sobota, 22 grudnia 2018

Zamiast do przedszkola, zabierz mnie mamo do doktora.


No i stało się. Elsa wróciła w środę z przedszkola z gorączką. W sumie to dostała jej dopiero po powrocie do domu, a ciocia była zdziwiona tym, że zaniemogła, bo podobno przez cały dzień zachowywała się normalnie. Kiedy stałam na korytarzu i czekałam jak Elsa pozabiera swoje rysunki ( a jest ich codziennie co najmniej 10, więc czasem chwilę to trwa) byłam świadkiem rozmowy starszej pani z ciocią wychowawczynią. W sumie myślałam, że to babcia dziewczynki, którą odbierała, ale okazało się, że była to opiekunka. Miała straszne pretensje, że dziecko nie zostało zgłoszone do zabrania do domu, ponieważ mała miała gorączkę. Pomimo tego, że ciocia tłumaczyła jej, że wszystko było dobrze, a dziewczynka zaczęła narzekać, że jej zimno na chwilę przed przyjściem tej pani, na nic się to zdało. Tamta pozostawała nieugięta. Trudno jest mi podejrzewać, że rodzice przyprowadzili chorą córkę do przedszkola, bo patrząc chociażby na Elsę, ten wirus naprawdę mógł się rozwinąć bardzo szybko. Domyślam się, że dostała go właśnie od tej koleżanki.

Jak kiedyś pisałam, dziewczynki praktycznie w ogóle nie chorują. Jestem wdzięczna za to, że w żłobku bardzo pilnowano, żeby rodzice nie przyprowadzali niedomagających dzieci, dzięki czemu na pewno zmniejszyła się liczba zachorowań. W przedszkolu wprawdzie nie ma już pielęgniarki, która przez cały dzień w żłobku monitorowała zdrowie i kondycję dzieci, ale nie zauważyłam masowej liczby nieobecnych podopiecznych. 

Chciałam dziś poruszyć dwa tematy. Jeden z nich to właśnie przyprowadzanie chorych dzieci do żłobka, przedszkola. Ja wszystko rozumiem, że my, dorośli, mamy swój poukładany świat, często do maximum zaplanowany i każda, nawet najmniejsza infekcja dziecka, jest nam nie na rękę. Nagle trzeba zorganizować lekarstwa, być może wizytę u lekarza, albo co gorsza L4. Niektórzy pracodawcy faktycznie mają problem z tym, że kobiety co chwilę nie ma w pracy, ale niestety priorytety są priorytetami. To się tak łatwo mówi, że jakoś sobie poradzę, ułożę relacje z szefem, ale jak pokazuje życie, nie jest to takie oczywiste. Spotkałam się z wieloma sytuacjami, w których rodzice przyprowadzali do przedszkola, czy żłobka chore dzieci. I wiecie co? Szczerze mówiąc trudno mi solidaryzować się z nimi, z co najmniej dwóch powodów. Nie dość, że przyprowadzając chore pociechy narażają inne dzieci na niepotrzebne infekcje, to jeszcze ich własne muszą siedzieć kilka godzin poza domem, nie czując się dobrze. Nie raz można zobaczyć w szatni choćby taki oto obrazek: mama podaje dziecku środek przeciwgorączkowy, licząc na to, że zdąży wrócić z pracy zanim przestanie działać. 



Są oczywiście różne sytuacje, w których naprawdę rodzic nie ma z kim zostawić dziecka, a w pracy musi być. Dlatego też na przykład u nas w żłobku było jasno powiedziane, by przyjść i szczerze porozmawiać o tym. Wtedy panie będą miały prawdziwy obraz sytuacji i będą mogły inaczej zaopiekować się dzieckiem oraz odizolować je od innych. 

Kolejna sprawa. Już od kilku znajomych mam słyszę, że mają one wrażenie, że panie niewłaściwie opiekują się maluchami w przedszkolu, narażając je na przeziębienia i choroby. Taki przykład: na dworze jest temperatura minusowa, a okna w sali, gdzie przebywają trzylatki są pouchylane. Nie te blisko biurka pani, ale te blisko bawiących się dzieci. Przejeżdżam codziennie dwa razy obok tego przedszkola i zaświadczam, że jest to prawda. Na złożone przez rodziców zażalenia, pani tłumaczy, że "to na chwilę, bo było duszno" Według mnie obojętne, czy to na chwilę, czy na dłużej, zimny, wiejący wiatr po plecach dzieci, zawsze może zaszkodzić. I coś chyba w tym jest, bo od początku roku nie zdarzyło się, by obecna w przedszkolu była cała grupa. A przecież można wywietrzyć salę w czasie posiłku (jest catering i maluchy udają się na specjalną stołówkę)

Przykład z innego przedszkola. Panie opiekunki codziennie zabierają dzieciaki na spacer, obojętne, czy pogoda jest dobra, czy nie. Jedna z moich znajomych miała wrażenie, że kierują się wyłącznie założeniami, a nie intuicją. Pada deszcz. Maluszki przemoczone, wymarznięte, ale co tam, spacer trzeba odbębnić. 

Myślę, że choroby przynoszone ze żłobka, czy z przedszkola są nieuniknione. Na pewno warto jednak zadbać o odporność, by tę liczbę maksymalnie zmniejszyć. Jesteśmy jednak zdani na innych rodziców, mając nadzieję, że nie zabraknie im wyobraźni. 





22 komentarze:

  1. U nas w przedszkolu bardzo pilnują żeby chorych dzieci nie przyprowadzać. Jeśli dziecko ma trochę kataru czy czasem zakaszle (tj, Bob ) wymagają zaświadczenia od lekarza, że może do przedszkola uczęszczać. Tak też zrobiliśmy z racji jego permanentnego kataru ;) Jeśli tylko bardziej leje mu się z nosa, automatycznie zostaje w domu. Pomimo tego, że w sumie jest zdrowy, nie wyobrażam sobie, żeby wycierał sobie nos w rękaw albo smarkał na inne dzieciaki. Zasady to zasady. Też rozumiem, że istnieją różne sytuacje i nigdy nic nie jest czarno-białe, ale podrzucania chorych dzieci z premedytacją nie zrozumiem nigdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W związku z katarem miałam ciągłe akcje z paniami Misi w żłobku. Chodziło o to, że w domu nie miała kataru, a tam ciągle otwierały okna, wietrzyły (np. jak dzieci leżakowały w sali do spania) do tego stopnia, że temperatura tak spadała, że zaczynało jej się lać z nosa. Chora nie była, bo katar był przezroczysty i najlepsze, że w domu go nie miała, tylko tam. Bo wiesz, przychodziła rozgrzana spod kołderki, a tu nagle kilka stopni mniej. Non stop kazały mi zatrzymać ją w domu, ale jej nic nie było, a ja nie miałam zamiaru odwoływać zajęć tylko dlatego, że one taką miały "politykę wietrzenia" A przecież jeśli otworzysz okno na pół godziny przy temperaturze minusowej to bardzo szybko robi się w sali za chłodno i jak to mówią "nos popuszcza"

      Usuń
  2. Kochana Elso, zdrowiej szybciutko! Na pewno lada dzień wszystko będzie w porządku, ciotka Dziubasowa trzyma kciuki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymaj ciotka Dziubasowa mocno kciuki, bo Elsa nadal kaszle :/ Ale chyba ogólnie ok. Jak zobaczyła prezenty pod choinką to od razu jej lepiej było ;)

      Usuń
  3. No ja też nie wyobrażam sobie tego, żeby puścić z premedytacją chore dziecko do przedszkola, przecież to jest reakcja łańcuchowa i tak błyskawiczna, że szok... Sama byłabym wściekła gdyby ktoś inny tak zrobił więc trzeba naprawdę myśleć w takich sytuacjach. Oczywiście wiadomo, że czasem jest ciężko jeśli chodzi o pracę czy szefa, ale uważam że i tak nie powinno się w takich sytuacjach przyprowadzać chorego dziecka do grupy zdrowych dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawanie dziecku przeciwgorączkowego rano jest już standardem. Kompletnie tego nie rozumiem, bo już pomijam to, że uda mi się "oszukać" panie w przedszkolu, że dziecko jest zdrowe, to przede wszystkim robię krzywdę swojemu dziecku, które musi biedne siedzieć kilka godzin osłabione i chore.

      Usuń
  4. Biedulka,mam nadzieję,że szybko wyzdrowieje ��
    To oczywista oczywistość, szkoda że nie każdy rozumie.
    Ja tak trochę z innej beczki. Trudno sobie wyobrazić, że w XXI wieku nadal wybuchają w szkołach epidemie wszawicy. I to nie są odosobnione przypadki. Jedno dziecko przynosi, i za chwilę ma połowa szkoły. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego nauczyciele nic z tym nie robią. Nie ma pogadanek na ten temat, ani rozmów z rodzicami. Kiedyś była taka sytuacja, że Wika (wówczas 8 letnia)zachorowała i siedziała w domu. Tydzień później była już zdrowa i miałam ją puścić w poniedziałek, gdy w sobotę zadzwoniła do mnie jedna z matek i uprzedziła, że w szkole jest wszawica. Sto procent klasy ma wszy. STO PROCENT - tak, nawet chłopcy z włosami na jeżyka. Byłam przerażona. Oczywiście Wika została w domu do opanowania sytuacji. Byłam wdzięczna tej kobiecie (wychowawczyni nie pofatygowała się żeby do mnie zadzwonić) bo Wika miała wyjątkowo gęste i długie włosy, zrobiło mi się słabo na samą myśl...
    Powiem ci, że w ciągu 6 lat nauki epidemie wybuchły jeszcze ze dwa razy. Co prawda już nie na taką skalę, ale zawsze... Masakra!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ło matko...myślałam, że to już dawno "wyginęło"!

      Usuń
    2. Wszy przenoszą się bardzo szybko. Mówiła mi jedna z nauczycielek, że często zanim się zorientują, ma je połowa szkoły. Za szybkie rozprzestrzenianie się są odpowiedzialne często ... telefony komórkowe ;) Na przerwach dzieciaki gromadzą się w kącie, oglądają filmiki, grają w gry i gotowe - za chwilę cała grupa ma wszy. U nas w przedszkolu jest specjalne rozporządzenie jak postępować w przypadku wszawicy, ale jeszcze nie słyszałam, żeby musieli z niego korzystać. A w szkole, czy przedszkolu myślę, że nie rzadko znajdzie się choć jedno dziecko z rodziny, w której niekoniecznie dba się o higienę tak jak powinno...

      Usuń
    3. Znowu wszystkiemu winna nowomodna technologia! ;D
      Że też jeszcze nie ma aplikacji usuwającej wszy :P

      Usuń
    4. Haha, dokładnie! Kiedyś próbowaliśmy aplikacji do odstraszania komarów... Nie wiem na jakiej zasadzie ona działa, czy ma w ogóle je wygonić, czy skierować na konkretną osobę, bo najbardziej pogryziony był mój mąż :D:D

      Usuń
    5. Słyszałam o tym ale nie próbowałam, choć w walce z komarami jestem w stanie spróbować wszystkiego! ;)

      Usuń
    6. U nas to nie działa.Komary i tak są :/ Ale może od czasu jak my próbowaliśmy trochę się te aplikacje rozwinęły. Tak czy siak daj znać jeśli coś takiego znajdziesz ;)

      Usuń
  5. Izzy, zazdroszczę Ci żłobka. Na nasz co prawda nie narzekam, ale Księżniczce 3 razy zdarzyło się dostać gorączki w trakcie dnia - i za każdym razem ciocie oczekiwały, że natychmiast teleportujemy się, żeby ją odebrać. Żebym nie została źle zrozumiana: oczywiście, że chore dziecko trzeba zabrać do domu najszybciej, jak się da. Tyle że mój mąż pracuje na peryferiach miasta, a ja z kolei nie mogę sobie tak po prostu wyjść w trakcie lekcji i zostawić uczniów bez opieki. Ostatnio P. powiedział pani ze żłobka, że przyjedzie po Księżniczkę za pół godziny... i usłyszał, że to stanowczo za długo. Problem w tym, że w krótszym czasie to chyba nawet helikopterem by nie doleciał. No cóż.
    Fajnie, że u Was rodzice mogli szczerze powiedzieć, że dziecko niedomaga, a nie ma go z kim zostawić. U nas nie ma takiej opcji, a przydałaby się :)
    Również nie wyobrażam sobie wysłania chorego dziecka do żłobka - nie dość, że samo będzie się męczyć, to jeszcze pozaraża grupę. Mimo tego jednak częściowo potrafię zrozumieć rodziców, którzy zostali postawieni pod ścianą, bo nie mogą sobie pozwolić na czwarte zwolnienie w miesiącu, a np. nie mają żadnej babci albo cioci do pomocy. Trudne to wszystko, łatwo oceniać, póki nie włożyło się czyichś butów.
    Olitoria, nie wiem, jak było kiedyś, ale chyba trochę się w tym zakresie zmieniło. Np. u nas na ostatnim zebraniu wszyscy wychowawcy musieli odczytać rodzicom komunikat na temat wszawicy wraz z etapami postępowania w przypadku jej wystąpienia. Na lekcjach wychowawczych również porusza się ten temat (mówię o podstawówkach). Natomiast moja znajoma, która pracuje w przedszkolu, powiedziała mi, że ona jako nauczycielka nie ma prawa obejrzeć dzieciom głów pod kątem obecności wszy. Zgodnie z prawem może to zrobić jedynie pielęgniarka, która jest w przedszkolu tylko przez kilka godzin w tygodniu. Mój prywatny komentarz jest taki, że ta paranoja na punkcie RODO, nietykalności cielesnej i innych rodzajów bezpieczeństwa kiedyś nas zgubi. Ale to tak na marginesie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paranoja z tym błyskawicznym odbieraniem...macie się teleportować czy jak? Poza tym każdy z nas - nawet dorośli - potrafimy nagle się rozchorować, w samym środku dnia. Nie zawsze już się budzimy chorzy, przecież to normalne...
      Co do wszy, to pamiętam z podstawówki wizyty pielęgniarki, która na lekcjach sprawdzała nam głowy ;)

      Usuń
    2. Lady Makbet, u nas niestety też oczekiwali, że odbierzesz dziecko jak najszybciej. W sumie to nie sprawdziłam nigdy co by było, gdybym faktycznie nie miała z kim je zostawić? Może to tylko takie puste gadanie, że niby wychodzą na przeciw oczekiwaniom rodziców. Ja akurat mam ten komfort, że zwykle mogę dość szybko zabrać dziewczyny do domu, ale raz byłam poza miastem i sam dojazd zajął mi ok.40minut nie mówiąc o zorganizowaniu wszystkiego. No to z łaską odpowiedziała mi pani pielęgniarka, że ok, ale żeby się pospieszyła (tak jakbym mogła tak jak piszesz się teleportować) Okazało się, że Misia miała rotawirusa i w zasadzie jedynym problemem była biegunka. Można więc było spokojnie ją odizolować od innych dzieci, ale pewnie paniom nie chciało się jej co chwilę przewijać ;)

      Usuń
    3. A właśnie. RODO. U nas nawet trzeba podpisać zgodę na przytulenie dziecka. Paranoja.

      Usuń
    4. A na przewijanie nie chcieli? ;) Chore to wszystko...

      Usuń
  6. U nas w przedszkolach jest strasznie gorąco. Jak chodzę na zajęcia to obowiązkowo w krótkim rękawie. A może wystarczyłoby przykręcić kaloryfery? Co do otwierania okien to kiedyś teściowa w autobusie słyszała rozmowę dwóch nauczycielek z przedszkola czy żłobka, które z radością opowiadały, że tak robią, żeby jak najwięcej dzieci zachorowało. Także to chyba norma. U nas ten rok (odpukać) pod względem chorób nie najgorszy. Nawet katary coraz rzadsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj jak dobrze, że Tygrys się trochę uodpornił. Pamiętam, że w zeszłym roku sporo chorował i bardzo się martwiłaś. Nie pierwszy raz słyszę o tym, że okna otwiera się celowo, ale do tej pory były to domysły rodziców. Ale Ty słyszałaś na własne uszy, więc coś musi w tym być.

      Usuń
  7. Zapomniałam w temacie wszawicy. U nas to plaga w przedszkolach. Leżałam w szpitalu z nauczycielką, która mało nie przepłaciła tego depresją. Sama podłapałam jakiś czas temu. Nawet wiem od której klasy. Teraz mamy na wyposażeniu specjalny płyn, który uskuteczniamy przed zajęciami z dzieciakami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Olitoria się dziwiła, ale jednak problem z tym nie należy do przeszłości. Serdecznie współczuję.

      Usuń