzałam np. przyjęcie na pluszaków, przebierałam je, bawiłam się lalką dzidziusiem itd. Wcale nie potrzebowałam opieki rodzica przez cały czas, o tablecie nie wspomnę, bo go po prostu jeszcze nie wymyślono ;) To nie jest tak, że jedynakowi ciągle trzeba coś wymyślać, bo inaczej się nudzi (chyba, że już tak został nauczony, to faktycznie trudno mu coś samemu znaleźć, co go zajmie na długo)
Dziewczynki też czasem chcą pobawić się każda sama. Misia sadza swoje miśki przy stoliku i szykuje im herbatkę, Elsa coś tam rysuje. To, że są siostrami, nie znaczy, że muszą się cały czas bawić razem. Ja to rozumiem i szanuję. Nawet my dorośli nie zawsze mamy ochotę na towarzystwo. Wtedy staram się drugą zainteresować czymś innym, albo proszę o pomoc przy jakiejś czynności. Kiedy jesteśmy oboje z mężem w domu, każdy może też poświęcić się jednej córce, choć zwykle to nam nie wychodzi, bo po chwili zaczynają się interesować tym, co robi druga siostra :) 
No i oczywiście się kłócą. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o co? Oczywiście, że o zabawki ;) Może coś leżeć tygodniami nieruszane, ale niech jedna weźmie, to nagle zabawka staje się atrakcyjna i cóż, wtedy chcą ją obie. Zwykle udaje nam się rozwiązać te konflikty, choć bywa czasem ciężko, żeby się chciały podzielić czymś fajnym. Także spięcia bywają, jak to w każdym rodzeństwie, ale kochają się najbardziej na świecie. I o to chodzi :)

Rysunek od Elsy dla siostry, żeby nie była smutna. :)