czwartek, 9 stycznia 2020

Normalność nienormalnością podszyta.



Tak sobie czasem obserwuję ludzi, słucham co piszą, co mówią, jak się zachowują i chciałabym dziś podzielić się z wami pewnymi przemyśleniami. 
Nie jest dla mnie problemem to, że ktoś jest gejem, ale już nie stanę po jego stronie jeśli jest po prostu złym człowiekiem. Nie mam problemu z tym, że ktoś jest zwolennikiem danej partii, póki nie szerzy nienawiści do drugiego człowieka. Nigdy nie śmiałabym napiętnować kogoś, bo inaczej się ubiera, bo nie ma wykształcenia, bo jest po rozwodzie, czy dlatego, że jest nudny. Każdy kieruje swoim życiem, ja także. Zaczęło mnie jednak drażnić to, że od jakiegoś czasu ludzie zaczęli się bardzo "obnosić" ze swoimi wyborami, dając innym wyraźnie do zrozumienia, że to co oni robią jest jedyne i słuszne. Takie weźmy na przykład chodzenie do kościoła. Co by nie mówić stało się ostatnio niemodne. Nikt nikogo nie zmusi, by co niedzielę pokazywał się na mszy, nikt nikogo nie zaciągnie tam siłą. Nie rozumiem jednak dlaczego ludzie, którzy postanowili nie chodzić, zaczęli nagle wyśmiewać się z tych, którzy nadal to robią. Zostaliśmy okrzyknięci ciemnotą, wierzącą w głupie zabobony. Do tego stopnia, że to my wstydzimy się, że jesteśmy praktykujący. Czy to, że w coś wierzymy oznacza, że jesteśmy głupi? Jeżeli ktoś w religii widzi tylko księdza pedofila, to jest jego sprawa. Ja tak samo mogę w każdym lekarzu widzieć łapówkarza, a w nauczycielu nieroba. Mój wybór. 

Kolejny przykład. Geje, lesbijki, transseksualiści. Istnieli zawsze i w sumie jakoś nigdy nie miałam sytuacji, w której coś złego spotkałoby mnie ze strony którejkolwiek z grup. Byłam w Tajlandii i na każdym kroku zastanawiałam się, czy ten człowiek, którego mam przed sobą to kobieta, czy mężczyzna. Ale nawet przez myśl mi nie przeszło, by  nazwać kogoś dziwadłem, nienormalnym, złym. Ale czy to w co wierzymy, jak żyjemy jest właśnie tym czynnikiem, który wpływa na to, czy mamy rację, czy też nie?

Weganie, wegetarianie. Też ostatnio bardzo modne. I wiecie co? Pomimo tego, że weganizm jest dla mnie wielką abstrakcją, to nie mówię, że ktoś ma nierówno pod sklepieniem nie jedząc jajek, bo kura cierpi ( Można przecież kupić wiejskie jaja od kur szczęśliwych) Tyle że weganizm, to w dużej mierze filozofia życia i często spotykam się z tym, że to oni wytykają mnie palcami (lub dają do zrozumienia), że ze mną jest coś nie tak. Czują się lepsi,  bardziej światowi i bardziej uświadomieni, a ja żyję nadal w ciemnocie nie zdając sobie sprawy z tego, jak to wszystko wygląda. A przecież ja może wiem to wszystko co oni, tylko wybieram inaczej? 

I ostatnia sytuacja, bo chyba właśnie ona skłoniła mnie do napisania tego posta. Napiszę, choć pewnie zostanę wyklęta przez niektóre mamy ;) Byliśmy ostatnio w Ikei. Nie ma zmiłuj się, zawsze musimy zahaczyć o tamtejszą restaurację i zjeść ciasto. Siedzimy przy stoliczku, aż tu nagle koło nas siada pani z maluszkiem, podnosi sweter do góry i z obnażoną piersią karmi dziecko. Wiem, już wam się ciśnienie podniosło, ale tłumaczę o co mi chodzi. Ikea świetnie jest przystosowana dla dzieci. Jest specjalny pokoik do karmienia,  gdzie znajduje się fotel, przewijak, nocniczki, umywalka i niska toaleta dla starszych maluszków. W ciszy i spokoju, większość matek woli właśnie tam nakarmić dziecko. To nie jest tak, że ja mam problem z tym, że ktoś karmi piersią koło mnie. I nie wynika to też z tego, że sama nie nigdy tego nie doświadczyłam i zazdroszczę. Akurat karmienie piersią nie było szczytem moich marzeń i taki sam pogląd miałam wiele lat temu, kiedy jeszcze myślałam, że urodzę. Kobieta może czuje się dumna z tego, że karmi naturalnie, ale dla innych nagie piersi są nadal częścią ciała niezwykle intymną. Ja jak ja, ale dlaczego mój mąż ma patrzeć na obcą babę i jej biust? Powiem wam, że mnie to w jakiś sposób krępuje, zwłaszcza w restauracji. Oczywiście można na mnie naskoczyć, że nie rozumiem tego, że to naturalne wszystko i tak dalej, ale ja sobie nie wyobrażam siebie obnażającej biust w miejscu publicznym i czującą się z tym dobrze. Bo tu nie chodzi o karmienie dziecka, ale o stworzenie sytuacji niekoniecznie komfortowej dla drugiej osoby. Można przecież użyć pieluszki, by zakryć intymną część ciała i w zasadzie nikt nie zwróci uwagi na matkę karmiącą. Wspominałam wam nawet kiedyś o takiej sytuacji, też dla mnie ciekawej, kiedy to na placu zabaw, do kobiety siedzącej obok mnie, podbiega 2-latek, ona podnosi sweter i go karmi. Może nie powinno mnie to dziwić, jestem w końcu kobietą, ale tak jak mówię, czy naprawdę osoba ta nie jest skrępowana przed obcym mężczyzną? Widzi w sobie tylko "dojną krowę", że tak to ujmę brzydko? 

Żyjemy w czasach, w których ekshibicjonizm jest obecny na każdym kroku. Nie wystarczy być wegetarianinem, trzeba chwalić się tym na Facebooku, wrzucać zdjęcia z posiłków na Instagram i przy każdej nadarzającej się okazji napiętnować tych, którzy jedzą mięso. Do kościoła chodzić nie muszę, ale to mi nie wystarczy. Muszę pokazać wszystkim innym, którzy chodzą, że nie są normalni, że ja jestem już na innym poziomie, bo zrozumiałem, że wiara do niczego nie prowadzi. Mam dziecko. Pochwalę się wszędzie, gdzie się da, nie tylko w mediach społecznościowych, ale pani w kasie w Biedronce i wszystkim znajomym, których spotkam. Przecież mam prawo do tego, nie zabronią mi się cieszyć. Co mnie interesują inni. Koleżanka pewnie nie ma dziecka, bo jak widać karierę robi, ostatnio dostała awans. Geje, lesbijki domagają się praw. W porządku, niech się domagają tolerancji, jestem za. Ale dlaczego mam nieodparte wrażenie, że często to właśnie oni nie są tolerancyjni wobec hetero? 

Słowo "normalny" wkradło się do naszej codzienności na stałe. Kupujemy "bilet normalny" i pijemy "normalną herbatę", czyli nie za mocną, nie za słabą. Ale co tak naprawdę czyni nas normalnym? Czasem śmieję się do kogoś, żeby nie kierował się tym, co mówię, czy robię, bo skąd wiadomo, że to ja mam rację? Może to wszyscy inni są normalni a ja nie? Kto dziś wyznacza granice normalności? Ci, których jest dużo? Ci, którzy najgłośniej krzyczą? Czy ci, którzy są ładni, bogaci i mają wpływy? To właśnie oni mają największe możliwości. I tak sobie siedzę i zastanawiam się. A może to ze mną jest coś nie tak? Może to ja się czepiam? Może to świat poszedł po przodu, a ja gdzieś zostałam mimo wszystko daleko z tyłu? Może szeroko rozumiana dziś tolerancja na tym właśnie polega? Że wszyscy mogą wszystko. Bo mają do tego prawo, jak to się często mówi. A ja tu robię z igły widły, bo nagle przeszkadza mi kobieta z piersiami na wierzchu w Ikei. Tak więc moi drodzy, biorąc pod uwagę to, że definicji normalności nie znalazłam, uznaję, że wszyscy jesteśmy normalni. Albo nienormalni. Jak kto woli ;) 







piątek, 3 stycznia 2020

Co najmniej 366 nowych możliwości.



No i jest. Nowy Rok 2020. Już sama cyfra wygląda imponująco, niczym z jakiegoś filmu science fiction. Może przez ostatnie 12 miesięcy nie zmieniło się aż tak wiele, jednak świat wygląda zupełnie inaczej niż wtedy kiedy witaliśmy nowe Millenium. Ostatnio pisałam wam choćby o zimie, którą z dzieciństwa znam raczej z niskich temperatur, często poniżej 20 stopni z dużą ilością śniegu i przedniej zabawy na sankach na osiedlowych górkach.  Strasznie to było dawno temu. Któregoś roku byliśmy z rodzicami w Zakopanem. Było tak zimno, że człowiek marzł przechodząc z jednego sklepu do drugiego na Krupówkach. A jak jest tej zimy? No cóż, nadal śniegu brak, raz tylko podobno padał, tak przynajmniej twierdzą moje córki, ale zanim ruszyliśmy się z łóżka i odsłoniliśmy zasłony, po śniegu nie było śladu nawet na trawie. 


Święta minęły spokojnie i niestety szybko. Z roku na rok dziewczynki pomagają coraz więcej, same ubrały choinkę, zrobiły i ozdobiły pierniczki (oczywiście pieczenie nadal należy do nas ;)) i sprzątały. Jeśli chodzi o prezenty to mieliśmy dylemat kiedy "Mikołaj" miał je podłożyć pod choinkę, ponieważ dużo było drobiazgów popakowanych indywidualnie. Uzgodniliśmy, że prezenty pojawią się w nocy przed Wigilią, ale z ich otwarciem trzeba będzie poczekać do wieczora. Kiedy dziewczynki rano wstały bardzo ucieszyły się widząc, że pod choinką już nie jest pusto. "Już są!", "Już był!" krzyczały. Nie było problemu z tym, żeby poczekały do kolacji Wigilijnej z otwarciem, choć chwilę siedziały i czytały dla kogo dany prezent jest. W tym roku, wszystkie imiona zostały wydrukowane na drukarce, ponieważ na Mikołajki mieliśmy taką oto sytuację. Zamiast słodyczy czy kolejnego prezentu, wydrukowaliśmy dziewczynkom kupon na plac zabaw. Każdy z nich został umieszczony w kopercie i włożony do specjalnego Mikołajowego worka, który zwisał z tarasu, gdy przyjechałyśmy z przedszkola. Wszystko fajnie, tylko błąd był taki, że ja podpisałam koperty. Kiedy Elsa wyjęła swoją z worka, musiała rozpoznać mój charakter pisma, bo mówi do mnie poważnym tonem:
"Kto nam dał te prezenty? Mikołaj czy wy? Powiedz mi prawdę? "
No cóż, to był ten moment, w którym nie mogłam jej okłamać i przyznałam, że prezent jest od nas. Przyjęła ze spokojem. Uff. Także wybraliśmy się razem na plac zabaw, gdzie dziewczynki miały nieograniczony czas na szaleństwa, były zjeżdżalnie, karuzela, diabelski młyn i inne atrakcje. My w tym czasie wypiliśmy kawkę.
No, ale wracając do Świąt. W tym roku (a w sumie to w tamtym jakby nie patrzeć) postanowiliśmy zabrać dziewczynki pierwszy raz na Pasterkę. Bardzo się ucieszyły, gdyż perspektywa pójścia do kościoła w nocy była dla nich bardzo atrakcyjna. Nasz kościółek jest mały, dlatego też pojechaliśmy 20 minut wcześniej, by zająć miejsca siedzące. Dziewczynkom bardzo podoba się aniołek, który po wrzuceniu do niego monety śpiewa kolędy, więc najchętniej cały czas chodziłyby przed ołtarz. Czas upłynął zatem szybko i nabożeństwo się rozpoczęło. Ludzi było tak dużo, że jak potem się okazało część nawet stała na dworze. Po około 20 minutach, moje dzielne dzieci padły. Misia spała słodziutko na kolanach taty, podczas gdy Elsa na moich chrapała jak stary niedźwiedź. Ale cóż się dziwić, było grubo po północy. A teraz przyznam się wam do czegoś. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że w połowie mszy przypomniałam sobie, że zostawiłam w domu włączony piekarnik!! Matko jedyna, szybko spojrzałam na komórkę, czy nie włączył się alarm pożarowy, ale cisza. W myślach przeanalizowałam więc sytuację. Ok, piekarnik włączony tylko na 150 stopni, w środku jedno mięso w żaroodpornym naczyniu, drugie w folii, no w sumie nic nie powinno się stać, ale siedzimy już godzinę, jeszcze co najmniej pół plus wyjazd z kościoła to kolejne 10 minut... "Mamy problem", mówię do męża, "zostawiliśmy włączony piekarnik" Postanowiliśmy więc wyjść po komunii, kiedy to w kościele jest największy ruch i można się z niego wycisnąć. Kiedy wróciliśmy do domu, mięso było pięknie wypieczone, takie w sam raz. Pewnie zastanawiacie się jak to możliwe, że zostawiłam piekarnik włączony. Sama nie wiem. Chciałam tylko trochę podpiec wszystko i zostawić w cieple. Wyjścia z dziećmi wiadomo jak wyglądają,
trzeba dopilnować, czy jest czapka, ciepły sweter, szalik, siebie ubrać i wyszło jak wyszło ;) No nic, nauczka na przyszłość.
W Sylwestra chodził u nas ksiądz po kolędzie. Jako, że nasz dom był prawie na samym końcu przewidywanych odwiedzin, nie spodziewaliśmy się wizyty przed 17. Około 15 wyskoczyliśmy więc na chwilę do sklepu. Wyjeżdżając z garażu zauważyłam, że ozdoba
Mikołaj, który stoi przed naszymi drzwiami wejściowymi, przewrócił się ze względu na dość silny wiatr tamtego dnia. Stwierdziłam jednak, że poprawię go gdy wrócimy. Kiedy podjechaliśmy pod bramę, była otwarta. Hmm. Zdarza się, że przy wietrze czasem nie zamknie się do końca i mechanizm sam ją otwiera, więc wjechaliśmy na podwórko. Mikołaj został podniesiony. Wtedy byliśmy już pewni, że ktoś był. Złodziej? Nie no, złodziej nie porządkowałby podwórka, chyba, że taki, który ma zaburzenia kompulsywne ;) Domyśliliśmy się, a może mieliśmy nadzieję, że to właśnie ksiądz po kolędzie zawitał wcześniej, czyli go przegapiliśmy. Wycofaliśmy więc i pojechaliśmy go szukać. Nie ujechał za daleko ;) Siedział w samochodzie kilka domów dalej :) W sumie to cieszyliśmy się, że ta brama się nie zamknęła i że nie podniosłam Mikołaja. Przynajmniej wiedzieliśmy, że ktoś u nas był. Ksiądz spieszył się na mszę, więc wizyta nie była długa, ale miła. Misia zaśpiewała "O gwiazdo Betlejemska" i "Gdy się Chrystus rodzi" grając na swoim fortepianie, oczywiście też po swojemu ;) Ksiądz obiecał, że będzie dla niej trzymał posadę organisty. Misia chwaliła się potem dziadkom przez telefon, że mieliśmy gościa i był u nas ... książę

A tak na marginesie, to właśnie te dwie kolędy Misia śpiewała na Jasełkach w przedszkolu, sama, po raz pierwszy. Biedna Elsa też śpiewała z koleżanką, ale akurat w tym dniu wypadł jej ząbek i miała maleńki problem z poradzeniem sobie z dodatkową szczeliną w buzi. Podobno straciła go na jabłku, ale nie była zdziwiona, ponieważ od dawna się ruszał. Po występach od razu nam go przyniosła i stwierdziła, że musi przyjść do niej wróżka Zębuszka. No to przyszła. Zostawiła pieniążek i lustereczko. Za pieniążek Elsa kupiła sobie nową pastę, truskawkową, ale przyzwyczajona do miętowego Elmexu stwierdziła, że po tej paście jej niedobrze, więc jej nie używa ;) 
Patrzę na moje starsze dziecko i zastanawiam się kiedy ono tak urosło, kiedy minęły te ostatnie lata. Wypadł jej drugi z pary ząbków, która przyniosła tyle bólu wyrzynając się w pierwsze Boże Narodzenie, które niestety nie było takie magiczne jak zakładaliśmy. A teraz te ząbki wypadły i czekamy już na dorosłe, stałe. 

Jaki był ten 2019 rok dla nas? Nie był zły, więc Nowy niech co najmniej dorówna staremu i dołoży jeszcze coś dobrego od siebie :)
Nowy Rok 2020 oznacza co najmniej 366 nowych możliwości, po jednej na każdy dzień. Życzę wam zatem, byście potrafili znaleźć w życiu małe radości, które sprawią, że będziecie mogli powiedzieć, że jesteście szczęśliwi. Niech spełnią się marzenia te małe i te duże. Miejcie dużo pomysłów i je realizujcie, więc życzę wam dużo siły, by to wszystko osiągnąć. Bo przecież jeśli tylko jest wola, to sposób zawsze się znajdzie, nieprawdaż? Niech dzwonią telefony, niech dzieciątka rosną pod serduszkiem, niech słonko wam świeci każdego dnia! Tego i jeszcze więcej życzę wam na ten najbliższy roczek! :)


P.S. Mikołaj przyniósł mi bardzo osobisty prezent - a mianowicie pomagiera prac domowych :))) Dzięki niemu może znajdę więcej czasu na pisanie, podczas gdy on jeździ i odkurza moją podłogę ;)