środa, 8 marca 2017

O dziecku z krwi i kości

Jednym z największych problemów z jakimi borykałam się nie mogąc zajść w ciążę było to, że ja i mój mąż nigdy nie będziemy mieć owocu naszej miłości. Patrząc na dziecko chciałam widzieć znajome oczka, buzię, rączki. Chciałam wiedzieć, że z cząstki nas powstał nowy człowiek. W momencie decyzji o adopcji wydawało się, że to już koniec tych marzeń. Gdybym tylko wiedziała wtedy jak bardzo się myliłam.


Dziś widzę nas w każdym uśmiechu, w każdym nawet najmniejszym zachowaniu. Nawet pewne fizyczne cechy sprawiają, że jeśli ktoś nie wie o adopcji to mówi " ale podobne ma oczy do pani" Ja tylko uśmiecham się i mówię: " Tak, te oczy ma po mnie" :)
Kiedyś słyszałam takie stwierdzenie, że jeśli chcesz wiedzieć dlaczego twoje dziecko jest takie a nie inne to spójrz w lustro. Dziś wiem, że tak to właśnie działa. Kiedyś wydawało mi się, że wykapany tatuś czy mamusia może być przede wszystkim dlatego, że jest bardzo do nas podobny. Okazuje się, że nic bardziej mylnego. To my "lepimy" tego młodego człowieka, więc jest tam 100% nas. My mieliśmy to szczęście, że dostaliśmy dziecko malutkie. Na pewno inaczej przedstawia się sprawa w tych rodzinach, które adoptowały dzieci starsze. Nie mam tu wiele doświadczenia, ale podobno potrzeba przynajmniej tyle lat ile dziecko było bez nas, aby zacząć budować coś swojego. I tak chyba jest. Zaprzyjaźniona nam para adoptowała 5 letnią dziewczynkę i mimo, że relacje ich od samego początku były wspaniałe, mała wręcz przeszczęśliwa, że "odnalazła" rodziców, to jestem pewna, że musi minąć wiele lat zanim trauma tego dziecka zniknie.
Od momentu sprawy w sądzie to są nasze dzieci. To jak je wychowamy zdeterminuje całe ich życie. Gdyby trafiły gdzie indziej, nie byłyby takie same. Cóż więc więcej powiedzieć ponad to, że to właśnie owoce naszej miłości. Ogromnej miłości.

0 komentarze:

Prześlij komentarz