czwartek, 11 lipca 2019

O tym jak zostałam świętą dzięki adopcji.


Wśród czytelników bloga są zarówno rodzice adopcyjni jak i biologiczni, pary oczekujące na spełnienie marzenia oraz takie, które dopiero przygotowują się do procedury. Gdybym jednak poprosiła was dzisiaj o zdefiniowanie, kim są dla was ludzie adoptujący dziecko, co byście odpowiedzieli? Jakich użylibyście określeń w stosunku do osób, które z pełną świadomością decydują się na przyjęcie pod swój dach bądź co bądź obcego dziecka?

Czy dla was, biologiczni rodzice, jesteśmy odważni? A może zdolni do większej miłości? A wy, jeszcze przed decyzją co dalej, podziwiacie nas? Chcielibyście być może być na naszym miejscu, by mieć to za sobą i cieszyć się wreszcie życiem? A wy, oczekujące na ciążę, adopcja to dla was abstrakcja, więc myślicie, że kobiety, które na nią się zdecydowały są zdesperowane, czy wspaniałe? No i wreszcie wy, rodzice adopcyjni. Uważacie, że jesteśmy bohaterami? Kimś lepszym, bo jesteśmy w stanie pokochać dziecko, które nie zostało zrodzone z nas, czy wręcz przeciwnie, nie czujesz się mamo adopcyjna prawdziwą kobietą, bo nigdy nie byłaś w ciąży, nie nosiłaś dziecka pod sercem, nie karmiłaś piersią?


O naszej decyzji o adopcji wiedzieli tylko najbliżsi. Opowiadałam wam już kiedyś o tym, jak tamtego pamiętnego wieczoru we Włoszech, kiedy to zadzwonił TEN telefon, wpadłam do domku znajomych i mówię, że my wracamy, bo urodziło nam się dziecko. Mina bezcenna. Co sobie wtedy pomyśleli? Tego nie wiem, ale gdy zaczęłam informować innych o tym fakcie, nie spotkałam się z żadnym negatywnym komentarzem z ich strony. Raz tylko usłyszałam: "A nie boicie się chorób?", ale, gdy zapytałam, czy znajoma nie boi się, że jej dziecko poważnie zachoruje, na tym zakończyła się nasza dyskusja. Zaobserwowałam jednak pewien trend. Nagle stałam się dla wszystkich kimś innym, jakby lepszym człowiekiem. Dalsi znajomi przechodzili ze mną na "ty", oferowali pomoc, bardziej mi ufali. A przecież tak naprawdę byłam dokładnie tą samą osobą co przed wakacjami, kiedy to jeszcze nie byłam mamą. Dla ludzi z różnych środowisk, po adopcji staliśmy się kimś, kto zasługuje na podziw i uznanie. Kimś, kto był na tyle wspaniały, by wychowywać cudze dziecko. I nawet wiem skąd się to bierze. Bo o adopcji ciągle jest za mało, ciągle ludzie mają mylne o niej wyobrażenie i ciągle mijają się z prawdą. Myślą, że nasze rodzicielstwo często ogranicza się do wychowywania obcego dziecka, które może być trudno w przyszłości zatrzymać przy sobie. Ludziom otwierają się oczy dopiero wtedy, kiedy zaczynam zadawać pytania dotyczące relacji w rodzinach biologicznych. I nagle okazuje się, że w swoim gronie każdy z nich ma multum przykładów ludzi, biologicznie związanych ze sobą, ale nie mających kompletnie żadnych więzi. Często brat nie rozmawia z siostrą, a matka nie interesuje się losami syna, czy córki. Zaczynają wtedy rozumieć mechanizm. Ale i tak pozostaję dla nich bohaterką. "Ja bym chyba tak nie potrafiła", słyszę. 

Ostatnio pisałam wam o tym, że w przedszkolu nie powiedzieliśmy o adopcji, gdyż uznaliśmy, że nie ma takiej potrzeby. Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie rozpowiadam o tym fakcie wszem i wobec. Właśnie dlatego, że nie chcę, by wynoszono mnie na piedestały i robiono ze mnie świętą. Gdy kilka tygodni temu wyznałam prawdę pewnej koleżance, która stwierdziła: "No teraz to już w ogóle urosłaś w moich oczach" I niby dlaczego? Dlatego, że otworzyłam serce na inny sposób posiadania dzieci? Ona akurat należy do tych osób, które poświęcają dziecku bardzo dużo czasu. Nie rozumiem więc, dlaczego ja, jako człowiek, ja, jako matka, nagle jestem lepsza od niej... 
I właśnie dlatego nie opowiadam o adopcji. Bo ja nie czuję się lepsza i na pewno nie jestem święta. Zauważyłam jednak, że niektóre kobiety mają bardzo dużą potrzebę zwierzania się, że są mamami adopcyjnymi i podkreślania tego faktu na każdym kroku. I  tak się zastanawiam, czy dzięki temu dowartościowują się? Czują się lepiej? Mają wyższe poczucie własnej wartości? Kompletnie tego nie pojmuję. W ten sposób stawiają siebie za wzór rodzica czekając, aż inni zaczną ich naśladować. Tak jakby na siłę chciały pokazać innym (a może sobie?), że niczym nie różnimy się od rodzin biologicznych.

Kim więc jest rodzic adopcyjny? Jest normalnym człowiekiem, który ma dziecko w nieco inny sposób. A wśród rodziców są różni ludzie, są spokojni i są porywczy, są bardziej inteligentni i prości, niewykształceni. Adoptujemy z różnych powodów. Dla jednych będzie to potrzeba serca, dla innych spełnienie marzeń o rodzicielstwie, dla jeszcze innych wypełnienie pustki w życiu. Ale sam fakt adopcji nie czyni nas lepszym człowiekiem. Może, ale nie musi. Dlatego warto zastanowić się, kim jest po prostu dobry rodzic. Bo dziecko faktycznie potrafi uszczęśliwić i potrafi zmienić nas i nasze priorytety o 180 stopni. 

I tak sobie myślę, że tu na blogu piszę wam o naszej rodzinie, o tym jak wychowuję dzieci, o tym jak mija nam czas, jak dziewczynki dorastają. Oczywiście nie ukrywam faktu adopcji, bo chyba mijałoby się to z celem, właśnie po to przecież jest ten blog;) Ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że mogłabym coś pisać, by ludzie mnie podziwiali. 
Osobiście jednak podziwiam takich ludzi, którzy postanowili poświęcić swoje życie i adoptowali dziecko niepełnosprawne ruchowo czy umysłowo, dziecko chore, wymagające stałej opieki. Podziwiam ich za to, że każdego dnia pracują nad tym, by kiedyś te dzieci choć w części mogły cieszyć się tym, czym dzieci zdrowe. Podziwiam też tych, którzy spełniają marzenia śmiertelnie chorych dzieci. Czasem nawet zabierają w dalekie podróże, by choć ten jeden raz mogły doświadczyć szczęścia. A ja? Ja jestem zwykłą mamą, która na co dzień nie myśli o tym jak moje dzieci do mnie trafiły. Prowadzę normalne, zwykłe, czasem nawet nudne życie. Podchodzę kolejny raz po lustra, by upewnić się zanim puszczę ten post. Nie. Aureoli nie ma. 



19 komentarzy:

  1. Izzy, Ty dawno lustra nie myłaś :) Aureola jest, widziałam sama, ale raczej nie zaświeciła się w momencie uprawomocnienia wyroku adopcyjnego. Ba, myślę, że adopcja nie ma nic do tego. Albo się ma otwarte serce i umysł, albo nie.
    Większość osób, które tak podziwia rodziców adopcyjnych robi to naprawdę szczerze. Widzę ile czasu musiało minąć, by mój mąż przekonał się do adopcji. Kiedyś i on był wśród tych co podziwiają, a kto by pomyślał, że za chwilę znajdzie się po drugiej stronie lustra i to z wielką ochotą.
    Myślę, że ludzie "podziwiają" naszą postawę za to że adopcja wymaga pójścia na większe kompromisy niż rodzicielstwo biologiczne.
    Mnie jedynie denerwuje myślenie "podziwiających", którzy adopcję rozumieją jako zlitowanie się nad biedną sierotką. Tylko my wiemy, że to nie rodzice ratują opuszczone dziecko, a często ono ratuje nas.
    Ale z Waszym podejściem do informowania o adopcji zgadzam się w 100% i chciałbym móc postąpić choćby w przedszkolu tak samo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, Lidio, Ty wiesz jak mnie rozbawić ;) Uwierz mi, nie ma, to co widziałaś to atrapa :P Kiedyś moja pani z ośrodka powiedziała, że nie każdy nadaje się na rodzica. Trzeba mieć to coś i chyba to właśnie takie otwarte serce i umysł o którym piszesz. Pewnych rzeczy można się nauczyć, tak jak ja mogę nauczyć się tańca baletowego, ale primabaleriny ze mnie nie będzie ;) To tak, żeby zobrazować. I pani nie mówiła tego tylko o rodzicach adopcyjnych.
      I właśnie Lidio mnie drażni ta postawa jak to trafnie określiłaś "litości nad sierotką" Bo wiem doskonale, że faktycznie adopcja dziecka może wzbudzać emocje, ale zobacz na ten mechanizm. Ta koleżanka o której wspomniałam, tylko stwierdziła, że urosłam w jej oczach. Ale tak naprawdę nic w naszych relacjach się nie zmieniło, nadal się lubimy i tyle. Denerwuje mnie jednak gdy z kimś nie jestem blisko, a w momencie informacji o adopcji nagle przechodzimy na "ty" i ktoś chce się ze mną przyjaźnić bliżej. A co? Wcześniej nie byłam taka fajna? Nie wystarczająco dobra, żeby zasłużyć na bliższe relacje? Tego właśnie nie bardzo rozumiem.

      Usuń
  2. W trakcie samej procedury i tuż po niej epitet "adopcyjni" miał dla mnie o wiele większe znaczenie niż obecnie. Jesteśmy z P. rodzicami i tyle. Do świętości nam daleko (chociaż, nie powiem, Księżniczka wydobywa z nas pokłady cierpliwości, o jakie byśmy sami siebie nie podejrzewali ;) ). Bohaterami nie jesteśmy, bo niby dlaczego? Nasza córka jest NASZA, pasujemy do siebie jak puzzle tej samej układanki. Pewnie, czeka nas jeszcze wiele trudnych chwil związanych z odkrywaniem przez małą jej pochodzenia, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej się przekonuję, że sporo rodzin biologicznych kryje o wiele większe sekrety niż adoptowane dziecko... Kim są zatem rodzice adopcyjni? Mamą i tatą, ot co.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie do tego samego wniosku doszłam. W zasadzie w wielu rodzinach coś jest. Moja koleżanka na przykład ukrywa, że była już wcześniej mężatką. Na moje pytanie, czy córka nie domyśla się czegoś (to już duże dziecko, chodzi do szkoły), nie zadaje pytań widząc zdjęcia ze ślubu cywilnego to mówi, że nie da rady jej powiedzieć i jakoś ją zbywa. Rozumiem, że trudno jej powiedzieć wprost, że tata nie był pierwszy, ale z drugiej strony kiedyś się dowie i ciekawa jestem, czy mała nie poczuje się oszukana trochę, że całe życie żyła w nieświadomości. No chyba, że będą ją oszukiwać. W rodzinie koleżanki wiele osób nie wie (tych po jego stronie), że ona jest po rozwodzie. Także każda rodzina coś tam ma.

      Usuń
  3. Ludzie bardzo często podchodzą do pewnych spraw bardzo powierzchownie. No bo często jest tak, że ktoś nigdy nie był w danej sytuacji i nawet nie wyobraża sobie Twojego położenia a potrafi wystawić swoją ocenę - i może tutaj ta ocena nie jest mylna, jednak oparta na niewłaściwych kryteriach, bo... bo faktycznie za mało mówi się o adopcji - zarówno o samej procedurze jak i powodach adopcji - bo niektórzy mają wewnętrzną potrzebę, aby adoptować dziecko, ale prawdę mówiąc większość par podejmuje taką decyzję w związku z niemożnością posiadania biologicznych dzieci, co nazywa się niepłodnością, o której również za mało...

    A dzisiaj, kiedy jesteś już "duchowo wyleczona", bo masz wspaniałe córki tylko uśmiechasz się i w sumie ignorujesz taki komentarz typu "urosłaś w moich oczach", ale kiedy byłabyś przed procedurą - wyczerpana, sfrustrowana, pragnąca i niemogąca, i ktoś by Ci tak powiedział to czy nie miałabyś ochoty takiej osoby wtedy ostro i zdecydowanie "uświadomić", że pieprzy głupoty i co tu podziw w ogóle ma do rzeczy? :/

    Ehhh zresztą ja sama kiedyś miałam w sobie taki szacun do takich osób jak Ty izzy, ale życie uświadomiło mi, że to wszystko nie wygląda tak jak myślałam i że adopcja (tak jak i leczenie niepłodności) jest głęboka, głębsza niż się wydaje, że płynie z serca, że to się po prostu czuje i że napewno nie ma to nic wspólnego ze zbawianiem świata i podziwianiem przez innych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, mnie się wydaje, że szacunek dla drugiej osoby, matki, nie powinien mieć nic wspólnego z tym, czy ktoś adoptował dziecko, urodził, czy może pomaga wychowywać (np. babcia, partner, koleżanka) Jeżeli Ty na przykład widzę jak zajmujesz się małą, starasz się, robisz to czy tamto, to dlaczego nie mogę powiedzieć wow, ale ta Aga to ma prawie aureolę, wspaniała z niej mama. To tak, jakbym ja robiła coś więcej niż Ty, no bo ja ADOPTOWAŁAM a Ty TYLKO urodziłaś, phi, też mi filozofia urodzić. Ja to jestem KTOŚ ;) Wiesz o co mi chodzi. Może faktycznie potrzeba tej otwartości serca do adopcji dziecka, w sensie do samej decyzji, ale jeśli maluch jest w miarę zdrowy i nie po wielkiej traumie to nasze życie wygląda tak samo. Trochę inaczej jest, gdy faktycznie dziecko wymaga poświęcenia, wyprowadzenia "na prostą" Można podziwiać takie osoby, że tak wspaniale radzą sobie z tymi dziećmi. Ale też widziałam wielu biologicznych rodziców cudownie zajmujących się swoimi biologicznymi dziećmi, gdzie z troską i zaangażowaniem oddają się swoim pociechom. Nie z obowiązku, że "moje dziecko to jakie mam inne wyjście"

      Usuń
    2. Oczywiście, że się zgadzam, na szacunek zasługuje każdy, bez względu na to w jaki sposób stał się rodzicem, ile dzieci posiada i w ogóle bez wzgledu na wszystko, a właśnie głównie ze względu na to JAKIM JEST RODZICEM, w jaki sposób zajmuje się dzieckiem/dziećmi, jakie ma z nimi relacje, podejście (a'propos w moim przypadku urodzić to akurat była duża filozofia hehe 😂😂😂)
      Ale tak poważnie mówiąc to to chyba tak działa zawsze, bo tak sobie teraz myślę, że gdybym ja otwarcie powiedziała o tym w jaki sposób zostałam rodzicem to zapewne znaleźliby się tacy, którzy mają o tym pojęcie i poklepaliby mnie po ramieniu mówiąc, że "mają szacun, bo to trudne leczenie i trudna procedura", ale tak samo byłoby wielu takich, w których oczach bym "wiele straciła", bo przyjmowanie takich ilości hormonów to nienaturalne (tak, znałam osobę, która miała taki pogląd), a poza tym przecież in vitro w ogóle nie jest naturalne, pewnie niemoralne i w ogóle niewiadomo co jeszcze... To tak samo jak wielu ludzi ocenia rodziny pod wzgledem ilości dzieci i różnicy wieku - jak jest jedno dziecko to za mało, to pewnie rodzice są wygodni, jak więcej niż troje to na 100% wpadli albo lecą na kasę 500+ (bo nikt nie bierze pod uwagę że ktoś zwyczajnie może CHCIEĆ mieć tyle dzieci), jak duża różnica wieku to komentarze, że w ogóle jeszcze im się chce siedzieć w pieluchach, a jak mała różnica to że w ogóle pewnie wpadka albo szok, że tak szybka ciąża i w ogóle że hardcore...
      Także wydaje mi się po prostu, że zawsze ludzie będą patrzeć powierzchownie i napewno będą wystawiać oceny wg swoich własnych kryteriów.

      Usuń
  4. Izzy czytałaś mój "wywiad"? Szumnie tak go zwę, bo tak naprawdę prosiła mnie o niego moja znajoma, która pisze o macierzyństwie i niezwykłych mamach. Gdy zapytała mnie, czy z nią pogadam, bardzo się zdziwiłam, no wcześniej rozmawiała z mamą wcześniaka, z mamą dziecka niepełnosprawnego itp. Powiedziałam jej, że ja przecież jestem po prostu mamą. Ale dla niej nie byłam taką zwykłą mamą, dla niej byłam mamą bohaterką... Trochę tych ludzi rozumiem, mimo że sama nie czuję się wyjątkowo i święta to ja na pewno nie jestem 😂Wykorzystałam tę rozmowę na opowieść o adopcji i obalenie kilku mitów 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że czytałam :)) Wychodzi na to, że każda mama to inny rodzaj mamy ;) Mama adopcyjna to dopiero początek,bo jest jak piszesz mama wcześniaka, mama dziecka niepełnosprawnego, mama samotna, mama dziecka z ADHD i tak dalej i tak dalej. Dochodzę więc do wniosku, że to nie różne rodzaje mam tylko każda z mam ma... inne dziecko :) My jesteśmy ich mamami i to w sumie tyle. Mnie się wydaje, że jeżeli ktoś ma wielkie oczekiwania wobec swojego dziecka, to faktycznie może się rozczarować rodzicielstwem. Jeśli czeka z otwartym sercem to nie ważne w jaki sposób przyjdzie dziecko i jakie ono jest. Jest naszym dzieckiem a my jego mamą i tatą :)) Sama możesz najlepiej to potwierdzić.

      Usuń
  5. No i to się nazywa świadome macierzyństwo. Nie z przypadku jak wielu rodziców tylko świadome przemyślane chciane i zabiegane...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, potwierdzam, świadome, przemyślane, chciane i nieźle wybiegane przez tyle lat :)) Z jednej strony chciałabym mieć tak, że zachodzę w ciążę od samego patrzenia na chłopa (są takie hahaha) a z drugiej ominąłby mnie cud, którego doświadczyłam czyli bycie mamą moich słodziaków :))

      Usuń
  6. Czyli jak w litanii do Wszystkich Świętych pojawi się wezwanie do św. Izzy to będzie o Tobie? ;-) .

    A tak na serio to ja mogę wyróżnić następujące typy reakcji na adopcję ludzi innych niż nasza bliska rodzina:

    1. Neutralnie życzliwy – sąsiedzi, dalsi znajomi, nasze lokalne środowisko, większość znajomych w pracy. Nikt się tym specjalnie nie interesował. Pogratulowali, uśmiechnęli się, pochwalili jakie śliczne dzieci. Czasem ktoś (głównie jakaś starsza pani) powie, że tworzymy fajną rodzinę i miło się na nas patrzy. Myślę, że podtekst adopcyjny w tym jest ale nie jest on znaczący. Tak samo mówi o rodzinie z czwórką dzieciaków, takiej co ma się drugie urodzić itp. więc się uśmiecham, dziękuję i idę dalej.

    2. Życzliwie zainteresowani – nasi bliżsi znajomi, którzy wspierali nas w czasie oczekiwania i po. Pytali jak wygląda procedura, ile może potrwać itp. To były całkiem miłe rozmowy.

    3. „O Boże ja bym tak nie mogła” – usłyszałam chyba dwa razy od dziewczyn w pracy. Jedna – sama matka 3 córek do samej adopcji właściwie nic nie miała ale, że CHŁOPCA!!! Nie chłopca to ona by nie dała rady wychować. Więc ja jestem mega dzielna i odważna, że się zdecydowałam. Druga bezdzietna, trochę ode mnie starsza. Nie wiem czy bezdzietna z wyboru, świadomie bezdzietna bo się nie udało, czy sfrustrowana bo się nie udało. I tej to naprawdę nie wiedziałam co odpowiedzieć – bo tak naprawdę to chciałam powiedzieć „No widzę, że nie mogłaś” ale bałam się, że to będzie zbyt obcesowe. Coś tam mruknęłam, że dziecko jak dziecko i że dla nas to właściwie była jedyna droga i rozmowa się skończyła.

    4. „O Boże ja bym tak nie mogła bo nie wiadomo kogo się do rodziny przyjmuje” – pozostawię bez komentarza bo na szczęście tekst nie trafił na mnie tylko na moją teściową, która chciała się podzielić radością z nowego wnuka.

    5. Co oni sobie z tą adopcją wymyślili, przecież i tak im nikt nie uwierzy – to dziecko takie do niej podobne. Po co to się tak lansować? – to reakcja jakiejś mega dalszej rodziny po tym jak mignęliśmy im z dzieckiem na cmentarzu we Wszystkich Świętych. Kuzynka nam przekazała bo z nią się podzielili tą światłą myślą. Czyli że pewnie chcielibyśmy być jak Brad i Angelina ;-) .

    Najlepsze zostawiłam na koniec

    6. Właściwie to wybrałaś łatwiejszą drogę do macierzyństwa – bez mdłości w ciąży, uroków porodu i połogu. To mój kolega z pracy (sam ojciec 2 dzieci) rzucił w kategorii żartu na imprezie integracyjnej w gronie jeszcze kilku innych osób. Na szczęście zachowałam przytomność umysłu i powiedziałam „Owszem. Mój mąż też jest bardzo zadowolony. Do tego jego ojcostwo jest w 100% pewne bo stwierdzone prawomocnym postanowieniem sądu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Bo wiesz w przypadku dzieci biologicznych to jednak tylko domniemanie prawne, które zawsze można obalić ;-)”. Mina rozmówcy bezcenna ale atmosfera się rozluźniła, wypiliśmy za zdrowie wszystkich dzieci i więcej do tematu nie wracaliśmy. A z kolegą relacje mam całkiem dobre, pracujemy razem kilkanaście lat i w sumie to on wie, że z tą adopcją to nie takie hop, siup.


    A ja – no cóż jestem po prostu mamą. Czasem całkiem fajną, czasem trochę gorszą ale mamą. Ciąża nigdy nie była dla mnie celem samym w sobie a raczej standardową drogą do bycia rodzicem. Już sporo przed ślubem wiedziałam, że będzie mi trudno w nią zajść i trudno utrzymać. Rok po ślubie wiedziałam, że szanse są naprawdę małe. Być może ta wiedza też wpłynęła na brak efektu naturalnych starań. Tak więc miałam czas przywyknąć i zaakceptować, że mdłości, wielki brzuch, poród i połóg to nie będzie moja bajka. Nawet kiedyś jedna lekarka zwróciła uwagę na to jak spokojnie do tego podeszłam kiedy po usg relacjonowała mi jak fatalny jest stan moich narządów rodnych. Ale ja już wtedy na szczęście byłam po drugiej stronie lustra i wiedziałam, że rzeczone narządy to już do niczego mi nie są potrzebne.

    Miłego tygodnia.

    Aglaia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aglaia, idealnie to opisałaś. Nic dodać nic ująć. Gość od "łatwiejszego" macierzyństwa mnie rozwalił, choć może pamiętasz takiego mojego posta, w którym pisałam, że miałam pogadankę z innymi mamami ze żłobka, kiedy to stwierdziły, że w życiu nie chciałyby się starać o 3 dziecko (ciąża, poród, połóg ble...), ale za to chętnie by adoptowały. Takie gotowe dziecko ;) Nie powiem, trochę mnie przytkało, gdy zapytały, czy mogłabym adoptować :D:D
      Tak sobie myślę, że chyba lepiej (mogę się mylić), gdy od początku wiesz, że możesz mieć problemy z zajściem w ciążę, bo gdzieś podświadomie przygotowujesz się do innych rozwiązań. A ja? Zdrowa, nic mi nie dolega, młoda, mąż jeszcze młodszy, kochamy się bardzo, jesteśmy szczęśliwi i co? I zonk ;) Niepłodność idiopatyczna. Tak miało być, wiem to, ale co tu ukrywać, łatwo nie było.
      Mnie najbardziej wkurza kategoria ludzi o której napisałam przy okazji komentarza do Lidii. Nagle po adopcji staję się kimś innym, wartym bliższych stosunków, tak jakby słowo "adopcja" oznaczało: ona jest fajna, uczciwa, dobra czy Bóg wie co jeszcze.

      Ale wiesz co, z adopcją chłopca chyba coś jest, bo jednak ludziom się wydaje, że z dziewczynką są mniejsze kłopoty i łatwiej nawiąże się więź. Prawda jest jednak taka, że to chłopcy łatwiej przechodzą nad adopcją "do porządku dziennego" a dziewczynki według statystyk (tak dowiedziałam się w oa) częściej szukają biologicznych rodziców i są bardziej uczuciowe (jak to dziewczynki)

      Dla Ciebie i całej rodzinki również udanego i pięknego tygodnia :))

      Usuń
  7. Wydaje mi się, że ludzie niezwiązani z tematami adopcyjnymi podchodzą dość stereotypowo do myślenia o wychowywaniu chłopców i dziewczynek. Dziewczynka to ta spokojna, posłuszna co to godzinami lalki czesze. Chłopiec to żywioł, który trzeba opanować, podarte spodnie, bójki z kolegami itp., itd. Każdemu kto tak myśli pożyczyłabym na tydzień najpierw syna, potem córkę (takich powiedzmy 1,5 rocznych). Chociaż myślałam, że syn w tym wieku był żywiołowym dzieckiem (i ciągle jest) to jednak przy córce był to wyjątkowo spokojnie usposobiony bobas. Boję się pomyśleć jaka będzie córka w wieku tak ok. 3-3,5 lat, który to okres pamiętam jako skrajnie trudny w relacjach ze starszym. Do tego dochodzi standardowy stereotyp świetnie wyrażony chyba w „Wieży z klocków” – „dziewczynka to co najwyżej k… zostanie, chłopiec jeszcze Panią siekierą zabije”. Nikt z zewnątrz nie patrzy na ewentualne podejście samego dziecka do faktu adopcji, opuszczenia przez RB itp. Największe tendencje do przypinania mi aureolki mieli chyba właśnie współpracownicy. Na szczęście niedługo po tym jak wróciłam z urlopu wychowawczego jedna z koleżanek też adoptowała dziecko, na dodatek świadomie zdecydowała się na dziecko starsze, mocno obciążone (biologiczne rodzeństwo dziecka, które już miała). Wtedy, zasłużenie, przekazano jej aureolę a ja świecę już tylko światłem odbitym ;-) .

    Pamiętam jak opisywałaś tę żłobkową rozmowę. Kiedyś jeszcze zanim zgłosiliśmy się do OA byłam świadkiem podobnej. Myślę, że takimi ludźmi nie kierują złe intencje po prostu nie wiedzą, że na niemowlaka szans by pewnie nie mieli a jakby im powiedziano, że co najwyżej mogą adoptować dziecko starsze być może z deficytami, o istnieniu których nie mieli pojęcia to oczka by im się trochę otworzyły. Przestali by się użalać nad rodzicami, którym dzieci odebrano z przysłowiowej biedy (bo to nigdy nie jest samoistny powód interwencji), wykazali by mniejsze zrozumienie dla rodziców, którzy latami bezsensownie „walczą” o dzieci. Może wizyta w OA na coś by się takim ludziom przydała choć być może nie wyszliby z niej usatysfakcjonowani.
    Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Kurde, miałam coś napisać, ale przeczytałam w komentarzu powyżej "Dziewczynka to ta spokojna, posłuszna co to godzinami lalki czesze" i tak się oplułam kawą, że musiałam zmienić bluzkę. :D
    Izzy, no cóż ja mogę dodać, masz rację, ale tak już jest. Oczywiście uświadamianie ludzi na temat adopcji jest bardzo potrzebne, ale nie wiem, czy zmieniłoby podejście tych, co czynią z was święte. O innych reakcjach, w. wymienionych nawet nie wspomnę, bo szkoda nerwów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie potwierdzam, że dziewczynki są spokojniejsze :P Moja młodsza córka była idealnym niemowlęciem, spokojniutkim tak do 7 miesiąca. Teraz śmiejemy się, że się szykowała i zbierała siły :D
      Myślę, że to właśnie stereotyp, że z dziewczynkami łatwiej się dogadać. Mnie wydaje się, że to zależy od wielu czynników, między innymi z jaką przeszłością przyszło do nas dziecko.

      Usuń
  9. Jak to NIE MA AUREOLI?!
    Przecież nie zatłukłaś mnie krakowskim obwarzankiem po barkowym maratonie! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, racja Dziubasowa, ten obwarzanek to była jedyna aureola jaką mogłam sobie założyć na głowę :P
      A Ty wiesz, że Misia nie zjadła tego i schowała w pudełko na lunch, które cały czas było w aucie? Znalazła kilka dni temu, twarde takie, że jakbym tą "aureolą" komuś przywaliła, to na pewno w tym samym dniu zobaczyłby kilku świętych :P

      Usuń
  10. No to jakby akurat zginął młotek, będziecie mieć czym wbijać gwoździe w ścianę :)

    OdpowiedzUsuń