środa, 6 listopada 2019

Nieudane adopcje część 2. Nie jesteś moją mamą.


Jakiś czas temu żaliła się do mnie znajoma, że ma problem ze swoim synem, który stwierdził, że jej nie kocha i nie chce takiej mamy. Zaszokowana tym stwierdzeniem, ze łzami w oczach tłumaczyła mu, że przecież nosiła go 9 miesięcy pod sercem, urodziła go i oczywiście kocha i prosi, żeby tak nie mówił. Ale obrażony 6-latek nie chciał słuchać, poszedł do ojca licząc na ukojenie w jego ramionach. Jakkolwiek przykre byłyby dla nas słowa dziecka, fakt pozostaje taki, że dziecko biologiczne jest dzieckiem zrodzonym z nas. Dziecko adopcyjne ma świadomość tego, że urodziło się gdzie indziej i w zasadzie mogło znaleźć się w jakiejkolwiek rodzinie. Dorośli, począwszy od ośrodka, który wyszedł z propozycją, a skończywszy na nas i naszej pozytywnej akceptacji zadecydowali, że ma wychowywać się właśnie tu gdzie jest.  



Dziś wracam do tematu nieudanych adopcji. Minęło trochę czasu, gdy pisałam o tym po raz pierwszy, zatem mogę powiedzieć, że jestem bogatsza w wiedzę i doświadczenia z tym związane. Chciałabym omówić pewien schemat zachowań rodziców i dzieci zarówno biologicznych jak i adopcyjnych oraz pokazać różne zależności prowadzące do problemów jakie mogą się pojawić. 

Wyjdźmy może od tego, że nie ma idealnej rodziny, w której nie zdarzają się problemy i konflikty. Na każdym etapie rozwoju dziecka, pojawiają się nowe wątki, z którymi przychodzi nam się zmierzyć. Czasem nawet dochodzi do paradoksu. Bo jak to, wypruwamy sobie żyły a dziecko, zrodzone z naszej krwi i kości nagle wykrzykuje, że nas nie kocha? Że chciałoby mieć inną matkę? Innego ojca? A co jeśli jest to dziecko adopcyjne? Czy naprawdę chciałoby znaleźć się w innej rodzinie? Mówi się, że to normalne, że dzieci tak mają, że w złości, gdy nie dostają tego, czego chcą, potrafią powiedzieć rzeczy, które bardzo ranią. Ale czy aby na pewno pod tą złością nie kryje się czasem coś więcej? Czy słowa, które ranią nie są czasami wołaniem o pomoc? Manifestem czegoś ważnego? Nie tylko w rodzinie adopcyjnej zdarzają się problemy. W swojej biologicznej rodzinie dziecko też potrafi czuć się niechciane, niekochane i nieakceptowane. Ileż razy słyszymy zdziwienie ludzi przy okazji jakiejś tragedii, że "przecież dziecko z takiego dobrego domu, miał/miała wszystko, nigdy bym się nie spodziewał" Tylko co to właściwie znaczy dobry dom dla dziecka? Czy dobry dom to taki, w którym  zaspakaja się tylko potrzeby materialne i życiowe dziecka? Nie. Dobry dom to taki, w którym nasz syn, czy córka może liczyć na naszą nieograniczoną i bezwarunkową miłość, troskę, wsparcie i zrozumienie. Dobry dom to taki, w którym rodzice dają dziecku to co najważniejsze, czyli siebie i swój czas. Nie kupują dziecku ciągle nowych zabawek, nie wysyłają na kolejne zajęcia popołudniowe tylko po to, by wypełnić pustkę. Dobry dom to również  taki, w którym panuje wzajemny szacunek i zrozumienie, gdzie nie wyśmiewa się drugiego człowieka (obojętne ile ma lat) i nie obraża, ale daje kolejną szansę i wybacza. Te i wiele innych określeń można byłoby użyć w stosunku do prawidłowo funkcjonującej rodziny, ale ten sam efekt można osiągnąć zarówno z dzieckiem biologicznym jak i adopcyjnym. Nie znaczy to, że musimy wszystko zrealizować w jeden dzień. Tak się nie da i nie pomoże nam w tym nawet natura. Dobry i szczęśliwy dom wymaga poświęceń, miłości, wybaczenia, cierpliwości i czasu. To trochę tak jak w młodym małżeństwie, które musi się "dotrzeć", czyli nauczyć ze sobą żyć. Przecież pobierając się wychodzimy z dwóch domów i do wspólnego życia przynosimy bagaż różnych doświadczeń. Tych dobrych i tych złych. Potrzeba czasu, by zmienić wszystko to, co zmienić musimy a z pokorą zaakceptować i przyjąć to, czego zmienić się nie da.
Kiedy w życiu młodej pary pojawia się dziecko, następuje kolejna rewolucja. Bo oto nagle, w nasz ułożony, wypracowany świat, wstępuje maleńka, bezbronna istotka, która chce zawładnąć wszystkim. Nie interesują jej skrawki, ona potrzebuje nas w całości. I kolejny raz musimy przewartościować sobie wszystko, nauczyć się żyć we troje. Młodym parom towarzyszy szczęście z powodu narodzin dziecka, ale wiele odczuwa też lęk. Nagle nie jesteśmy tylko odpowiedzialni za samych siebie, ale również za drugiego człowieka. Często ludzie po prostu nie wiedzą, nie zdają sobie sprawy z tego, jak duży wpływ ma na drugiego człowieka nasza postawa wobec niego. A ma. I to ogromny. 

O wiele inaczej przedstawia się sytuacja gdy dziecko nie rodzi się jako naturalny etap rozwoju naszej rodziny. Zmagania z niepłodnością, jak wiele razy już rozmawialiśmy, to nie tylko pusty portfel, ale głębokie rany pozostawione w psychice. Przedłużające się badania, wizyty, leczenie, zabiegi, prowadzą do tego, że człowiek po części staje się jak maszyna, która kolejny raz powtarza cykl, do którego została zaprogramowana. W końcu albo przestaje cierpieć i odczuwać rzeczywistość, albo decyduje się na inny krok. Jednym z takich kroków jest właśnie adopcja dziecka. I choć są również takie pary, które nie czekają długo, by tę właśnie drogę podjąć, niepłodność zostawia ślad u każdego. 
Dlaczego o tym wspominam. Podejmując decyzję o rodzicielstwie adopcyjnym musimy być świadomi tego, że prócz wszystkich tych zmartwień, które towarzyszą rodzicom biologicznym, my mamy dodatkowo jeszcze te związane z przeszłością dziecka. I nawet jeśli mamy przed sobą niemowlę, które nie posiada jeszcze złych doświadczeń, to porzucenie przez rodzinę biologiczną, może odbić się echem w latach późniejszych. Mając to na uwadze, powinniśmy zawsze głęboko zastanowić się, czy jesteśmy na to otwarci. Bo adopcja dziecka, to właśnie decyzja o bezgranicznej, bezterminowej miłości i poświęceniu się dla drugiego człowieka. Nawet wtedy, kiedy wykrzyczy nam prosto w twarz, że nas nie kocha, bo nie jesteśmy jego biologicznymi rodzicami. Zawsze będziemy z nim. Zawsze i bezwarunkowo. Bo przyjmując dziecko do swojego domu, do swojego serca, staje się ono naszym dzieckiem, dokładnie takim, jakim byłoby gdyby się zrodziło z nas. 

Zastanawiałam się głęboko nad komentarzem anonimowego czytelnika, o którym wspomniałam w ostatnim poście i chyba już wiem o co chodzi (chyba,bo mogę się oczywiście mylić). Rodzice biologiczni poświęcają całe życie dla dzieci, które sami wydali na świat, czują się do tego zobowiązani. W przypadku adopcji można zadać sobie pytanie, a co gdybym jednak nie adoptował? Czy moje życie byłoby lepsze? A co gdybym dostał propozycję innego dziecka? Czy byłoby grzeczniejsze? Może miałbym z nim lepszą więź? Gdzie popełniłem błąd? A może on/ona po prostu już taka jest? Może gdyby to były moje geny byłoby inaczej? Te i tysiące innych pytań można zadawać sobie w głowie, lecz na nie nigdy nie uzyskamy odpowiedzi. O co więc chodzi? Przyjrzyjmy się temu bliżej.
Gdy coś nie gra w rodzinie adopcyjnej, możemy zacząć się zastanawiać po co w ogóle zadajemy sobie tyle trudu wychowując dziecko, którego nie my wydaliśmy na świat. Może nawet przyjdzie do głowy myśl, że przecież to nie jest moje dziecko, dlaczego więc mam oddawać całe swoje życie dla nie swojej krwi. Ale w rodzinie biologicznej również pojawiają się problemy i tragedie prowadzące do zadręczania się pytaniami. 
Łatwo jest być rodzicem dziecka grzecznego, ułożonego, odnoszącego w życiu sukcesy. Dużo trudniej znaleźć w sobie pokłady miłości dla alkoholika, nieudacznika, czy złodzieja. 

Pisałam kiedyś o przerażającej zbrodni, w której ojciec zabił żonę w ciąży i dwie córki. Matka trwała przy synu mordercy, bo choć dopuścił się tak strasznego czynu, czuła, że musi przy nim być. Prawdopodobnie dręczyły ją też wyrzuty sumienia, że jednak gdzieś to ona popełniła błąd jako matka. I drugi przykład. Na studiach miałam koleżankę, która poznała starszego o kilka lat rozwodnika z dzieckiem. Kiedy jej rodzice dowiedzieli się o tym, przestali z nią rozmawiać, nie chcieli jej znać i powiedzieli, że już nie mają córki (miała jeszcze dwóch braci) Sama osobiście pomagałam jej znaleźć pokój do wynajęcia i przeprowadzić się. Myślę, że rodzice liczyli na to, że zastraszona zrezygnuje z chłopaka. Nie mam z nią teraz kontaktu, ale wiem, że wyszła za niego za mąż i mają dziecko. Kiedy rozmawiałyśmy ostatni raz, rodzice nadal jej nie wybaczyli. Może te dwa przykłady są ekstremalne, ale popatrzcie, że to nie DNA kieruje nami, gdy chodzi o wybaczenie i zrozumienie. To nasza miłość i otwarcie na drugiego człowieka. Mamy wybór. Celowo piszę o otwarciu na człowieka, bo obojętne, czy jest to nasz mąż, żona, syn czy córka, czy kolega, trzeba zobaczyć w nim istotę, która pod skorupą pewnych zachowań skrywa uczucia, które nie pozwalają normalnie funkcjonować w życiu. Rodzicielstwo biologiczne też bywa bardzo trudne. 

Nieudane adopcje dotyczą zwykle przysposobienia starszych dzieci. Dlaczego? Jeżeli niemowlę jest szybko umieszczone w rodzinie adopcyjnej lub ewentualnie zastępczej, ma zapewnioną opiekę i ewentualne deficyty są już na tym etapie eliminowane. Jeżeli zaś przez kilka lat przebywa w swojej rodzinie biologicznej, która źle funkcjonuje i dziecko nie ma zapewnionego w niej prawidłowego rozwoju oraz doznaje traumy, potrzeba wiele czasu i pracy, by mogło wrócić do normalności, o ile w ogóle to się uda. 

Przyjrzyjmy się więc teraz pewnym zachowaniom dzieci i zajrzyjmy głębiej w ich przyczynę. 
U mojej znajomej, o której wspomniałam na początku wpisu problem zaczyna się w faworyzowaniu jednego dziecka przez mamę, a drugiego przez tatę. Ten temat omówię szerzej w innym poście, ale zobaczcie do jakiego dochodzi paradoksu. Dzieci biologiczne, teoretycznie wyczekane, a problem powiększa się z miesiąca na miesiąc. Dziecko nie czuje się w pełni akceptowane przez rodzica, co powoduje u niego frustrację i to do tego stopnia, że w złości potrafi wykrzyczeć słowa, które ranią. Nie dzieje się to bez przyczyny. Pamiętajmy, że wielu dorosłych nie radzi sobie z okazywaniem emocji, ani tych dobrych, ani tych złych. Wielu z nich nawet nie potrafi ubrać w słowa tego, co leży im na sercu, a instynkt samozachowawczy pozwala zbudować mur, by obronić kruchą istotę znajdującą się wewnątrz. Myślę, że u mojej znajomej problem będzie się nasilał, aż w końcu wybuchnie niczym wulkan. Nagromadzone przez lata złe emocje, znajdą ujście gdzieś, gdzie rodzic nawet się nie spodziewa. I wtedy może być już za późno, ponieważ żadne z nich, ani mama ani tata, nie zauważają po drodze symptomów, które nieuchronnie prowadzą do złych zachowań w przyszłości. Ignorując zatem sygnały, gdy problem jest jeszcze mały, marnujemy szansę, by zdusić go w zarodku. Rośnie on wtedy do takich rozmiarów, że sfrustrowani nie jesteśmy w stanie sobie z nim poradzić.

Wiele dzieci przechodzi piekło w swoich rodzinach biologicznych. Często są to tak traumatyczne przeżycia, że mali ludzie nie są w stanie normalnie funkcjonować. Nie mówimy tu tylko o ranach w fizycznym tego słowa znaczeniu, ale przede wszystkim uszczerbku na zdrowiu psychicznym. Dziecko bite, poniżane, wykorzystywane seksualnie być może nigdy nie będzie w stanie pogodzić się z tym co się stało i wymazać tych doświadczeń z pamięci. Nie zapominajmy, że nasze dzieci nie otrzymały od swoich rodziców biologicznych podstawowych rzeczy. Jak mają kochać skoro nikt ich nie kochał. Jak mają czuć empatię do drugiego człowieka, skoro nikt nigdy nie współczuł im. Jak mają umieć troszczyć się o rodziców adopcyjnych, skoro nikt nie nauczył ich co to troska o bliskich. 
Adoptując dziecko z przeszłością, musimy najpierw opróżnić szklankę z zepsutym płynem. Bo nawet jeśli dolejemy do niej świeżej wody, płyn nadal będzie gorzko smakował. 

Ostatnio spotkałam się z następującym przypadkiem nieudanej adopcji. Rodzice adopcyjni oddali 8-letnią dziewczynkę z powodu zaburzenia więzi powstałych po prowokacyjnym zachowaniu w stosunku do ojca adopcyjnego. Dziewczynka sama była wykorzystywana seksualnie w rodzinie biologicznej. Trudna sytuacja, ale spójrzmy na nią z perspektywy dziecka. Kto miał ją nauczyć prawidłowych relacji między rodzicem a dzieckiem? Kto miał ją nauczyć czym jest miłość, szacunek, intymność? Zamiast tego dostała odrażającą traumę, która prawdopodobnie będzie się ciągnąć za nią przez całe życie. Zachowanie dziewczynki ma więc bardzo głębokie podłoże. Być może tylko w ten sposób umiała zwrócić na siebie uwagę ojca, gdyż jak się dowiedziałam matka adopcyjna nie zaakceptowała dziewczynki. Dlatego też przy adopcji dziecka starszego tak ważne jest, by nawiązać z dzieckiem obustronną więź. Ono musi na tę adopcję dać przyzwolenie. Jeżeli tego nie zrobi, nie ma ona szans na powodzenie. My ze swojej strony, musimy otoczyć je miłością i powoli uczyć wszystkiego, czego do tej pory się nie nauczyło. Obecnie dziewczynka jest w trakcie procedury przysposobienia przez inną rodzinę, od której mam informację, że żadne nieprawidłowe zachowania nie mają miejsca. Dziecko jest całkowicie akceptowane przez matkę, z którą łączy ją silna więź. 

Prawidłowy dobór rodziny do dziecka jest kluczowym elementem w powodzeniu adopcji. Niektóre problemy po prostu mogą nas przerastać, podczas gdy dla innych nie będą stanowić problemu. Wiele, a może nawet pokuszę się o tezę, że większość z zachowań dzieci, jest zdeterminowana tym, co przeżyły. Gdzieś tam w przeszłości pozostawione same sobie, nauczyły się żyć po swojemu. Żyć, by przetrwać. Dzieci wędrują od placówki do placówki, od rodziny do rodziny, w których obiecuje się, że zostaną na zawsze. Pomyślcie jakie to musi być straszne przeżycie dla dziecka, słyszeć, że będziemy rodziną, że dostaną miłość, a potem ludzie wycofują się i dziecko znów zostaje samo. Potęguje w nich złość, którą być może potem właśnie skierują na osoby im najbliższe. Często przyczyną takich właśnie zachowań jest niemożność poradzenia sobie z przeszłością i emocjami, które temu towarzyszą. 

Jeżeli decydujemy się na dziecko obciążone lub potencjalnie obciążone jakąś chorobą, przemyślmy dobrze, czy będziemy w stanie być z tym dzieckiem na dobre i na złe. To decyzja na całe życie. Problemy ze szkołą, problemy z prawem, a potem dorosłe życie, w którym również należy dawać wsparcie. To bardzo odpowiedzialna decyzja. Tu oczywiście też ogromna rola ośrodka, by podać kandydatom na rodziców wszystkie informacje jakie mają o pochodzeniu dziecka. 




Podsumowanie

Jestem gotowa na to, że kiedyś mogę usłyszeć "Nie mów mi co mam robić, nie jesteś moją prawdziwą mamą" Przynajmniej w teorii, bo na pewno poczuję kłucie w sercu a w gardle ścisk. Ale wiem, że bardzo się postaram, by być z moimi dziećmi zawsze, obojętne co się będzie działo w ich życiu i wspierać je tak, jak wspierali mnie zawsze moi rodzice. Staram się uczyć dziewczynki tego, że cokolwiek zrobią w życiu, zawsze mogą liczyć na naszą pomoc. Tłumaczę im, że każdy popełnia błędy, dorośli też i to czasem bardzo głupie błędy. Ale każdy ma prawo do drugiej szansy, by móc te błędy naprawić. Chciałabym, żeby to zawsze wiedziały. Nawet jeśli będą przechodzić przez trudny okres, to wierzę, że to tylko przejściowo. Że w końcu minie i wszystko to, na co pracowaliśmy całe życie, zaprocentuje. Bo nikt nie da nam gwarancji, że nasze poświęcenie, czy to dla dziecka biologicznego, czy dla adopcyjnego, przyniesie oczekiwany rezultat. 
Nie ma jednej definicji udanej adopcji. W niektórych przypadkach być może jest to przez wiele lat ogromne poświęcenie tylko z jednej strony. W innych szczęśliwe, niczym niezakłócone rodzicielstwo. Ważne by dać dziecku dom i wychowanie, czyli wszystko to, czego potrzebuje by w przyszłości mógł być dobrym człowiekiem. 
Zranione dzieci długo powtarzają czyny swoich rodziców. Choć często ich nienawidzą, nie potrafią inaczej. Biją, bo biły bite. Krzyczą, bo do nich nie mówiło się normalnie. Kradną, bo tylko w ten sposób mogły mieć coś swojego. Pamiętajmy o tym. To często nie zła wola dziecka doprowadziła ich do tego, że stały się tym kim są. I cóż, czasem adopcja niestety nie ma szans na powodzenie, ponieważ rany są zbyt głębokie. 

Jak sobie z tym wszystkim radzić? Czasem sytuacja jest tak trudna, że nie sposób samemu się z tym uporać. Nie bójmy się szukać pomocy u specjalistów. Nade wszystko pamiętajmy, że krzykiem i nakazami nic nie wskóramy. Pomimo naszej bezsilności, z miłością w sercu i pokorą, porozmawiajmy z dzieckiem. Wysłuchajmy co ma do powiedzenia. Nie oceniajmy jego zachowań, starajmy się zrozumieć. Być może da się dojść do wspólnego rozwiązania. Często zdarza się, że dzieci adopcyjne są roszczeniowe, uważają, że wszystko im się należy, skoro już zdecydowaliśmy się przyjąć je pod swój dach. Porozmawiajcie o uczuciach, niech dziecko zobaczy, że dorosły nie jest zbudowany z cegieł. Ustalcie razem granice i zbudujcie coś nowego, na nowych fundamentach. Nie zamykajcie się na przeszłość dziecka. Jeśli chce o tym rozmawiać, zawsze poświęćcie mu czas. Jeśli nie chce rozmawiać, nie naciskajcie, ale powiedzcie otwarcie, że zawsze jesteście gotowi, gdyby tylko dziecko miało potrzebę przyjść. Nigdy nie daj dziecku odczuć, że oczekujesz wdzięczności za adopcję. Jeżeli słowa "to ja dałem ci dom, a ty tak się odpłacasz" kiedykolwiek wyjdą z twoich ust, porozmawiaj o tym z dzieckiem i przeproś go. Nie powinniśmy oczekiwać wdzięczności za swoją miłość. I przede wszystkim nie poddawajcie się. Wiem, że bezradność może sprawić, że człowiek zaczyna wątpić, ale pamiętajcie, że w tym nawet dorosłym człowieku tkwi zranione dziecko. Dziecko, któremu dorośli zafundowali dzieciństwo bez miłości, bez opieki, ale za to z alkoholem, przemocą i wykorzystywaniem. Dziecko, które po prostu z wieloma rzeczami nie jest w stanie sobie poradzić.

Pokochać obce dziecko. Pokochać dziecko. Pokochać drugiego człowieka. Bezwarunkowo. Bez oczekiwań. Tak po prostu.













6 komentarzy:

  1. Ważny i trudny temat. I właściwie temat rzeka, bo ile adoptowanych dzieci, tyle odrębnych przypadków. Oczywiście, że dziecku trzeba poświęcić czas i uwagę, a w przypadku adoptowanych - tak jak piszesz - bardzo ważny jest właściwy "dobór". Przepraszam za to porównanie, ale biorąc psa ze schroniska też musimy być na to gotowi, wiedzieć, że pies jest po przejściach, że nie zawsze zachowa się tak, jak sobie tego życzymy, że może ugryźć... Dlatego kluczowym jest właściwy dobór i odpowiednia motywacja. Tyle, że... psa tak "łatwo" oddać z powrotem, a dziecko?
    To teraz dla rozładowania, coś na wesoło:
    Gdy Wika miała 7-8 lat zdarzyło jej się strzelić focha i oznajmić, że idzie do domu dziecka. Za którymś razem, jej ojciec powiedział "Tak? OK. No to ubieraj się, sam cię odwiozę". Wika była w szoku tylko przez chwilę, po czym oznajmiła, biorąc się pod boki "Ty nie możesz, bo to musi sąd!" Padłam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nawet oddany pies będzie przeżywał porzucenie. Bo zaufa, przyzwyczai się i nagle to straci. Miłość do dziecka, czy to adoptowanego, czy biologicznego musi być bezwarunkowa. Rodzicielstwo nigdy nie jest przecież łatwe.

      Usuń
  2. Czy Twoja znajoma zna temat buntu 6-latka? Jakkolwiek bolesne nie jest niczym nadzwyczajnym, że 6-latkowi zdarza się nienawidzić swojej matki (nawet jeśli 5 minut wcześniej była jego ukochaną mamusią). Mi też się zdarzyło usłyszeć od swojego syna „Nie chcę takiej mamy” ale 3 głębokie wdechy i było to przyczynkiem do rozmowy jaką mamę chciałby mieć. Okazało się, że ideałem mamy jest ciocia Asia, mama jego najlepszego kolegi. I szczerze mówiąc chłopakowi się nie dziwię – to kobieta z wykształcenia i powołania nauczyciel przedszkolny więc jej cierpliwość do dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym jest moim zdaniem nie wyczerpana. Ale pogadaliśmy my jak chcielibyśmy żeby wyglądały nasze relacje co oboje możemy zrobić i temat właściwie nie wrócił (co nie znaczy, że ten 6-latkowy okres jest dla nas łatwy). A po jakimś czasie okazało się, że ciocia Asia wcale nie jest taka fajna bo ma też swoje wymagania i jak trzeba potrafi je twardo egzekwować (a poszło jak zwykle o głupotę typu odwiesić kurtkę na wieszak albo ustaw buty tak żeby inny się o nie nie zabił). Więc jak to mówią trawa zawsze zieleńsza u sąsiada a matka kolegi zawsze jest lepsza (do czasu).

    Myślę, że nam rodzicom adopcyjnym może być nieco łatwiej z takimi tekstami bo na kursach przygotowuje się na hasło „Nie jesteś moim tatą/moją mamą – nie będziesz mi mówić co mam robić/ nie muszę cię słuchać”. To chyba jednak zazwyczaj wyraz buntu i sprzeciwu przeciwko temu co dziecko spotkało a nie celowe działanie wymierzone w rodziców adopcyjnych. Tylko od nas zależy jak my sobie z tym poradzimy i jak pomożemy sobie poradzić z tym dziecku. Obserwując dość wybuchowy charakter mojego dziecka spodziewam się, że i nam zdarzy się te słowa usłyszeć.

    Co do nieudanych adopcji to niedawno przez adopcyjną blogosferę przewiną się reportaż o małżeństwie, które adoptowało rodzeństwo i po jakimś czasie postanowiło rozwiązać adopcję ale tylko w stosunku do jednego z dzieci. Nie znam oczywiście całej historii ale dla mnie najdziwniejsze w całej sprawie było to jak w ogóle do tej adopcji doszło skoro potencjalni rodzice od początku twierdzili, że chłopiec im nie leży i chcieliby adoptować tylko dziewczynkę.
    Aglaia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mojej znajomej problem tkwi głębiej niż tylko w buncie 6-latka. Podejrzewam, że to dziecko naprawdę wiele razy nie czuje się kochane, ale temat rozwinę może w innym poście. Zgadzam się z Tobą, że inni ludzie jawią się dziecku jako lepsi rodzice właśnie ze względu na to, że przychodząc do nas zwykle bawią się, zajmują, a nie wymagają. Potem właśnie okazuje się, że ciocia Asia już nie jest taka fajna jak każe zrobić coś, czego dziecko nie chce. To prawda, że my rodzice ado jesteśmy bardziej na takie słowa wyczuleni. Tak jak piszesz, uczy się nas tego od początku. Jeżeli my dajemy mu normalny dom i miłość, to można być pewnym, że jest jak mówisz - bunt skierowany jest na najbliższych ze względu na nagromadzenie problemów i emocji z którymi dziecko sobie nie radzi.

      Co do sprawy tej nieudanej adopcji to nie znam, ale podejrzewam, że to jak nic zła motywacja do adopcji, państwo chcieli dziewczynkę po to, by zaspokoić jakieś swoje pragnienia. Nie rozumiem zachowania ośrodka, choć spotkałam się ze sprawą, w której ewidentnie coś nie grało, ale psycholog stwierdził, że "jakoś się ułoży" Ułożyło się tak, że po chwili państwo wystąpili o rozwiązanie adopcji.
      Znam też taki przypadek, może odwrotny, bo dotyczył rodziny biologicznej. Rodzeństwo przebywało w Rodzinie Zastępczej i po jakimś czasie matka zabrała z niej tylko jedno dziecko, to, które było jej na rękę. To tyle jeśli chodzi o więzy krwi i miłość bezwarunkową.
      Zobaczymy jak będzie u nas. Na razie problemów nie ma, na każdym kroku podkreślamy dziewczynkom jak ważna jest rodzina i jak ważna jest siostra, ważniejsza od koleżanki. Powtarzają to jak mantrę. Same, tak od siebie, niezachęcane. Mam nadzieję, że kiedyś zrozumieją dlaczego tego ich uczymy.

      Usuń
  3. https://uwaga.tvn.pl/reportaze,2671,n/pozbyli-sie-adoptowanego-dziecka-chcial-mnie-zamordowac-oficjalna-strona-programu-uwaga-tvn,292118.html?fbclid=IwAR1G3gJAcvP-5yZdSqt0ZWxRN1YGmKU46ksy7AY8GlDT-vcTxUdPDI9THrA

    To ten reportaż. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach ;-) . Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, nie znałam tej historii. Powiem Ci, że za głowę się można złapać jak dochodzi do takich sytuacji. Trudno też do końca wyrokować jak to było, bo wiadomo jak w reportażach przedstawia się prawdę, ale na 100% zawinił człowiek.Smutne...
      Ja mam też taką niesamowitą historię, o której napiszę jak znajdę czas, na razie jest odłożona na status "pending" ;) Aż wierzyć się nie chce.

      Usuń