poniedziałek, 8 maja 2017

Ależ proszę pani ja te dzieci adoptowałam! - czyli o tym jak nas widzą inni

Taki obrazek: przychodzę po dziewczyny do żłobka i zwykle najpierw dzwonię po jedną z nich, gdyż chcę żeby choć minutkę każda miała mnie na dla siebie. Najpierw przytulenie, potem całusek, ubieramy się i dopiero dzwonię po drugą. Powtarzam rytuał i każda jest zadowolona. Bywają jednak takie dni, że obie naraz chcą "na rączki".  Jak postawię jedną- ryczy druga. I co wtedy? No cóż, niczym Superman, czy też inny osiłek, biorę obydwie i przez chwilę przytulam. Długo nie wytrzymuję, więc za chwilę siadam i każda dostaje swoje kolano i przytulanie jest kontynuowane. 


Któregoś dnia, kiedy taki obrazek miał miejsce, jedna z pracownic żłobka skomentowała moje zachowanie mówiąc "No, jak się chciało mieć dzieci rok po roku to teraz trzeba cierpieć. To przecież na własne życzenie taka sytuacja" Niby miał to być żart, ot takie zdanie rzucone z uśmiechem, ale wtedy, w tamtym momencie, chciałam wykrzyczeć PROSZĘ PANI! JA ADOPTOWAŁAM TE DZIECI! Oczywiście nie zrobiłam tego, choć o adopcji mówię szczerze i otwarcie, ale nie mam zamiaru tłumaczyć każdemu kogo napotkam, że pod tym co widzą, kryje się dużo więcej. Już sobie wyobrażam minę tej pani, gdyby usłyszała prawdę. 


Takich sytuacji jest wiele. Ludzie patrzą na nas i nas oceniają. Wiem to. Gdy nas widzą w kawiarni biegających za maluchami, które po zjedzeniu ciastka przy stole nie usiedzą, na spacerze, kiedy to pchamy dwa rowerki, w żłobku, kiedy jedną biorę pod pachę a drugą za rękę i tak biegniemy do auta. Wiem co myślą: O Boże, nigdy w życiu nie zdecydowałabym się na dwójkę dzieci rok po roku, pewnie wpadli. Co to ludzie nie umieją się zabezpieczać w dzisiejszych czasach? albo Ale musi być im ciężko, takie dwa maluchy, prawie bliźniaki, to musi być dopiero robota przy nich. Jak oni to wszystko w ogóle ogarniają?  albo jeszcze to: Co to za życie, przecież oni muszą być uwiązani cały czas i nie mają w ogóle czasu dla siebie. No, ale sami chcieli, więc to ich sprawa.
                    Mam wrażenie, że ludzie cały czas oceniają tylko to co widzą. Nie mówię tylko o naszym przypadku, ale ogólnie mamy tendencję do formułowania przeróżnych opinii na temat ludzi, opierając się tylko na tym co widzą nasze oczy. Jakże mylą się w naszym przypadku. I pewnie w innych też. Bo przecież łatwo jest ocenić np. czyjeś zachowania, metody wychowawcze nie znając zupełnie drugiego człowieka. Chciałabym nauczyć moje dzieci tego, żeby potrafiły patrzeć głębiej i widzieć więcej. Może matka dziecka, które dostało jedną drobną zabawkę na urodziny jest po prostu biedna a nie skąpa? Może samotna pani wcale nie jest starą panną z wyboru, tylko jej narzeczony zginął w wypadku i nie potrafi pokochać kogoś innego? Może koleżanka z pracy wcale nie jest dziwna tylko po prostu nieśmiała? I na koniec. Może małżeństwo, które nie ma dziecka nie jest egoistyczne i nie nastawia się tylko na karierę a po prostu od lat walczy z niepłodnością lub czeka na TEN telefon z ośrodka? I tak jak my. To po części prawda, mamy to czego chcieliśmy. Nikt nie kazał nam adoptować dziecka, ani nie kazał zrobić tego ponownie rok później. Tylko czy patrząc na nas ktoś bierze pod uwagę, że był to taki a nie właśnie inny wybór? Pewnie nie.
                Najłatwiej jest oceniać, stawiać siebie w pozycji "tego lepszego", dowartościowywać siebie wytykając błędy innych. Nie wiem czy mam rację, ale my Polacy chyba tak lubimy. Bo przecież łatwiej jest ponarzekać, powytykać coś innym, niż samemu zadbać, by życie było lepsze. A w innych ludziach czyż nie lepiej byłoby starać się dostrzec coś więcej niż tylko widzą oczy? Może ten człowiek potrzebuje naszej pomocy a nie wie jak o nią poprosić?


Kiedy adoptowaliśmy pierwszą córkę, ludzie którzy nie znali naszego problemu niepłodności dziwili się i mówili: Ale jak to możliwe, przecież nie było po tobie nic widać, nigdy nie mówiłaś przez co przeszłaś, przecież ty zawsze taka uśmiechnięta jesteś i optymistyczna.Tak proszę państwa, wszyscy macie rację. Nikt nie zauważył, że za tym szczerym uśmiechem kryje się też ból i ciągła walka o szczęście.  No bo przecież zgodnie z zasadą: patrzymy - widzimy - już wszystko wiemy.

4 komentarze:

  1. Mnie droga do adopcji jeszcze bardziej wyczuliła na to, że nie wszystko jest takie, jakie na pozór się wydaje. I daleka jestem od oceniania innych. A jak mi się zdarzy, to szybko się besztam w myślach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dobra metoda! Ale pewnie nie każdy ma taką samodyscyplinę i przede wszystkim świadomość, żeby już na poziomie myśli "dać sobie klapsa" ;) W ogóle wydaje mi się, że wszyscy ci, którzy właśnie przeszli przez ciężką drogę jaką jest niepłodność, potem adopcję, są bardziej wyczuleni niż ci, którym wszystko przyszło łatwo. Mnie na pewno nauczyło to wszystko ogromnej pokory. Dziękuję za komentarz :*

      Usuń
  2. Tygrysia Mamo, podpisuję się pod Twoim komentarzem!!!
    Izzy - jakim cudem ja się nie doliczyłam, że Twoje córy dzieli tylko rok? Oj, dobrze, że za moich czasów matura z matmy była nieobowiązkowa ;) A tak poważnie - moja mama miała rok młodszego brata. I chociaż w dzieciństwie podobno się tłukli, aż wióry leciały, to w dorosłym życiu byli bardzo ze sobą związani. Plus też taki, że oboje mieli siebie "od zawsze", więc nie doświadczyli poczucia odrzucenia ("ja im nie wystarczam, więc zrobili sobie drugie dziecko").
    My z P. raczej pozostaniemy przy jednym dziecku, zwłaszcza że matka biol. Księżniczki raczej nie będzie mieć następnych. Gdyby jednak urodziła kolejne i chciała oddać do adopcji, to kto wie... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli jest światełko w tunelu, że przestaną się tłuc? ;) Ojej jak Ci dziękuję, że tak piszesz, zwłaszcza z doświadczenia. Staram się je uczyć, że trzeba się dzielić i do tej pory działało nieźle, ale ostatnio E. chyba coś sobie poprzestawiała ( dla własnej korzyści) i np. zabiera coś siostrze i mówi " O, zobacz mamusia, podzieliła się" haha. Albo zje coś szybciej i chce jeszcze od siostry to mówi, że chce się z J. podzielić :D Oczywiście doskonale wie co to dzielenie, więc robi jak jej wygodniej. Jest cwana, bo podchodzi do innych dzieci i mówi " O chłopczyk ma autko, ale na pewno się podzieli ze mną, prawda mamusia?" ;) Już taka niespełna 3-latka wywiera presję na swoim koledze. Szok. No i co. Rezultat taki, że zwykle dostaje to co chce. Mówię jej, żeby odpuściła bo żaden nie będzie się chciał z nią ożenić ;)

      Co do drugiego dziecka to wg.zasady nigdy nie mów nigdy. My wprawdzie planowaliśmy drugie, ale na pewno nie od razu. Bardzo pragnęliśmy biologicznego rodzeństwa, ale też wydawało nam się, że to niemożliwe, więc kto wie :)Jak sama widzisz, różne rzeczy się zdarzają - tyle lat nie mieliśmy dziecka, a potem po roku już dwoje :))

      Usuń