Adopcja,  Dziecko,  Niepłodność

Motywacja do adopcji.

Właściwa motywacja do adopcji to wyjście poza siebie i swój własny egoizm.

Dziś wracam do tematu decyzji o adopcji oraz związanej z nią motywacji, jak to przyjęło się określać. Dla jednych adopcyjna droga do posiadania potomstwa jest naturalna, gdy po pewnym okresie starań ciąży brak, dla innych jest to długotrwały proces polegający na głębokiej analizie i prowadzący do pierwszego kroku jakim jest złożenie dokumentów w wybranym ośrodku.
Kiedy 7 lat temu zapytano mnie dlaczego pragnę adoptować dziecko, moja odpowiedź brzmiała pewnie podobnie do innych- nie posiadam biologicznego potomstwa, a w moim domu i sercu jest miejsce dla dziecka, które zostało porzucone przez swoich rodziców. Pogodziłam się ze swoją niepłodnością i jestem otwarta na inną drogę do rodzicielstwa. Wtedy wydawało mi się to proste, logiczne i całkowicie zrozumiałe. Dziś  jednak wiem, że motywacja do adopcji to coś więcej niż moja gotowość do zmiany drogi, którą podążam. To coś więcej niż akceptacja dziecka z całym jego bagażem. Z czystym sumieniem, po tych iluś latach mogę powiedzieć, że każde macierzyństwo, nie tylko adopcyjne, to przede wszystkim rezygnacja z części siebie, w egoistycznym tego słowa znaczeniu. Na każdym kroku podkreśla się wprawdzie, że dziecko zmienia wiele, ale nie powinniśmy zapomnieć o sobie, my też jesteśmy ważni. To prawda. Jesteśmy ważni. Ale najważniejsze jest dziecko, bo decydując się na adopcję to nie to samo co zdecydować się na ciążę. Dlatego też, należy odpowiedzieć sobie na kilka pytań:


* Czy zaakceptuję dziecko w pełni i bezwarunkowo?
* Czy będę je kochać tak, jak kochałabym/kochałbym swojego biologicznego potomka?
* Czy logistycznie dam radę udźwignąć opiekę nad dzieckiem, które nawet nie mając obciążeń może często chorować?
* Czy finanse pozwolą nam na rehabilitację dziecka i inną pomoc medyczną? (niestety same chęci nie wystarczą)
* Czy choć dziecko jest zdrowe fizycznie dam radę udźwignąć jego traumy psychiczne? (np.przemoc, molestowanie)
* Czy poprowadzę dziecko w dążeniu do prawdy o swoim pochodzeniu?
* Czy będę w stanie na jakiś czas zrezygnować z własnych przyjemności jeżeli będzie taka potrzeba?

W czasie sprawy o przysposobienie zostałam zapytana przez sędzię, czy będę dobrą mamą. Odpowiedziałam, że myślę, że tak, na co ona kontynuowała: Myśli pani, czy będzie pani? Tak, będę, tym razem stwierdziłam zdecydowanie. Odpowiedzi na podane przeze mnie pytania mogą wam się więc wydać oczywiste, ale niestety praktyka pokazuje, że jest inaczej. Wiele osób dość szybko przerasta jednak liczba obowiązków, jakie wiążą się z posiadaniem potomstwa adopcyjnego. Pamiętajmy, że większość z nas ma za sobą życie we dwoje i dziecko, choć upragnione, zmienia je całkowicie. Czasem bardzo trudno taką zmianę zaakceptować i odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jeśli do tego dochodzą jeszcze sprawy związane z zdrowiem, spełnione marzenie może okazać się zbyt dużym obciążeniem. Starsze dzieci, bardzo często przy preadopcyjnym kontakcie są miłe i kochane. Prawdziwy sprawdzian zaczyna się wraz ze wspólnym życiem. Gdy nagle nowi rodzice wyznaczają granice, przekazują swoje wymagania, dziecko może się buntować, pomimo, że nadal pragnie mieć mamę i tatę. Dlatego też musimy być w pełni przekonani do swojej decyzji, na sto procent, nie mniej.


Przez te ostatnie lata poznałam wiele rodzin adopcyjnych, na kursach pary dopiero w trakcie procedury i powiem wam jedno: nie każdy dobrze rozumie, czym jest właściwa motywacja i jakie konsekwencje niesie za sobą. Dlatego szczerze i bez lukru powiem wam, że wtedy, kiedy my zgłosiliśmy się do ośrodka, nie miałam pojęcia jak ważne jest to, co mówię teraz. Nie było i nadal nie jest łatwo wychowywać dwoje dzieci w podobnym wieku. To ogrom pracy od rana do wieczora, ale moje dzieci są cudowne i poza problemami i troskami jakie ma każdy rodzic, nie mogę narzekać, ponieważ nie mają obciążeń, są mądre i w niczym nie ustępują rówieśnikom, a nawet często prześcigają je w rozwoju. Ale co gdyby takie nie były? Gdybym od początku musiała jeździć na rehabilitację, znosić zachowanie wynikające np. z niewykrytego wcześniej FASu, czy poradziłabym sobie z traumą dziecka? Chcę wierzyć, że tak by było, bo kocham je bardzo mocno, ale jedno jest pewne. Nasze życie wyglądałoby już zupełnie inaczej. Być może zamiast na weekend majowy za granicę musielibyśmy wyjechać do sanatorium? Być może nie mogłabym pracować, bo dziecko wymagałoby opieki w domu? Mam taki jeden przykład mamy, która zrezygnowała z pracy dla adoptowanego dziecka, ponieważ uważała, że przedszkole jest dla dziewczynki zbyt dużym obciążeniem po tym co przeżyła w swojej rodzinie biologicznej. Na szczęście sytuacja rodzinna pozwalała na taki właśnie krok.


W internecie wielu rodziców adopcyjnych zachęca, by nie bać się przysposobienia dziecka, że jest to cudowna miłość, której nie wymieniliby na nic innego. I w zasadzie tak jest, mogę potwierdzić. Ale adopcja to nie litość i żal jaki czuję patrząc na dziecko nie mające rodziców. To nie wystarczy. Widząc zdjęcie, czy czytając pewne historie, ludzie są gotowi pod wpływem chwili otworzyć swoje serca. Dziecko pragnące mieć dom będzie słodkie i rozkoszne, ale w rzeczywistości może okazać się agresywne i wybuchowe niosąc ze sobą bagaż poprzedniego życia. Mało się mówi o trudnych adopcjach, tak samo jak zbyt mało mówi się o problemach w rodzicielstwie biologicznym. A prawda jest taka, że pewne rzeczy po prostu ludzi przerastają. Oczywiście kochają swoje dzieci, ale to rodzicielstwo zamiast być radością, staje się udręczeniem. Dlatego też podejmując decyzję o adopcji, czy będąc już na etapie akceptacji propozycji dziecka, nie myślmy o potencjalnych problemach w kategorii “jakoś się ułoży”, czy “damy radę, kto jak nie my”, bo tak to nie działa. Problemy będą na pewno, bo na tym polega naturalne przystosowanie dziecka do życia, ale pytanie jak my sobie z nimi poradzimy. 


Właściwa motywacja to podstawa. Podstawa by dziecko mogło zbudować swoje życie na nowo z naszą pomocą.  To nie dziecko ma sprawić, że poczujemy się szczęśliwi. To my mamy działać tak, by ono czuło się szczęśliwe, a co za tym idzie i my. To my mamy uleczyć dziecko z jego ran, a nie ono ma przyjść i wypełnić pustkę powstałą po braku biologicznego potomka. 


Nie staram się zniechęcić was do adopcji, jedynie przekazać realny obraz tego, co być może was czeka. Podejmując więc decyzję o przyjęciu dziecka na wychowanie, pomyślmy, czy jesteśmy w stanie stworzyć mu taką rodzinę, jaka byłaby dla niego najlepsza. Po tych 7 latach jestem pewna, że nie każdy nadaje się na rodzica adopcyjnego. Powiem więcej. Nie każdy nadaje się na rodzica…


A teraz z życia wzięte, czyli kilka przykładów niewłaściwej motywacji z jakimi spotkałam się osobiście:


* Mąż nie mógł dać kobiecie dziecka, dlatego namówił ją do adopcji, myśląc, że w ten sposób wynagrodzi jej brak potomstwa. Adopcja zakończyła się rozwiązaniem. 

* Państwo potrzebowali chłopca do pomocy na roli. Nie otrzymali kwalifikacji. Nie umieli zrozumieć dlaczego.


* Małżeństwo po 50, które do tej pory nie chciało dziecka zorientowało się, że są coraz starsi i niedługo zostaną sami, nie będzie miał kto się nimi opiekować. Chcieli adoptować niemowlę. Otrzymali kwalifikację i słuch po nich zaginął. Nie wiadomo, czy wycofali się z adopcji, czy poszukali dziecka na własną rękę.


* Para uważała, że świat na tyle jest zły, że nie ma sensu wydawać na niego swojego potomstwa. Postanowili, że będą ratować te dzieci, które już są. Nie byli małżeństwem. Zostali odrzuceni przez ośrodek z powodu braku kwalifikacji i niewłaściwej motywacji.


* Małżeństwo posiadające swojego biologicznego syna chciało spełnić swoje marzenia o córce. Na ciążę było już za późno, dlatego też zdecydowali się na adopcję. Po początkowej euforii, córka nie spełniła ich oczekiwań


* Młode małżeństwo bezskutecznie stara się o dziecko naturalną drogą. Nie mogąc się doczekać adoptują, po czym pani zachodzi w ciążę. Dziecko adopcyjne zostaje odsunięte na bok.

Kluczem do udanej adopcji jest zrozumienie, że nie polega ona na tym, by podać swoje kryteria, do których ośrodek adopcyjny dopasuje dziecko, ale to nasza wola, by przyjąć to dziecko, które właśnie teraz potrzebuje rodziny.

12 komentarzy

  • olitoria

    "Najważniejsze jest dziecko" – zgadzam się całkowicie. Nigdy nie rozumiałam kobiet, które nie zamierzają zmienić niczego w swoim życiu, które słowo "poród" mają wciśnięte w notesie między dentystę, a kosmetyczkę, które nie mogą się doczekać aż wrócą do pracy. Nie mam na myśli sytuacji, gdy ze względów finansowych do tej pracy wrócić muszą. Mam na myśli kobiety – a znam takie – które już na porodówce dzwoniły do firmy i przebierając nogami nie mogły się doczekać powrotu. Sorry, ale to jest nienormalne. Nie decyduj się na dziecko, urodzenie czy adopcję jeśli nie możesz poświęcić mu czasu. Tacy ludzie nie powinni nawet przygarniać zwierzaka, a co dopiero wchodzić w macierzyństwo, bo jakoś to będzie i samo się wychowa.

    • izzy

      Dokładnie kochana, zgadzam się w 100%. Ale rozejrzyj się. Ja daleko nie patrząc mogłabym z łatwością wymienić kilka rodzin, w których dziecko sobie a rodzic sobie. Nie mówię o patologii, ale o tym, że dziecko w normalnych rodzinach zaczyna przeszkadzać w tym, żeby mieć życie takie samo jak kiedyś. No niestety, wakacje już zawsze będa wyglądać inaczej niż wtedy kiedy byliśmy sami, sobotnie poranki również. Ja nie wiem po co ktoś decyduje się na dziecko a potem oddaje do żłobka, mimo, że sam nic nie robi! (spotkałam taką mamę adopcyjną) Albo jeszcze jedna gwiazda, która odpowiada, że jak adoptuje to zatrudni nianię, żeby robiła za nią “brudną robotę” Kurczę, no albo żyjemy w rodzinie królewskiej, albo chcemy wychować dobrze dziecko i poświęcić mu swój czas. Jak ja słyszę, że dziadkowie w zasadzie codziennie są z dzieckiem do wieczora, bo oboje rodzice pracują, to pytam, po co im było dziecko? Czy w ogóle jest dla niego miejsce w ich życiu? Rozumiem, że trzeba pracować itd., ale według mnie robienie kariery zawodowej i macierzyństwo nigdy nie idą w parze. Nigdy. A potem dziwić się, że dziecko ma większą więź z opiekunką niż z matką. Pisząc to przypomniał mi się jeden z moich ulubionych filmów polskich “Kogel Mogel” 😀 Pamiętasz Piotrusia jak rozpruł Misia? I jaki miał stosunek do rodziców i do pani Kasi? :D:D

      • olitoria

        Pewnie, że pamiętam ten film 🙂
        Ten kafelkarz co mi robił łazienkę, to też się wygadał, że dziecko ma w przedszkolu, a żona siedzi i paznokcie robi, bo jest kosmetyczką. Myślę sobie, ok, zarabia na życie, ale nie. Okazało się, że ona robi paznokcie SOBIE. Dziecko 4 lata, ciągle pielucha(!), mleko z butelki, mało kontaktowe, nie przystosowane. Serce boli, gdy się tego słucha. A pinda siedzi na dupie i dzieckiem nie umie się zająć.
        Wiesz co jeszcze? Zauważyłam, że ten powrót do pracy “prosto z porodówki” to jakiś trend w ogóle! Ludzie się tym szczycą! Zauważ jak wiele blogów, artykułów jest na ten temat. Propaguje się bycie mamą pracującą, ale jak zwykle przegięcie w drugą stronę – mamę robiącą karierę. Kariera jest dla ciebie wszystkim? To po cholerę ci dziecko? Chcesz udowodnić, że można? Komu i po co?! Nie rozumiem tego.

        • E.

          Ale przecież przedszkola nie są tylko dla rodziców pracujących, którzy nie mają co zrobić z dziećmi, tylko dla wszystkich dzieci, by mogły przebywać z innymi dziećmi i uczyć się zasad życia w społeczeństwie.
          Co to znaczy dziecko nieprzystosowane? Chore, zaburzone? To tym bardziej, mając orzeczenie o niepełnosprawności, właśnie w przedszkolu będzie mogło realizować terapię, która jest temu dziecku potrzebna.
          Może czasami nie oceniajmy pochopnie, bo dziecko z niepełnosprawnością, w różnym wieku nabywa różnych umiejętności i wcale to nie zależy wyłącznie od rodziców. Pozdrawiam.

          • izzy

            Myślę, że Olitorii chodziło o to, o czym napisałam w odpowiedzi dla niej. Że właśnie niektóre mamy ani nie wysyłają do przedszkola dziecka, by mogło uczyć się z innymi dziećmi, ani nie zajmują się nimi w domu. Olitoria sama ma starsze dziewczynki, które do przedszkola nie chodziły, ale zajmowała się nimi właśnie mama. Takiej sytuacji, w której pani siedzi na paznokciach (oczywiście nie cały czas, to tylko przykład ;), a dziecko nie ma wspomagania rozwoju i np. w wieku 4 lat nadal nosi pieluchę to trochę słabo. Sama byłam świadkiem takiej sytuacji, w której mama dużego już dziecka (no może nie 4 lata, ale 3 z hakiem co najmniej) mówi do koleżanki, że ona nie uczy dziecka nocnika, bo jej wygodniej, żeby sikało w pieluchę….
            Wiesz, z tymi przedszkolami to ja sama nie wiem co myśleć. Z jednej strony zgadzam się z Tobą, że jest ono dla wszystkich, ale z drugiej taka sytuacja. Moja znajoma jest dyrektorką przedszkola, z tym, że w innym mieście, ale to nie ma znaczenia. W jednej z grup mają dziecko z jakąś tam chorobą, które terroryzuje rówieśników, bije ich, a samo np. wali głową w ścianę. To dzieje się szybko, trzeba go pilnować, nie wiadomo kiedy wybuchnie. Ma chyba też FAS z tego co pamiętam. Rodzice nie zgadzają się, by syna przenieść do specjalnej placówki, bo chyba nawet takich nie ma, nie wiem, ale w każdym razie chcą, żeby był “normalny” Inni rodzice piszą zażalenia, ale cóż można zrobić. Nauczycielki muszą sobie radzić, ale nie jestem pewna, czy takie dziecko powinno być w tej grupie. Jak mówiłam nie znam się, po prostu tak się zastanawiam co lepsze.
            Pzdr

        • izzy

          Dokładnie. Znam takie mamy, które nie pracują, ale właśnie po to, by zająć się dzieckiem, poświęcić mu czas. To ich wybór. Nie uważam też, żeby trzeba “rezygnować z siebie”, ale na pewno nie kosztem dziecka. My pomimo tego, że sporo jesteśmy razem, bo jak dziewczynki wracają z przedszkola to i mąż i ja już nie pracujemy, nie jest tak, że cały czas temu dzieciom organizujemy czas. Niech też się rozwijają same, niech bawią się w co chcą, to przecież nie szkoła. Na przykład jak widzę sąsiada, który wyrywa chwasty, a dzieci siedzą w domu to nie rozumiem czegoś. Czasem wyjdą to je przegania, bo “przeszkadzają” No na pewno plączą się pod nogami, ale kurczę, przecież można część prac zrobić z dzieckiem, niech też uczy się, że życie to nie same przyjemności. Ostatnio dziewczyny ze mną malowały. Dałam im wałek i mówię malujcie jak chcecie (wiedziałam, że i tak trzeba pociągnąć farbą 2 razy) Trochę pomalowały a potem poszły się bawić i wcale nie przeszkadzały. Wczoraj parowały z tatą skarpety, miały nawet konkurs, której uda się więcej par znaleźć. Także ja uważam, że trzeba otworzyć nasze życie dla dziecka, zaangażować je, a nie robić wszystko, by nie przeszkadzało i trzymało się z daleka. One tak się cieszą jak coś podadzą, zamieszają, przyniosą. Jeśli się tego nie nauczą teraz to na pewno jako nastolatki śmieci z przyjemnością nie wyniosą 😉 Ta mama, o której pisałam w poście, że zrezygnowała z przedszkola, bo wolała sama z córką pracować w domu, zajmowała się sprzedażą Avonu. Kurczę ile obie miały radości zamawiając i przygotowując kosmetyki dla klientek. Da się? Da, tylko trzeba chcieć, prawda?

  • Aniutek

    Dziękuję Ci za ten post. Warto sobie uświadamiać to o czym napisałaś każdego dnia, bo człowiek często żyje wyobrażenia i, mrzonkami, a jak wiemy, rzeczywistość i Ten na Górze wywracają to wszystko do góry nogami. Ważne rzeczy Izzy, ważne!

    • izzy

      Aniutek, jak ja słyszę od ludzi czekających na telefon, że już nie mogą się doczekać, kiedy dziecko przyjdzie i rozweseli ich życie, to ręce mi opadają. Oczywiście rozumiem, że dziecko samo w sobie to ogromne szczęście, ale jeżeli ktoś nastawia się, że to ono przyjdzie, by “naprawić” mój świat, to można się bardzo pomylić. Wtedy pojawia się rozczarowanie, bo maleństwo nie śpi, krzyczy, nie chce jeść, a starsze dziecko kradnie, czy buntuje się i kłóci. A przecież to ja mam mieć otwarte serce, by przyjąć do siebie dziecko, pomóc mu i pokazać właściwą drogę w życiu. Może mieć mniejsze traumy (np. niemowlę) lub większe, gdy będąc w rodzinie biologicznej przeżyło tyle, ile żaden z nas dorosłych nie doświadczył. Na dodatek ostatnio ciągle słyszę jakieś historie o źle dobranych rodzinach zastępczych, w których trauma dziecka trwa, tylko inaczej.
      Najgorsze w tym wszystkim jest to, że te wszystkie dzieciątka niczemu nie są winne. Są konsekwencją złych wyborów dorosłych. Dlatego tak ważne jest, by nauczyć je, że pomimo tego, że zostały odrzucone to są wartościowymi ludźmi. Rodzice ze złą motywacją na pewno tego nie zrobią….

  • Anonimowy

    Izzy, podpisuję się pod każdym Twoim słowem w tym poście!
    Już samo pojawienie się dziecka, po wielu latach poukładanego życia we dwoje, wywala ten świat do góry nogami. A co dopiero pojawienie się dziecka adopcyjnego, które od pierwszych chwil pokazuje Ci, że nie chce kolejnej zmiany w swoim życiu.
    Jako mama adopcyjna z kilkuletnim stażem, mogę szczerze napisać, że nie byłam przygotowana na taką rewolucje w moim życiu. Owszem, pragnęłam dziecka, o adopcji myślałam już jako nastolatka i była to dość naturalna dla mnie decyzja, ale i tak długo nie mogłam odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Córka była bardzo wymagającym dzieckiem. Ja nie mogłam od tak sobie, zebrać się i gdzieś z nią pojechac, bo nowe miejsca, bodźce powodowały, że wpadała w histerie.
    Nigdy nie była standardowym dzieckiem (o ile takie istnieją:) i dopiero, jak poznaliśmy przyczynę jej zachowania, odetchnęliśmy z ulgą. Przestałam się czuć złą matką, bo inne dzieci potrafią to i to. Skupiliśmy się z mężem nad tym, by nasza córka dostała to, czego najbardziej potrzebuje – nasz czas i odpowiednią rehabilitację. Musieliśmy przeorganizować swoje życie, ustalić nowe priorytety. I tak, zrezygnowaliśmy na kilka lat z wyjazdów na urlopy. I nie będę ukrywać, że nie było we mnie buntu. Był. Było też przemęczenie, a przecież dzielimy się z mężem w opiece nad córką.
    I myślę, że te uczucia nie są złe. Ważne co się zrobi z nimi dalej.
    W tej chwili jestem pogodzona z niepełnosprawnością mojej córki. Nie porównuję jej do nikogo. Dla mnie jest idealna. Kocham ją całym sercem. I nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej nie być. Na pewno ważne jest tu wsparcie najbliższych. My mamy szczęście, bo dziadkowie uwielbiają swoją wnuczkę i nie podważają naszych metod wychowawczych. Mamy też wsparcie w terapeutach. Można się wygadać, spojrzeć na niektóre sprawy z innej strony.
    Myślę, że nawet będąc na kursie, człowiek patrzy na wszystko przez różowe okulary. Niby gdzieś słyszy o problemach, które mogą się pojawić, ale myśli, że jego to nie będzie dotyczyć.
    Izzy, myślę, że pytania które tu napisałaś powinny padać na szkoleniu i każdy kandydat na RA powinien sobie szczerze w sercu na nie odpowiedzieć.
    E.

    • izzy

      Droga E. Bardzo dziękuję Ci za ten komentarz, szczery i prawdziwy. Pokazujesz, że to co napisałam to nie bajki i straszenie potencjalnych kandydatów, ale na prawdę coś, o czym warto pomyśleć wcześniej. Jeżeli podejdziemy świadomie do tego rodzicielstwa adopcyjnego w sensie odpowiedzialnie weźmiemy dziecko ze wszystkimi potencjalnymi konsekwencjami i zagrożeniami, to dostarczy ono nam tyle radości co nic innego. Zresztą sama o tym piszesz jak było u Was. U mnie też minęło trochę czasu zanim nauczyłam się tej nowej rzeczywistości. Kiedy pojawiła się na świecie nasza córka, wszyscy pytali jak tam, czy jesteśmy szczęśliwi itd. i pomimo, że byliśmy, to nie podlega nawet dyskusji, to nie było łatwo. Córka fizycznie była zdrowa, ale jest dzieckiem wymagającym i trudno za nią nadążyć. Zawsze tak było. Na dodatek pojawienie się siostry sprawiło, że zamiast radości macierzyństwa pojawiło się tak jak u Was zmęczenie o którym piszesz. Z czystym sumieniem mogę napisać, że nie doświadczyłam takiego macierzyństwa w różowych okularach, nawet spacery były koszmarem. A gdyby do tego doszły problemy zdrowotne to naprawdę można się załamać. Dlatego bardzo podoba mi się to co napisałaś, że te wszystkie nasze odczucia nie są złe, tylko ważne co się z nimi zrobi dalej. Przecież nie da się tak do końca przygotować na niepełnosprawność czy chorobę. I to co mówisz, wsparcie. To takie ważne. Ileż to razy słyszymy, że dziadkowie obwiniają swoje dzieci za adopcję jeśli są jakieś problemy, otoczenie wytyka palcem zamiast pomóc, fachowej opieki brak.

      Wszystkiego dobrego dla Waszej rodzinki! Dużo siły, miłości i cierpliwości. Pozdrawiam cieplutko 🙂

  • Aglaia

    Myślę, że większość z tych pytań powinien sobie zadać każdy kto planuje rodzicielstwo chociaż pewnie niewiele osób to robi 😉 .

    My być może zostaniemy uznani za dziwnych ale nie odczuliśmy pojawienia się dzieci jako rewolucji w naszych życiu raczej odbieraliśmy to jako ewolucję, kolejny etap, na który byliśmy po prostu gotowi. Pewnie jakiś wpływ miało to, że dzieci były małe i nie wymagały ponadstandardowych działań. Co nie znaczy, że nasze dzieci są wyjątkowo łatwe we współżyciu – tego raczej bym nie powiedziała, szczególnie o jednym z nich. Oczywiście pewne aspekty życia uległy dość znaczącej zmianie (tak, tak – o tych sobotnich leniwych porankach chyba jeszcze na długo możemy zapomnieć tak samo jak o spontanicznych wyjściach do kina na zasadzie wyszliśmy z pracy to zobaczmy gdzie i co grają 😉 ale to raczej pikuś przy problemach, które mogłyby się pojawić. Chociaż nigdy nie wiadomo jaka bomba może na nas jeszcze spaść.

    Rzeczywiście dużą pomocą jest też wsparcie otoczenia – jak mówi bodajże afrykańskie powiedzenie “potrzeba całej wioski żeby wychować dziecko” i jeśli mamy wspierające otoczenie to naprawdę życie staje się łatwiejsze. Gdy patrzę na relację moich dzieci z dziadkami czy innymi członkami rodziny to naprawdę cieszę się, że przyszło mi żyć w takim otoczeniu bo te relacje dla rozwoju dziecka są naprawdę bezcenne.

    • izzy

      Myślę, że nie ma czegoś takiego jak uczucia dziwne 😉 Każdy ma po prostu swoje. Jedna z par, które poznałam, całkiem niedawno adoptowała roczne dziecko i dla nich świat stanął na głowie, bo zaczęła się rehabilitacja, jeżdżenie po lekarzach, pomimo, że dziecko nie jest jakoś bardzo obciążone, lecz wymaka nazwę to wyprowadzenia. Także wszystko zależy. Jedni płaczą przy pierwszym kontakcie, a ja nie płakałam. Pojechałam poznać a potem odebrać moje dziecko, więc podeszłam do tego tak zwyczajnie. Pomimo, że jestem wrażliwą osobą. Także myślę, że każda reakcja jest normalna. U nas jakoś się może nie wywróciło, ale dziecko było przeziębione, nie chciała spać, płakała, a jej charakterek w postaci chcę wszystko od świata, ale jeszcze jestem za mała, by to dostać objawił się od początku, więc nie było łatwo 😉 Dla mnie ważna jest dobra motywacja, a potem tak jak napisała w komentarzu E. zależy co zrobisz z tym, co będzie dalej (gdyby ewentualnie coś wynikło) Bo zgadzam się w 100%, że większość z moich pytań powinni zdać sobie wszyscy ludzie planujący świadome rodzicielstwo. Wiesz, smutne to, gdy słyszę od jednej z mam z przedszkola, że gdyby wiedziała, że jej dziecko takie będzie to nigdy by się na nie nie zdecydowała….
      Tak, wspierające otoczenie z dziadkami na czele jest bezcenne 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.