sobota, 26 października 2019

Adopcyjne dylematy. Pokochać obce dziecko.


Zdj.Pixabay
Zastanawialiście się kiedyś czym właściwie jest miłość do drugiego człowieka? Motylkami w brzuchu? Bijącym sercem na czyjś widok i ciepłem, które czujemy trzymając go za rękę? A może łzami w oczach, gdy widzimy jak choruje i z każdym dniem oddala się od nas? 
Każdy widzi ją i odczuwa na różne sposoby. Podobno obdarowując drugą osobę prawdziwą miłością, zawsze będziemy cierpieć, bo nasza wspólna wędrówka kiedyś musi się skończyć. Ale czy dałoby się w ogóle żyć bez miłości drugiego człowieka?

Miłością obdarzamy różnych ludzi w naszym życiu. Kochamy rodziców, dziadków, rodzeństwo, ale także bliskie nam przyjaciółki, ciocie w przedszkolu, czy partnera, męża/żonę. Spotkałam kiedyś pewną osobę, która twierdziła, że w miłość po prostu nie wierzy, że to są bajki dobre jedynie dla dzieci. Zgłębiając historię jego życia, okazało się, że nikt nigdy nie nauczył go kochać. Nie dostał od swoich rodziców nic, poza zapewnieniem jako takiego bytu materialnego. Pokryty skorupą obojętności, podświadomie szukał u ludzi akceptacji, zainteresowania i troski. Bez czułości i bliskości człowiek nie jest w stanie prawidłowo funkcjonować, ponieważ zaburzają się w nim podstawowe instynkty. 

Mówi się, że prawdziwa miłość powinna być bezinteresowna i bezwarunkowa, a kochać powinniśmy nie za coś, lecz pomimo czegoś. Każdy przecież ma jakieś wady, mniejsze lub większe. Ale to nasza otwartość na drugiego człowieka pozwala nam je akceptować i  zmieniać na lepsze to, co się da. 
Oczekując biologicznego dziecka, wielu rodziców ma wyobrażenie cudownej, mądrej dziewczynki, albo chłopca, który spełni ich marzenie o rodzicielstwie. I oczywiście nie ma w tym nic złego, póki to dziecko, które się narodzi, takie właśnie dla nich będzie. Bywa przecież, że maluch nie jest aż tak ładny jak się spodziewali i nie robi takich postępów jak rówieśnicy. Prawdziwie kochający rodzice, będą akceptować dziecko takie, jakie jest. Będą je kochać bezwarunkowo, choćby miało nos jak Pinokio i najgorsze stopnie w szkole. Ale nie zawsze tak jest. Pomimo tego, że dziecko powstało z naszej krwi i kości, niektórzy nie potrafią go kochać. Dzieci są bite, wykorzystywane psychicznie i fizycznie, poniżane i zaniedbywane. Czy natura nie powinna sprawić, że miłość przyjdzie samoistnie?

Całkiem niedawno, pojawił się w gazecie wywiad z pewną aktorką, niejaką Anną Korcz. Opowiadała w nim o swojej relacji z dziećmi męża, stwierdzając, że: 


Niestety, nie da się pokochać cudzych dzieci. Macocha nie jest mamą, ojczym nie jest tatą - to fakt. I nie znam statystyk, ile kobiet i mężczyzn kocha swoich pasierbów. Być może niewielu. No chyba że ktoś nie ma własnych, wtedy co innego. (...) 
Dzieci Pawła bardzo lubię, ale gdybym powiedziała, że je kocham, to bym skłamała. Paweł też nigdy nie pokocha moich córek. Tak się nie da – dodała.
Jakież to smutne, że niektórym osobom tak trudno wyobrazić sobie miłość do "obcego" człowieka. A może w ogóle do człowieka? 
Przecież gdy poznajemy potencjalnego partnera/partnerkę, na początku jest on dla nas obcym mężczyzną/obcą kobietą. Dopiero z czasem miłość do niego/do niej na tyle się rozwija, że postanawiamy spędzić razem całe życie. Ten obcy mężczyzna/kobieta staje się moim mężem/moją żoną. 

Dzisiejsze czasy są takie jakie są. Wiele więc mamy rodzin tzw.patchworkowych, w których mama lub tata mają nowego partnera. Ponieważ zazwyczaj dzieci zostają przy matce, niechlubna rola pokochania obcego dziecka przypada mężczyźnie. Od jego otwartości i otwartości matki dzieci zależy, czy narodzi się więź i miłość. Może ona przyjść od razu, a może minąć wiele czasu, zanim na przykład przechodząca bunt 15-latka przekona się do nowego członka rodziny. Na wszystko trzeba sobie zapracować i przede wszystkim chcieć przyjąć do swego serca nie tylko nową wybrankę/wybranka, ale również jego/jej dzieci.

Rodziny adopcyjne, rodziny zastępcze, pogotowie rodzinne. Tu wszędzie mamy do czynienia z obcymi dziećmi. I choć dla części ludzi może jest to sposób na życie (np.w RZ) to w większości oni po prostu te nieswoje dzieci kochają i próbują dać im normalny dom. W momencie sprawy o przysposobienie, obce dziecko staje się naszym dzieckiem.

Pod jednym ze starych postów na moim blogu, pojawił się niedawno pewien komentarz. Pewnie większość z was regularnie tu zaglądających go nie przeczyta, wklejam więc tę wypowiedź:


Trudno wychować własne dzieci ale własnym się wybacza. Wychowanie własnego dziecka wspiera natura. Poświęcanie się nie dla własnej krwi jest chore. 

Miłość to nie DNA. Gdyby natura była jedynym czynnikiem determinującym pojawienie się uczuć lub ich brak, nie byłoby tylu dzieci do adopcji, nie byłoby tylu patologicznych rodzin i nieszczęśliwych, niekochanych dzieci. 
Myślę, że mój anonimowy czytelnik i pani Korcz zdecydowanie pomylili te dwie rzeczy. Chore jest życie tylko dla siebie, nie obdarzanie uczuciem nikogo, bo być może nie przyniesie nam to żadnych korzyści. A wybaczać należy każdemu, bez względu na to kim jest. Bycie biologicznym rodzicem nie gwarantuje ani szczęścia, ani miłości. Natura nie da nam na to żadnego kuponu do realizacji. 

Być może dzieci nowego partnera są pani Korcz nie na rękę. Na dłuższą metę nie da się ich oszukać czy kupić ich uczuć. Na miłość i zaufanie trzeba sobie zapracować, poświęcić wiele czasu i energii, by zobaczyć efekty. A żeby nad tym pracować, trzeba tego chcieć.  Najwidoczniej ma ona z tym wielki problem, więc łatwiej powiedzieć, że obcych dzieci pokochać się po prostu nie da. A może  mówi cokolwiek, by o niej nie zapomniano? Byle powiedzieć cokolwiek? Jest to smutne, ponieważ bądź co bądź osoba publiczna, która w jakiś sposób dociera do dużej liczy osób, powinna świecić dobrym przykładem, a nie opowiadać bzdury obrażając przy tym wiele rodzin, nie tylko adopcyjnych. 

Na koniec, dając świadectwo temu, że mam rację powiem jedno. Kocham swojego męża i kocham moje dzieci. Z żadnym z nich nie łączą mnie więzy krwi. 

A wy zgadzacie się z wypowiedzią aktorki i mojego anonimowego czytelnika? Da się pokochać obce dziecko?

*Dziękuję Olitorii za podrzucenie tematu:*





czwartek, 24 października 2019

Na sygnale.



W miniony czwartek rzuciliśmy całą tę rzeczywistość i uciekliśmy w Bieszczady. Dawno nas tam nie było. I choć wiedziałam, że z dziewczynami raczej po szlakach jeszcze wiele nie pochodzimy, to perspektywa spacerów w cudnej górskiej scenerii brzmiała obiecująco. I nie pomyliłam się. Krajobraz polskiej złotej jesieni był tak malowniczy, że było czym nacieszyć oko. I wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że noc z piątku na sobotę spędziliśmy w ... szpitalu. Część z was wie z IG, że nasz mały Misiaczek niestety zachorował :( W piątek rano obudziła się z chrypką, którą zbytnio się nie przejęliśmy, ponieważ różnice temperatur były znaczne i myśleliśmy, że tak właśnie na nie zareagowała. Pojechaliśmy więc obejrzeć zaporę w Solinie. Dzień mijał nam fajnie, było cieplutko, a Misiaczek w zasadzie czuł się normalnie. Około godziny 14 nastąpiło pogorszenie jej stanu zdrowia, coraz ciężej oddychała i traciła głos. O 15.30 dojechaliśmy do lokalnej przychodni, gdzie zastaliśmy jedynie pielęgniarkę. Na moje pytanie, czy można dziś lub jutro dostać się do lekarza pani uśmiechnęła się i powiedziała: "Proszę pani, dziś już jest prawie 16, a jutro sobota, potem niedziela. Proszę udać się do najbliższego miasta, tam mają dyżur, albo prosto na SOR" Jej mina mówiła sama za siebie. Wygłupiłam się myśląc, że o tej godzinie jeszcze zastanę dyżurującego lekarza. Misia usnęła, ale chcieliśmy mieć pewność, że to nic poważnego. Czuła się ogólnie dobrze, nie miała gorączki, ale oddychała tak, jakby brakowało jej powietrza. Pojechaliśmy więc na ten niby dyżur, ale okazało się, że takowego nie ma. Może i dobrze się złożyło, bo pojechaliśmy już bezpośrednio do szpitala. Po wejściu do właściwego budynku zobaczyliśmy tylko jedną osobę i nie była to pani za biurkiem a policjant, który również czekał w kolejce. Po 5-10 minutach, kiedy to w pomieszczeniu nadal panowała cisza, mąż poszedł z Elsą zobaczyć inne gabinety i poszukać jakiejś żywej duszy. Misia czuła się coraz gorzej i miała już lekką gorączkę. Po chwili mąż wrócił z niczym. Pogotowie ambulatoryjne było czynne od 18 (była dopiero 16.30), więc czekaliśmy wraz z policjantem kolejne 2 minuty. Mąż powiedział, że mogę spróbować zapukać do tego gabinetu ambulatorium, może ktoś już tam będzie, więc wzięłam Misiaczka na ręce i poszłyśmy. Okazało się, że w środku siedziało starsze małżeństwo, pan był właśnie przyjmowany na oddział. Bez zastanowienia postanowiłam użyć "Metody na dziecko", czyli bardzo przeprosiłam i przedstawiłam krótko sytuację wzbudzając we wszystkich współczucie. Pani poprosiła, żebym poczekała chwilkę na korytarzu i zaraz do mnie przyjdzie. I faktycznie nie minęły 2 minuty jak wyszła starsza pani, a po 5 pielęgniarka przyjmująca. Starsza pani z troską pytała o stan zdrowia Misi, opowiadała, że sama wychowała trzy córki i rozumie moje zdenerwowanie sytuacją. Pielęgniarka zabrała nas na SOR, gdzie ktoś już właśnie zajmował się policjantem. Weszła na oddział i po chwili wróciła z telefonem. Dopytywała o objawy. Po chwili odesłała nas na oddział piętro wyżej, do pana doktora, który okazał się specjalistą w tych sprawach. Pan po 70, miły, zbadał Misię i stwierdził: Natychmiast na oddział. Już pisze skierowanie do szpitala. Wysłał męża i starszą córkę na dół, by założyli Misiaczkowi kartę a sam przeszedł z nami do właściwego oddziału, by od razu zajęto się dzieckiem. Powiem wam, że byłam w szoku. Może dlatego, że tego się nie spodziewałam. Antybiotyku tak. Ale przyjęcia na oddział? Może jestem niedouczona w tych sprawach, gdyż dziewczynki naprawdę mało chorują, jeśli już to są to zwykłe infekcje, czy przeziębienia często niewymagające interwencji lekarza, ale to? No cóż, jak chorować to z pompą ;) Okazało się, ze Misiaczek miał wirusowe ostre zapalenie krtani. Jak potem doczytałam na internecie, jest ono bardzo niebezpieczne dla dziecka, ponieważ może się nawet udusić, podczas gdy dorosły leczy się spokojnie sam w domu. Od razu podano Misi inhalacje z adrenaliny i Pulmicortu, po których zaczęła lepiej oddychać, choć obrzęk jak lekarz mówił nadal był. Potem dostała jeszcze dwie kroplówki. Zaczęła się czuć coraz lepiej, choć daleko jeszcze było do ideału. 



Kiedy Elsa przyszła z tatą do nas na górę, byłyśmy już po inhalacjach. Na widok siostry, moja starsza córka rozpłakała się. Po chwili zanosiła się tak bardzo, że gdy poszłyśmy do toalety, płakałam razem z nią. Powtarzała, że chce, żeby siostra wyzdrowiała, że będzie już dla niej dobra, że nie chce zostać sama, bo nie będzie miała się z kim bawić. Próbowałam jej wytłumaczyć, że wszystko będzie dobrze, na co mi odpowiedziała rezolutnie, że skoro tak to czemu płaczę razem z nią. No cóż.

Powiem wam, że jestem pod wrażeniem zachowania mojej młodszej córki. Według mnie to urodzony przyszły lekarz. Nawet nie skrzywiła się przy zakładaniu wenflona, obserwowała uważnie pielęgniarki pobierające krew do probówek. Gdy wróciłyśmy na salę, stwierdziła: Oni mi całą krew wypompowali! Wszystkie pielęgniarki i lekarz byli również pod wrażeniem jej dojrzałości i otwartości. Chwalili ją i nie mogli wyjść z podziwu, że tak się zachowywała i przede wszystkim została sama, gdy my pojechaliśmy po rzeczy. W międzyczasie Elsa skoczyła z tatą kupić nowego misiaczka dla Misi, a gdy już dotarli z powrotem i zadowolona Elsa podała siostrze nowego pluszaka, ta skomentowała ze zdziwieniem: "Takiego mi kupiłaś?" Uśmiałam się w duchu, bo wiedziałam, że oczekiwała innego, takiego, którego upatrzyła sobie na jednym ze straganów. Stragany były jednak już zamknięte, więc kupili innego;) W międzyczasie Misia mówi do mnie, że skoro ona jest taka dzielna to czemu jeszcze nie dostała żadnej naklejki za odwagę. No cóż, gdy przyszła pielęgniarka, zapytałam, czy Misiaczek może dostać jakąś nagrodę, więc po chwili dwie panie przyszły z naklejkami, kolorowankami, książeczką i dwoma dyplomami :)) Misia bardzo się ucieszyła, przyklejając wszystkie cztery naklejki na koszulkę. 

Za to moja starsza córka, gdy już ochłonęła, zaczęła się robić głodna. Pomimo tego, że spałaszowała słodką bułkę, którą z tatą zakupili w sklepie przy okazji poszukiwań misia, kręciła się na stołku cały czas wspominając coś o jedzeniu. W końcu pyta mnie: "A co mogę sobie tu zamówić?" Hahaha, tłumaczę jej, że to szpital a nie restauracja, po czym Elsa zdziwiona mówi: "No przecież Misia zamówiła sobie wodę" :) No faktycznie, pielęgniarka przyniosła jej wodę w kubeczku, ale cóż, na menu to na pewno nie można było liczyć. Wytłumaczyłam Elsie, że najważniejsze, żeby siostra wyzdrowiała, co potem kilka razy sama mi powtarzała. Chyba sama siebie chciała o tym przekonać. 

Noc spędzona w szpitalu nie należała do najlepszych w moim życiu. Choć lekarz proponował, żebym zajęła wolne łóżko po przeciwnej stronie Misiaczka, wolałam położyć się razem z nią, żeby nasłuchiwać, czy wszystko u niej w porządku. Pielęgniarki przychodziły całą noc i zaglądały, czy dobrze się czuje, a Misia miała podłączoną kroplówkę. O 24 dostała jeszcze inhalacje, które nie bardzo jej się spodobały, gdyż nagle wybudzono ją ze snu i kazano usiąść. Przez chwilkę kopała nóżkami we wkurzeniu ogólnym ;) Nad ranem było już dużo lepiej i choć ja sama czułam się tak, że spokojnie mogliby mnie za sam wygląd też przyjąć na oddział to najważniejsze było, że Misiaczek zdrowiał. Jej oddech nie był jednak idealny, więc bałam się, że będą chcieli zostawić ją na następny dzień. Na szczęście po badaniu okazało się, że jest w porządku, dostaliśmy leki i mogliśmy jechać do hotelu. Kiedy już mieliśmy wychodzić z sali, przywieziono obiad. Na ten widok Elsa wykrzyknęła z radością: Misia! Jedzenie przynieśli! Szczerze mówiąc nie planowałam zostawać tam ani minuty dłużej, ale moja starsza córka nie odpuściłaby kotleta. Podzieliły się więc i Misia zjadła pomidorówkę, a ona kawałek kotleta i surówkę. Chyba za bardzo nie przypadł jej do gustu, wyglądał na nieprzyprawionego, ale najważniejsze, że coś tam do brzuszka poszło i mogliśmy wreszcie wyjść. 

Nigdy nie byłam z dzieckiem w szpitalu, ale powiem wam, że byłam podbudowana postawą pielęgniarek i lekarza.Zajęli się nami szybko, sprawnie, doglądali, czy wszystko jest w porządku i przede wszystkim dobrze wyleczyli. Pan doktor podobno jest już na emeryturze i przychodzi tylko pomagać. Podziwiam go, naprawdę. Był tam już o tej 17, kiedy to nas przyjęto, przychodził na salę do późnych godzin wieczornych, a nawet i zajrzał rano. Nie wiem, czy spędził tam całą noc, ale zapewne nie. Podobno to on stworzył ten oddział. Opowiadał, że sam ma wnuczkę w tym wieku i dwa tygodnie temu też leżała u niego w szpitalu na to samo. 
Kiedy robił ze mną wywiad medyczny, zapytał o moją ciążę, jak przebiegała i czy dziecko ma jakieś alergie. Odpowiedziałam więc szczerze, jak zwykle, że jestem mamą adopcyjną, na co on mnie wyściskał i powiedział, że super i gratuluje córek. Zrobiło mi się bardzo miło, gdyż widać było tę jego autentyczną radość, a jego spontaniczna reakcja była naprawdę fajna. Nie tak, że ktoś kolejny raz robił ze mnie świętą, tylko po prostu cieszył się z tego, że ma przed sobą szczęśliwą rodzinę, powstałą w trochę inny sposób. 

Jadąc ze szpitala wstąpiliśmy do mini zoo i powiem wam, że to był strzał w dziesiątkę. Dziewczynki karmiły zwierzątka, pobawiły się z nimi, miały okazję być tak blisko jak nigdy dotąd. Oczywiście najlepsze były owieczki, które aż prosiły się, by się nimi zająć. 



Wyjazd uważam za bardzo udany, pomimo naszych "przygód" Nie powiem, trochę odzwyczaiłam się od jeżdżenia drogami niedwupasmowymi na tak długim dystansie, ale daliśmy radę. Pomału ogarniamy się przed zimą, szykujemy roślinki na czas wegetacji. W następnym tygodniu ponoć przymrozki. Brr. Wyciągnęłam więc swoje ulubione kapciuszki, kocyk i jestem gotowa na te następne kilka miesięcy ;)  A na koniec jeszcze kilka zdjęć bieszczadzkiej jesieni.


Jezioro Solińskie, widok na zaporę po prawej stronie.

Widok z zapory w Solinie










środa, 16 października 2019

Jak wychować dziecko dwujęzyczne część 1.


Jako, że każdy rodzic marzy o tym, by jego dziecko znało przynajmniej jeden język obcy, w dzisiejszym wpisie chciałabym podzielić się z wami moim doświadczeniem w nauczani. Czy warto zaprzątać maluchowi głowę słówkami i gramatyką innego języka niż polski? Oczywiście, że tak! Im wcześniej dziecko ma kontakt z językiem obcym, tym lepiej.


Zacznijmy może od przypomnienia czegoś, o czym w zasadzie każdy wie. Mając z nim bezpośredni kontakt, dziecko przyswaja język ojczysty w sposób naturalny. Na początku tylko słyszy, potem rozumie, a na końcu zachodzi interakcja i faza produkcji, w której dziecko jest w stanie podjąć z nami dialog. Na pewno kojarzycie rozmowy z niemowlęciem, obojętne, czy to waszym, czy w rodzinie lub u znajomych, kiedy to wydawało wam się, że mówicie do ściany, prawda? :) Leży taki maluszek w łóżeczku, kompletnie nie reaguje, a my gadamy do niego jak najęci, wierząc, że eksperci się nie mylą i coś tam do niego dociera. Często gdy zaczynamy czytać pierwsze książeczki reakcji nadal brak, ale już starszy maluch doskonale potrafi pokazać to, o czym czytamy, a potem nawet sam powiedzieć co znajduje się na obrazku. Jako kilkulatek ma już taką wprawę, że jest w stanie "sam" przeczytać ulubioną historię, ponieważ zna ją świetnie na pamięć. W ten właśnie sposób, dziecko uczy się i przyswaja język, wzbogaca słownictwo, rozwija i poszerza gramatykę. 
No dobrze, tak dziecko przyswaja pierwszy język, ale co zrobić, by było dwujęzyczne? Aby nasz maluch posługiwał się co najmniej jednym językiem obcym dobrze, również musi mieć z nim kontakt. Jeżeli wychowuje się w rodzinie, w której mama lub tata są obcokrajowcami (o czym będzie szczegółowo niżej) lub mieszka za granicą, przyswaja oba języki w tym samym czasie. Pozostałe dzieci najpierw uczą się języka ojczystego, a w drugiej kolejności obcego. Podczas gdy dla pierwszej grupy wystarczy mieć pod ręką rodzica, innego członka rodziny czy po prostu rówieśników w otoczeniu, druga grupa dzieci wymaga posiadania nauczyciela. Poprzez nauczyciela należy rozumieć tu kogoś, kto da mu pewne wzorce i poprowadzi go w świat drugiego języka, niekoniecznie osoby z wykształceniem pedagogicznym.

Od czego zacząć.

Małe dziecko uczy się języka przede wszystkim ze słuchu, dlatego też naukę można rozpocząć już na bardzo wczesnym etapie jego rozwoju. Jeżeli mama lub tata znają język dobrze, mogą sami stać się nauczycielami dla swojego dziecka. Jeżeli jednak poziom twojej znajomości języka nie jest wystarczający, by w pełni poprawnie przekazać go swojemu dziecku, lepiej tego nie rób! Pewne złe nawyki i wiedza, głęboko zakorzenione w dzieciństwie, są potem bardzo trudne do wyeliminowania. Może się wam to wydać dziwne, ale mam tego mnóstwo przykładów na co dzień. Mija bardzo wiele czasu, zanim uda mi się nauczyć dorosłego poprawnej formy, gdy od dziecka był nauczony czegoś źle, ponieważ odpowiedź przychodzi mu do głowy naturalnie .
Jeżeli nie znasz języka lub twój poziom nie jest zbyt dobry, nie przejmuj się. Jest wiele rzeczy, które możesz zrobić, by wprowadzić malucha w świat języka obcego, a potem "oddać" go w ręce fachowca lub stworzyć mu z nim naturalny kontakt np. z rówieśnikami z innego kraju. 

 Poniżej przedstawię wam listę sprawdzonych przeze mnie metod nauczania języka nie tylko moich dzieci, ale również moich uczniów. 

Co możesz zrobić, gdy nie znasz języka

* Oglądajcie bajki w oryginale. Moje dziewczyny od samego początku oglądały bajki tylko po angielsku. Może wam się wydawać to torturą dla dziecka, ale de facto maluchowi absolutnie to nie przeszkadza. Jako, że dzieci lubią oglądać te same bajki tysiące razy, osłuchują się z językiem i przede wszystkim domyślają treści na podstawie tego co widzą. Zaczynaliśmy od "Świnki Peppy" Wiem, że nie wszyscy rodzice pałają do niej miłością, ale jest to cudowna bajka pod wieloma względami. Przede wszystkim jest to prosta animacja, pozwalająca dziecku skupić się na treści. Zdania wypowiadane przez bohaterów są proste, wymawiane wyraźnie i głośno. Jest to szalenie ważne, jeśli bajka ma spełniać funkcję nauki. Wyobraźcie sobie, czego nauczyłoby się dziecko od choćby sepleniącego Kaczora Donalda... (swoją drogą to ja mam problem w rozumieniu go, gdy mówi po polsku) 
Bardzo ważne jest, by zacząć oglądać bajki w oryginalnej wersji od samego początku. Zdarza się, że rodzice chcą przełączyć język na inny, gdy dziecko ma kilka lat i to jak domyślacie się spotyka się z ostrym sprzeciwem. Dziecko nauczone oglądania bajek po polsku, nie będzie chciało wysilać się na rozumienie czegoś, o czym nie ma pojęcia. Jeżeli nie wierzycie, że to działa to powiem wam, że moje dziewczyny doskonale potrafią powiedzieć o czym jest bajka i co się dzieje. Oczywiście nie rozumieją wszystkich szczegółów, ale czy to ważne? Wszystkie bajki Disneya oglądają więc po angielsku, natomiast oczywiście klasyki takie jak Pszczółka Maja, czy Miś Uszatek, oglądają po polsku, żeby nie było, że mam jakieś skrzywienie ;) Już mając jeden rok potrafiły powiedzieć kilka słów, których nauczyły się właśnie z bajek. Jeżeli nie znacie języka i wiecie, że nie możecie sami dziecka pewnych rzeczy nauczyć, jest to bardzo dobra metoda.

Jeśli jesteście na wakacjach za granicą, włącz lokalną TV zamiast filmu na tablecie, czy komórce. Starszemu dziecku możesz nawet wytłumaczyć, że mówią np. po francusku, po niemiecku czy chińsku. To dobry trening dla ucha, nawet jeśli nie uczy się danego języka.

* Czytajcie książeczki w języku obcym! Nie orientuję się w innych, ale po angielsku są np. bardzo ciekawe serie Disneya dwujęzyczne. Jeżeli dziecko lubi danego bohatera, z większą chęcią zasiądzie do czytania. Na początku staraj się wybierać pozycje proste, z dużą ilością obrazków lub takie które maluch zna. W ten sposób będzie wiedział o co chodzi i nauczy się nowych słów kojarząc z treścią, która nie jest mu obca. Pokazuj to o czym czytasz, albo od czasu do czasu przetłumacz. Na pewno nie zaszkodzi. Ja tak właśnie postępuję przy trudniejszej treści, gdy czytamy pierwszy raz. Potem dziewczynki już pamiętają o co chodzi.

Jeżeli znasz język.

W sytuacji takiej, w której przynajmniej jedno z rodziców zna język bardzo dobrze, postępuj jak wyżej :) Wszystkie bowiem metody przedstawione do tej pory również mają tu zastosowanie. Jest jednak kilka innych rzeczy, które możesz zrobić.

* Staraj się mówić do dziecka, najlepiej w sytuacjach naturalnych, nie wymuszonych. Ja od małego do dziewczynek mówiłam np. "Let's go", gdy wychodziłyśmy, czy "What are you doing?" Doskonale rozumieją o co chodzi. Czasem odpowiedzą po angielsku, czasem po polsku. Nie poprawiam, nie zwracam na to uwagi.

* Czasem powiedz coś do małżonka w języku obcym. Pamiętaj, że dziecko słucha i chce zrozumieć. Postara się więc jeszcze bardziej, by wiedzieć o czym jest mowa. Wiem co mówię ;)

* Słuchaj i śpiewaj piosenki! Ja osobiście zaczęłam uczyć się angielskiego, ponieważ bardzo chciałam rozumieć piosenki. Jako, że czasy były jakie były, nie miałam możliwości wejść np. na www.tekstowo.pl i sprawdzić słów. Musiałam słuchać odpowiednią ilość razy i próbować zrozumieć, o czym śpiewają. Oczywiście nie zawsze mi się to udawało. Gdy już jako dorosła osoba, która dość dobrze już posługiwała się językiem, słyszałam niektóre piosenki sprzed lat, uśmiechałam się pod nosem przypominając sobie co wtedy rozumiałam, a co faktycznie tam śpiewają. Do czego zmierzam. Słuchanie piosenek, wspólne śpiewanie to wspaniała nauka i to nie tylko słownictwa. Przede wszystkim to świetny trening wymowy, ponieważ, żeby nadążyć za wokalistą, musimy nauczyć się dobrze pracować między innymi językiem, ustami, szczęką. Dzięki piosenkom, ćwiczymy również płynność mówienia, tak bardzo potrzebną później w komunikacji z drugim człowiekiem. Nie ważne jak śpiewacie. Róbcie to jak najczęściej! Nie muszą to być piosenki dla dzieci, które są masowo dostępne w internecie (np. dla maluchów www.supersimple.com) Mogą to być wasze ulubione przeboje, które lecą w radiu. Kiedy jedziemy do przedszkola, czy na wakacje, często śpiewamy właśnie "przeboje dorosłych" jak to mówią dziewczyny. I niech wam się nie wydaje, że to nie ma sensu. Podam wam przykład. Dziewczyny lubią wokalistę hiszpańskiego Alvaro Soler. Misia potrafi zaśpiewać w tym języku kawałek, a Elsa całą piosenkę wraz ze mną. Oczywiście żadna z nas nie wie o czym śpiewa, żeby nie było, ale śpiewamy, bo to jest fajne. Chodzi o trening ucha, pamięć i przygotowanie do późniejszej nauki. Jeśli w przyszłości zdarzy się tak, że będą miały do czynienia z hiszpańskim, wystarczy, że dowiedzą się, co te słówka znaczą. Natomiast jeśli chodzi o angielski, wyłapują słowa, które już znają, albo zdania, których nie rozumieją i pytają co one oznaczają. W ten sposób naturalnie przyswajają pewne rzeczy.


* Jeżeli masz ochotę, kup dziecku zagadki lub zabawy z językiem obcym. Są one dostępne w Empiku, w księgarni językowej, albo po prostu w internecie. Baw się z dzieckiem i ucz przy okazji. 

* Będąc na wakacjach za granicą, zachęcaj dziecko do używania języka. Może na przykład samo kupić lody, czy napój. Oczywiście nie ma przeszkód w tym, by rodzic mu towarzyszył i przypominał co ma powiedzieć. 

Rodziny dwujęzyczne.

Rodziny, w których mama, albo tata pochodzą z innego kraju, są od samego początku na wygranej pozycji. Nie muszą bowiem szukać kontaktu z językiem obcym, nie muszą płacić dzieciom za lekcje i nie muszą zastanawiać się, kiedy taką naukę rozpocząć. Ale takim rodzinom nie zawsze jest łatwo. Podczas gdy my pracujemy nad tym, by nasze dziecko mówiło poprawnie w języku ojczystym, ich dzieci muszą uczyć się dwóch jednocześnie. Jeżeli jesteście właśnie w takiej sytuacji, zaraz podpowiem co jeszcze możecie zrobić, by wasz maluch jak najlepiej posługiwał się polskim i drugim językiem. Przede wszystkim nie panikujcie i dajcie dziecku czas, by mogło w swoim tempie przygotować się do ich użycia :) 

Co więc zrobić, by dziecku ułatwić naukę?


* Przede wszystkim mówcie do dziecka jak najwięcej! Podzielcie role np. mama mówi tylko po polsku, tata np. po angielsku. Dziecku będzie łatwiej poukładać wszystko w głowie. 

* Nie oczekujcie rezultatów od razu. Dzieci dwujęzyczne często zaczynają później mówić - w końcu one muszą zrobić podwójną robotę. To naturalne, że dziecko najpierw nauczy się słuchać i rozumieć, a dopiero potem przejdzie do fazy aktywnego użycia języka. Nie zniechęcajcie się i czekajcie na moment, w którym zobaczycie owoce waszej pracy.

* Naukę języka traktuj jako naturalny proces. Niech maluch nieświadomie przyswaja języki w życiu codziennym i zabawie. Nie zmuszaj go do siedzenia nad książkami i wypełniania zadań. Nie ma takiej potrzeby. 

* Do znudzenia czytajcie książeczki! Pokazujcie obrazki. Pamiętajcie, by być ekspresywnym, zmieniać ton głosu, imitować różne postacie z bajek. To ma być dla dziecka miło spędzony czas, nie przymus.

* Bawcie się w różne zabawy z wykorzystaniem języka, nawet najprostsze np. w chowanego. ( można odliczać w języku obcym, krzyknąć "Mam cię"! itp.) 

* Nie przejmuj się jeśli dziecko używa dwóch języków w jednym zdaniu np. To jest moja hand. Słowo w języku obcym może być po prostu łatwiejsze do wymówienia, dlatego dziecku łatwiej jest właśnie w ten sposób coś zakomunikować. Gdy Elsa miała około roku, przychodziła do mnie i mówiła"apple", gdy chciała jabłko. Oczywiście doskonale rozumiała słowo polskie, ale łatwiej jej było wyrazić komunikat w języku obcym, ponieważ słowo "apple" było dla niej prostsze niż "jabłko" Wraz z rozwojem mowy, dziecko naturalnie odróżnia język i używa tylko jednego do wyrażenia jakiejś potrzeby. Nie powtarzajmy jednak za dzieckiem "Czy chcesz apple?" Mówmy po polsku lub w języku obcym zdanie pełne i poprawne. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie nauczyć go obu słówek poprawnie. 

* Mów do dziecka normalnie, wyrazy wymawiaj wyraźnie i poprawnie. Nie "udziecinniaj" ich, ponieważ będzie to skutkować niepoprawną wymową. Jeżeli dziecko powie wyraz po swojemu, powtórz go tak, jak powinien być wymówiony prawidłowo. 

* Ucz prawidłowej gramatyki poprzez poprawianie, ale nie cały czas, by dziecko nie było sfrustrowane, że ciągle popełnia błędy. Jeśli chodzi o angielski, małe dzieci na przykład ucząc się czasu przeszłego używają końcówkę regularną do każdego czasownika (np. mówią I buyed zamiast I bought) Wystarczy bez słowa powtórzyć po dziecku okazując zainteresowanie: Oh, you bought it! Podajesz prawidłową formę, a dziecko nie odczuwa tego jako wieczne poprawianie. W pewnym momencie zacznie mówić już poprawnie.

* Poproś dziecko o powtórzenie trudniejszego słowa lub dźwięku. Możesz kucnąć, lub wziąć malucha na kolana, by widział wyraźnie twoje usta. Umiejętność prawidłowego układania języka czy ust jest bardzo ważna. 

Podsumowanie

Pamiętajmy, że nauka języka jest procesem, nie da się przeskoczyć pewnych faz jego rozwoju. Kiedyś miałam ucznia, który skończył prawo i na pierwszych zajęciach poprosił mnie, żebym przygotowała mu najpotrzebniejsze słówka i zagadnienia gramatyczne, coś na styl swoich studiów. Chciał się tego nauczyć oczekując, że będzie już znał język. Uśmiechnęłam się i niestety musiałam go rozczarować mówiąc, że w tym przypadku tak to nie działa. Owszem, można na szybko nauczyć się podstawowych zwrotów, ale na dłuższą metę to nie wystarczy.

Nauka języka to nie tylko bycie komunikatywnym. W późniejszej fazie, dziecko musi nauczyć się pisać i czytać. Tak samo jak w nauce jednego języka, nie zmuszajmy malucha do czegoś na co nie jest gotowy. Dziecko potrafi doskonale komunikować się na długo zanim będzie w stanie coś przeczytać, czy napisać. 
O tym, że wszystko co robię działa, przekonałam się w zeszłym roku, kiedy to w maju pojechaliśmy do Chorwacji. Elsa nie miała jeszcze wtedy 4 lat. Domek obok zamieszkiwało małżeństwo ze Szkocji z dwójką dzieci. Jedno z nich, dziewczynka, było w tym samym wieku co moja starsza córka. Nie powiem, na początku wstydziła się podejść do niej, ale zachęciłam ją, żeby powiedziała "Hello" I tak się zaczęło. Nie uwierzycie, dzieci świetnie się dogadywały, po swojemu, ale używając języka angielskiego. Rozumiały też co mówiła tamta dziewczynka, a jeśli nie, to pokazywała im o co chodzi. Rozmawiałam potem z mamą Anny (tak miała na imię mała Szkotka ;) ) i mówiła, że była pod wrażeniem tego, jak Elsa radziła sobie po angielsku. Misia wiadomo, nie miała jeszcze 3 lat, więc mówiła jakieś pojedyncze słowa, a to już coś. Trudno było je podsłuchiwać, ponieważ przemieszczały się z prędkością światła, ale kiedy np. Elsa przybiegła do domu zrobić siusiu, zapytałam gdzie Anna, odpowiedziała mi, że czeka. Zainteresowało mnie co do niej powiedziała, więc kiedy zapytałam o to zdziwiona Elsa mówi: No jak to co, powiedziałam "Stay and wait for me" :)) 

Języka można się nauczyć, albo można go przyswoić. Ja staram się, żeby jak najwięcej w tej nauce było właśnie tego drugiego. By dziecko, czy nawet dorośli, których uczę, jak najczęściej naturalnie używali języka i nie myśleli o tym jak to trzeba powiedzieć, a przede wszystkim nie tłumaczyli z języka polskiego. To stara metoda, lubiana przez starszych nauczycieli, metoda tak zwanej translacji. Uważam, że jest zła, ponieważ uczy dziecko, dorosłego myślenia po polsku i przekładania na drugi język. My mamy nauczyć się w tym języku obcym myśleć, tłumaczenia zostawmy specjalistom. Tym bardziej, że składnia języka polskiego znacznie różni się od innych języków i raczej przeszkadza w nauce niż pomaga. 

Pamiętajmy również o indywidualnych predyspozycjach dziecka. To nie prawda, że dziecko zawsze nauczy się łatwiej niż dorosły. Uwierzcie mi, nie wszystkie dzieci mają do tego talent. Jeżeli maluch jest słuchowcem, nauczy się dużo szybciej niż wzrokowiec. Humanistyczny umysł łatwiej przyswoi pewne rzeczy niż ścisły. Ale to nie znaczy, że nie można osiągnąć tego samego rezultatu. Przede wszystkim nie można porównywać dziecka z innymi (jak w każdym zresztą aspekcie) Każdy uczy się w swoim tempie, dostosowanym do jego umiejętności i możliwości. 
Pomimo tego, że sama jestem nauczycielką, nie mam jakiejś szczególnej presji na nauczenie dzieci języka obcego zbyt wcześnie. Oczywiście chciałabym, żeby w przyszłości posługiwały się angielskim bardzo dobrze, a dwoma innymi językami choćby komunikatywnie, ale dla mnie najważniejsze jest, by była to dla nich przyjemność. By wiedziały, że uczą się dla siebie, a nie dla ocen w szkole. By czuły, że ten język jest im niezbędny w pracy, w podróżach, w zabawie.

* Część druga tematu wkrótce :)



poniedziałek, 14 października 2019

Gdy dziecko nie szanuje rodzica.



Witam was w nowym tygodniu w ten przecudny słoneczny dzień:) Taką jesień naprawdę lubię, ponieważ można w pełni skorzystać z jej uroków. Jak wam minął weekend? My wczoraj chcieliśmy pierwszy raz zabrać dziewczynki na Farmę Dyń, gdzie również znajduje się nazwę to mini zoo. Są króliczki, alpaki, kózki, można przejechać się wozem z sianem i pobawić na placu zabaw. Wszystko fajnie, ale tylko w teorii. W rzeczywistości wygląda to tak, że dziesiątki ludzi miały ten sam pomysł co my. Kiedy z okna samochodu zobaczyliśmy ogromną kolejkę do wejścia (pomimo tego, że godzina była dość wczesna) stwierdziliśmy, że mowy nie ma. Godzina czekania, a wewnątrz pewnie nie lepiej. Żal tylko tych zwierząt, które muszą przeżyć inwazję dotykających ich dziecięcych rączek, wpychających im do pyszczka na siłę marchewki (można przynieść swoje i karmić) Może uda się zajrzeć kiedyś w tygodniu. Zamiast tego, udaliśmy się do pobliskiego Parku Kultury Powsin. Teren jest ogromny, można naprawdę aktywnie spędzić czas. I to nie tylko na placu zabaw, ale można również przygotować samodzielnie grilla, czy ognisko, zagrać w koszykówkę, pospacerować i nawet uzbierać grzyby, ponieważ cały park w zasadzie znajduje się w lesie. Niestety nie byliśmy przygotowani ani na rowery (a to miejsce wręcz idealne do jazdy) ani na grillowanie, ale sam widok i zapach jedzenia zachęcił nas do zrobienia własnego po powrocie do domu :) Było tak ciepło, że jeszcze po zapadnięciu zmroku siedzieliśmy w ogródku (przy świetle, żeby nie było, że po ciemku ;) ) Na koniec bawiliśmy się w chowanego, co nie było już takie łatwe jak wtedy, gdy jest widno. Wieczorem Misia poprosiła zamiast książeczki na dobranoc teatr cieni, więc szybko zorganizowaliśmy białe prześcieradło i zrobiliśmy dla nich jedną bajkę. Po jej zakończeniu pytam, czy im się podobało, na co Elsa odpowiada, że było... męcząco :)) Hahaha. Spojrzeliśmy na siebie z mężem i stwierdziliśmy, że widocznie nasz talent aktorski jest wątpliwy, ale potem okazało się, że było "męcząco", bo dziewczyny były mega zmęczone. Po chwili już spały ;) 

No, ale przejdźmy do dzisiejszego tematu, który jest związany z wydarzeniami minionej soboty. Zanim dojdę do sedna, zrobię tło dla tego, czym chciałam się z wami dziś podzielić. A więc w grupie Elsy jest dziewczynka, która ma starszego tatę, na wygląd około 50. Kilka razy już moja córka mówiła mi, że koleżanka nie lubi taty, jest niedobra dla niego, dokucza mu. Sama byłam świadkiem jak w zeszłym roku kłóciła się z nim w szatni, kiedy kazał jej zakładać ciepłe spodnie zimą. Na dodatek Elsa mówiła, że koleżanki tata to leń, bo nic nie robi tylko leży w domu na kanapie i ogląda telewizję. Potwierdziła to sama Marta, kiedy była u nas. Starałam się bronić tatę, mówiąc, ze pracuje fizycznie (co jest zgodne z prawdą), więc na pewno jest zmęczony, ale to na nic. Mała twierdziła, że on nigdy nic nie robi, więc nie próbowałam więcej zabierać głosu w tej sprawie. W ten weekend dziewczynka ta obchodziła swoje urodziny. Jej mama poprosiła mnie o zrobienie dla niej tortu, na co oczywiście się zgodziłam. Wyobraźcie sobie, że ten tata nie był obecny na tych urodzinach, które odbywały się w małej salce zabaw niedaleko od domu. Co gorsza, zawiózł je tam (mamę i córkę), ale nie został. Potem tylko przyjechał zabrać je do domu. I wiecie co, kompletnie nie rozumiem takiej sytuacji. Gość faktycznie nie jest towarzyski, pewnie i pracuje ciężko (a kto nie pracuje), jest starszy, więc może mu się nie chce, ale żeby do swojego dziecka na te 2 godziny nie móc przyjechać i popatrzeć jak dmucha świeczki? Być może w domu była impreza też dla rodziny, ale ja sobie nie wyobrażam, że organizujemy córce urodziny w lokalu i ojciec jest nieobecny. Co innego, gdyby faktycznie pracował, wyjechał, miał coś innego ważnego do zrobienia, ale oglądanie telewizji? Skoro ja, obca baba, mogłam poświęcić dla niej czas, by zrobić tort, to własny ojciec nie może? Do czego zmierzam. Nie wiem, nie znam dokładnie relacji tych ludzi, być może pan nie chciał tego dziecka, może tylko ona chciała, ale to już pomijam. Skoro to dziecko już jest, to jak można być tak egoistycznym i na tyle leniwym, żeby nie chcieć z nim spędzać czasu. Liczy się tylko własna wygoda i własne cele. Nie oceniam, ale nie po raz pierwszy widzę, że ludziom po prostu dziecko w pewnym momencie przeszkadza. I tu dochodzę do konkluzji. Jak dziecko ma szanować rodzica, skoro rodzic nie szanuje dziecka? Jeszcze teraz ona jest mała i wszystko kręci się wokół teoretycznie "małych" rzeczy, jak nieobecność na uroczystości w przedszkolu, czy urodzinach, ale co będzie, gdy ona dorośnie? Czy będzie w stanie dać jej wsparcie? Niedawno znów usłyszałam teorię, że ojciec nie jest dziecku potrzebny, gdy jest małe (już o tym kiedyś pisałam, a tu proszę, to nie odosobniony przypadek) Ja wiem, że dla niektórych mężczyzn wychowanie dziecka nie przychodzi naturalnie tak jak matce, ale można się wszystkiego nauczyć, trzeba tylko chcieć się zaangażować. I powiem wam, że było mi smutno. Kiedy jedliśmy kolację, Elsa pyta, czy "jutro jest poniedziałek już, bo chciała koleżance pokazać jakąś zabawkę w przedszkolu" Odpowiedziałam, że nie, że niedziela. Zrobiła się trochę smutna, a ja miałam okazję, by nawiązać do tematu urodzin. Powiedziałam jej, że niedziela jest dla nas, dla rodziny, żeby rodzice też mogli nacieszyć się dzieckiem. A potem zapytałam ją i Misię: "Jak myślicie, jak czuła się Marta, gdy tata przywiózł ją i mamę na urodziny a sam nie został?" Obie się zamyśliły, a ja kontynuowałam, że na pewno było jej smutno. To nie jest tak, że chcę u nich jakiegoś poczucia wdzięczności za to, że spędzamy z nimi czas. Nie robimy tego z obowiązku, ale chcę, żeby wiedziały, że to lubimy, chcemy z nimi być, bawić się, robić coś wspólnie. Ale też niech wiedzą, że nie zawsze tak jest, że czasem ten rodzic obecny jest w życiu dziecka tylko ciałem. A tak naprawdę go nie ma. 


I na koniec tak się zastanawiam jak to jest z tym szacunkiem. No bo niby uczono mnie, że trzeba mieć szacunek do każdego prawda? Ale z drugiej strony, dzieci uczą się na przykładzie i jak taki maluch ma odwzajemnić coś, czego od rodzica nie dostaje? Bycie rodzicem z nazwy, chyba nie wystarczy. 



Kochani, życzę wam cudownego tygodnia, ma być naprawdę cieplutko (przynajmniej u nas) także korzystajcie z uroków jesieni. Jak to stwierdziły moje dziewczynki, pani jesień ma co robić, jeszcze tyle liści musi pomalować kolorowymi farbami, bo nadal są zielone :)




poniedziałek, 7 października 2019

Przedszkolna rzeczywistość.


zdj:pixabay
Zaczął się kolejny tydzień. Jak czas będzie płynął tak szybko to za chwilę będą Święta. Eh, a dopiero co wracaliśmy z wakacji :( Weekend u nas był słoneczny, choć dość chłodny. Szkoda, że tak szybko minął, bo mieliśmy cudownych gości, przy których czas płynie jeszcze szybciej :) Nie wiem, czy to właśnie dlatego, czy z wewnętrznej potrzeby, w piątek poświęciłam się myciu okien :) Choć wieczorem zaowocowało to bólem ręki, to byłam zadowolona z efektu, więc w zasadzie Święta mogą już przyjść (zanim deszcz znów zabrudzi czyste szybki) Zrobiłam też lekką dekorację jesienną, pomimo tego, że pelargonie nadal pięknie kwitną. Także na narożnym oknie przy wejściu jedna część jest jesienna a druga letnia ;) No, ale żeby nie było tak cudownie to uwaga, będę trochę narzekać. Na przedszkole, na rodziców innych dzieci, no i tak ogólnie :) 

Większość spraw organizacyjnych w przedszkolu, miała miejsce w czasie naszego urlopu. Byłam więc w kontakcie z zaprzyjaźnioną mamą koleżanki Elsy, by być w miarę na bieżąco. I doznałam pewnego szoku, ale do tego dojdę za chwilkę. Nasze przedszkole, a w zasadzie pani dyrektor jest bardzo ambitną osobą. Nie powiem, placówka cieszy się bardzo dobrą opinią w okolicy i dostać się do niej jest bardzo ciężko, gdyż znajdują się tu zaledwie 3 grupy. Nie wiem jakim cudem udało się zrekrutować Elsę, bo z Misią były przecież ogromne przejścia, zamienianie się itd. (pomimo, że miała dodatkowe punkty za rodzeństwo) Muszę z czystym sumieniem stwierdzić, że wszystkie nauczycielki pracujące w naszym przedszkolu to pasjonatki, które nie tylko uwielbiają pracę z dziećmi, bo to widać, ale przede wszystkim są bardzo dobrymi pedagogami. Robią z dziećmi bardzo dużo ciekawych rzeczy, wkładają wiele pracy i wysiłku w przygotowanie imprez i różnych innych zajęć. Wszystko super. Mam jednak takie uwagi. Może nie uwagi, ale przemyślenia i ciekawa jestem jak wy to widzicie i jak jest u was, w waszych przedszkolach. Zacznę może od płatności. Za opiekę do godziny 13 nie płacimy nic. Za każdą dodatkową godzinę (co deklarujemy na początku roku) należy zapłacić 1zł. I to jest ok, suma niewielka. Materiały biurowe - koszt około 40zł, też w porządku (biorąc pod uwagę 100zł , które wydawałam na ten cel w żłobku) Do tego przez ostatnie 2 lata płaciliśmy 100zł na Radę Rodziców (za 1 dziecko, 1 semestr) Gdy byliśmy na wakacjach, odbyło się zebranie rodziców, na którym przewodnicząca Rady zaproponowała 150zł, gdyż podobno panie miały problem z "wyrobieniem się" w tych 100. Czyli teraz, zamiast 200zł rocznie, płacimy 300zł. I tak naprawdę nie chodzi już tak bardzo o sumę, bo każdy mi powie, że marudzę, przecież dostaję 500+, ale chodzi o to na co te pieniądze są wydawane. Część z nich przeznaczona jest na imprezy, wycieczki, Dzień Dziecka. Ale argumentem pani z Rady było to, że np. brakuje im na prezenty na Mikołajki. Trudno mi jest uwierzyć, że kiedyś jakoś dało się za 200zł kupić prezenty, jechać na wycieczki itd. a teraz nagle potrzeba aż 50% więcej. Tym bardziej, że te prezenty absolutnie mi się nie podobają. Zabawka - ok. I tyle. Na tym powinni skończyć, a gdybyście zobaczyli ile tam jest słodyczy, to głowa by wam spuchła. To nie wszystko. Paczki wyglądają co najmniej tak, jakbyśmy nadal żyli w PRL, czyli pomarańcze, mandarynki, ananasy w puszce. No ludzie, w dzisiejszych czasach mandarynki dzieci mają na co dzień, a po co im ananasy? Czy to jakiś rarytas? Zanim dzieci dostaną paczki, część owoców jest już nieświeża, a ogromną ilość słodyczy musimy po prostu dzieciom wydzielać. Przecież wiadomo, że w tym okresie Mikołajkowo-Świątecznym, dzieci dostają ogromną ilość cukru w różnorodnej postaci, więc kompletnie nie widzę sensu kupowania dodatkowych bzdur na paczki w przedszkolu. Może jakiś lizak, czy coś drobnego. Wychodzi na to, że za nasze pieniądze kupowane są rzeczy, których ja nigdy nie kupuję swoim dzieciom. Wolałabym, żeby za te dodatkowe 100zł rocznie, pojechały na jakąś wycieczkę, albo obejrzały jeszcze jeden teatrzyk. Może się czepiam, ale takie jest moje zdanie. Ale cóż mogę zrobić, skoro podobno na wszystkich dwoje rodziców tylko było przeciw podwyżce. Na zasadzie potrzebne jest więcej? Proszę bardzo, przecież dzieciom nie odmówię. Ja też nie odmówię, ale myślę, że można by wydać te pieniądze na coś bardziej pożytecznego, a nie bzdury.

Kolejna rzecz to podręczniki. Powiem wam szczerze, że kiedyś nie miałam pojęcia, że w przedszkolu dzieci muszą mieć książki! To znaczy domyślałam się, że może w tej najstarszej grupie tak, bo to zerówka, ale czy naprawdę 3-latek musi pracować z podręcznikiem? No i tu też są takie dwie strony medalu. Z jednej to nie powiem, akurat moje dzieci lubią wypełniać jakieś zadania, ale z drugiej, czy naprawdę takie maluchy potrzebują książek? Jeśli u was czegoś takiego nie ma to już spieszę powiedzieć jak to wygląda. A więc dzieci mają taki cały pakiet, czyli podręcznik, ćwiczenia i jeszcze karty pracy, czy jakoś to się nazywa. W podręczniku są same obrazki. Ćwiczenia to albo coś to narysowania, do wycięcia, kolorowania. Takie zadania nie powiem, są fajne, ale czy naprawdę każde dziecko musi mieć swój obrazek przedstawiający pory roku? Czy nie wystarczyłoby, gdyby pani pokazała całej grupie 4 zdjęcia? Te książki zostają w przedszkolu, więc nie ma też możliwości z dziećmi wrócić do tego materiału w domu. Poza tym, gdy patrzę na cały zestaw z zeszłego roku i sprzed 2 lat (na koniec dostajemy wszystko do domu) to widzę, że nie wszystko jest tam zrobione. Niektóre zadania są wykonane nieporządnie i więcej z niż pożytku byłoby, gdyby dzieci może poćwiczyły w domu. Sama nie wiem. Na pewno dla pań jest wygodniej przygotować zajęcia przy pomocy książek, ale po prostu zastanawiam się nad zasadnością siedzenia dziecka nad podręcznikiem kiedy ma 3 lata. Przecież czeka go ileś tam lat nauki w szkole, a przedszkole to przede wszystkim nauka poprzez zabawę. Nie znam się.

Żeby nie było, te moje przemyślenia są z perspektywy rodzica, dzieci absolutnie nie narzekają na to, że muszą siedzieć z książką, czy robić coś, co nie sprawia im przyjemności. Rozmawiałam jednak ze znajomą, która jest dyrektorką przedszkola w innym mieście i ona doznała szoku, gdy dowiedziała się, u nas 3 i 4 latki mają podręczniki. U nich dopiero grupa zerówkowa pracuje z zeszytami ćwiczeń, uczy się liter i cyfr. Nauczycielki są zobowiązane do przygotowania pomocy naukowych, które potem wykorzystywane są dla innych roczników. Jeśli chodzi o płatność (miasto również w województwie mazowieckim) to jest to 40zł miesięcznie na Radę Rodziców, czyli jeszcze więcej niż u nas, bo za cały rok jest to kwota 400zł. Z tym, że kwota ta obejmuje już materiały biurowe, pomoce, imprezy, teatrzyk, a u nas za wszystko trzeba jeszcze płacić dodatkowo. Wprawdzie to i tak wychodzi taniej niż przedszkole prywatne, ale mnie tak naprawdę nie chodzi tutaj tylko o pieniądze. Tak jak wspomniałam, mogę te 100zł dodatkowo zapłacić, tylko niech to nie będzie wydane na bzdury. W zeszłym roku dzieci miały zorganizowane fajne wycieczki do muzeum, na farmę, gdzie uczyły się piec chleb i jechały bryczką, ale to było wszystko dodatkowo płatne. Pozostaje mi wyciągnąć kasę z portfela i zapłacić a z resztą rzeczy się pogodzić. Krzywdy dziecka tu na pewno nie ma ;)

No dobrze, ponarzekałam, więc mogę wracać do pracy ;) Piszcie jak jest u was, może po prostu przesadzam ;)

                               Wspaniałego tygodnia!








środa, 2 października 2019

TEN telefon i kolejna rodzina w komplecie :)


źródło:pixabay.com

Okres oczekiwania na propozycję dziecka jest najtrudniejszym etapem w całym procesie adopcji. Minęły już niestety te czasy, kiedy telefon dzwonił po kilku miesiącach, a czasem nawet tygodniach. I nie dlatego, że dzieci do adopcji nie ma. Są, tylko większość nie jest wolna prawnie, wspominałam już o tym całkiem niedawno. Rodzicom biologicznym daje się w nieskończoność kolejne szanse, podczas gdy dziecko jest coraz starsze i perspektywa normalnego domu odsuwa się w daleką przyszłość. Sami rodzice nie są zainteresowani oddaniem dziecka do adopcji, bo po co, skoro mają z niego korzyści. Program 500+, który akurat osobiście bardzo nam się przydaje, jest ogromnym wrogiem dzieci niechcianych. I wiele innych czynników wpływających na to, że tyle to trwa. Ostatnio dostaję sygnały od wielu osób oczekujących na telefon, że są albo na skraju załamania, albo utraty wiary, że kiedyś to wszystko dobrze się zakończy. Kochani, wprawdzie ja faktycznie na telefon nie czekałam długo, ale sama walka o dziecko to długie lata zakończone procedurą adopcyjną. Doskonale wiem jak to jest mieć nadzieję, że po wakacjach będzie lepiej, że może teraz coś się zmieni. Wiem, że można sobie tłumaczyć, że okres letni to taki przestój, który trzeba przeczekać, ale co, gdy on mija i nic się nie rusza? Nic nie możecie zrobić. To jest najstraszniejsze. Dlatego z pokorą przyjmijcie to, co na obecną chwilę jest wam dane, bo nie znacie dnia ani godziny, kiedy ten telefon w końcu zadzwoni. Właśnie dowiedziałam się, że jedna z par poznanych przeze mnie na kursie, w którym brałam udział jako mama adopcyjna, ma córeczkę. Bardzo cieszę się z tego powodu, mała jest przecudna i strasznie podobna do mamy :) Wiele razy powtarzam wam, że decyzja o adopcji była dla nas jak wygrana na loterii. Od koleżanki usłyszałam dokładnie to samo, że była to najlepsza decyzja w ich życiu, a że mama biologiczna jest młoda, to z otwartością czekają na rodzeństwo. Już nie liczą się lata bólu, rozczarowań i oczekiwanie na telefon. Jest tylko pełnia szczęścia i spełnione marzenia. Dlatego kochani życzę wam pomimo tego, że jest coraz trudniej, byście wytrwali i doczekali momentu, w którym wszystko to, co dzieje się teraz, będzie tylko wspomnieniem. Choć wydaje się, że jest cisza, to telefony dzwonią i pewnego, pięknego dnia zadzwonią również do was i tego dziś wam życzę :)