poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Wielkanoc z dziećmi, czyli zupełnie inny wymiar świąt.

Pamiętam pierwsze Święta Wielkanocne spędzone w upragnioną trójeczkę. E.siedziała już wtedy w spacerówce, wręczyliśmy jej więc przystrojony koszyczek i udaliśmy się do kościoła. Czułam się wyróżniona - patrzyłam na innych rodziców i ich słodkie dzieciaczki trzymające koszyczki i myślałam sobie, że ten czas, kiedy to przychodziliśmy na święconkę sami wreszcie się skończył. No, ale żeby sielanka nie trwała zbyt długo, E. postanowiła urozmaicić nam trochę życie. Po wyjściu z kościoła zaczęła dogłębniej badać zawartość koszyczka i postanowiła sprawdzić jak smakuje borowinka, którą był przyozdobiony. Oh my biedni, niedoświadczeni rodzice. Co tu teraz zrobić. Panika w oczach, nikt nie wie, czy przypadkiem nie jest trująca, nigdy przecież do głowy nam nie przyszło, żeby akurat to sprawdzić. Niezawodny okazał się oczywiście doktor Google. Czym prędzej wpisaliśmy hasło i po chwili uzyskaliśmy odpowiedź-uff perspektywa szpitala oddaliła się. Koszyczek dawno wprawdzie  wrócił już w nasze ręce, ale nie ryzykujemy drugiego podejścia do konsumpcji borowinki. W tym roku koszyczek nie powędruje już w małe rączki.

W kolejnym roku były już dwie pociechy. Doświadczeni wydarzeniami zeszłego roku, postanawiamy już pilnować borowinki. Święta nabierają jednak  innego wymiaru - tym razem borowinka nie ma już "wzięcia" a obiektem zainteresowania staje się ... ciasto i inne przysmaki. Malutkie rączki konsumują co tylko mogą a mniejszy maluch musi się zadowolić na razie przysmakami przeznaczonymi dla niemowląt. Mamy też pierwsze podejście do robienia ozdób - dla niespełna półtorarocznego dziecka, najlepiej sprawdziły się papierowe pisanki i przyklejanie na nie naklejek. Farbowanie jajek też wywołało radość na twarzy.
 Pełni nadziei, stroimy koszyczek i udajemy się do kościoła. Wszystko pięknie, dziewczyny wyspane i zadowolone, siadamy w ławce. Nie wiem, co sobie wyobrażaliśmy, że jedna grzecznie posiedzi w wózku a druga posiedzi w ławce? Nic bardziej mylnego. Po 5 minutach młodsza zaczęła już się niecierpliwie kręcić, a starsza wyszła na środek kościoła i zaczęła wymachiwać koszyczkiem. Błąd numer dwa. Dziś, mądrzejsza o te dwa lata wiem, że dzieciom do ok. 2.5 roku nie wkłada się do koszyczka prawdziwych jaj czy też czegokolwiek szklanego. Chyba za bardzo uwierzyliśmy, że nasze dzieci są wyjątkowe. A nasze dzieci są jak na dzieci w tym wieku przystało. Wszystko je interesuje, ze wszystkim trzeba eksperymentować. A czemu by nie wyjść przed ołtarz i zobaczyć jak to jest jak koszyczek odwraca się do góry nogami? Jak to będzie jak wszystko z niego wypadnie? Haha, ciekawe jak zareagują rodzice i inni dorośli. Co tam, dzieciom na pewno się spodoba. - zdawała się myśleć E. Siup! Koszyczek do góry nogami i cała zawartość wylądowała na świeżo wypolerowanej podłodze kościoła. Ksiądz na sekundę przerwał swoją mowę, ale kontynuował po chwili tak jakby nic się nie stało, a ja poczułam na swoich plecach wzrok kilkunastu oczu... Jak się przekonałam ten wzrok niezadowolonych innych będzie mi towarzyszyć bardzo długo, za każdym razem jak dziecko zrobić coś nie tak.
Nie zważając na to, co myślą inni wzięłam chusteczkę i wytarłam chrzan z podłogi kościelnej, pozbierałam zbite jajka i zebrałam fragmenty małego talerzyka, na którym znajdowała się wędlinka. Nie wiem, co my sobie wyobrażaliśmy dając ten koszyczek dziecku, gdy o to prosiło, ale tak czy siak na pewno w parafii moich rodziców zostaniemy zapamiętani ;)

Ten rok przyniósł nam kolejny wymiar Wielkanocy - wspólne robienie ciasta, ozdób wielkanocnych, zabawy w szukanie jaj i przede wszystkim spokojna święconka to jest to! Pierwszy raz odkąd mamy dzieci, mogłam siąść w ławce z dzieckiem na kolanach a w małych rączkach koszyczek. Jego zawartość przeżyła i w nienaruszonej formie wróciła do domu. Oczywiście koszyczki były dwa, z tym, że młodsza miała w środku bezpieczną zawartość - rodzice już drugi raz nie popełnili błędu takiego jak z siostrą. Po poświęceniu koszyczków, podeszłyśmy z E. do grobu Pana Jezusa. Bardzo przejęła się, gdy pokazałam jej rany na nogach, rękach i szczególnie na sercu. Wieczorem sama już opowiadała jak to źli ludzie zranili Jezusa i jak cierpiał. W pierwszy dzień Świąt zdziwiła się, że grób jest pusty, pokazałam jej więc Jezusa Zmartwychwstałego stojącego obok na podwyższeniu. Nie wiedząc przecież co to oznacza bardzo się ucieszyła, wołała tatusia, dziadków i wszystkim opowiadała jak to Jezuska już nie ma i jest teraz w Niebie, że stoi tam wysoko.

Czekając na dziecko, mieliśmy w głowie ułożony scenariusz różnych wydarzeń w naszym życiu, który był oparty na naszych marzeniach. Kiedy pojawiła się E. tak bardzo się cieszyliśmy, że czasem zapominaliśmy, że na wszystko przyjdzie czas, że każde święta będziemy już przeżywać inaczej, dojrzalej, I choć te pierwsze wspólnie spędzone święta dziewczynki będą pamiętać tylko ze zdjęć i filmików to już na zawsze zmieniły to jak je przeżywamy. Co przyniosą kolejne lata nie wiem, ale jedno jest pewne - będzie coraz fajniej i razem będziemy tworzyć coraz to nowsze tradycje :)

0 komentarze:

Prześlij komentarz