wtorek, 14 marca 2017

O pierwszym spotkaniu numer dwa

O istnieniu J. dowiedzieliśmy się niedługo po narodzinach. Niestety nie pozwolono nam jej zobaczyć przed upływem 6 tygodni - istniało oczywiście prawdopodobieństwo, że matka nie zrzeknie się dziecka. Ciężkie to były chwile, wiedzieliśmy, że leży biedna sama, a my nie możemy zabrać jej do domu, ani nawet zobaczyć. Bardzo baliśmy się też, czy przypadkiem matka się nie rozmyśli i J. będzie wychowywała się bez nas, bez siostry. Co dziwne, dyrektorka ośrodka wiele razy odradzała nam przyjęcie tego dziecka podając absurdalne argumenty. Do tej pory nie wiem dlaczego i jaki miała w tym cel. Wydarzenia, które jeszcze potem miały miejsce poddały w wątpliwość to, że dobro dziecka stawia się na pierwszym miejscu.
Jak wcześniej wspominałam już, mieliśmy wykupione wakacje, więc po przygotowaniu pokoiku, uzupełnieniu wyprawki, udaliśmy się na wypoczynek - wiedzieliśmy, że będziemy potrzebować dużo sił, żeby na nowo wszystko zorganizować. Drugi raz świat stanął na głowie. Po powrocie odczekaliśmy ustawowe 6 tygodni i nastąpił ten ważny dzień w którym mogliśmy poznać naszą drugą córeczkę :)



Na pierwsze spotkanie poszliśmy sami, bez E. Było zupełnie inaczej niż za pierwszym razem. Wtedy nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, czy to będzie "nasze" dziecko, co poczuję. Tym razem wiedziałam, że idziemy po nasze dziecko - w końcu to była siostra naszej E. a ona była NASZA.
Po chwili wniesiono do pokoju dzieciątko zawinięte w kocyk. Była taka maleńka, miała zaledwie 6 tygodni. " Dzień dobry kochanie, tatuś z mamusią przyszli do ciebie", szepnęłam jej do uszka. Słodziutko usnęła wtulona we mnie. Z wyglądu nie przypominała E. , ale podobno od razu każdy wiedział, że to siostra. Równie mocno krzyczała o jedzenie. Do tego stopnia, że trzeba było odstawić inne dzieci i nakarmić, żeby nie ogłuchnąć. J. miała włoski, podczas gdy jej siostra długo była łysa. Przytulając wtedy to dziecko czułam się jak po porodzie, kiedy to przynoszą maluszka i kładą na matce ( z tą różnicą, że moje było czyste i ubrane :) ) Żal nam było się rozstawać, tak bardzo chcieliśmy już zabrać ją do domu. Wiadomo, że procedura jest procedurą, ale nas po prostu bolało serce, że musi tam jeszcze zostać. Ze spotkania przynieśliśmy 2 wydrukowane na komputerze zdjęcia o które prosiliśmy, aby zrobić J. jak była mniejsza. Od tamtej pory stały one przy łóżeczku E. Mówiliśmy jej, że to siostrzyczka i, że niedługo będziemy razem.
Aby dopełnić formalności, musieliśmy złożyć podanie i znów przejść USG domu + wizytę kuratora. Dopiero wtedy mogliśmy umówić się na zabranie J. do domu. Nie mogliśmy doczekać się, kiedy rodzina będzie w komplecie.

3 komentarze:

  1. Hej, właśnie trafiłam na Twój blog i się rozmarzyłam, bo ja też skrycie marzę o rodzeństwie dla mojego Rysia, biologicznym właśnie. Z jednej strony myślę, że to jednak egoizm, bo dlaczego mb miałaby porzucić kolejne dziecko. Ale z drugiej...wiadomo. Zapraszam do mnie:) http://www.rysiowakraina.pl/

    OdpowiedzUsuń
  2. A kurcze, przecież Ty już u mnie byłaś! Teraz mi się przypomniało, przepraszam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Soñadora! Jak miło Cię widzieć u nas :)) Cieszę się, że i Ty w końcu do mnie trafiłaś, zapraszam częściej :) A ja przyznaję, że zaglądam do Ciebie i do Twojego Rysia i z całego serca Wam kibicuję :)
      A co do rodzeństwa, to powiem Ci, że po naszej pierwsze adopcji dokładnie czułam to co Ty i dokładnie to samo myślałam, że to po prostu niemożliwe, żeby móc kiedyś poznać rodzeństwo naszej córki. To było tak abstrakcyjne jak podróż na Księżyc, ale ta myśl ciągle zaprzątała mi głowę (jak by wyglądała siostra czy brat/jaka by była/był itd) Jak już wiesz z posta, niemożliwe stało się możliwe, a ja poleciałam na ten Księżyc ;) Życzę Ci, żeby i Twoje marzenia się spełniły :))
      Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia mam nadzieję.

      Usuń