wtorek, 11 lipca 2017

Niegrzeczny? Bo adoptowany!

Czy czytając jakiegoś bloga zastanawialiście się kiedyś, kto siedzi po drugiej stronie monitora? Kim jest tak naprawdę ta osoba, której posty czytam. Czy jest wysoka? Szczupła? Sympatyczna? Załóżmy, że nie ma nigdzie jej zdjęć, więc ocena wyglądu jest tu niemożliwa. Co możemy powiedzieć o tym jaki ktoś jest na podstawie tego jak i co pisze (zakładając, że nie udaje oczywiście)? Każdy na pewno ma jakieś wyobrażenie tego kogoś. Wyobrażenie, które niekoniecznie jest prawdziwe. Na potrzeby tego posta, zdradzę Wam jeden szczegół z mojego wyglądu, bowiem sama jestem przykładem tego, jak pewne cechy czy informacje mogą ukształtować opinię o nas i nierzadko  wyrządzić nam krzywdę.

A więc uwaga! Na mojej buzi, oprócz uśmiechu, znajdziecie mnóstwo piegów (zwłaszcza latem) I choć czasem chciałabym wtopić się w tłum, niestety zawsze się wyróżniam. Moja mama dobrze wiedziała, że świat dzieci potrafi być okrutny. Od samego początku więc, przygotowywała mnie do akceptacji mojego bądź co bądź innego wyglądu. I wiecie co? Pomogło! Nigdy nie miałam problemu z moimi piegami, a to za sprawą "Biedroneczki są w kropeczki", które codziennie mi śpiewała. Nigdy nie pomyślałam o piegach jako coś złego czy dziwnego, podobały mi się, bo były częścią mnie. Kształtowanie poczucia własnej wartości, miało tu kluczowe znaczenie. Bo nawet, jeśli było mi przykro, gdy ktoś powiedział coś nie tak, to nigdy nie czułam się gorsza jako osoba. 

Kiedy dziecko jest małe, nie chce się wyróżniać, pragnie być takie samo jak inne dzieci, mieć takie same zabawki, oglądać takie same filmy. Dopiero gdy dziecko dorasta, kształtuje się w nim potrzeba indywidualności, czegoś co by go identyfikowało. Ale często taka indywidualność jest postrzegana jako dziwactwo. No bo czy zbieranie znaczków w naszych czasach jest popularne? Pewnie nie, więc i taka osoba do popularnych należeć nie będzie. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.

Z drugiej strony, jeżeli dziewczyna pozna chłopaka z południa Europy, oh, koleżanki będą zazdrościć. Bo przecież jak nic jest przystojny, zabawny, romantyczny i jest najlepszym kochankiem na świecie. No cóż, jeszcze go nie widziały, ale to południowiec, więc tak być musi. 

Przyklejanie etykiety jest chyba charakterystyczną cechą człowieka. Szufladkujemy nie tylko osoby nowo poznane, ale  również naszych przyjaciół. 
Niegrzeczny? Bo adoptowany! Od zawsze słyszałam od starszych, że z dzieci z domu dziecka nic dobrego nie wyrośnie. Najpierw tysiące epitetów w kierunku rodziców biologicznych (no bo jak z matki pijaczki może wyrosnąć porządny obywatel) kończywszy na samych dzieciach. 
Ja osobiście jak wiecie otwarcie mówię o tym, że jestem mamą adopcyjną, ale nie wszędzie. Póki tylko nie jest to konieczne, chcę uniknąć takiego właśnie przyklejania etykiety na moich dzieciach.
Bo skąd ktoś może być aż takim ekspertem, żeby dać mi gwarancję, że zachowanie mojego dziecka wynika z tego, że zostało adoptowane (czyli np. zaczęły wychodzić jakieś deficyty) a nie ze zwykłego jego rozwoju.
Przykład? Któregoś dnia, musiałam w żłobku podpisać uwagę, gdyż E. popchnęła i ugryzła słabsze dziecko. Wychowawczyni wprawdzie tłumaczyła, że "to normalne", ale potem zasugerowała, że można wprowadzać jakąś tam metodę zajmującą się eliminowaniem agresji u dzieci. Agresji? O co chodzi? 
Po jakimś czasie to E. została ugryziona przez kolegę, który wydaje się być bardzo spokojnym chłopcem. I tak to działa u dzieci w wieku, w którym dopiero uczą się one swoich emocji, panowania nad nimi, odróżniania dobra od zła. 
W żłobku nikt nie wiedział, że dziewczynki są adoptowane. Nie wiem, czy gdyby byli tego świadomi, nie słyszałabym ciągle, że trzeba być ostrożnym, przeciwdziałać, bo nie wiadomo skąd te dzieci pochodzą itd. 
Czujność rodzica? Tak. Etykietka? Nie. Nie pozwolę, żeby kiedykolwiek ktoś zarzucił moim dzieciom jakieś zachowanie tylko dlatego, że są adoptowane. Dzieci biologiczne też zachowują się różnie. Są mądre i są też takie, które są mało zdolne, są posłuszne i są niegrzeczne. 

Na szkoleniu w ośrodku, dowiedzieliśmy się, że dzieci adoptowane ZAWSZE mają zaniżone poczucie wartości. Ważne jest więc, żeby od pierwszych chwil razem (czy adoptujemy niemowlę, czy starsze dziecko) dać im poczucie, że niczym się nie różnią od rówieśników.

Marka ojciec pije, więc i on pewnie skończy jako alkoholik.
Czarek jest informatykiem, jak nic jest nudziarzem.
Olga pracuje jako asystentka prezesa, na pewno więc z nim sypia, inaczej nie dostałaby tej pracy.

Ludzie zawsze będą szufladkować innych. Taka jest chyba ich natura. To prawda, stereotypy na pewno nie biorą się znikąd. Ale generalizowanie potrafi boleć. Pewnie są i adoptowane dzieci, które skończyły pod przysłowiową budką z piwem, ale czy etykietka "adoptowany" oznacza, że to dziecko nie ma już szans na dobrą przyszłość?  To nie piegi (lub ich brak) czynią z kogoś dobrego lub złego człowieka. To nie biologia sprawia, że wychowujemy Einsteina czy pracownika fizycznego. 

Staram się każdego dnia, by tak jak moje piegi, adopcja nie sprawiała, że moje dzieci będę czuć się gorszymi ludźmi.

12 komentarzy:

  1. Zawsze chciałam mieć piegi...
    Zgadzam się z tym, co napisałaś. Również nie planuję wytatuować sobie na czole, że moje dziecko jest adoptowane. Adopcja nie stanowi dla mnie żadnego tabu, ale nie lubię wzbudzać niepotrzebnej sensacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poważnie chciałaś mieć piegi? :)
      Ostatnio właśnie rozmawiałam z koleżanką, też mamą adopcyjną, i ona właśnie ubolewała nad tym, że ludzie pytają i interesują się dzieckiem nie z troski tylko właśnie dla sensacji...

      Usuń
    2. Poważnie, poważnie. Koleżance z bloku wychodziły zawsze od słońca i bardzo dodawały jej uroku, więc też takie chciałam. :)
      Co do drugiej części - pod tym względem świetnie się rozmawia z młodzieżą, młodzi ludzie są tacy naturalni w relacjach... Kiedy z dnia na dzień odchodziłam na urlop macierzyński, powiedziałam mojej klasie, że zostałam mamą adopcyjną i zaproponowałam, żeby pytali, o co tylko zechcą, bo zasługują na wyjaśnienia. Wiesz, o co pytali? Jak dziecko ma na imię, kiedy się urodziło, kiedy zabierzemy je do domu i czy zapiszę je do naszej szkoły. I jeszcze co się stało z biologicznymi rodzicami - pytanie padło dokładnie w tej formie. Zero wścibstwa, zero ukrytych sugestii i fałszywej troski...

      Usuń
  2. W samo sedno...
    Im szybciej zaczynamy myśleć o naszej rodzinie tak jak o każdej innej - tym lepiej. W gruncie rzeczy dzieci jak najbardziej zwykle urodzone potrafią przysparzać takich samych problemów wychowawczych. Czasy są jakie są - innych sobie nie stworzymy. Żyjemy w świecie, w którym wiele dzieci zostało głęboko zranione i żyją w przeświadczeniu porzucenia mimo, że ich rodzice pozornie są tak blisko. Pojęcie osierocenia zyskało nowy wymiar...
    Cieszmy się normalnym życiem w rodzinie bez szufladek z napisem rodzina taka czy śmaka... Bo ta normalność i zwyczajność jest najlepszym lekarstwem dla zranionej duszy.

    Pozdr
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko najgorsze, że czasem nie wszystko od nas zależy. Dzieci są okrutne i jeśli znajdą jakiś słaby punkt, to potrafią zadręczyć. Mam więc nadzieję, że nasze maluchy na tyle dobrze poradzą sobie z tym wszystkim, że po prostu nie będą brać złośliwych uwag do siebie. W końcu my wszyscy jesteśmy normalnymi rodzinami.

      Usuń
  3. Napisalam dlugasny komentarz - po czym padł mi komputer...W wielkim skrócie : nie znoszę takiego etykietowania, szufladkowania i jakichkolwiek innych zjawisk, które wtlaczaja człowieka w sztywne ramy i schematy i czynią nas niewolnikami stereotypów. (Niezależnie od tego, czy dotyczą adopcji - czy czegokolwiek innego).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj szkoda :( Z chęcią przeczytałabym w całości co sądzisz o tym wszystkim. Powiem Ci, że też nie znoszę, gdy ktoś ocenia innych i wkłada w sztywne ramy. Może to głupio zabrzmi, ale nie raz wstydzę się za granicą przyznać, że jestem z Polski, bo boję się, że zaraz pomyślą, że piję dużo wódki i kradnę... A tak być nie powinno.

      Usuń
  4. Oczywiście, że znajdą się tacy, dla których fakt adopcji będzie tłumaczył wszelkie zachowania, uznawane za niepożądane. I to jest bardzo krzywdzące dla dziecka, dla nas. Czasami sama się przyłapuję na tym, że może jednak to czy tamto zachowanie jest związane z adopcją i sama za chwilę sprowadzam się do pionu. A następnego dnia koleżanka opowiada mi o biologicznym dziecku znajomych, rówieśniku Tygrysa, który ma podobnie jak Synek. O ile nie mam problemu z adopcją, o tyle nie zamierzam informować przedszkola o tym fakcie, właśnie z powodu łatek. Bo może się zdarzyć, że one (jak to łaty) zasłonią to, co w nim jest dobre/pozytywne. Tylko obawiam się, bo mieszkamy w małym miasteczku, gdzie takie newsy szybko się rozchodzą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @tygysimy
      Przyczyną "inności" naszych dzieci nie jest adopcja lecz wcześniejsze osierocenie. A na to już nie mieliśmy i nie mamy wpływu.

      pozdr
      M

      Usuń
    2. Moja koleżanka, która adoptowała starsze dziecko, miała ten sam dylemat - czy w małym miasteczku ludzie nie zrobią z tego sensacji. Ale powiem Ci, że dla dzieci w przedszkolu nie miało to w zasadzie znaczenia, wytłumaczyły sobie po swojemu, czasem nie trzeba im nic tłumaczyć a tylko podać fakty, resztę one same sobie dopiszą. W ośrodku panie nam mówiły, że do ok.5 lat dziecko i tak nie jest w stanie pojąć tego co to jest adopcja. Wiedzą, że są z serduszka a nie brzuszka i przyjmują tę prawdę bez kwestionowania.
      A zachowania dzieci właśnie wynikają często z wieku a nie z faktu, że są adoptowane. Trzeba tak jak Ty postawić się do pionu i przypomnieć sobie o tym. Fajnie to ujęłaś :))

      Usuń
    3. Hephalump, jasne. To taki skrót myślowy. Chodzi i o te 3 miesiące osierocenia, ale i 9 miesięcy ciąży, która łatwa nie była. I dla naszego dziecka i dla MB.

      Usuń
    4. @tygrysimy
      Rozumiem. Ale mam inną perspektywę... Moje dziewczyny prze 2 lata żyły w DD... A co było wcześniej... Może dobrze, że nie wiem wszystkiego.

      Pozdr
      M

      Usuń