poniedziałek, 6 listopada 2017

Dziecko bezpieczne w domu



Ding-dong. Proszę!, słyszymy. Naciskam więc klamkę i białe drzwi otwierają się. Zostawiamy kurtki w szafie i przechodzimy dalej. Długi przedpokój prowadzi do dużego pokoju. Pomieszczenie zaskakuje mnie. Ściany pomalowane na biało, kanapa przykryta starym, brązowym kocem a na podłodze dywan w kwiaty. Po chwili moją uwagę przyciąga chyba nowa meblościanka. Ale coś mi w niej nie pasuje. Podchodzę bliżej. Wszystkie uchwyty zostały wyjęte, zostały po nich tylko małe otworki. Za szybą porozrzucane maskotki, kilka książek i zabawek. 
Zostajemy zaproszeni do stołu. Próbując usiąść na krześle napotykam na niespodziankę. Związane plastikowymi opaskami zaciskowymi, używanymi przez niektórych do przywiązywania kołpaków, uniemożliwiają swobodne ich rozstawienie. Siadamy więc blisko siebie i każde z nas próbuje znaleźć przestrzeń dla siebie do wypicia herbaty, którą nam podano. Na podłodze, na kocyku bawi się kilkumiesięczne dziecko. Rodzice siadają obok, próbując prowadzić z nami konwersację. Nie wytrzymujemy zbyt długo na powiązanych krzesłach, po paru minutach lądujemy więc na kanapie. Szczerze mówiąc brakuje mi tylko jednej rzeczy. Kaftanu bezpieczeństwa. Bo ten dom właśnie tak wyglądał. Jak szpital psychiatryczny.

Kiedy odbyliśmy tę wizytę, nie mieliśmy jeszcze swojego dziecka. Musieliśmy więc wysłuchać instruktażu dotyczącego przygotowania domu bezpiecznego dla niego. Pamiętam, że nie chciałam się wtedy kłócić, czy polemizować, nie miałam przecież żadnego doświadczenia, ale instynkt podpowiadał mi, że ten dom wcale nie był dobrze przygotowany... 

Jestem osobą, która uważa, że nie można przesadzać ani w jedną, ani w drugą stronę. Dom, który wygląda jak wariatkowo, w którym ściany prawie są wyłożone gąbką, żeby broń Boże dziecko nie nabiło sobie guza, jest dla mnie tworzeniem nienaturalnych warunków panujących w świecie. Co gorsza, od samego początku uczyłabym wtedy dziecko, że świat jest zbudowany z czekolady, problemy nie istnieją i niczym nie trzeba się przejmować.





Kiedy E. zaczęła się przemieszczać, zakupiliśmy w Ikei dwie fajne rzeczy: narożniki w postaci łapek, przyklejane tam, gdzie ewentualnie mogłaby na ostrym rogu stracić krew i nie tylko, oraz specjalne mocowania do drzwi, żeby sama nie mogła ich otworzyć. Narożniki oczywiście 20 razy musiały być codziennie przez nią odklejane, gdyż stanowiły smaczny kąsek w jej podbojach świata. Jeśli chodzi o zabezpieczenie drzwi to moja metoda, którą zaraz wam sprzedam, zadziałała rewelacyjnie nie tylko na nią, ale potem również na drugą córkę. Kiedy któreś z nas zapomniało zamknąć tego specjalnego "paska" na drzwiach, mówiłam do E. "Ojej, zobacz, ktoś zostawił otwarte. Co to teraz będzie!" Wzdychałam przy tym Och i Ach, a ona leżąc pod szafką, wiedziała po jakimś czasie, że szafka musi być zamknięta. Kiedy stanęła na nogi, sama zaczęła podchodzić do szafek i próbowała je zamykać na te zabezpieczenia przed dziećmi :) Miała nieco ponad rok, kiedy zaczęła ze złością mówić "Dziadzia", sugerując, że to dziadek (który z nami przecież nie mieszka) zostawił zabezpieczający pasek otwarty. Dzięki temu nigdy nie zaglądała do szafek i nigdy z nich nic nie wyciągała, nawet wtedy kiedy któreś z nas zostawiło coś otwartego. 
J. oczywiście reagowała tak samo, ba! nawet ze zdwojoną siłą, bo E. pokazywała jej z wymowną miną, że babcia i dziadek czy też tatuś (ciekawe, że nigdy nie powiedziały, że to ja zostawiłam hahaha) nie zamknęli szafki. Nie uwierzycie, ale do tej pory tak na nie reagują (cały czas są przymocowane), z tym, że teraz, gdy są otwarte, same je zamykają ;)

Nigdy dziewczynkom nie zabranialiśmy oglądania różnych rzeczy. Jeżeli coś je interesowało, to braliśmy je na ręce, pokazywaliśmy i tłumaczyliśmy do czego służy (tak jakby 6-miesięczne dziecko rozumiało instrukcję obsługi mikrofali ;)) Potem nauczyły się, że nie ruszają nic, tylko proszą o pokazanie. W mieszkaniu sprzątnęliśmy tylko jedną rzecz- szklany stolik, który uważaliśmy może zagrażać bezpieczeństwu dziecka. 

Na kolanach chodziliśmy po mieszkaniu sprawdzając, czy nie leży na ziemi coś, co mogłoby być niebezpieczne (moneta, drobne elementy), ale nigdy nie usunęliśmy innych przedmiotów, takich jak krzesła. Fakt, kiedy E. zaczynała chodzić, weszła pod stół i tam wstała uderzając się w głowę. Wspominałam ostatnio Lady Makbet, która właśnie jest na tym ciekawym etapie życia swojej córki, że są takie specjalne kaski dla dzieci do założenia w domu. Chyba się nie zdecydowała, muszę ją podpytać ;)

Dziecko nie raz się uderzy czy też zadrapie, myślę, że tego akurat nie da się uniknąć. Według mnie ważne, by nie zrobiło sobie prawdziwej krzywdy. Pościągaliśmy więc wszystkie długie serwety  ze stołu, pamiętaliśmy, by stawiać dalej wszystkie kubki, szklanki, szczególnie z czymś gorącym, a na kuchence zawsze odwracaliśmy uchwyt w drugą stronę, by dziecko nie złapało i nie ściągnęło na siebie. Wiadomo. Wszystkie detergenty i inne środki chemiczne też znalazły swoje miejsce wysoko na półce. To tylko kilka przykładów. 

Kiedy przeprowadziliśmy się do własnego domu, przed nami było jeszcze jedno wyzwanie - schody. Wszyscy znajomi z przerażeniem patrzyli na ilość stopni, zwłaszcza, że cztery ostatnie nie mają już ściany i barierki, na którą się nie zdecydowaliśmy. Od pierwszego dnia, uczyliśmy E. po nich wchodzić i schodzić. Wiedziała, że samej jej nie wolno, że ma zawsze być z kimś, zamontowaliśmy specjalną poręcz na niższej wysokości, by mogła się trzymać. Kiedy uznaliśmy, że nabyła tę umiejętność w stopniu bardzo dobrym, pozwoliliśmy jej wchodzić/schodzić samodzielnie, ale zawsze była asekurowana. Kiedy J. zaczęła chodzić, też uczyła się pokonywać schody od samego początku i udało jej się to dużo wcześniej niż siostrze, która wychowała się w bloku z windą. Już jako dwulatka śmigała w górę i w dół. 
Na piętro kupiliśmy specjalną barierkę/drzwiczki, która miała być zamontowana, by dziewczyny same nie schodziły np. w nocy. Do tej pory stoi nie odpakowana. Mój mąż wymyślił coś lepszego, a mianowicie zastawiamy wejście ogromnym obrazem. Dziewczynki od początku mają przykazane, że jeśli on tam jest, to schodzić nie wolno. Zdarzyło się jednak, że J. spadła ze schodów. Nie wtedy kiedy wchodziła, czy schodziła, ale kiedy... siedziała. Schyliła się do przodu po coś i nie utrzymała równowagi. Na szczęście nic się nie stało.

Przyznam wam szczerze, że gdy E. była mała, bardzo bałam się sytuacji, w której musiałabym ratować jej życie (np. gdyby się zadławiła) Na YouTube oglądałam kilkanaście raz filmik instruktażowy, jak postępować w różnych sytuacjach, ale nie wiem, czy umiałabym pomóc mojemu dziecku, gdyby taka sytuacja miała miejsce. Mam nadzieję, że tak. 

W domu, który opisałam wam na początku mojego posta, a był to dom kogoś z rodziny mojego męża, mimo wszelkich starań, by uchronić dziecko przed jakimkolwiek niebezpieczeństwem, miał miejsce taki incydent. W domu były dwie córki. Kiedy młodsza dziewczynka skończyła ok. 2 latka, weszła po kanapie na parapet i założyła sobie na szyję sznurki od rolet. Kiedy rodzice weszli do pokoju, już na nich wisiała i ledwo oddychała....
Przewidzieli wszystko, ale nie to. I najgorsze jest to, że jej siostra, która miała wtedy ponad 4 lata, nie zareagowała. Nie zareagowała, bo nie miała pojęcia, że jej siostra robi coś, czego nie powinna. Dlatego ja tak strasznie zwracam na to uwagę, by dzieci miały świadomość zagrażającego im niebezpieczeństwa. Kiedyś przecież będą same chodzić do szkoły i nie wyobrażam sobie, żeby nie potrafiły pewnych rzeczy przewidzieć i wyobrazić sobie konsekwencji. Obecnie zdarza się, że starsza przybiega, ciągnie mnie za rękę i krzyczy, że siostra np. stoi na krześle i wygląda przez okno. Wie, że może spaść, bo nie raz o tym im mówiłam (krzesło w moim biurze jest kręcone) 

Dom na pewno trzeba przygotować na moment, kiedy dziecko zaczyna się przemieszczać, ale według mnie nie można dać się zwariować. Im więcej zakazanych owoców, tym bardziej dzieci będzie ciągnęło, by je zerwać. I to nie tylko w domu. W końcu przecież wyjdą z tego chronionego "zamku" i będą musiały żyć normalnie.

-Zdejmij to, bo się udusisz, krzyczy E. wczoraj do siostry, która założyła sobie na szyję pasek od torebki. Nie wiem, czy wie, co to znaczy udusić się, ale wie, że to coś niebezpiecznego i na szyję zakładać nic nie wolno.










17 komentarzy:

  1. Ileż to razy Bobo zaliczyło jakąś stłuczkę...a ile jeszcze przed nim! Nie zabezpieczamy domu w ogóle - pokazujemy i tłumaczymy aż do bólu gardeł ;) A najważniejsze to po prostu pilnować - ale nie jak gestapo tylko po prostu spokojnie zerkać czy wszystko ok. Niestety dzieci i tak nie da się w 100% upilnować i każda matka przed tym drży, ale nie mamy już niestety na to wpływu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no właśnie. Człowiek się nagada, ale właśnie to przynosi efekty. Ja jako dziecko non stop chodziłam z plastrami na nogach :D masz rację, że upilnować się nie da, ale chociaż można uczulić na pewne rzeczy. Historia, którą opisałam jest prawdziwa, dobrze, że nic się nie stało, więc jak widać, nie da się w 100% zabezpieczyć domu. Wyobraź sobie ci sami ludzie, przyszli do nas z rewizytą i potem nas obgadali, że to był ostatni raz jak przyszli, bo nasz dom "jest nieprzyjazny dziecku" Tia, no heloł nie mieliśmy wtedy dzieci, to trudno, żeby był. Poza tym to ich obowiązek, żeby dziecko w gościach pilnować...
      Czyli rozumiem, że i wy kasku nie kupiliście :P:P

      Usuń
    2. Nie, chociaż był moment, kiedy ten kas też wydał mi się kuszący ;)
      Dom nieprzyjazny dziecku?! WTF?! Może mogliście rozwinąć na podłodze i ścianach materac?
      Tak czy tak, nie ma co żałować tej znajomości ;)

      Usuń
  2. I my mamy takie łapki :) I to chyba jedyne zabezpieczenie w naszym domu, może poza swetrami na stołach, o tym za chwilę. W poprzednim miejscu zamieszkania często żartowaliśmy, że urządzając je zupełnie nie myśleliśmy o tym, że w przyszłości pojawi się tam dziecko. Niskie meble z wystającymi elementami w dodatku przykryte taflą szkła. Dość ostre uchwyty. Drzwi przesuwne. Narożniki musieliśmy od razu zabezpieczyć. Uchwyty odkręcić. Na szczęście nie doszło do bliskiego spotkania z nimi, raczej z podłogą. Pamiętam oburzenie teściowej na siniaki Tygrysa. Chyba powinnam była biegać za nim z poduszką. Kilka dni później została z Młodym na chwilę, wróciliśmy do domu, a ten miał siniaka we wszystkich kolorach tęczy. Nie ochronimy dzieci przed urazami, choć powinniśmy zabezpieczyć otoczenie, ale wszystko z głową. W obecnym domu mamy dwa stoły z naprawdę ostrymi rogami i to ściętymi tak, że łapka i inne zabezpieczenie na nic się zdają. Także na stole mamy grube swetry. I co? Tygrys zaczepia się o własne nogi na podłodze i ląduje z impetem, raz tak, że martwiliśmy się o zęby. Raz mało nie wyłupiłam Synkowi oka kijem od mopa (do dziś mam ciarki na wspomnienie). W sekundzie znalazł się za mną. Nie dziwię się, że najwięcej wypadków jest w domu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matko, historia z mopem niczym z horroru :D nie dziwię się, że masz złe wspomnienia za każdym razem jak sprzątasz (mam nadzieję, że nie będzie Ci się przypominała ta historia do końca życia ;))
      Myślę, że my dorośli nie jesteśmy w stanie ogarnąć wyobraźni dziecka, możemy sobie pozabezpieczać różne rzeczy, które nam się wydają groźne, ale jak to mówią, można utopić się w łyżce wody, a dzieciaki mają takie pomysły, że nie sposób ich przewidzieć.
      A nie możecie położyć na tym stole jakiejś serwety zamiast swetrów?
      Ciekawa jestem co teściowa powiedziała jak przyszłaś po Tygrysa a on z takim tęczowym siniakiem hahaha. Kiedyś E. przyniosła takiego ze żłobka i pani się bardzo tłumaczyła, że to moment, że coś tam się potknęła i uderzyła się, chyba bała się o moją reakcję, ale ja jej mówię, że ok, żeby się nie przejmowała, bo to normalne. Odetchnęła z ulgą, więc domyśliłam się, że rodzice chyba miewają pretensje o to.
      Tak mi się teraz przypomniało, że jak byłam mała, to jak coś sobie zrobiłam i bolało, to dorośli mówili "Byłaś przy tym?" Nienawidziłam tego. Po pierwsze nie miało sensu to pytanie, a po drugie wolałabym dostać w bolące miejsce całuska ;)

      Usuń
  3. Wszystkich okazji do zrobienia sobie kuku i tak się nie przewidzi. Siniaki są nieodłączną częścią dzieciństwa, a żaden dorosły nie wyszedłby cały z tego co potrafią przejść dzieci...
    A najbardziej fascynuje mnie dziecięca zdolność do rozkręcania wszystkiego co tylko się da rozkręcić.

    Pozdrawiam
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co jest jeszcze fascynujące? Że potem dorosły nie potrafi tego skręcić! hahaha.
      Kiedyś moi znajomi musieli zanieść dekoder do punktu, bo sami nie potrafili go włączyć, po tym jak syn dopadł do pilota i innych guzików ;) Jak moje dziewczyny coś postukają na klawiaturze to często odkryją jakieś ciekawe jego funkcje. Ja pytam męża "Ty, wiedziałeś, że tak można?" :))

      pzdr.

      Usuń
    2. "A najbardziej fascynuje mnie dziecięca zdolność do rozkręcania wszystkiego co tylko się da rozkręcić" "Że potem dorosły nie potrafi tego skręcić!"
      Jak Wy pięknie opisaliście codzienność Księżniczki! ;)

      Usuń
    3. Przynajmniej się rozwiniecie jeśli chodzi o skręcanie "nierozkręcalnego" ;)

      Usuń
  4. Ja w ogóle nie zabezpieczyłam domu. Staram się cały czas mieć Tamalugę na oku. Refleks też mi się już wyrabia:) Wiem też, gdzie lubi pchać łapki, po co sięgać, a co jej w ogóle nie interesuje, albo szerokim łukiem omija (np. kratki w chodniku). Pewnie, że nabija sobie guzy, bo jest strasznie żywiołowa - większość przytrafia się na moich oczach. Wczoraj byliśmy z nią w sali zabaw, w tym mięciutkim gumowym labiryncie. Położyliśmy się z Tomkiem na dole i patrzyliśmy na Tamalugę jak zasuwa. To było cudowne uczucie, tak nie musieć za nią biegać :D
    Co do zepsutego dekodera, to synek mojej znajomej, w czasach magnetowidów - właśnie jeden zepsuł. Zanieśli go do naprawy, a facet wyjmuje ze środka... resoraka. Gdy wrócili do domu, mały już od progu dopytywał się "gdzie galaź"? :D :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahaha "Gdzie galaź" Piękne :D
      Prawda, że refleks się wyrabia? Też tak sądzę. To trochę jak jazda autem, gdzie musisz mieć ograniczone zaufanie do innych kierowców i przewidzieć ich ruch. Był taki okres w życiu moich dziewczynek, że goniły się dookoła kanapy i w którymś momencie starszą ponosiło i popychała J. Strasznie się wtedy bałam, że ją pchnie na kaloryfer itp., więc jak już zaczynały kombinować to musiałam być w pogotowiu i przenieść "zabawę" w inny wymiar.

      Jejku super są te place zabaw! (choć to podobno siedlisko bakterii, ale nam się nie zdarzyło zachorować po pobycie tam) Siedzisz i delektujesz się bawiącym się dzieckiem :)))

      Usuń
  5. Kasku nie kupiliśmy, liczymy, że teść załatwi Księżniczce od razu prawdziwy wojskowy hełm :D
    Zabezpieczyliśmy za to kontakty, bo mała namiętnie pcha do nich paluszki. A tak się złożyło, że nasz "pan remontowy" zaszalał i mamy tych gniazdek więcej, niż potrzeba, w dodatku sporo tuż nad podłogą. Myślę też o kupnie ochrony narożników, chociaż Księżniczka najczęściej uderza głową w takie powierzchnie, które nie za bardzo da się czymkolwiek zabezpieczyć.
    Mówiłaś mi już o tym "bezpiecznym domu", ale dalej nie umiem sobie wyobrazić łączenia krzeseł paskami... i czemu to niby miało służyć? Ewentualnie dziecko przewróciłoby na siebie 2 zamiast jednego.
    Razem z P. oglądaliśmy kiedyś regularnie "Dextera" (serial o seryjnym mordercy, może kojarzycie). Dexter przed każdym zabójstwem dokładnie zabezpieczał miejsce zbrodni przezroczystą folią, żeby nie zostawiać śladów. Czasem żartujemy, że powinniśmy w identyczny sposób potraktować nasze mieszkanie (a folię ściągnąć za 18 lat - dodaje właśnie P.), żeby to je chronić przed Księżniczką, a nie na odwrót ;)
    Też uważamy, że dziecko musi się trochę potłuc i poprzewracać, oczywiście pod kontrolą. Jak inaczej ma się nauczyć unikania niebezpieczeństw?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że oni sami nie wiedzieli po co to robią :D ale skoro całe mieszkanie tak wyglądało, to krzesła nie mogły stać luźno... Powinnam jeszcze dodać, że do kuchni dzieci miały bramkę, więc w ogóle nie weszły, a w swoim pokoiku tylko materacyki, nawet łóżek nie było (i to chyba nie ze względu na brak funduszy) Moim dziewczynom zdarzyło się spać z łóżeczka, ale daleko nie poleciały. Łóżeczko jest niskie, na podłodze dywan i puzzle piankowe, tyle że może się przestraszyły. Zawsze jakby coś można też kupić taka barierkę ochronną.
      Z folii się nie śmiej, u mojego kolegi z liceum kilka rzeczy było w folii! Kanapa, bo nowa, pilot od tv itd. Pomyślcie więc ;) Jeśli do tego będzie to folia bąbelkowa, to zabawa na całego :D

      Usuń
    2. Izzy, to jest genialne! Sprzedam ten patent Pawłowi, jak tylko wróci z pracy... i zamawiamy folię bąbelkową :)

      Usuń
    3. Hehe, już sobie to wyobraziłam! Księżniczka czołgająca się w hełmie wojskowym po ziemi, na hełmie jeszcze liście dla niepoznaki i przy okazji "pykająca" folię bąbelkową :D
      To jak spełnienie marzeń ;)

      Usuń
  6. Przy dzieciach wypadki są nieuniknione - choćbyśmy nie wiem co zrobili, żeby je przed nimi uchronić. U nas niejeden raz już polała się krew, bo Bąbel nawet przez 5 minut w miejscu nie usiedzi i wiecznie się na coś wspina, a potem z tego skacze, jakby był co najmniej Spidermanem ;) Niestety nie jest - więc nie zawsze ląduje tak, jak powinien ;) Warto doglądać, pilnować, przestrzegać - ale zamykanie dziecka pod kloszem i drastyczne ograniczanie jego swobody może przynieść więcej złego, niż dobrego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku jak pierwszy raz zobaczyłam krew u starszej (przegryzła sobie wargę upadając) to mało co sama nie zemdlałam :D
      To widzę, że też macie wesoło. Ale chyba wiesz, wolę w tę stronę, bo z takimi dziećmi można coś porobić, czymś je zainteresować. Choć tak jak piszesz, trzeba doglądać, pilnować, przestrzegać, nagadać się do upadłego ;)
      Tak jak wspomniałam historia jest autentyczna. Mało co a doszłoby do tragedii...

      Usuń