czwartek, 6 grudnia 2018

Cała prawda o Świętym Mikołaju.


Dziś Mikołajki. Nie obchodzimy tego święta jakoś szczególnie obsypując dziewczynki zabawkami, czy słodyczami. Przedszkole organizuje specjalne gry i zabawy oraz drobne podarunki, a wszystkie maluchy miały się dziś ubrać na czerwono. Dzieci jadą również na spektakl, więc jest to dla nich kolejne fajne wydarzenie w postaci nie tylko teatrzyku, ale również samego wyjazdu autokarowego.  My zamiast prezentów staramy się też zorganizować coś fajnego w tym dniu. W zeszłym roku, właśnie z tej właśnie okazji, po raz pierwszy zabraliśmy dziewczynki do kina i był to według mnie fajnie spędzony czas. Tym razem również postanowiliśmy wybrać się na jakiś świąteczny film, ale powiem wam szczerze, że zbladłam, kiedy okazało się, że za bilety dla naszej czwórki musimy wydać 105zł! Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że żałuję dzieciom pieniędzy na kino, ale wydaje mi się to wielką przesadą, żeby za 70 minutową projekcję tyle wydać. Nie wspomnę o tym, że gdybyśmy chcieli zakupić do tego jakiś popcorn, czy picie na miejscu, suma zbliżyłaby się do 150zł. Ale nie myślcie, że zrezygnowaliśmy z wyjścia, po prostu poszliśmy wczoraj, kiedy to bilet (jak w każdą środę) można było kupić za 16zł, a ewentualnie zaoszczędzone w ten sposób pieniążki wydać na coś lepszego.
 


Założeniem naszym było obejrzenie filmu o Misiach, ale że premiery jeszcze nie było, to wybór padł na film "Grinch" (Dziubasowa, to chyba coś dla Ciebie na ten rok;) Powiem wam, że to bardzo fajna, sympatyczna, świąteczna historia, momentami śmieszna, a nawet pouczająca. Przy tym animacja jest tak kolorowa i przyjazna, że nie sposób, żeby się nie spodobała zarówno dzieciom jak i rodzicom. Na potwierdzenie moich słów mogę powiedzieć, że po wyjściu z sali, dziewczynki chciały iść do następnej na kolejny film, bo ten tak im się podobał:) 

No dobrze, ale do rzeczy, bo w sumie nie chciałam pisać tylko o tym, co przedszkole i my organizujemy dziewczynkom w tym wyjątkowym dla nich dniu, ale przede wszystkim o tym, kim ma być dla nich ten Święty Mikołaj?

W zeszłym roku Mikołaj przyniósł dziewczynkom prezenty do przedszkola i do domu, w Wigilię. Jestem z tych, którzy nie schizują za bardzo w związku z tym, że oszukuję dziecko kupując sama prezenty i podkładając pod choinkę, ale też z drugiej strony nie jestem za tym, by robić z tego wszystkiego jakąś maskaradę. Nie podoba mi się udawanie Mikołaja (zwłaszcza jeśli robi to członek rodziny), wynajmowanie profesjonalnego przebierańca, czy też kupowanie modnych ostatnio spersonalizowanych filmów i kartek od Świętego i okłamywanie dziecka, że prezent pochodzi z Bieguna Północnego. Jestem za tym, by stworzyć dziecku odrobinę magii, ale nie farsy, w której maluch będzie wzrastał. Zdarza się, że dzieci tak głęboko wierzą w mikołajkową moc, że gdy prawda wyjdzie na jaw, czują się oszukane i upokorzone. Poza tym, w dzisiejszym świecie tak dużo jest tych komercyjnych świętych, że większość dzieci nie ma pojęcia, że w zasadzie legenda o nim jest prawdziwa, tylko w nieco innej postaci niż ta serwowana przez współczesny świat. 

Od jakiegoś czasu, ciocie w przedszkolu mówią dzieciom, że Święty Mikołaj zagląda do nich przez okno i patrzy, czy wszyscy są grzeczni. Nie uważam, by zagadkowość towarzysząca tej informacji była szkodliwa dla dzieci. Widzę jak dziewczynki przeżywają, cieszą się, czekają. Nie chciałabym zepsuć im tej radości, takiej prostej, dziecięcej, mówiąc, że Mikołaj nie istnieje, a Elfy to wytwór wyobraźni. Poza tym wiem, że zaraz podzieliłyby się tą informacją z koleżankami, więc nie byłoby to fair ;) Z drugiej jednak strony szkoda, że nie opowiada się dzieciom historii o prawdziwym świętym Mikołaju, biskupie, który dzielił się nie tylko z "grzecznymi", ale ze wszystkimi ludźmi. Dziś rano, po wejściu do przedszkola, dziewczynki zobaczyły przygotowane przez ciocie, wycięte z papieru ślady butów (przepraszam, prawdziwe ślady tego, że był Mikołaj;) 


No dobrze, teraz z innej beczki, ale kontynuuję temat :) Od czasu do czasu bywamy w Częstochowie, zdarza się, że właśnie w grudniu. Jeśli tylko jest to możliwe, na niedzielną mszę udajemy się na Jasną Górę do Duszpasterstwa Młodzieżowego "Hale" prowadzonego przez Ojców Paulinów. Budynek usytuowany jest w zasadzie obok klasztoru, ale łatwo go znaleźć. (tak patrząc na powyższe zdjęcie to lewej stronie) Czemu ta msza jest wyjątkowa? Może dlatego, że atmosfera jest przyjazna, może dlatego, że śpiewa chórek, a może dlatego, że towarzyszą mu instrumenty takie jak bębny, trąbki, saksofon, organy i inne. Sama nie wiem. Ale jest inaczej niż  zwykle i na pewno nie nudno. Nie ma polityki, nie ma wyniosłych kazań, jest tak po prostu normalnie. Czasem msza przypomina mi trochę nabożeństwo u Babtystów, gdzie chór radośnie śpiewa i klaszcze, a uśmiechnięci wierni są po prostu zadowoleni z takiego przeżywania mszy. W ostatnią niedzielę uczestniczyliśmy właśnie w takiej wyjątkowej mszy. Powiem wam, że dziewczynki nie mają żadnego problemu, by wytrzymać godzinkę, tym bardziej jeśli jest fajna muzyka, ale kiedy usłyszały, że po zakończeniu przyjdzie Mikołaj z prezentami, były prze szczęśliwe.  No właśnie. Ale jaki Mikołaj może przyjść do kościoła, skoro nie istnieje? Powiem wam, że cieszyłam się, że udało nam się przypadkowo uczestniczyć w tej mszy, ponieważ Ojciec opowiadał historię o biskupie, Świętym Mikołaju. Zrobił to w bardzo fajny, humorystyczny sposób, obiecał, że żadne dziecko nie wyjdzie z mszy z płaczem, a wręcz przeciwnie ;) Podobało mi się to, że nie negował, że "panowie w czerwonej szacie, z brodą i brzuchem" czynią dobro, nie naskakiwał na tych, którzy w to wierzą i karmią tym swoje dzieci, ale jednocześnie chciał, by dzieciaki prócz zabawy i oczekiwania na prezenty, wiedziały, że wygląd prawdziwego Świętego nieco różni się o tych Mikołajów, których widzimy na ulicy i że postać ta nie jest wymyślona. Przyniesiono więc stroje i pokazano dzieciom różnicę między tymi dwoma panami, choć zrobione to zostało tak, by nie zburzyć tej dziecięcej wiary w to, że dostaną prezenty od kogoś magicznego. Po zakończonej mszy, odbyło się właśnie spotkanie z Mikołajem, który rozdał wszystkim dzieciom paczki. Byłam zaskoczona, ponieważ były dość duże. Całej ceremonii towarzyszył śpiew chórku dziecięcego. Zresztą sami zobaczcie, mam dla was kilkusekundowy filmik: 


Nie wiem tak naprawdę ile dziewczynki zrozumiały z legendy o Świętym, ale na pewno nie zaburzyło to ich wiary i dziecięcej radości z tego, że w jakiś magiczny sposób prezenty znajdą się pod choinką. Ja osobiście staram się być gdzieś zawsze pośrodku, jak to powiadają skrajności nigdy nie są dobre, ani w jedną ani w drugą stronę. Zdziwiła, albo nawet zszokowała mnie jednak reakcja jednej mamy, która do swojego dziecka po zakończonej mszy i rozdanych prezentach powiedziała: Chodź, idziemy, do domu niedługo przyjdzie do nas Prawdziwy Święty Mikołaj... Powiem wam, że tego akurat nie rozumiem, bo była w kościele, czyli jest praktykująca, więc była to wspaniała okazja, by opowiedzieć dziecku historię. No, ale cóż, Ojciec Paulin wszystko zepsuł ;)

A jak jest u was? Mam nadzieję, że nie wierzycie w istnienie św. Mikołaja przychodzącego kominem, bo jeśli tak, to właśnie zrujnowałam tegoroczne święta ;) 

Tak, czy siak, życzę wam fajnych Mikołajek, może i jakiś prezencik znajdziecie po powrocie do domu, kto wie ;) 










poniedziałek, 3 grudnia 2018

Bo jak nie wiadomo o co chodzi ...


Powiem wam, że od dawna już doceniam posiadanie dwójki dzieci. Jestem wprawdzie w tym temacie strasznym laikiem, bo jak wiecie sama jestem jedynaczką, ale chyba instynktownie jestem w stanie wyobrazić sobie jak taka relacja z rodzeństwem mogłaby wyglądać. Wspominałam już kiedyś, że najbardziej zależy nam na tym, żeby dziewczynki były ze sobą związane i w przyszłości były dla siebie wsparciem. Oczywiście wiadomo, każda założy swoją rodzinę, ale głęboko wierzę w to, że więzi o którą dba się przez cały życie, nie tak łatwo zerwać. 
Gdy dziewczynki były małe, różnica wieku była widoczna, bo wiadomo jedna na przykład już mówiła, a druga jeszcze nie, czyli zupełnie inny wymiar zabawy. Myślę, że dzięki temu, że Elsa jest osobą, która lubi dominować, Misia rozwinęła się dużo szybciej niż jej rówieśnicy i w którymś momencie zaczęliśmy je traktować tak samo, jak gdyby były bliźniaczkami. I to jest fajne, bo w zasadzie teraz potrafią się razem bawić, czy uczyć na tym samym poziomie. Oczywiście widzę różnicę, choćby w rysowaniu. Tu jest ona bardzo widoczna, ale gdy porównam Elsy rysunki z zeszłego roku, widzę jak bardzo się rozwinęła i wiem, że niedługo Misia ją dogoni. To jednak, że bawią się razem, pozwala nam na chwilę wytchnienia. Ulubioną zabawą dziewczynek jest odgrywanie ról. Wspominałam wam kiedyś jak wraz z kolegą bawiły się w dom, w którym Elsa była mamą, on tatą, a Misia najpierw kotkiem, a potem koleżanką ;) Prócz właśnie zabawy w dom, chętnie bawią się choćby w sklep, w szkołę, w przedszkole, księżniczki, zwierzątka (udają chodząc na kolanach co skutkuje "sitem" w rajtuzkach. Czasem dochodzą zabawy tematyczne, na przykład na Boże Narodzenie króluje Jezusek i Maryja (oczywiście z przebieraniem i dobieraniem dzieciątka) Powiem wam szczerze, że mają tak bogatą wyobraźnię, że aż z przyjemnością patrzę na nie i obserwuję. A przy tym słownictwo jakiego używają, nadal mnie zaskakuje. Doskonale potrafią wyczuć kontekst i zachowywać się zgodnie ze swoją rolą. To dla mnie niesamowite.


Pisałam wam kiedyś, że ja jestem starej daty, jeśli chodzi o zabawki. Uważam, że dzieci nie powinny mieć ich za dużo, bo po prostu się nimi nie bawią. Czasem odwiedzając znajomych wychodzą mi oczy na wierzch jak widzę, że dziewczynka ma 15 lalek Barbie. I do tego oczywiście mnóstwo innych rzeczy. Najgorsze jest jednak, gdy widzę, że dziecko non stop ogląda bajki, albo siedzi na telefonie, tablecie, laptopie. Gdy urządzenie przestaje działać, nie wiedzą co ze sobą zrobić. Ogłupiałe od nadmiaru biernych bodźców, mają problem z koncentracją, są nerwowe i wiele innych negatywnych czynników wpływających na prawidłowy rozwój. Ogólnie bombardowanie dziecka non stop bodźcami, jakimikolwiek, nigdy nie jest dobre. Wielu moich znajomych przez cały czas organizuje dziecku zajęcie.  Jak nie wyjście gdzieś na teatrzyk, to do sklepu, w domu wycinanie, lepienie, wszystko z dzieckiem. Nie mówię, że to złe, bo sama przecież tak robię. Chętnie gdzieś wyjeżdżamy, odwiedzamy ciekawe miejsca, ale jest też czas na samodzielną zabawę, taką w której dziecko nie będzie cały czas sterowane przez rodzica, ale będzie mogło samo wybrać, czy i co wycina, czy bawi się lalką, czy odgrywa role, czy potrzebuje po prostu obserwować to, czym my się aktualnie zajmujemy. Fakt, u nas jest dwoje dzieci, ale powiem wam, że ja wspaniale potrafiłam się sama bawić. Urządzałam np. przyjęcie na pluszaków, przebierałam je, bawiłam się lalką dzidziusiem itd. Wcale nie potrzebowałam opieki rodzica przez cały czas, o tablecie nie wspomnę, bo go po prostu jeszcze nie wymyślono ;) To nie jest tak, że jedynakowi ciągle trzeba coś wymyślać, bo inaczej się nudzi (chyba, że już tak został nauczony, to faktycznie trudno mu coś samemu znaleźć, co go zajmie na długo)
Dziewczynki też czasem chcą pobawić się każda sama. Misia sadza swoje miśki przy stoliku i szykuje im herbatkę, Elsa coś tam rysuje. To, że są siostrami, nie znaczy, że muszą się cały czas bawić razem. Ja to rozumiem i szanuję. Nawet my dorośli nie zawsze mamy ochotę na towarzystwo. Wtedy staram się drugą zainteresować czymś innym, albo proszę o pomoc przy jakiejś czynności. Kiedy jesteśmy oboje z mężem w domu, każdy może też poświęcić się jednej córce, choć zwykle to nam nie wychodzi, bo po chwili zaczynają się interesować tym, co robi druga siostra :) 
No i oczywiście się kłócą. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o co? Oczywiście, że o zabawki ;) Może coś leżeć tygodniami nieruszane, ale niech jedna weźmie, to nagle zabawka staje się atrakcyjna i cóż, wtedy chcą ją obie. Zwykle udaje nam się rozwiązać te konflikty, choć bywa czasem ciężko, żeby się chciały podzielić czymś fajnym. Także spięcia bywają, jak to w każdym rodzeństwie, ale kochają się najbardziej na świecie. I o to chodzi :)

Rysunek od Elsy dla siostry, żeby nie była smutna. :)