piątek, 21 lutego 2020

Trzy lata.



Kochani, mniej więcej 3 lata temu wypuściłam w świat swojego pierwszego posta. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że wkrótce ten blog odmieni moje życie. Naprawdę. I choć teoretycznie zdawałam sobie sprawę z tego, że po drugiej stronie ekranu są prawdziwi ludzie, to nie miałam pojęcia, że ten wirtualny świat stanie się tak ważną częścią mnie samej. Plan był taki, by Nasz Mały Światek ofiarować w prezencie tym, którzy będą chcieli go przyjąć. Podzielić się informacjami na temat adopcji, miejscami wartymi odwiedzenia i chwilami z naszej codzienności. Stało się o niebo inaczej. W którymś momencie  w Nasz Mały Światek wkroczyli ludzie w dosłownym tego słowa znaczeniu i tym sposobem poznałam wspaniałe osoby, z którymi utrzymuję regularny kontakt. Jak na razie nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić, wręcz przeciwnie.  

Dziś po tych 3 latach mogę powiedzieć, że nie tylko jestem bogatsza o doświadczenia jako mama adopcyjna, ale rozwinęłam się również w innych dziedzinach, które pomagają mnie i innym lepiej wychowywać dzieci i rozumieć nie tylko naszych bliskich, ale też ludzi, którzy pojawiają się w naszym życiu zaledwie na chwilę. Nie wiem ile starczy mi weny twórczej, by kontynuować to moje blogowe przedsięwzięcie, ale dziś jestem tu gdzie jestem i bardzo wam za to dziękuję. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie wy. Dlatego z okazji 3 urodzin bloga, właśnie z tego miejsca kłaniam się wam nisko wierząc, że pozostaniecie częścią tego świata na długi, długi czas (a przynajmniej do kolejnego urodzinowego posta ;) ) Piszcie do mnie kiedy tylko macie ochotę, zawsze znajdę czas, by odpowiedzieć (tak, tak, widzę tę groźną minę jednej z was do której zalegam z mailem ;) ), komentujcie, niech inni poznają waszą opinię(zaznaczam, nie musimy się przecież zgadzać ;) ). Jednym słowem - czujcie się jak u siebie :))








piątek, 14 lutego 2020

Lustereczko.



Lustereczko, powiedz przecie,
kto jest najpiękniejszy na świecie?
Na świecie pięknych mnóstwo jest osób 
a każda z nich na własny swój  sposób.
Nie ważne czy gruby, chudy, wrażliwy
mały, duży czy trochę tchórzliwy, 
tego co najcenniejsze nie zobaczysz oczami, 
Więc nie oceniaj nikogo słowami


Dziś składam więc na twe ręce to, co najpiękniejsze

i w podzięce oddam serce za serce.

piątek, 31 stycznia 2020

Stranger things.


Przepadłam w serialowym świecie Netflixa. Do tego stopnia, że trudno wieczorem odkleić się od telewizora i znów zaczęliśmy chodzić późno spać. Sprawę pogarsza fakt, że po obejrzanym odcinku sam ładuje się kolejny i nawet jeśli obiecujemy sobie, że zobaczymy tylko zwiastun tego co nas czeka i tak  kończymy spędzając następne ileś minut na kanapie. 

Serial "Stranger things" przyciągnął nas nie tylko treścią, ale również dobrymi opiniami i wysokim rankingiem. I choć pewnie zastanawiacie się co ja stara baba widzę w filmie, w którym główni bohaterowie to dzieci/nastolatki a wokół nich szaleje potwór, to powiem wam, że jestem nim oczarowana ;) 

"Stranger things" zaklasyfikowany jest jako horror/ dramat science fiction. Pomimo tego, że stworzenie pochodzące z innego wymiaru może dawać odczucie strachu, tak naprawdę film jest fantastycznym powrotem do lat 80 z genialnymi dialogami i wspaniałą grą aktorów, również tych młodych. Akcja ma miejsce w amerykańskim stanie Indiana, a formą i treścią nawiązuje do popkultury tamtego okresu, w tym m.in. do twórczości Stevena Spielberga, Johna Carpentera, Stephena Kinga, Roba Reinera, George’a Lucasa, Ridleya Scotta i Jamesa Camerona. I chyba tego brakowało mi we wszystkich współczesnych produkcjach. Choć to film science fiction, można pochwalić twórców za stylizację na lata 80, ponieważ cały klimat filmu oddaje to jak kiedyś wyglądała rzeczywistość. Postacie są prawdziwe. Nie znajdziecie więc tu przerysowanych nastolatków, którzy wyglądają jakby byli już grubo po 30, ale za to mamy normalne dzieciaki ubrane jak ja swój wiek przystało, przechodzące kolejne etapy swojego dorastania. Wszystkiego dopełnia wspaniała kreacja dojrzałej Winony Ryder, która gra matkę zaginionego w 1 sezonie chłopca oraz postać policjanta Hoppera, który jest osobą z jednej strony bardzo wyrazistą a z drugiej bardzo pospolitą i zwyczajną. Gościnne wystąpił również Sean Astin grający niegdyś główną rolę w popularnym filmie "Goonies" o przygodach grupy przyjaciół poszukujących zaginionego skarbu piratów. Znacie? Pamiętacie? Uwielbiam go. 

W "Stranger Things" pojawiają się nawiązania do filmów z tamtych lat, a wszystko okraszone jest piosenkami z tego okresu. I to jest fajne. Wreszcie serial przypomina, że kiedyś nie było komórek, internetu, komputerów. Największym horrorem dziecka było uziemienie w domu przez rodziców. Dzieciaki tworzyły tzw. paczki, spotykały się i miały najrozmaitsze pomysły na zabawę. W serialu chłopcy porozumiewają się ze sobą za pomocą krótkofalówki, która jest szczytem technologii. Czasem nie działa, wyczerpują się baterie, trzeba więc wymyślić inny sposób komunikacji, ale to właśnie jest sedno tego wszystkiego. Dziś mamy wszystko podane na tacy, nie trzeba się wysilać i za bardzo starać. Sceny z filmu, w których chłopak ukradkiem wchodzi przez okno do pokoju swojej sympatii pozostaną już chyba tylko wspomnieniem. Dziś po prostu wysyłamy smsa, zdjęcia, nagrywamy filmiki. Wtedy było jakoś inaczej. Niepewność, dreszczyk emocji, sekrety, przyjemne zażenowanie. I choć pewne sceny w serialu są wręcz absurdalne, niczym parodia, to całość jest tak spójna i prawdziwa, że zasługuje na wielkie uznanie. 

Możecie powiedzieć, że są lepsze formy rozrywki wieczornej i bardziej ambitne seriale niż "Stranger Things". Pewnie są, ale ten film ogląda się tak przyjemnie, że nawet pojawiający się od czasu do czasu potwór nie niszczy jego uroku. 
Z niecierpliwością czekam więc na 4 sezon, który właśnie jest w trakcie kręcenia i z nostalgią wspominam te czasy, w których może nie wszystko było prostsze, ale po prostu jakieś takie fajniejsze. 






środa, 29 stycznia 2020

Dziadkowie żyją dłużej.


Podobno według badań dziadkowie, którzy zajmują się wnukami żyją dłużej. Czy to prawda to nie wiem, ale z całą pewnością moi rodzice odmłodnieli odkąd urodziły się dziewczynki. 
- Z kim ci się najlepiej rozmawia?, pytam Misię. Z dziadkiem. Bo on lubi gadać tak jak ja. 
I to prawda. Trzeba mieć sporo siły, żeby nawijać cały spacer, w domu, przy zabawie, wcielać się w rolę, no oni po prostu są w swoim żywiole. Gdy Misia zaczyna śpiewać, dziadek śpiewa z nią. Co tam, że oboje nie znają słów, ważne, że to twórczość własna. Ostatnio odbyły się u nas w przedszkolu występy z okazji Dnia Babci i Dziadka, które w zasadzie królują do tej pory. Najpierw dziewczyny ćwiczyły swoje role i słowa piosenek, teraz powtarzają występ bawiąc się w ciocię od rytmiki (która przygotowuje całe przedstawienie) i kierują swoim występem. Do wszystkiego podchodzą bardzo profesjonalnie. Kiedy Misia zaczęła śpiewać a dziadek razem z nią, ostrym tonem powiedziała: Dziadek, nie śpiewaj teraz, bierz przykład z babci!

Na przedszkolnym występie nie byłam, ale oglądałam oczywiście nakręconą relację. No powiem wam, że zabawa była przednia! Każda grupa miała przedstawienie, były wierszyki, piosenki, a potem tańce, poczęstunek i impreza na całego. Zaproszony został wodzirej, który przygrywał na akordeonie i śpiewał. Chyba zgłoszę dyrektorce zażalenie, bo na dzień Rodziny aż takich atrakcji nie ma :) Moja mama wywijała tańce wygibańce z dziewczynami i były królowymi parkietu. Założę się, że gdyby był to konkurs to na pewno wygrałyby 1 nagrodę! 

Fajnie mieć dziadków. Ale dziadków mądrych. Takich, którzy nie tylko pilnują, żeby dziecku nic się nie stało, ale takich, którzy z przyjemnością zasiądą z maluchem do zabawy, nauki i będą czerpali z tego radość. Kiedy przyjeżdżają moi rodzice, to właściwie oni zajmują się wypełnianiem czasu dzieciom. Nie ukrywam, że bardziej przyjeżdżają do nich jak do nas ;) No, może troszeczkę do nas też. Z babcią można gotować, uczyć się literek, czytać książeczki, bawić się. Bo najważniejsze w tym wszystkim to chcieć wejść w ten świat dziecka, uczestniczyć w nim, nie tylko ograniczać się do oglądania jak się bawią. 



Wprawdzie moja mama w niczym nie przypomina staruszki z obrazka, ale myślę, że czytanie książeczek to jest bardzo ważny czas dla niej i dla dziewczynek. Czasem przez pół godziny uda im się przeczytać jedną historię, bo babcia wczuwa się bardzo w swoją rolę opisując i dopowiadając do treści swoje komentarze. Ale w tym przypadku można powiedzieć im dłużej tym lepiej dla dziecka. Wszyscy powinni czytać swoim wnuczętom. 


Ten dziadek bardzo identyfikuje się ze swoim wnusiem. No w końcu każdy może policzyć swój wiek w miesiącach ;) Kiedyś dziewczynki pytały ile mam lat. Kiedy brakło mi palców i pokazałam te same kilka razy, patrzyły na mnie ze zdumieniem :)

Dla wnuczka wszystko! Super babcia nawet potrafi przebrać się za ulubionego superbohatera.



.... albo zrobi takie cudeńko :)



Mówią, że wiek to kwestia wyboru. Coś w tym jest. 



Nie przepadam za szyciem i wszelkimi robótkami ręcznymi. Wspominałam wam już kiedyś, że gdy zrobi się dziura, czy odpadnie guzik, odkładam na półkę "do zrobienia jak moja mama przyjedzie" Bo dziadkowie mają te talenty, których czasem nam brakuje.




Ta dziewczynka narysowała swoją wymarzoną sukienkę. Na jej podstawie babcia uszyła dla niej taką prawdziwą.

Dziadkowie potrafią być wspaniali, ale pamiętajmy, że nie zawsze byli tacy wyluzowani jak teraz. Kiedyś przecież też byli rodzicami, młodymi ludźmi, którzy dopiero uczyli się jak dobrze wychować dziecko. Dlatego też zdarza się, że zachowują się zupełnie inaczej niż zachowywali się wtedy. Często dochodzi więc do spięć i nieporozumień między rodzicami i dziadkami. Mam takich znajomych, u których jedna z babć nie potrafi zrozumieć, że dziecko nie potrzebuje dostawać zabawki za każdym razem jak się z nią spotyka ( a ma to miejsce raz, dwa razy w tygodniu) 



Kiedy dziecko próbuje czegoś pierwszy raz u babci.

- Spróbuj, to jest śliweczka.


Dwa dni później.


- Przyniosłam wnusiowi śliweczki. Tak bardzo je polubił!





Przypomniała mi się pewna sytuacja. Kiedy byłam mała, bardzo lubiłam cielęce nerki... (nie wiem jak to możliwe, ale jednak) Kiedy chodziłam do liceum, pewnego dnia babcia oznajmiła mi, że ma dla mnie niespodziankę na obiad (po szkole chodziłam do nich i czekałam na rodziców) Z uśmiechem na twarzy podała mi na talerzu... nerki. 
- Proszę, wiem, że je uwielbiasz, a tak dawno nie jadłaś.
Już sam zapach mnie odrzucił. Do dziś nie pamiętam, czy je ruszyłam, czy oddałam babci, chyba wyparłam to z pamięci, ale oczami wyobraźni nadal widzę te nerki w sosie na talerzu a ja siedzę przy stoliku w kuchni i myślę co mam powiedzieć.




- Już za dużo zjadłeś czekoladek, Sam.




- Nie powiemy mamusi...




Kiedyś babcia kupiła mi w tajemnicy lody. Nie pamiętam już dlaczego prosiła mnie, żebym jej nie wydała. Może byłam po chorobie? A może pogoda była nieodpowiednia? Tak czy siak słowa nie dotrzymałam. Gdy moja mama wróciła z pracy, powitałam ją w ten oto sposób:
- Mamusiu, a babcia mi dzisiaj coś kupiła, ale nie mogę powiedzieć co. Zaczyna się na literkę L. 



- Potrzebujemy więcej ciszy i spokoju w tym domu.















I wszystko jasne. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia ;)



Jako mama.

- Wszystko będzie dobrze.





Jako babcia.
- Ona mogła umrzeć!
- Wszystko w porządku mamo.





Też tak macie? U nas niezbyt często moi rodzice panikują, natomiast teściowa na każdym kroku. Kiedy Elsa była mała i mąż opowiadał mamie jak ładnie bawiła się z pieskiem sąsiada, zaszokowana teściowa pyta:
- A czy na pewno był szczepiony?!



Babcia 30 lat temu.






Babcia dzisiaj.

- No to teraz trzeba postarać się o rodzeństwo. 






Takie sytuacje zdarzają się nie tylko w rodzinach biologicznych. Całkiem niedawno sąsiadka pyta Misię:
- Chciałabyś mieć braciszka? Tak? No to poproś mamusię i tatusia, poprzytulają się trochę i może się uda. 
Sąsiadka nie wie o adopcji a ja jedynie wysiliłam się na głupi uśmiech.


- Nie będę cię nosić! Doskonale potrafisz sam chodzić.






- Jesteś zmęczony, zjedz lody i ciesz się jazdą.








No cóż, rodzicami nie zawsze można manipulować, z dziadkami często się to udaje. Może dlatego, że sami na to pozwalają? Cóż, nie ma się co dziwić skoro maślane oczka  tak ładnie proszą :)



Jako mama.
- Ale mamo, ja nie jestem śpiąca.
- Jest 9.00 Policz do tysiąca.





Jako babcia.
- Kto chce obejrzeć film?
- Ja!!






Dobrzy dziadkowie to co najmniej jedna dodatkowa para rąk. Dlatego choć spóźnione nieco to kieruję do nich bardzo szczere życzenia zdrowia, cierpliwości, wytrwałości i radości ze wszystkich swoich wnucząt, no i własnych, już dorosłych dzieci.










Źródło: www.brightside.me

wtorek, 21 stycznia 2020

Testy adopcyjne. Wychowanie.


Jednym z testów dla kandydatów na rodziców adopcyjnych był w naszym ośrodku test dotyczący sposobów wychowania dziecka. Psycholog wyjaśniła nam, że pomimo tego, iż dziecka fizycznie jeszcze nie ma, każdy człowiek ma już pewne wyobrażenie tego, w jaki sposób chciałby je wychować. Oczywiście teoria teorią, w praktyce wiele może się zmienić, lecz taki test daje kolejny obraz do układanki pod tytułem jacy jesteśmy. Pisałam już wcześniej o tym, że oceniani jesteśmy nie tylko na testach, ale również dajemy świadectwo swoich ubiorem, zachowaniem oraz postawą.



Na podstawie twoich odpowiedzi, panie z ośrodka będą mogły określić między innymi następujące rzeczy:

- Czy w planowanym sposobie wychowania jest miejsce na szacunek dla dziecka i jego indywidualności.
- Czy będziesz oczekiwać bezwzględnego posłuszeństwa od dziecka, czy też będziesz potrafiła/potrafił pójść na kompromis.
- Czy dasz dziecku swobodę w realizowaniu własnych pomysłów i pasji.
- Czy będziesz wspierać swoje dziecko w trudnych sytuacjach.
- Czy umiesz wybaczać.
- Czy dasz dziecku przestrzeń do prywatności, do posiadania sekretów.
- Czy masz tendencje do kontrolowania każdej sfery życia, a w przyszłości także życia dziecka.
- W jaki sposób planujesz przygotować dziecko, by dobrze funkcjonowało społecznie
- Jaką więź jesteś w stanie wypracować z dzieckiem.
- W jaki sposób będziesz się starać zadbać o prawidłowe relacje rodzic-dziecko
- Na ile jesteś w stanie poświęcić się dziecku.
- Jak ważna jest dla ciebie samorealizacja w kontekście rodzicielstwa.

Pamiętajmy jednak, że jest to test na wychowanie, nie opiekę nad dzieckiem. Panie w ośrodku doskonale zdają sobie sprawę z tego, że małe dziecko bardziej kontroluje się pod względem poruszania się po domu niż kilkulatka. Dlatego, gdy zobaczycie na przykład takie pytanie: 
Gdy mojego dziecka zbyt długo nie ma w domu bardzo się martwię.
I odpowiedzi: To mnie zdecydowanie dotyczy. To mnie czasami dotyczy. To mnie zdecydowanie nie dotyczy. 
nie miejcie na myśli 3-latka, który najprawdopodobniej zawsze jest przy was. Pytanie takie nie ma na myśli konkretnej sytuacji, w której mniejsze dziecko, czy nastolatek znika z domu. Odpowiedź jednak daje pewien obraz naszej osoby. Jeśli na przykład zaznaczycie ostatnią alternatywę, będzie to prawdopodobnie oznaczało brak troski, a nie dobre stosunki z dzieckiem i wiarę w to, że jest rozsądne i nic mu nie grozi. Pierwsza odpowiedź zaś, może oznaczać waszą nadopiekuńczość. "Czasami" mówi nam o tym, że w zależności od sytuacji może nam się to zdarzyć, ale nie jest tak za każdym razem. Oczywiście nikt nie określi waszej osobowości na podstawie jednej odpowiedzi, ale pamiętajmy, że pytań jest dużo, powtarzają się i można dzięki nim wywnioskować na przykład czy jesteś osobą wrażliwą i opiekuńczą, czy despotą.  

Po co to jest potrzebne?
Dobierając rodziców do dziecka, ośrodek musi wziąć pod uwagę to, kto będzie mógł się nim najlepiej zająć. Postawy wychowawcze nie są tu bez znaczenia. Jeżeli dziecko jest wrażliwe i potrzebuje dużo troski oraz zrozumienia, ośrodek będzie szukał takiej pary, która mu to zapewni. Z drugiej strony, jeśli dziecko jest nadpobudliwe i agresywne, musi znaleźć się w takiej rodzinie, która znajdzie odpowiednie metody wychowawcze by sobie z nim poradzić. Na pewno zastanawiacie się, co się dzieje w przypadku mniejszego dziecka, tu przecież nie da się dokładnie stwierdzić jakie ono będzie. Owszem, ale w dużej mierze  ewentualne postawy i następstwa obciążeń daje się przewidzieć na podstawie historii matki dziecka. Jeżeli nawet dziecko nie ma stwierdzonego FASu, a matka piła w ciąży, istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przyszłości wystąpią tego następstwa w jakimś wymiarze. Dlatego też przyszli rodzice powinni być przygotowani na taką ewentualność i tak dobrani do dziecka, by w przyszłości zmierzyć się z tym problemem jeśli on wystąpi. Dzieci takie prezentują bowiem szereg zachowań do których nasze metody wychowawcze trzeba będzie dostosować. 

Jak to było u nas?
Jeszcze zanim zostaliśmy rodzicami, my również mieliśmy jakieś wyobrażenie tego w jaki sposób chcemy stworzyć i ukształtować naszą rodzinę. Bardzo denerwowały mnie komentarze ze strony ludzi już wtedy posiadających dzieci twierdzących, że to tylko teoria, że na pewno mi się zmieni, że zobaczę jak to jest jak już się doczekamy upragnionego potomstwa. Dziś, po tych 5 latach mogę z czystym sumieniem wam napisać, że nasza teoria niewiele różni się od tego, co stosujemy w praktyce, a sposób wychowania dzieci idzie dokładnie takim torem jakim założyliśmy. Teraz może kilka słów wyjaśnienia, ponieważ można to odebrać jako brak elastyczności z naszej strony. Tak nie jest. Pewne zachowania i wartości wpajamy dziewczynkom od samego początku, ponieważ wierzymy, że jest to dla nich bardzo ważne. Staramy się dostosować do ich potrzeb, podchodzić do każdej z nich bardzo indywidualnie, lecz w sprawach, które są teraz ważne lub będą miały duże znaczenie w przyszło
ści jesteśmy konsekwentni i nieustępliwi. Wszystko to, co dzieje się teraz nie jest bez znaczenia i przygotowuje je to do życia w dorosłości. W ten właśnie sposób planowaliśmy podejść do rodzicielstwa i tak postępujemy w rzeczywistości. 

Po nieco ponad roku od zrobienia adopcyjnego testu w teorii, miałam okazję zmierzyć się z nim ponownie, gdy urodziła się młodsza córka. Wszystkie odpowiedzi były takie same. Mówi się, że dziecko zmienia wszystko. To prawda. Ale przy niektórych rzeczach warto wytrwać. 

Powiązane wpisy:
adopcja-dziecka-pytania-i-odpowiedzi

testy-psychologiczne-dla-kandydatow-na-rodziców-adopcyjnych











czwartek, 9 stycznia 2020

Normalność nienormalnością podszyta.



Tak sobie czasem obserwuję ludzi, słucham co piszą, co mówią, jak się zachowują i chciałabym dziś podzielić się z wami pewnymi przemyśleniami. 
Nie jest dla mnie problemem to, że ktoś jest gejem, ale już nie stanę po jego stronie jeśli jest po prostu złym człowiekiem. Nie mam problemu z tym, że ktoś jest zwolennikiem danej partii, póki nie szerzy nienawiści do drugiego człowieka. Nigdy nie śmiałabym napiętnować kogoś, bo inaczej się ubiera, bo nie ma wykształcenia, bo jest po rozwodzie, czy dlatego, że jest nudny. Każdy kieruje swoim życiem, ja także. Zaczęło mnie jednak drażnić to, że od jakiegoś czasu ludzie zaczęli się bardzo "obnosić" ze swoimi wyborami, dając innym wyraźnie do zrozumienia, że to co oni robią jest jedyne i słuszne. Takie weźmy na przykład chodzenie do kościoła. Co by nie mówić stało się ostatnio niemodne. Nikt nikogo nie zmusi, by co niedzielę pokazywał się na mszy, nikt nikogo nie zaciągnie tam siłą. Nie rozumiem jednak dlaczego ludzie, którzy postanowili nie chodzić, zaczęli nagle wyśmiewać się z tych, którzy nadal to robią. Zostaliśmy okrzyknięci ciemnotą, wierzącą w głupie zabobony. Do tego stopnia, że to my wstydzimy się, że jesteśmy praktykujący. Czy to, że w coś wierzymy oznacza, że jesteśmy głupi? Jeżeli ktoś w religii widzi tylko księdza pedofila, to jest jego sprawa. Ja tak samo mogę w każdym lekarzu widzieć łapówkarza, a w nauczycielu nieroba. Mój wybór. 

Kolejny przykład. Geje, lesbijki, transseksualiści. Istnieli zawsze i w sumie jakoś nigdy nie miałam sytuacji, w której coś złego spotkałoby mnie ze strony którejkolwiek z grup. Byłam w Tajlandii i na każdym kroku zastanawiałam się, czy ten człowiek, którego mam przed sobą to kobieta, czy mężczyzna. Ale nawet przez myśl mi nie przeszło, by  nazwać kogoś dziwadłem, nienormalnym, złym. Ale czy to w co wierzymy, jak żyjemy jest właśnie tym czynnikiem, który wpływa na to, czy mamy rację, czy też nie?

Weganie, wegetarianie. Też ostatnio bardzo modne. I wiecie co? Pomimo tego, że weganizm jest dla mnie wielką abstrakcją, to nie mówię, że ktoś ma nierówno pod sklepieniem nie jedząc jajek, bo kura cierpi ( Można przecież kupić wiejskie jaja od kur szczęśliwych) Tyle że weganizm, to w dużej mierze filozofia życia i często spotykam się z tym, że to oni wytykają mnie palcami (lub dają do zrozumienia), że ze mną jest coś nie tak. Czują się lepsi,  bardziej światowi i bardziej uświadomieni, a ja żyję nadal w ciemnocie nie zdając sobie sprawy z tego, jak to wszystko wygląda. A przecież ja może wiem to wszystko co oni, tylko wybieram inaczej? 

I ostatnia sytuacja, bo chyba właśnie ona skłoniła mnie do napisania tego posta. Napiszę, choć pewnie zostanę wyklęta przez niektóre mamy ;) Byliśmy ostatnio w Ikei. Nie ma zmiłuj się, zawsze musimy zahaczyć o tamtejszą restaurację i zjeść ciasto. Siedzimy przy stoliczku, aż tu nagle koło nas siada pani z maluszkiem, podnosi sweter do góry i z obnażoną piersią karmi dziecko. Wiem, już wam się ciśnienie podniosło, ale tłumaczę o co mi chodzi. Ikea świetnie jest przystosowana dla dzieci. Jest specjalny pokoik do karmienia,  gdzie znajduje się fotel, przewijak, nocniczki, umywalka i niska toaleta dla starszych maluszków. W ciszy i spokoju, większość matek woli właśnie tam nakarmić dziecko. To nie jest tak, że ja mam problem z tym, że ktoś karmi piersią koło mnie. I nie wynika to też z tego, że sama nie nigdy tego nie doświadczyłam i zazdroszczę. Akurat karmienie piersią nie było szczytem moich marzeń i taki sam pogląd miałam wiele lat temu, kiedy jeszcze myślałam, że urodzę. Kobieta może czuje się dumna z tego, że karmi naturalnie, ale dla innych nagie piersi są nadal częścią ciała niezwykle intymną. Ja jak ja, ale dlaczego mój mąż ma patrzeć na obcą babę i jej biust? Powiem wam, że mnie to w jakiś sposób krępuje, zwłaszcza w restauracji. Oczywiście można na mnie naskoczyć, że nie rozumiem tego, że to naturalne wszystko i tak dalej, ale ja sobie nie wyobrażam siebie obnażającej biust w miejscu publicznym i czującą się z tym dobrze. Bo tu nie chodzi o karmienie dziecka, ale o stworzenie sytuacji niekoniecznie komfortowej dla drugiej osoby. Można przecież użyć pieluszki, by zakryć intymną część ciała i w zasadzie nikt nie zwróci uwagi na matkę karmiącą. Wspominałam wam nawet kiedyś o takiej sytuacji, też dla mnie ciekawej, kiedy to na placu zabaw, do kobiety siedzącej obok mnie, podbiega 2-latek, ona podnosi sweter i go karmi. Może nie powinno mnie to dziwić, jestem w końcu kobietą, ale tak jak mówię, czy naprawdę osoba ta nie jest skrępowana przed obcym mężczyzną? Widzi w sobie tylko "dojną krowę", że tak to ujmę brzydko? 

Żyjemy w czasach, w których ekshibicjonizm jest obecny na każdym kroku. Nie wystarczy być wegetarianinem, trzeba chwalić się tym na Facebooku, wrzucać zdjęcia z posiłków na Instagram i przy każdej nadarzającej się okazji napiętnować tych, którzy jedzą mięso. Do kościoła chodzić nie muszę, ale to mi nie wystarczy. Muszę pokazać wszystkim innym, którzy chodzą, że nie są normalni, że ja jestem już na innym poziomie, bo zrozumiałem, że wiara do niczego nie prowadzi. Mam dziecko. Pochwalę się wszędzie, gdzie się da, nie tylko w mediach społecznościowych, ale pani w kasie w Biedronce i wszystkim znajomym, których spotkam. Przecież mam prawo do tego, nie zabronią mi się cieszyć. Co mnie interesują inni. Koleżanka pewnie nie ma dziecka, bo jak widać karierę robi, ostatnio dostała awans. Geje, lesbijki domagają się praw. W porządku, niech się domagają tolerancji, jestem za. Ale dlaczego mam nieodparte wrażenie, że często to właśnie oni nie są tolerancyjni wobec hetero? 

Słowo "normalny" wkradło się do naszej codzienności na stałe. Kupujemy "bilet normalny" i pijemy "normalną herbatę", czyli nie za mocną, nie za słabą. Ale co tak naprawdę czyni nas normalnym? Czasem śmieję się do kogoś, żeby nie kierował się tym, co mówię, czy robię, bo skąd wiadomo, że to ja mam rację? Może to wszyscy inni są normalni a ja nie? Kto dziś wyznacza granice normalności? Ci, których jest dużo? Ci, którzy najgłośniej krzyczą? Czy ci, którzy są ładni, bogaci i mają wpływy? To właśnie oni mają największe możliwości. I tak sobie siedzę i zastanawiam się. A może to ze mną jest coś nie tak? Może to ja się czepiam? Może to świat poszedł po przodu, a ja gdzieś zostałam mimo wszystko daleko z tyłu? Może szeroko rozumiana dziś tolerancja na tym właśnie polega? Że wszyscy mogą wszystko. Bo mają do tego prawo, jak to się często mówi. A ja tu robię z igły widły, bo nagle przeszkadza mi kobieta z piersiami na wierzchu w Ikei. Tak więc moi drodzy, biorąc pod uwagę to, że definicji normalności nie znalazłam, uznaję, że wszyscy jesteśmy normalni. Albo nienormalni. Jak kto woli ;) 







piątek, 3 stycznia 2020

Co najmniej 366 nowych możliwości.



No i jest. Nowy Rok 2020. Już sama cyfra wygląda imponująco, niczym z jakiegoś filmu science fiction. Może przez ostatnie 12 miesięcy nie zmieniło się aż tak wiele, jednak świat wygląda zupełnie inaczej niż wtedy kiedy witaliśmy nowe Millenium. Ostatnio pisałam wam choćby o zimie, którą z dzieciństwa znam raczej z niskich temperatur, często poniżej 20 stopni z dużą ilością śniegu i przedniej zabawy na sankach na osiedlowych górkach.  Strasznie to było dawno temu. Któregoś roku byliśmy z rodzicami w Zakopanem. Było tak zimno, że człowiek marzł przechodząc z jednego sklepu do drugiego na Krupówkach. A jak jest tej zimy? No cóż, nadal śniegu brak, raz tylko podobno padał, tak przynajmniej twierdzą moje córki, ale zanim ruszyliśmy się z łóżka i odsłoniliśmy zasłony, po śniegu nie było śladu nawet na trawie. 


Święta minęły spokojnie i niestety szybko. Z roku na rok dziewczynki pomagają coraz więcej, same ubrały choinkę, zrobiły i ozdobiły pierniczki (oczywiście pieczenie nadal należy do nas ;)) i sprzątały. Jeśli chodzi o prezenty to mieliśmy dylemat kiedy "Mikołaj" miał je podłożyć pod choinkę, ponieważ dużo było drobiazgów popakowanych indywidualnie. Uzgodniliśmy, że prezenty pojawią się w nocy przed Wigilią, ale z ich otwarciem trzeba będzie poczekać do wieczora. Kiedy dziewczynki rano wstały bardzo ucieszyły się widząc, że pod choinką już nie jest pusto. "Już są!", "Już był!" krzyczały. Nie było problemu z tym, żeby poczekały do kolacji Wigilijnej z otwarciem, choć chwilę siedziały i czytały dla kogo dany prezent jest. W tym roku, wszystkie imiona zostały wydrukowane na drukarce, ponieważ na Mikołajki mieliśmy taką oto sytuację. Zamiast słodyczy czy kolejnego prezentu, wydrukowaliśmy dziewczynkom kupon na plac zabaw. Każdy z nich został umieszczony w kopercie i włożony do specjalnego Mikołajowego worka, który zwisał z tarasu, gdy przyjechałyśmy z przedszkola. Wszystko fajnie, tylko błąd był taki, że ja podpisałam koperty. Kiedy Elsa wyjęła swoją z worka, musiała rozpoznać mój charakter pisma, bo mówi do mnie poważnym tonem:
"Kto nam dał te prezenty? Mikołaj czy wy? Powiedz mi prawdę? "
No cóż, to był ten moment, w którym nie mogłam jej okłamać i przyznałam, że prezent jest od nas. Przyjęła ze spokojem. Uff. Także wybraliśmy się razem na plac zabaw, gdzie dziewczynki miały nieograniczony czas na szaleństwa, były zjeżdżalnie, karuzela, diabelski młyn i inne atrakcje. My w tym czasie wypiliśmy kawkę.
No, ale wracając do Świąt. W tym roku (a w sumie to w tamtym jakby nie patrzeć) postanowiliśmy zabrać dziewczynki pierwszy raz na Pasterkę. Bardzo się ucieszyły, gdyż perspektywa pójścia do kościoła w nocy była dla nich bardzo atrakcyjna. Nasz kościółek jest mały, dlatego też pojechaliśmy 20 minut wcześniej, by zająć miejsca siedzące. Dziewczynkom bardzo podoba się aniołek, który po wrzuceniu do niego monety śpiewa kolędy, więc najchętniej cały czas chodziłyby przed ołtarz. Czas upłynął zatem szybko i nabożeństwo się rozpoczęło. Ludzi było tak dużo, że jak potem się okazało część nawet stała na dworze. Po około 20 minutach, moje dzielne dzieci padły. Misia spała słodziutko na kolanach taty, podczas gdy Elsa na moich chrapała jak stary niedźwiedź. Ale cóż się dziwić, było grubo po północy. A teraz przyznam się wam do czegoś. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że w połowie mszy przypomniałam sobie, że zostawiłam w domu włączony piekarnik!! Matko jedyna, szybko spojrzałam na komórkę, czy nie włączył się alarm pożarowy, ale cisza. W myślach przeanalizowałam więc sytuację. Ok, piekarnik włączony tylko na 150 stopni, w środku jedno mięso w żaroodpornym naczyniu, drugie w folii, no w sumie nic nie powinno się stać, ale siedzimy już godzinę, jeszcze co najmniej pół plus wyjazd z kościoła to kolejne 10 minut... "Mamy problem", mówię do męża, "zostawiliśmy włączony piekarnik" Postanowiliśmy więc wyjść po komunii, kiedy to w kościele jest największy ruch i można się z niego wycisnąć. Kiedy wróciliśmy do domu, mięso było pięknie wypieczone, takie w sam raz. Pewnie zastanawiacie się jak to możliwe, że zostawiłam piekarnik włączony. Sama nie wiem. Chciałam tylko trochę podpiec wszystko i zostawić w cieple. Wyjścia z dziećmi wiadomo jak wyglądają,
trzeba dopilnować, czy jest czapka, ciepły sweter, szalik, siebie ubrać i wyszło jak wyszło ;) No nic, nauczka na przyszłość.
W Sylwestra chodził u nas ksiądz po kolędzie. Jako, że nasz dom był prawie na samym końcu przewidywanych odwiedzin, nie spodziewaliśmy się wizyty przed 17. Około 15 wyskoczyliśmy więc na chwilę do sklepu. Wyjeżdżając z garażu zauważyłam, że ozdoba
Mikołaj, który stoi przed naszymi drzwiami wejściowymi, przewrócił się ze względu na dość silny wiatr tamtego dnia. Stwierdziłam jednak, że poprawię go gdy wrócimy. Kiedy podjechaliśmy pod bramę, była otwarta. Hmm. Zdarza się, że przy wietrze czasem nie zamknie się do końca i mechanizm sam ją otwiera, więc wjechaliśmy na podwórko. Mikołaj został podniesiony. Wtedy byliśmy już pewni, że ktoś był. Złodziej? Nie no, złodziej nie porządkowałby podwórka, chyba, że taki, który ma zaburzenia kompulsywne ;) Domyśliliśmy się, a może mieliśmy nadzieję, że to właśnie ksiądz po kolędzie zawitał wcześniej, czyli go przegapiliśmy. Wycofaliśmy więc i pojechaliśmy go szukać. Nie ujechał za daleko ;) Siedział w samochodzie kilka domów dalej :) W sumie to cieszyliśmy się, że ta brama się nie zamknęła i że nie podniosłam Mikołaja. Przynajmniej wiedzieliśmy, że ktoś u nas był. Ksiądz spieszył się na mszę, więc wizyta nie była długa, ale miła. Misia zaśpiewała "O gwiazdo Betlejemska" i "Gdy się Chrystus rodzi" grając na swoim fortepianie, oczywiście też po swojemu ;) Ksiądz obiecał, że będzie dla niej trzymał posadę organisty. Misia chwaliła się potem dziadkom przez telefon, że mieliśmy gościa i był u nas ... książę

A tak na marginesie, to właśnie te dwie kolędy Misia śpiewała na Jasełkach w przedszkolu, sama, po raz pierwszy. Biedna Elsa też śpiewała z koleżanką, ale akurat w tym dniu wypadł jej ząbek i miała maleńki problem z poradzeniem sobie z dodatkową szczeliną w buzi. Podobno straciła go na jabłku, ale nie była zdziwiona, ponieważ od dawna się ruszał. Po występach od razu nam go przyniosła i stwierdziła, że musi przyjść do niej wróżka Zębuszka. No to przyszła. Zostawiła pieniążek i lustereczko. Za pieniążek Elsa kupiła sobie nową pastę, truskawkową, ale przyzwyczajona do miętowego Elmexu stwierdziła, że po tej paście jej niedobrze, więc jej nie używa ;) 
Patrzę na moje starsze dziecko i zastanawiam się kiedy ono tak urosło, kiedy minęły te ostatnie lata. Wypadł jej drugi z pary ząbków, która przyniosła tyle bólu wyrzynając się w pierwsze Boże Narodzenie, które niestety nie było takie magiczne jak zakładaliśmy. A teraz te ząbki wypadły i czekamy już na dorosłe, stałe. 

Jaki był ten 2019 rok dla nas? Nie był zły, więc Nowy niech co najmniej dorówna staremu i dołoży jeszcze coś dobrego od siebie :)
Nowy Rok 2020 oznacza co najmniej 366 nowych możliwości, po jednej na każdy dzień. Życzę wam zatem, byście potrafili znaleźć w życiu małe radości, które sprawią, że będziecie mogli powiedzieć, że jesteście szczęśliwi. Niech spełnią się marzenia te małe i te duże. Miejcie dużo pomysłów i je realizujcie, więc życzę wam dużo siły, by to wszystko osiągnąć. Bo przecież jeśli tylko jest wola, to sposób zawsze się znajdzie, nieprawdaż? Niech dzwonią telefony, niech dzieciątka rosną pod serduszkiem, niech słonko wam świeci każdego dnia! Tego i jeszcze więcej życzę wam na ten najbliższy roczek! :)


P.S. Mikołaj przyniósł mi bardzo osobisty prezent - a mianowicie pomagiera prac domowych :))) Dzięki niemu może znajdę więcej czasu na pisanie, podczas gdy on jeździ i odkurza moją podłogę ;)


wtorek, 24 grudnia 2019

Opowieść Wigilijna.Magiczna Jabłoń


Na skraju lasu, gdzie płynie rzeczka, w małym domku z ogrodem, mieszkał sobie drwal z żoną. Ona, drobna kobietka o włosach blond, kochała zajmować się kwiatami i często przemawiała do nich, jak gdyby były jej najlepszymi przyjaciółkami. One, odwdzięczały się pięknem i zapachem tak wspaniałym, że każdy, kto tu zawitał, z chęcią zasiadał przy malutkim stoliczku i pił aromatyczną herbatę w towarzystwie pani domu. Jej ogród był tak magiczny, że zamykając oczy ludzie mogli przenieść się w bajkowy świat zmysłów, rozkoszując się ciepłymi promykami słońca. Po świeże kwiaty do wazonu przychodzili wszyscy okoliczni mieszkańcy. Piekarz codziennie kupował bukiet dla żony i nawet sam burmistrz czasem wpadał po drodze do domu, by wybrać kilka ulubionych czerwonych róż. 
Drwal pracował ciężko, ale lubił swoją pracę. Kiedy wracał do domu, czekał na niego ciepły posiłek i świeży bukiet kwiatów z własnego ogrodu. Z przyjemnością oboje małżonkowie zasiadali do stołu, by zjeść razem obiad, a potem on zaparzał ich ulubioną herbatę jaśminową w czerwonym czajniczku. Zimą drwal palił w kominku i ciepło palonego drewna wraz z jego cudownym zapachem rozchodziło się po całym domu. 
Drwal i jego żona żyli skromnie, lecz byli razem szczęśliwi. Do pełni szczęścia jednakże, brakowało im potomka, na którego bez powodzenia czekali od kilku miesięcy. Oboje robili się coraz smutniejsi, choć drwal próbował ukryć swoje prawdziwe uczucia przed żoną, żeby nie zasmucać dodatkowo jej serca. Starał się ją wspierać, lecz z dnia na dzień coraz rzadziej można było zauważyć uśmiech na jej twarzy. Wieczorami siadała z ulubioną herbatą przy oknie i wyglądała na drogę, jakby czekała, że ktoś zaraz nią będzie szedł. Pewnego dnia, gdy tak siedziała oparta o parapet, zobaczyła między drzewami postać. Zerwała się z krzesełka i przetarła oczy. Zobaczyła kobietę w długiej, czerwonej sukni, która w ręce trzymała złoty kufer. Po chwili małżonkowie usłyszeli pukanie do drzwi i kiedy otworzyli, bez słowa weszła do pomieszczenia i podała im kuferek. W środku znajdowała się szklana kula, z pozoru zwyczajna, niczym się nie wyróżniająca, ale gdy kobieta ją potarła, ku zdziwieniu małżonków, w środku ukazał się piękny miniaturowy ogród, pośrodku którego rosła jabłoń. 
- Ta kula będzie waszym przewodnikiem. Jeżeli w ciągu 12 dni, uda wam się odnaleźć tę jabłoń, zerwać z niej owoc i zjeść nim upłynie północ, jeszcze w tym roku będziecie cieszyć się potomstwem. 
Po tych słowach wyszła i nigdy więcej jej nie widzieli. Nie mieli pojęcia kim była kobieta, lecz dla nich to nie było ważne. Liczyło się tylko to, co im powiedziała. Nadzieja wlana w ich serce sprawiła, że niczym na skrzydłach wyruszyli w tajemniczą wędrówkę w poszukiwaniu magicznej jabłoni. 

Minął pierwszy dzień, minął drugi i trzeci. Choć wskazówki były dość dokładne, magicznej jabłoni nigdzie nie było. Czwartego dnia poszukiwań, żona drwala usiadła na kamieniu i zasmucona powiedziała, że powinni chyba wrócić do domu. Drwal objął ją i mocno przytulił dodając tym samym sił, by iść dalej. Wreszcie dotarli na polanę, na której znajdowała się wysoka, dawno niekoszona trawa, krzaki i ciernie. Choć każdy krok sprawiał im ból, to poranione nogi poniosły drwala i jego żonę na sam środek polany. Jakieś przeczucie podpowiadało im, żeby nie rezygnowali. I nagle ich oczom ukazało się drzewo, na którym niczym w bajce rumieniły się jabłka tak piękne, że byli pewni, iż w końcu trafili pod właściwy adres. Wykończeni wędrówką, ze łzami w oczach zerwali owoc i nie tracąc czasu usiedli pod drzewem, by spełniła się przepowiednia.

Wracając do domu drwal i jego żona byli tak szczęśliwi jak nigdy. Uwierzyli, że teraz ich życie się odmieni i wreszcie będą mogli cieszyć się dzieckiem. Mijały jednak miesiące, a pod sercem żony drwala nadal było pusto. Z dnia na dzień pryskał czar magicznej jabłoni, a kobieta stawała się jeszcze bardziej smutna niż wcześniej. Nie cieszyły już jej nawet ukochane kwiaty, które zaniedbane zaczęły tracić kolor i blask. Ludzie coraz rzadziej przychodzili je kupować i nikt nawet nie zapytał dlaczego niegdyś najpiękniejszy ogród w okolicy tak podupadł. Drwal pracował jeszcze ciężej, by móc utrzymać siebie i żonę, która coraz to bardziej zamykała się w swoim świecie. Aż pewnego dnia, to było jakoś przed Bożym Narodzeniem, spadło tyle śniegu, że nie sposób było wyjść z domu. Drwal napalił w kominku i zrobił ulubioną herbatę. Przyniósł ciepły koc żonie, która zasiadła w fotelu tuż obok okna. Nagle, w oddali, oboje spostrzegli nieznaną im postać. Tym razem nie był to nikt dorosły, ale mała dziewczynka, która zziębnięta zbliżała się do ich domku. Żona drwala popatrzyła zdziwiona na męża i poleciła mu natychmiast wyjść i przyprowadzić przybysza. Dziewczynka była niczym sopel lodu, głodna i wystraszona. Drwal okrył ją kocem i posadził przy kominku. W tym czasie zaparzył świeżej herbaty i przyniósł talerz zupy, która została jeszcze od obiadu. Nieśmiało dziewczynka sięgnęła po łyżkę i zjadła to, co jej przyniesiono. 
- Dziękuję, powiedziała i uśmiechnęła się. 
Żona drwala cały czas siedząc przy oknie i przyglądając się scenie, nagle wstała i podeszła do nieznajomej. Klęknęła obok niej i zapytała:
- Kim jesteś i co tu robisz w taką pogodę?
Dziewczynka spojrzała na nią swoimi dużymi, niebieskimi oczami i odrzekła:
- Nie mam na tym świecie nikogo. Nikogo, kto by się o mnie troszczył i mnie kochał. Pewnej nocy miałam sen, piękny sen. Przyszedł do mnie anioł i powiedział, że dokładnie w pierwszy dzień zimy, mam wyruszyć przed siebie i iść tam, gdzie zaprowadzi mnie serce. Kazał mi też wziąć to.
Dziewczynka schyliła się i z torby wyjęła piękne, rumiane jabłuszko. Potem rzekła:
- Myślę, że to właśnie wam powinnam je podarować.
I podała jabłko żonie drwala. Z drżącymi rękami kobieta wzięła owoc, a łzy spłynęły po jej policzkach, które mała dziewczynka otarła chusteczką. Tamtej nocy drwal naszykował jej miejsce w pokoju gościnnym. Przykrywając się ciepłą kołderką, dziewczynka uśmiechnęła się i zamknęła oczy. Wiedziała, że dotarła do celu swojej podróży.


Magiczna Jabłoń widziana oczami Elsy

Kochani, oddaję w wasze ręce opowieść o Magicznej Jabłoni i życzę wam, byście w tę Noc Wigilijną odnaleźli w sercu cel waszej wędrówki. Niech nowo narodzone Boże Dzieciątko przyniesie radość i spokój. Każdy z nas kiedyś wyruszył w taką podróż jak drwal i jego żona. Czasem uda się odnaleźć jabłoń i czar zadziała, a czasem nie. Ale wiem na pewno, że codziennie dookoła nas dzieją się niezliczone cuda, tylko warto się zatrzymać, by je dostrzec, czego na okres tych Świąt z całego serca wam życzę :)

wtorek, 17 grudnia 2019

W poszukiwaniu ducha Świąt.



Pamiętam taką zimę, kiedy idąc przez park zapadaliśmy się w śniegu aż po przysłowiowy pas. To było prawie 15 lat temu i od tamtej pory nie było już aż tak dużo puchu na Święta Bożego Narodzenia. Owszem, bywało, że trawa została przyprószona na biało, niczym cukrem pudrem, ale to jednak nie to samo. Nie wiem, czy właśnie dlatego, że pogoda w grudniu od kilku lat jest wiosenna, czy po prostu dlatego, że jestem starsza i już zupełnie inaczej wszystko odbieram, ale jakoś coraz trudniej jest mi odnaleźć tego ducha Świąt. W tym roku nie spadł jeszcze ani jeden płatek śniegu i choć faktem jest, że w niektórych krajach nie ma mowy o białych Świętach, to ja jednak nie mogę się do tego przyzwyczaić, bo właśnie tak je pamiętam z dzieciństwa. Dźwięki skrzypiących butów odbijających się na śniegu, mróz szczypiący w policzki i drętwiejące palce u stóp, bo temperatura spadała poniżej 20 stopni. Nie jestem wielkim fanem zimy, ale właśnie teraz wolałabym wyjrzeć przez okno i zobaczyć magiczny biały świat, zamiast 11 stopni na termometrze.


W wakacje umówiliśmy się z naszymi znajomymi z Gdańska, że odwiedzimy ich jesienią. Niestety ich choroba sprawiła, że wybraliśmy się w Bieszczady, a wizytę u nich odłożyliśmy na grudzień, kiedy to odbywa się Jarmark Bożonarodzeniowy. Niestety u naszych znajomych kilka dni temu zapanowała ospa, co oznaczało zero kontaktów, więc postanowiliśmy zrezygnować z wyjazdu. Mąż jednak sprawił mi niespodziankę i mimo to zarezerwował dla nas hotel we Władysławowie na 3 noce. Powiem wam, że nigdy się nie spodziewałam, że właśnie tam, z daleka od domu, gdzie morze raczej kojarzy się z urlopem niż Bożym Narodzeniem, odnajdę ducha Świąt. Nie wiem, może to sam wystrój hotelu, a może to, że na te kilka dni oderwaliśmy się od rzeczywistości, w której człowiek wiecznie jest czymś zajęty. I to nie dlatego, że zapomnieliśmy po co tak naprawdę są Święta, ale takie zwykłe sprawy dnia codziennego pochłaniają jednak nas bez reszty. Myślę, że każdemu przydałby się taki czas, by się zatrzymać, nic nie musieć robić i po prostu spędzić czas razem. W weekend hotel miał sporo gości, nawet trochę byłam zdziwiona. Były małżeństwa z dziećmi, dla których przygotowana jest specjalna sala zabaw i animacje. Były też pary bez dziecka, które spędzały czas na basenie, w saunie, czy restauracji. Były i grupy przyjaciół, ojciec z synem i mama z dwoma chłopcami, więc towarzystwo naprawdę zróżnicowane. Co rzuciło mi się w oczy to to, że nie widziałam ludzi, korzystających cały czas z telefonów. I to jest fajne. Często rodziny, znajomi, siedzą razem, ale każde z nich jest w swoim świecie. Klimatowi sprzyjała również nastrojowa muzyka, która płynęła gdzieś w tle. 





Kochani, życzę wam, żebyście w całej tej przedświątecznej gorączce zawsze znaleźli chwilę by usiąść i nacieszyć się tym wszystkim, zwłaszcza jeśli nie odnaleźliście jeszcze ducha Świąt. Wiem, że dla niektórych z was, ten czas oczekiwania na Boże Dzieciątko jest trudny, ale mam nadzieję, że znajdziecie choć odrobinkę szczęścia w małych, wielkich rzeczach. Bo one wcale nie są daleko, tylko by je znaleźć, trzeba czasem na chwilę się zatrzymać.

Molo w Sopocie.

Życzę wam dobrego tygodnia, ja po mojej labie wracam do sprzątania :) Jeszcze parę fotek z wyjazdu:

Cudny Jarmark Bożonarodzeniowy w Gdańsku :)



I na koniec jeszcze o hotelu. Gdy nasze dzieci spędzały czas tu: 



My siedzieliśmy tu :) 



poniedziałek, 9 grudnia 2019

Adopcyjne dylematy. Rodzeństwo biologiczne naszych dzieci.



Jeśli wierzyć statystykom i doświadczeniu pracowników ośrodka adopcyjnego, większość dzieci wbrew pozorom nie szuka swoich biologicznych rodziców. Zależy im natomiast na odnalezieniu rodzeństwa . Dlaczego tak? Do rodziców mają jednak żal o to, że je porzucili, a brak więzi sprawia, że są oni dla dziecka obcymi ludźmi. Z bratem lub siostrą natomiast czują się niewidzialnie związani podobnymi przeżyciami i pragną wejść z nimi kontakt szczególnie wtedy, gdy wychowują się w rodzinie jako jedynaki. Świadomość tego, że gdzieś na świecie żyje rodzeństwo sprawia, że dzieci nie chcą być same z przeszłością, którą ze sobą niosą oraz mieć wsparcie kogoś bliskiego, gdy rodziców adopcyjnych już zabraknie.

Jak wiecie nasze dziewczynki są biologicznymi siostrami, ale nie każdy niestety ma możliwość poznać rodzeństwo swojego dziecka. Dlaczego? Ośrodek teoretycznie ma obowiązek poinformować rodzinę o kolejnym dziecku do adopcji i dopiero po odmowie złożyć propozycję komuś innemu. Czy zawsze to ma miejsce? Trudno powiedzieć. Z doświadczeniami jakie mamy my, wątpię. Dlatego może się okazać, że nigdy nie dowiemy się o rodzeństwie, pomimo tego, że ośrodek takie informacje posiada. Trzeba liczyć na ich uczciwość i to nie tylko w stosunku do nas, ale przede wszystkim do dziecka, bo to ono doznaje największej krzywdy w przypadku gdy siostra czy brat pójdą do innej rodziny, a mogli być razem.

Może się również zdarzyć, że kobieta urodzi kolejne dziecko i nie poinformuje o tym ośrodka, bo przecież nie ma takiego obowiązku. Często dzieci te, są po innym ojcu, który z kolei może mieć potomstwo z kolejną kobietą. W takich przypadkach trudno odnaleźć łączące więzi i jak twierdzi moja pani z OA nie powinniśmy ich na siłę szukać. Dla ludzi, którzy nie mają pojęcia, że ich matka oddała w przeszłości dzieci do adopcji taka informacja może okazać się szokiem. 

Czy da się w dorosłości odbudować relacje i nawiązać więź z rodzeństwem, z którym tak naprawdę nie łączy nas nic prócz więzów krwi? Trudno powiedzieć, ponieważ zależy to choćby od środowiska w jakim dzieci się wychowują/wychowały, osobowości, samej chęci do zbudowania relacji i wielu innych czynników, które wpływają na powodzenie. W internecie można znaleźć wiele portali czy forów pomagających ludziom odnaleźć rodzeństwo biologiczne i zdarza się, że potem opisują oni tę nową relację. Czasem nawiązanie więzi odbywa się z sukcesem, a czasem nie, ponieważ okazuje się, że dwie osoby są tak różne, że nic głębszego nie jest w stanie się w nich narodzić. Ale świadomość tego, że taka osoba istnieje i wiemy gdzie przebywa, co robi, jest już ważna dla dziecka. 

Kolejna sytuacja to taka, gdy rodzina adopcyjna nie może przyjąć do siebie kolejnego rodzeństwa i trafia ono do innej rodziny. To czy dzieci będą miały ze sobą kontakt, czy nie, zależy od rodziców. Nikt ich wprawdzie nie zmusi do przyjaźni i sztucznego utrzymywania kontaktów, ale rozmawiałam na ten temat z panią psycholog, która stwierdziła, że jest to bardzo wskazane dla dziecka i rodzice absolutnie nie powinni się tego bać. Według niej to właśnie oni często dla swojej własnej wygody i egoistycznych pobudek unikają kontaktu z rodzeństwem biologicznym lub całkowicie się od niego izolują. Lata, w których dzieci dorastają osobno można wykorzystać na zbudowanie więzi na tyle dobrej, by kiedyś, gdy będą starsze, mogły same ją pogłębić. Nie da się nadrobić straconego czasu. Świadomość tego, że istnieje rodzeństwo i wychowuje się w innej rodzinie to bardzo wiele dla dziecka. Dlatego zgodnie z tym, czego dowiedziałam się od pani psycholog zachęcam was, by dla dobra dziecka i jego przyszłych relacji z rodzeństwem, nawiązać kontakt z rodziną adopcyjną, w której przebywa siostra czy brat.

Zdarza się również, że do adopcji zostaje oddane dziecko z rodziny wielodzietnej, która nie jest w stanie zapewnić mu odpowiednich warunków. Tu sytuacja jest trudna, ponieważ całe rodzeństwo zostaje przy rodzinie biologicznej, a to najmłodsze jest oddane pod opiekę rodziny adopcyjnej. Zwykle tacy ludzie nie chcą utrzymywać kontaktu, chcą poniekąd "zapomnieć", że urodził się kolejny potomek. W takim przypadku trzeba dużo rozmawiać z dzieckiem i pracować nad jego poczuciem własnej wartości, ponieważ może zastanawiać się dlaczego ona/on został oddany, a jego rodzeństwo nie. 

Zdarza się też, że dzieci oddane do adopcji są rozdzielone z rodzeństwem. Robi się tak czasem dla ich dobra. Jeśli na przykład jedno z rodzeństwa jest bardzo chore, czy niepełnosprawne, pozostaje pod opieką lekarską, to drugie jako jedynak ma większe szanse na znalezienie rodziny. Bywa też tak, że część rodzeństwa jest już dorosła, czy prawie dorosła. Dlatego też młodsza siostra, czy brat, sama/sam oddany jest do adopcji. Często dzieci te na jakiś czas "zapominają" o bracie, czy siostrze, nie wspominają o nim/o niej i nie mają potrzeby kontaktu. 

Rodzeństwo biologiczne jest bez wątpienia ważne dla dziecka. Dlatego też, jeśli tylko mamy możliwość, pomóżmy mu je odnaleźć, nawiązujmy kontakt z rodzinami adopcyjnymi, w których przebywa brat czy siostra. Dziecko nie jest naszą własnością, działajmy więc tak, by dla niego było jak najlepiej. Jeżeli od samego początku będzie wiedziało, że tamten chłopczyk to nie kolega, ale brat, w przyszłości łatwiej będzie pogłębić więź między dziećmi.