wtorek, 24 grudnia 2019

Opowieść Wigilijna.Magiczna Jabłoń


Na skraju lasu, gdzie płynie rzeczka, w małym domku z ogrodem, mieszkał sobie drwal z żoną. Ona, drobna kobietka o włosach blond, kochała zajmować się kwiatami i często przemawiała do nich, jak gdyby były jej najlepszymi przyjaciółkami. One, odwdzięczały się pięknem i zapachem tak wspaniałym, że każdy, kto tu zawitał, z chęcią zasiadał przy malutkim stoliczku i pił aromatyczną herbatę w towarzystwie pani domu. Jej ogród był tak magiczny, że zamykając oczy ludzie mogli przenieść się w bajkowy świat zmysłów, rozkoszując się ciepłymi promykami słońca. Po świeże kwiaty do wazonu przychodzili wszyscy okoliczni mieszkańcy. Piekarz codziennie kupował bukiet dla żony i nawet sam burmistrz czasem wpadał po drodze do domu, by wybrać kilka ulubionych czerwonych róż. 
Drwal pracował ciężko, ale lubił swoją pracę. Kiedy wracał do domu, czekał na niego ciepły posiłek i świeży bukiet kwiatów z własnego ogrodu. Z przyjemnością oboje małżonkowie zasiadali do stołu, by zjeść razem obiad, a potem on zaparzał ich ulubioną herbatę jaśminową w czerwonym czajniczku. Zimą drwal palił w kominku i ciepło palonego drewna wraz z jego cudownym zapachem rozchodziło się po całym domu. 
Drwal i jego żona żyli skromnie, lecz byli razem szczęśliwi. Do pełni szczęścia jednakże, brakowało im potomka, na którego bez powodzenia czekali od kilku miesięcy. Oboje robili się coraz smutniejsi, choć drwal próbował ukryć swoje prawdziwe uczucia przed żoną, żeby nie zasmucać dodatkowo jej serca. Starał się ją wspierać, lecz z dnia na dzień coraz rzadziej można było zauważyć uśmiech na jej twarzy. Wieczorami siadała z ulubioną herbatą przy oknie i wyglądała na drogę, jakby czekała, że ktoś zaraz nią będzie szedł. Pewnego dnia, gdy tak siedziała oparta o parapet, zobaczyła między drzewami postać. Zerwała się z krzesełka i przetarła oczy. Zobaczyła kobietę w długiej, czerwonej sukni, która w ręce trzymała złoty kufer. Po chwili małżonkowie usłyszeli pukanie do drzwi i kiedy otworzyli, bez słowa weszła do pomieszczenia i podała im kuferek. W środku znajdowała się szklana kula, z pozoru zwyczajna, niczym się nie wyróżniająca, ale gdy kobieta ją potarła, ku zdziwieniu małżonków, w środku ukazał się piękny miniaturowy ogród, pośrodku którego rosła jabłoń. 
- Ta kula będzie waszym przewodnikiem. Jeżeli w ciągu 12 dni, uda wam się odnaleźć tę jabłoń, zerwać z niej owoc i zjeść nim upłynie północ, jeszcze w tym roku będziecie cieszyć się potomstwem. 
Po tych słowach wyszła i nigdy więcej jej nie widzieli. Nie mieli pojęcia kim była kobieta, lecz dla nich to nie było ważne. Liczyło się tylko to, co im powiedziała. Nadzieja wlana w ich serce sprawiła, że niczym na skrzydłach wyruszyli w tajemniczą wędrówkę w poszukiwaniu magicznej jabłoni. 

Minął pierwszy dzień, minął drugi i trzeci. Choć wskazówki były dość dokładne, magicznej jabłoni nigdzie nie było. Czwartego dnia poszukiwań, żona drwala usiadła na kamieniu i zasmucona powiedziała, że powinni chyba wrócić do domu. Drwal objął ją i mocno przytulił dodając tym samym sił, by iść dalej. Wreszcie dotarli na polanę, na której znajdowała się wysoka, dawno niekoszona trawa, krzaki i ciernie. Choć każdy krok sprawiał im ból, to poranione nogi poniosły drwala i jego żonę na sam środek polany. Jakieś przeczucie podpowiadało im, żeby nie rezygnowali. I nagle ich oczom ukazało się drzewo, na którym niczym w bajce rumieniły się jabłka tak piękne, że byli pewni, iż w końcu trafili pod właściwy adres. Wykończeni wędrówką, ze łzami w oczach zerwali owoc i nie tracąc czasu usiedli pod drzewem, by spełniła się przepowiednia.

Wracając do domu drwal i jego żona byli tak szczęśliwi jak nigdy. Uwierzyli, że teraz ich życie się odmieni i wreszcie będą mogli cieszyć się dzieckiem. Mijały jednak miesiące, a pod sercem żony drwala nadal było pusto. Z dnia na dzień pryskał czar magicznej jabłoni, a kobieta stawała się jeszcze bardziej smutna niż wcześniej. Nie cieszyły już jej nawet ukochane kwiaty, które zaniedbane zaczęły tracić kolor i blask. Ludzie coraz rzadziej przychodzili je kupować i nikt nawet nie zapytał dlaczego niegdyś najpiękniejszy ogród w okolicy tak podupadł. Drwal pracował jeszcze ciężej, by móc utrzymać siebie i żonę, która coraz to bardziej zamykała się w swoim świecie. Aż pewnego dnia, to było jakoś przed Bożym Narodzeniem, spadło tyle śniegu, że nie sposób było wyjść z domu. Drwal napalił w kominku i zrobił ulubioną herbatę. Przyniósł ciepły koc żonie, która zasiadła w fotelu tuż obok okna. Nagle, w oddali, oboje spostrzegli nieznaną im postać. Tym razem nie był to nikt dorosły, ale mała dziewczynka, która zziębnięta zbliżała się do ich domku. Żona drwala popatrzyła zdziwiona na męża i poleciła mu natychmiast wyjść i przyprowadzić przybysza. Dziewczynka była niczym sopel lodu, głodna i wystraszona. Drwal okrył ją kocem i posadził przy kominku. W tym czasie zaparzył świeżej herbaty i przyniósł talerz zupy, która została jeszcze od obiadu. Nieśmiało dziewczynka sięgnęła po łyżkę i zjadła to, co jej przyniesiono. 
- Dziękuję, powiedziała i uśmiechnęła się. 
Żona drwala cały czas siedząc przy oknie i przyglądając się scenie, nagle wstała i podeszła do nieznajomej. Klęknęła obok niej i zapytała:
- Kim jesteś i co tu robisz w taką pogodę?
Dziewczynka spojrzała na nią swoimi dużymi, niebieskimi oczami i odrzekła:
- Nie mam na tym świecie nikogo. Nikogo, kto by się o mnie troszczył i mnie kochał. Pewnej nocy miałam sen, piękny sen. Przyszedł do mnie anioł i powiedział, że dokładnie w pierwszy dzień zimy, mam wyruszyć przed siebie i iść tam, gdzie zaprowadzi mnie serce. Kazał mi też wziąć to.
Dziewczynka schyliła się i z torby wyjęła piękne, rumiane jabłuszko. Potem rzekła:
- Myślę, że to właśnie wam powinnam je podarować.
I podała jabłko żonie drwala. Z drżącymi rękami kobieta wzięła owoc, a łzy spłynęły po jej policzkach, które mała dziewczynka otarła chusteczką. Tamtej nocy drwal naszykował jej miejsce w pokoju gościnnym. Przykrywając się ciepłą kołderką, dziewczynka uśmiechnęła się i zamknęła oczy. Wiedziała, że dotarła do celu swojej podróży.


Magiczna Jabłoń widziana oczami Elsy

Kochani, oddaję w wasze ręce opowieść o Magicznej Jabłoni i życzę wam, byście w tę Noc Wigilijną odnaleźli w sercu cel waszej wędrówki. Niech nowo narodzone Boże Dzieciątko przyniesie radość i spokój. Każdy z nas kiedyś wyruszył w taką podróż jak drwal i jego żona. Czasem uda się odnaleźć jabłoń i czar zadziała, a czasem nie. Ale wiem na pewno, że codziennie dookoła nas dzieją się niezliczone cuda, tylko warto się zatrzymać, by je dostrzec, czego na okres tych Świąt z całego serca wam życzę :)

wtorek, 17 grudnia 2019

W poszukiwaniu ducha Świąt.



Pamiętam taką zimę, kiedy idąc przez park zapadaliśmy się w śniegu aż po przysłowiowy pas. To było prawie 15 lat temu i od tamtej pory nie było już aż tak dużo puchu na Święta Bożego Narodzenia. Owszem, bywało, że trawa została przyprószona na biało, niczym cukrem pudrem, ale to jednak nie to samo. Nie wiem, czy właśnie dlatego, że pogoda w grudniu od kilku lat jest wiosenna, czy po prostu dlatego, że jestem starsza i już zupełnie inaczej wszystko odbieram, ale jakoś coraz trudniej jest mi odnaleźć tego ducha Świąt. W tym roku nie spadł jeszcze ani jeden płatek śniegu i choć faktem jest, że w niektórych krajach nie ma mowy o białych Świętach, to ja jednak nie mogę się do tego przyzwyczaić, bo właśnie tak je pamiętam z dzieciństwa. Dźwięki skrzypiących butów odbijających się na śniegu, mróz szczypiący w policzki i drętwiejące palce u stóp, bo temperatura spadała poniżej 20 stopni. Nie jestem wielkim fanem zimy, ale właśnie teraz wolałabym wyjrzeć przez okno i zobaczyć magiczny biały świat, zamiast 11 stopni na termometrze.


W wakacje umówiliśmy się z naszymi znajomymi z Gdańska, że odwiedzimy ich jesienią. Niestety ich choroba sprawiła, że wybraliśmy się w Bieszczady, a wizytę u nich odłożyliśmy na grudzień, kiedy to odbywa się Jarmark Bożonarodzeniowy. Niestety u naszych znajomych kilka dni temu zapanowała ospa, co oznaczało zero kontaktów, więc postanowiliśmy zrezygnować z wyjazdu. Mąż jednak sprawił mi niespodziankę i mimo to zarezerwował dla nas hotel we Władysławowie na 3 noce. Powiem wam, że nigdy się nie spodziewałam, że właśnie tam, z daleka od domu, gdzie morze raczej kojarzy się z urlopem niż Bożym Narodzeniem, odnajdę ducha Świąt. Nie wiem, może to sam wystrój hotelu, a może to, że na te kilka dni oderwaliśmy się od rzeczywistości, w której człowiek wiecznie jest czymś zajęty. I to nie dlatego, że zapomnieliśmy po co tak naprawdę są Święta, ale takie zwykłe sprawy dnia codziennego pochłaniają jednak nas bez reszty. Myślę, że każdemu przydałby się taki czas, by się zatrzymać, nic nie musieć robić i po prostu spędzić czas razem. W weekend hotel miał sporo gości, nawet trochę byłam zdziwiona. Były małżeństwa z dziećmi, dla których przygotowana jest specjalna sala zabaw i animacje. Były też pary bez dziecka, które spędzały czas na basenie, w saunie, czy restauracji. Były i grupy przyjaciół, ojciec z synem i mama z dwoma chłopcami, więc towarzystwo naprawdę zróżnicowane. Co rzuciło mi się w oczy to to, że nie widziałam ludzi, korzystających cały czas z telefonów. I to jest fajne. Często rodziny, znajomi, siedzą razem, ale każde z nich jest w swoim świecie. Klimatowi sprzyjała również nastrojowa muzyka, która płynęła gdzieś w tle. 





Kochani, życzę wam, żebyście w całej tej przedświątecznej gorączce zawsze znaleźli chwilę by usiąść i nacieszyć się tym wszystkim, zwłaszcza jeśli nie odnaleźliście jeszcze ducha Świąt. Wiem, że dla niektórych z was, ten czas oczekiwania na Boże Dzieciątko jest trudny, ale mam nadzieję, że znajdziecie choć odrobinkę szczęścia w małych, wielkich rzeczach. Bo one wcale nie są daleko, tylko by je znaleźć, trzeba czasem na chwilę się zatrzymać.

Molo w Sopocie.

Życzę wam dobrego tygodnia, ja po mojej labie wracam do sprzątania :) Jeszcze parę fotek z wyjazdu:

Cudny Jarmark Bożonarodzeniowy w Gdańsku :)



I na koniec jeszcze o hotelu. Gdy nasze dzieci spędzały czas tu: 



My siedzieliśmy tu :) 



poniedziałek, 9 grudnia 2019

Adopcyjne dylematy. Rodzeństwo biologiczne naszych dzieci.



Jeśli wierzyć statystykom i doświadczeniu pracowników ośrodka adopcyjnego, większość dzieci wbrew pozorom nie szuka swoich biologicznych rodziców. Zależy im natomiast na odnalezieniu rodzeństwa . Dlaczego tak? Do rodziców mają jednak żal o to, że je porzucili, a brak więzi sprawia, że są oni dla dziecka obcymi ludźmi. Z bratem lub siostrą natomiast czują się niewidzialnie związani podobnymi przeżyciami i pragną wejść z nimi kontakt szczególnie wtedy, gdy wychowują się w rodzinie jako jedynaki. Świadomość tego, że gdzieś na świecie żyje rodzeństwo sprawia, że dzieci nie chcą być same z przeszłością, którą ze sobą niosą oraz mieć wsparcie kogoś bliskiego, gdy rodziców adopcyjnych już zabraknie.

Jak wiecie nasze dziewczynki są biologicznymi siostrami, ale nie każdy niestety ma możliwość poznać rodzeństwo swojego dziecka. Dlaczego? Ośrodek teoretycznie ma obowiązek poinformować rodzinę o kolejnym dziecku do adopcji i dopiero po odmowie złożyć propozycję komuś innemu. Czy zawsze to ma miejsce? Trudno powiedzieć. Z doświadczeniami jakie mamy my, wątpię. Dlatego może się okazać, że nigdy nie dowiemy się o rodzeństwie, pomimo tego, że ośrodek takie informacje posiada. Trzeba liczyć na ich uczciwość i to nie tylko w stosunku do nas, ale przede wszystkim do dziecka, bo to ono doznaje największej krzywdy w przypadku gdy siostra czy brat pójdą do innej rodziny, a mogli być razem.

Może się również zdarzyć, że kobieta urodzi kolejne dziecko i nie poinformuje o tym ośrodka, bo przecież nie ma takiego obowiązku. Często dzieci te, są po innym ojcu, który z kolei może mieć potomstwo z kolejną kobietą. W takich przypadkach trudno odnaleźć łączące więzi i jak twierdzi moja pani z OA nie powinniśmy ich na siłę szukać. Dla ludzi, którzy nie mają pojęcia, że ich matka oddała w przeszłości dzieci do adopcji taka informacja może okazać się szokiem. 

Czy da się w dorosłości odbudować relacje i nawiązać więź z rodzeństwem, z którym tak naprawdę nie łączy nas nic prócz więzów krwi? Trudno powiedzieć, ponieważ zależy to choćby od środowiska w jakim dzieci się wychowują/wychowały, osobowości, samej chęci do zbudowania relacji i wielu innych czynników, które wpływają na powodzenie. W internecie można znaleźć wiele portali czy forów pomagających ludziom odnaleźć rodzeństwo biologiczne i zdarza się, że potem opisują oni tę nową relację. Czasem nawiązanie więzi odbywa się z sukcesem, a czasem nie, ponieważ okazuje się, że dwie osoby są tak różne, że nic głębszego nie jest w stanie się w nich narodzić. Ale świadomość tego, że taka osoba istnieje i wiemy gdzie przebywa, co robi, jest już ważna dla dziecka. 

Kolejna sytuacja to taka, gdy rodzina adopcyjna nie może przyjąć do siebie kolejnego rodzeństwa i trafia ono do innej rodziny. To czy dzieci będą miały ze sobą kontakt, czy nie, zależy od rodziców. Nikt ich wprawdzie nie zmusi do przyjaźni i sztucznego utrzymywania kontaktów, ale rozmawiałam na ten temat z panią psycholog, która stwierdziła, że jest to bardzo wskazane dla dziecka i rodzice absolutnie nie powinni się tego bać. Według niej to właśnie oni często dla swojej własnej wygody i egoistycznych pobudek unikają kontaktu z rodzeństwem biologicznym lub całkowicie się od niego izolują. Lata, w których dzieci dorastają osobno można wykorzystać na zbudowanie więzi na tyle dobrej, by kiedyś, gdy będą starsze, mogły same ją pogłębić. Nie da się nadrobić straconego czasu. Świadomość tego, że istnieje rodzeństwo i wychowuje się w innej rodzinie to bardzo wiele dla dziecka. Dlatego zgodnie z tym, czego dowiedziałam się od pani psycholog zachęcam was, by dla dobra dziecka i jego przyszłych relacji z rodzeństwem, nawiązać kontakt z rodziną adopcyjną, w której przebywa siostra czy brat.

Zdarza się również, że do adopcji zostaje oddane dziecko z rodziny wielodzietnej, która nie jest w stanie zapewnić mu odpowiednich warunków. Tu sytuacja jest trudna, ponieważ całe rodzeństwo zostaje przy rodzinie biologicznej, a to najmłodsze jest oddane pod opiekę rodziny adopcyjnej. Zwykle tacy ludzie nie chcą utrzymywać kontaktu, chcą poniekąd "zapomnieć", że urodził się kolejny potomek. W takim przypadku trzeba dużo rozmawiać z dzieckiem i pracować nad jego poczuciem własnej wartości, ponieważ może zastanawiać się dlaczego ona/on został oddany, a jego rodzeństwo nie. 

Zdarza się też, że dzieci oddane do adopcji są rozdzielone z rodzeństwem. Robi się tak czasem dla ich dobra. Jeśli na przykład jedno z rodzeństwa jest bardzo chore, czy niepełnosprawne, pozostaje pod opieką lekarską, to drugie jako jedynak ma większe szanse na znalezienie rodziny. Bywa też tak, że część rodzeństwa jest już dorosła, czy prawie dorosła. Dlatego też młodsza siostra, czy brat, sama/sam oddany jest do adopcji. Często dzieci te na jakiś czas "zapominają" o bracie, czy siostrze, nie wspominają o nim/o niej i nie mają potrzeby kontaktu. 

Rodzeństwo biologiczne jest bez wątpienia ważne dla dziecka. Dlatego też, jeśli tylko mamy możliwość, pomóżmy mu je odnaleźć, nawiązujmy kontakt z rodzinami adopcyjnymi, w których przebywa brat czy siostra. Dziecko nie jest naszą własnością, działajmy więc tak, by dla niego było jak najlepiej. Jeżeli od samego początku będzie wiedziało, że tamten chłopczyk to nie kolega, ale brat, w przyszłości łatwiej będzie pogłębić więź między dziećmi.