wtorek, 3 października 2017

Co wspólnego mają Henryk Sienkiewicz, Charlie Chaplin i Freddie Mercury?


Kto czyta mojego bloga wie dobrze, że jestem zakochana w Szwajcarii, a w szczególności w regionie jeziora Genewskiego.  





Ale nie wiem, czy wiecie, że wiele znanych osób również ukochało sobie turkusową taflę wody z przepięknymi Alpami w tle i Winnicami Lavaux. 





Szwajcarska Riwiera widziana z góry

Wielki poeta romantyzmu Juliusz Słowacki, pół wieku przed Henrykiem Sienkiewiczem pisał w swoim poemacie "W Szwajcarii”, wspominał rejs na przełomie lipca i sierpnia 1834 r. po jeziorze Léman (francuska nazwa jeziora Genewskiego), a potem powozem w kierunku miejscowości wysokogórskich Alp.









Ciekawa jestem, kto z was pamięta z lekcji j.polskiego, że nasz wspaniały rodak Henryk Sienkiewicz mieszkał właśnie w Szwajcarii? A konkretnie 
w małej miejscowości Vevey na tak zwanej Szwajcarskiej Riwierze. 






Promenada w Vevey







Sobotni market w Vevey

Warzywa i owoce pięknie poukładane w koszach


Henryk Sienkiewicz, pisał w swoich listach do Polski, m.in. 9 kwietnia 1909 r. z Villeneuve do Wandzi Ulanowskiej w Krakowie: „Leman jest to ogromne i najpiękniejsze jezioro ze wszystkich szwajcarskich. W dzień bywa koloru turkusowego, pod wieczór odbija się w nim jak w lustrze zorza. Naokół góry pokryte śniegami, które w dzień błękitnawe, a przy zachodzie słońca stają się różowe i liliowe. Przy brzegach krążą całe stada mew, tak oswojonych, że wydziobują wprost z palców, tak jak gołębie w Wenecji” (cytat za Henryk Sienkiewicz, „Listy”, tom V, wydawnictwo PIW).








Zachodzące słońce przybiera tu wyjątkowe kolory








Sienkiewicz zmarł w hotelu Grand du Lac i dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, jego prochy zostały sprowadzone do Warszawy i spoczęły w Katedrze św. Jana.

Hotel Grand du Lac jest hotelem dość ekskluzywnym, nie miałam przyjemności oczywiście w nim mieszkać, ale warto do niego zajrzeć. Można w nim bowiem zakupić dzieła Sienkiewicza, a w menu znajdziecie deser o nazwie Quo Vadis! 

Zainteresowanym polecam wspaniały materiał Katii Novikovej pt. 

OSTATNIE SZLAKI SIENKIEWICZA



Idąc dalej brzegiem jeziora, dochodzimy do pomnika kolejnej znanej osoby. Jest nią Charlie Chaplin. Osiedlił się on w Vevey wraz ze swoją żoną i dziećmi, czworo z nich urodziło się już właśnie w Szwajcarii. 



Pomnik Chaplina 


W sercu Szwajcarskiej Riwiery  znajdziecie wspaniałe muzeum poświęcone życiu artysty, a cukiernia Poyet zadedykowała Chaplinowi specjalną czekoladę. 



Jedna z cukierni w Vevey





Vevey to również siedziba znanej nam wszystkim firmy Nestle. Nie powiem, chciałabym mieć w pracy widok na Jezioro Genewskie ;)


Siedziba firmy Nestle i nieistniejąca już "rabatka"

Charakterystyczny widelec przed Muzeum Żywości



Kolejną miejscowością Szwajcarskiej Riwiery jest Montreux, znane w szczególności miłośnikom Jazzu. To tu bowiem odbywa się doroczny Montreux Jazz Festival, przyciągający ludzi z całego świata. 

Montreux - promenada kwiatów





Nad samym jeziorem znajdziecie kolejny pomnik osoby, znanej zapewne wszystkim. Wykonana z brązu postać Freddiego Mercury została ustawiona w 1996r. Każdego dnia jego fani przychodzą i układają kwiaty w hołdzie dla zmarłego piosenkarza.




Na festiwalu w 1978r Mercury nagrał swój album Jazz z zespołem Queen i po prostu zakochał się w Montreux i Jeziorze Genewskim.

Freddie postanowił się tu osiedlić, a  jego grupa zakupiła studio nagrań. On sam nauczył się doceniać to miejsce mówiąc "Jeśli chcesz zaznać pokoju duszy, przyjedź do Montreux" To właśnie tu nagrał swój ostatni album "Made in Heaven"


Zgadzam się z Freddiem Mercury. Spacerując brzegiem jeziora Szwajcarskiej Riwiery, nawet w sezonie, można poczuć ciszę i spokój swojej duszy.  Na chwilę wskazówki zegara przestają się poruszać, a zamykając oczy słyszysz tylko odgłosy łabędzi przelatujące nieopodal. Jedni mówią, że to miejsce komercyjne ze względu na festiwal, inni znów, że to miejsce tylko dla Szwajcarów i przedstawicieli innych krajów z wypchanymi portfelami. Dla mnie to cudowne i tak przepiękne miejsce, że nie dziwię się choćby Sienkiewiczowi, że tam spędził ostatnie chwile swojego życia. Zmarł patrząc na raj.

Jedna z kawiarnio pubów w Vevey

Promenada to wspaniałe miejsce dla twórczości nowoczesnej



Artyści przygotowujący nowe rzeźby



Pomnik w Vevey
W oddali przepiękny Zamek Chillon o zachodzie słońca

Pomimo łabędzi jezioro jest czyste jak łza


Jezioro po zmroku

Dziewczyny miały przejażdżkę za darmo-w kasie pracował Polak :))






Źródło informacji:Myswitzerland.com




11 komentarzy:

  1. Wow. Piękna miejscóweczka i fajne ciekawostki (zwłaszcza o Freddim - szok!). Spokój, czyste ulice, piękne widoki, kawiarenki i nowoczesne rzeźby - wszystko razem sprawia naprawdę ogromne wrażenie. Każdy powinien mieć taki swój azyl, albo chociaż jego obraz zachowany w pamięci, jeśli nie może wrócić tam fizycznie. Ja mam takie miejsca w Międzyzdrojach i w Sewilli. Niezły rozstrzał, co? :D A jaka jest twoja historia związana z tym miejscem? Z góry przepraszam, jeśli już o tym pisałaś, ale nie odsyłaj mnie do postów, bo się nie dokopię! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja Freddiego też nie podejrzewałam o miłość do takiego miejsca :)
      Chyba nigdy nie pisałam o naszych początkach:) Nasza miłość do Szwajcarii zaczęła się w 2009r, kiedy to patrząc na mapę wybraliśmy miejsce na nasze pierwsze wakacje objazdowe samochodem. Tak sobie siedzimy i myślimy gdzie by tu pojechać, Hiszpania za daleko na nasze Renault Clio, Wschód jakoś nas nie ciągnie, Włochy znamy, więc palec zatrzymał się właśnie na Szwajcarii. Mój mąż, miłośnik łażenia po górach, był już wcześniej w Alpach Szwajcarskich, ale tylko w jednym regionie i tylko w ramach wspinaczki. Znając mnie wtedy już dobrze powiedział tylko "Na pewno ci się tam spodoba" No i nie mylił się. Byłam w życiu w różnych miejscach, ale tylko w Szwajcarii rzeczywistość okazała się lepsza niż zdjęcia w Google.

      Do Międzyzdrojów jeździliśmy co roku z moimi rodzicami. Mieli tam znajomych, którzy wynajmowali kwatery turystom. Mam do tego miejsca wielki sentyment. Właśnie ostatnio czytając ten pamiętnik mojej mamy dowiedziałam się, że w tym roku co szłam do przedszkola mieszkaliśmy w domu wczasowym Delfin V. Na Google znalazłam stare zdjęcia Międzyzdrojów i to przywołało pewne wspomnienia.
      Czy ty masz z dzieciństwa zdjęcie w takiej karecie z konikiem przed molo? Ja byłam mega wkurzona, bo ciągle kazali mi siedzieć do zdjęcia w środku, a ja chciałam mieć zdjęcie na koniku! Tylko on był okupowany przez starsze dzieci znajomych.
      Uwielbiałam siedzieć na takim krokodylu z drewna i wielorybie, które znajdowały się przy promenadzie. Ciągle była kolejka dzieci do siedzenia na nich :))
      Charakterystyczny zapach frytek, które kupowałam w jednym z dużych pawilonów znajdujących się przy (chyba niektórych) wejściach. I okolice Kawczej Góry, gdzie nie docierało już tak wielu turystów, ale gdzie było tyle ciekawych rzeczy: kutry rybackie, muszelki, ciekawe patyki
      I pamiętam restaurację "Kryształ", w której przy dźwiękach muzyki wydobywającej się z szafy grającej (stała po lewej stronie przy wejściu) po raz pierwszy piłam Pepsi :) eh, rozmarzyłam się.
      A Sewillę znam tylko z gry Monopoly ;) pamiętam, bo za stanie na tym polu trzeba było słono płacić. Czemu to takie wyjątkowe miejsce dla ciebie?

      Jeśli kiedyś nie będziesz mogła spać to zapraszam na www.malyswiatekpodrozuje.blogspot.com- tam jest wpis o winnicach Lavaux, które znajdują się powyżej tego co opisałam w tym poście. Może też ci się spodoba :)

      pzdr.

      Usuń
  2. Zawsze wiedziałam, że chcę tam pojechać - jak zobaczyłam te zdjęcia to się zakochałam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę?:)) To bardzo się cieszę! Na pewno nie będziecie żałować!! Ja będę tam wracać i wracać, bo za każdym rogiem czeka coś pięknego i nowego.
      pzdr

      Usuń
  3. NARESZCIE! Izzy wracasz mi wiarę w ludzkość!!!
    I co?! I co?! Wy wszyscy, moi znajomi, którzy macie sklerozę z amnezją!!! MÓWIŁAM, ŻE BYŁ DREWNIANY KROKODYL???!!!
    Były nawet dwa krokodyle: ten drugi nowszy, z jaśniejszego drewna. I rzeźba misia z beczułką w parku. I Neptun z ręką pod którą wkładało się głowę. Jesteś pewna, że ten lokal nazywał się "Kryształ?" Bo ja znam tylko jeden lokal z tamtych lat, który miał szafę grającą - "Czarny kot". Boże, jak ja kocham Międzyzdroje! Jeździłam tam co roku z mamą na wczasy, od kiedy skończyłam rok! Zakochałam się w starych, ale w końcu przekonałam też do nowych:) I tak jeżdżę z rodzinką w każde wakacje...

    OdpowiedzUsuń
  4. Hehe, Sewilla w Monopoly. Nie wiedziałam. :)
    Sewilla jest niesamowita pod każdym względem - architektury, widoków, kawiarenek, licznych patio, wąskich uliczek... I że do gór i do morza równie bliziutko.
    Często wracacie do tej Szwajcarii?

    OdpowiedzUsuń
  5. Oczywiście, że był krokodyl :)) To może ten, którego kojarzę jako wieloryba to właśnie był krokodyl? Wiem, że był taki grubszy i krótszy. Wtedy to chyba nawet nie mieliśmy aparatu, więc zdjęć mam niewiele :( Pewnie jak ktoś zrobił, albo od fotografa (mam właśnie w tej karocy i z małpą chyba, taki gość stał przy molo)
    Kojarzę "Kryształ", bo tak mówili moi rodzice, ja akurat nazwy nie pamiętam, tylko raczej wnętrze. Dzwoniłam dziś specjalnie do mojej mamy i ... ona nie jest pewna co do Kryształu (nawet dr.Google nie wie) ale mówi, że równie dobrze to mogła być Kryształowa. Obiecała, że jak będzie rozmawiać z tymi znajomymi z Międzyzdrojów to zapyta. Oni mieszkali na ul.Cichej, niedaleko głównej promenady.

    Ja też jeździłam co roku :)) Pierwszy raz to hmm muszę poszukać info. Najpierw mieszkaliśmy w takich domach wczasowych, chyba przydzielane były odgórnie, sama nie wiem, pamiętam stołówkę i zupę mleczną na śniadanie, której nienawidzę do dziś (tzn ciepłego mleka, błeee) Potem już mieszkaliśmy albo u tych znajomych, albo jak mieli zajęte to u kogoś innego na tej samej ulicy.
    Ale wracając do kawiarni. Posiedziałam na Google Street View, bo pamiętam, gdzie to było. Zaraz za Muzeum Figur Woskowych schodzi się w dół i jest taki park. Idąc parkiem, tak po przekątnej, kawiarnia była na rogu. Patrzę na mapę, że to ulica Krasickiego z lewego boku dawnej kawiarni a z drugiego już zaczyna się deptak.
    Pamiętam na rynku (chyba to wtedy był rynek) otworzyli taką budę z prawdziwymi amerykańskimi lodami: dwa smaki waniliowy i czekoladowy takie gęste, pyszne. Kolejna była tak duża, że czekało się ponad pół godziny. Ciągnęła się przez cały plac! Do tej pory pamiętam ich smak... eh

    Pisząc to tyle rzeczy mi się przypomina, już kończę, jeszcze jedno :)) Pamiętam też taki rok, chyba to był sierpień kiedy to była inwazja biedronek! My przyjechaliśmy już po i na ulicach leżały tysiące nieżywych owadów, niczym zamiecione liście jesienią wzdłuż wszystkich ulic. Ludzie opowiadali, że to było niesamowite, nie dało się wyjść, bo obsiadały cię biedronki (swoją drogą lepsze biedronki niż kurde np. osy czy pszczoły) Normalnie jak Ptaki Hitchcocka...
    Trochę się rozpisałam, ale fajnie tak wrócić sobie do wspomnień :)) Zwłaszcza jak ktoś też coś pamięta. Ostatnio byłam daaawno temu. Koniecznie muszę pojechać.
    W Hiszpanii najdalej zajechaliśmy za Barcelonę, ale kocham ten kraj, więc dzięki za polecenie miejsca :)
    Do Szwajcarii jeździliśmy co roku (przed narodzinami dziewczynek), ale że zawsze jeździmy pod namiot to czekaliśmy aż trochę podrosną, żeby je zabrać. W tym roku byliśmy z nimi pierwszy raz :)) Na pewno wrócimy jeszcze. Trochę niestety jesteśmy ograniczeni urlopami w pracy męża (ja mam swoją działalność) o finansach nie wspomnę, ale już odkładam do skarbonki :)
    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jezus! No nie wytrzymam! Zacznę od biedronek, bo 2 dni temu wspominałam to Tomkowi! Pamiętam doskonale! Biedronek było po kostki i strasznie gryzły! Nawet przy promenadzie otwarto specjalne punkty medyczne, takie namioty, właśnie z powodu tych biedronek! Do tej pory mam lekki uraz, chociaż wcześniej zawsze brałam na rękę, leć do nieba, przynieś chleba, i takie tam... :)
    My z mamą jeździłyśmy do pięknego domu wczasowego na ul Skłodowskiej, "Dom Pracy Twórczej i Wypoczynku". Sami aktorzy i reżyserzy tam przyjeżdżali. Stołówkę miałyśmy na deptaku w Posejdonie. Po likwidacji domów wczasowych, jeżdziłyśmy do znajomej mojej mamy, na... ulicę Cichą!!! Masakra jaki zbieg okoliczności!
    Doskonale pamiętam lody (to był rok 97 albo 98) - Americanosy. Kolejka przez cały plac (wówczas to był ryneczek). Jejku, mamy te same wspomnienia!
    Zastanawiam się czy jesteś dużo ode mnie młodsza... :)

    OdpowiedzUsuń
  7. No proszę, czytam i nie wierzę :)) Ale zbieg okoliczności! Naprawdę ostatnio opowiadałaś o biedronkach? No powiem ci, że to było tak dawno temu a ja od tej pory z niczym podobnym się nie spotkałam. Urazu nie mam, ale pewnie dlatego, że jak ja przyjechałam to ... wszystkie już nie żyły.
    Wow, to jednak wczasy na innym poziomie z reżyserami i aktorami. Ja co najwyżej spotykałam klasę robotniczą w Delfinie V ;)
    Naprawdę mama miała znajomych na Cichej? Matko, aż trudno uwierzyć...
    Ja pamiętam bardzo dużo, może przez to, że jednak jeździło się tam często, ale fajnie tak z czymś wyskoczyć kto też to pamięta, choćby takie biedronki :))
    Co do wieku, to nie podam publicznie, żeby nikogo nie odstraszyć, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdybyśmy były ten sam rocznik biorąc pod uwagę wszystkie zbiegi okoliczności ;) Ale takie info to na priv :D

    A może ktoś kto czyta te komentarze zna też Międzyzdroje stare i nowe? Myślę, że każdy z nas ma jakieś fragmenty układanki, które w całości tworzą obraz tamtego miasta sprzed lat. I to jest super!
    Pzdr

    OdpowiedzUsuń
  8. W Montreux spędziłam rok mojego życia. Wyjechałam tam zaraz po zdaniu matury. Miasto rzeczywiście piękne. Widoki cudowne. Wszystko co opisujesz widziałam na własne oczy. Byłam też na grobie Charlie Chaplina. Nagrobek jest bardzo skromny, położony na niewielkim cmentarzu na wzgórzu wśród drzew. Czytam Cię od jakiegoś czasu. Też jestem mamą adopcyjną, obecnie czekamy na nasze kolejne dziecko. Dziś przwołałaś takie wspomnienia że musiałam się ujawnić. Od mojej szwajcarskiej przygody minęło 14 lat, sentyment czuję do dzisiaj. Chyba czas tam wrócić... przeżyłam tam każdą porę roku. Latem kąpałam się w jeziorze na plaży tuż obok zamku. Jesień to szał kolorów, a takiego jarmarku świątecznego jak tam nie widziałam nigdzie indziej. A i jeszcze fajerwerki z okazji święta narodowego, dźwięk odbijał się od Alp, efekt nieziemski jakbym była w środku pudła rezonansowego. Ale się rozpisałam. Pozdrawiam. Agnieszka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszka! Bardzo dziękuję Ci, że postanowiłaś napisać. To jest dla mnie najmilsze, jeżeli poznam kogoś, że tak się wyrażę "osobiście" :) Zwłaszcza kogoś, kto też był w Szwajcarii i to tam mieszkał! Niesamowite :) A wiesz, że my prawie też tam zamieszkaliśmy? Tylko, że akurat miało to być w Lucernie. Wszystko już było pewne na jakieś 99%, ale potem jakby to pokazać obrazowo, szybki spadek z wysokiej góry. Strasznie to wszystko przeżyliśmy, ale ta historia też nauczyła nas, że wszystko ma jakiś sens. Wkrótce po tym zdecydowaliśmy się na adopcję, więc gdyby wszystko wyszło ze Szwajcarią, to nie miałabym dziś moich kochanych dzieci. Pozostaje nam więc wracać tam na wakacje. Może kiedyś odczarujemy też Lucernę, byliśmy 3 razy i za każdym razem coś było nie tak (łącznie z potworną burzą, gdy schodziliśmy z Pilatusa)

      My kąpaliśmy się w jeziorze w Lozannie i w Vevey. Tak czystego jeziora pomimo przepływających obok łabędzi to ja nigdy nie widziałam. Cisza, spokój, nie wiem jak Tobie, ale mnie nic więcej nie potrzeba :)

      Jarmark świąteczny to moje marzenie. Zazdroszczę, oczywiście pozytywnie :) Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś pojechać w tym okresie. Ah, rozmarzyłam się.

      Trzymam mocno kciuki za jak najszybsze pojawienie się kolejnego maleństwa. Długo już czekacie? Koniecznie się jeszcze odezwij, będzie mi bardzo miło. Każde doświadczenie kolejnej mamy jest na wagę złota.

      Pozdrawiam bardzo serdecznie! Rozpisuj się ile chcesz :) Po to jest przecież ten blog.

      Usuń