poniedziałek, 20 lutego 2017

O czekaniu na TEN telefon

                Po skończeniu kursu zamknęliśmy pewien etap starania się o adopcję dziecka. Jeszcze tylko parę formalności i jak dobrze pójdzie to dostaniemy kwalifikację i zostanie nam czekanie. No właśnie, czekanie. Ta część chyba będzie najgorsza, bo niewiele od nas zależy. Już nic się nie dzieje.

Po jakimś czasie otrzymujemy telefon od ośrodka, żeby przyjechać omówić testy. Jest kwalifikacja! Wraz z nią informacja, żeby czekać cierpliwie. Zawsze byłam osobą niezbyt cierpliwą, często zdarzało mi się popełniać przez to błędy, nieprzemyślane, spontaniczne decyzje nie zawsze były dobre. Przeszłam przez różne stadia począwszy od szalonego biegania do łazienki i siusiania na test ciążowy a potem panicznego oczekiwania na dwie kreski do aż do świadomej decyzji o adopcji. Niepłodność nauczyła mnie pokory i wiary w to, że moje marzenia się spełnią, tylko być może nie tak jak ja chcę i nie wtedy kiedy ja chcę. To dało mi ogromną moc i siłę, by przetrwać ten okres oczekiwania na TEN telefon.
Ponieważ staraliśmy się o dziecko do 2 lat, zaczęliśmy kompletować wyprawkę i szykować pokoik. Nie wiedzieliśmy jeszcze czy faktycznie uda się wszystkie marzenia zrealizować, ale ja po prostu to czułam. Zakupiłam trochę ciuszków, mąż położył panele w pokoiku dla dziecka i tym samym pożegnaliśmy się z naszą sypialnią i cudownym ogromnym łóżkiem :) Wszystko to dodało nam skrzydeł i choć nie wiedzieliśmy ile czasu potrwa to czekanie, to sam pokoik napawał optymizmem. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później zamieszka w nim dziecko.
Mijał czas i nadeszło lato. Słyszeliśmy, że trzeba dzwonić do ośrodka samemu się dopytywać jak sprawa wygląda, więc kolejny raz dzwonimy. Niestety słyszymy to samo-dzieci brak.
Minęły wakacje, we wrześniu wybieramy się na wakacje do Włoch. Telefon nadal milczy, ale już tyle czekamy, że dla pewności wybieramy się do ośrodka zapytać, czy jechać czy nie. Dostajemy zielone światło, więc pakujemy walizki i ruszamy. Plan dość napięty- sporo zwiedzania. W głowie jednak myśl - a co jeśli zadzwonią, gdy nas nie będzie? Życie przecież płata figle. Gdy siedzimy i czekamy to zwykle się nic nie dzieje, gdy tylko zabierzemy się za coś innego i przestajemy o tym myśleć to bez naszej wiedzy dzieją się różne rzeczy.
Do Włoch docieramy bez komplikacji, telefonów z ośrodka brak. No i nadchodzi środa, po powrocie do naszego domku na mojej komórce kilka nieodebranych połączeń z ośrodka. Mogło to być nic takiego, ale ja już wiedziałam. Serce waliło jak szalone, bo już wiedziałam i czułam, że w tym właśnie momencie zostaliśmy rodzicami <3
Jako, że nie byliśmy na wakacjach sami, trzeba było powiadomić resztę grupy o tym cudownym wydarzeniu. Jakież było zaskoczenie tych, którzy nie wiedzieli o naszych staraniach, kiedy oznajmiliśmy, że "urodziło nam się dziecko i musimy wracać"
We Włoszech zostaliśmy jeszcze do końca tygodnia, ponieważ na pierwsze spotkanie z dzieckiem wyznaczono poniedziałek. W niedzielę więc, wyruszyliśmy w kierunku domu, aby poznać naszą 8-tygodniową córeczkę. Reszta grupy podążyła w kierunku Rzymu, do którego tym razem nie było dane nam dotrzeć. Niewykorzystane bilety do Watykanu zawsze będą przypominać te wzruszające chwile, kiedy się dowiedzieliśmy. Chyba jest nam po prostu przeznaczone zwiedzić to piękne miasto powiększoną rodziną. Na pewno tam wrócimy.



0 komentarze:

Prześlij komentarz