środa, 6 września 2017

Bo dzieci adoptowane są jak cyklopy bez ręki i nogi

Pewnie zastanawiacie się skąd ten dziwny tytuł dzisiejszego posta. A więc inspiracją do niego były rozważania jakie kiedyś snułyśmy z towarzyszką moich filozoficznych rozmyślań Lady Makbet na temat wyglądu dzieci oraz rozmowa z pewną mamą adopcyjną. No, ale od początku :)



"Ojej, jakie fajne te wasze dzieci. No popatrz, a przecież są adoptowane", usłyszałam kiedyś od jednej z hmm życzliwych (?) mi osób. Hello? A w zasadzie to czego ta pani oczekiwała? Że dzieci adoptowane wyglądają tak jak napisałam w tytule? Że mają jedno oko, albo jak lis z wierszyka nie mają ręki czy nogi? ( swoją drogą to do tej pory nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ten wierszyk jest okrutny) 
Inny przykład, właśnie mamy adopcyjnej tym razem 7 latki. "No taka fajna ta pani córka. Blondyneczka. I taka mądra. Kto by pomyślał, że tak będzie sobie dobrze radzić w szkole" Tak. Kto by pomyślał, że dziecko adoptowane może też mieć mózg i może go dobrze wykorzystywać. No tak. Dzieci adoptowane są głupsze z definicji. 
"Ojej, jaka ta wasza córeczka ładna. Gdybym wiedziała, że starsze dzieci są takie fajne, to nie starałabym się o niemowlaka", usłyszała ta sama mama od innej mamy adopcyjnej. Ręce opadają. Czy to, że adoptujemy niemowlę i będziemy się nim zajmować od pierwszych jego chwil sprawi, że stanie się ono ładniejsze? Poza tym, to, że matki biologiczne gdzieś pogubiły się w swoim życiu nie znaczy, że nie mogą być pięknymi kobietami. Narkomanka wygląda jak wygląda, nie dlatego, że nie posiada naturalnej urody. Gdyby inaczej ułożyło się ich życie, to być może oglądalibyśmy ją na okładce znanego magazynu. 
To, czy dziecko jest ładne czy nie nie zależy przecież od tego, czy jest wychowywane przez rodzinę biologiczną. Niby mamy w naszym społeczeństwie wysoką świadomość adopcji, a jednak pokutuje przeświadczenie, że te dzieci w jakiś sposób zawsze będą gorsze. No, bo jeśli nawet ma dwie nogi, to na pewno krzywe. A jeśli już nie jest tym wspomnianym cyklopem, to patrzmy uważnie, na pewno ma zeza. Nie można doczepić się do wyglądu? W porządku, ale uroda to nie wszystko, pewnie akurat wam się udało, uważajcie, bo będą problemy w szkole. Przykładów można mnożyć.

Dla rodziców dziecko jest i nawet powinno być najładniejsze. Czasem jednak matki wpadają w zbyt duży zachwyt nad swoimi pociechami sprawiając, że nie raz czuję się niezręcznie. 
"Zobacz, czyż nie cudowna ta nasza Marysia?", pyta sąsiadka moich rodziców. Pewnie tak, choć gdy zaglądam do wózka to widzę noworodka o śniadej cerze z ogromną ilością kruczoczarnych włosów, przypominające raczej dziecko goryla. Okrutne? Być może, ale to prawda. 
Ponieważ uważam się za osobę dobrze wychowaną, mimo tego co zobaczyłam, starałam się powiedzieć coś miłego na temat dziecka. Niech już będzie. 
I być może tak właśnie działa mechanizm ludzi oceniających nasze adoptowane dzieci. Chcąc powiedzieć "coś miłego" mówią właśnie bzdury typu "Ojej w ogóle nie widać po nim, że adoptowany"

Wspomniana przeze mnie mama adopcyjna mieszka na wsi. To mała społeczność. Nie wszyscy wiedzieli o ich staraniach o adopcję, ale gdy stała się już faktem, wieść rozniosła się jak pyłek na wietrze. Każdy z zainteresowaniem wyglądał, cóż to za Anię z Zielonego Wzgórza przywiozą. Tym bardziej było to dla wszystkich ciekawe, bo nie adoptowali oni niemowlęcia, tylko co by nie było duże dziecko, u którego już powinny ujawnić się deficyty w postaci wyłupiastych oczu, pokrzywionych nóg, czy też pomarszczonej twarzy. Ależ było ich zdziwienie, gdy zobaczyli śliczną blondyneczkę o niebieskich oczach. Minęły już dwa lata a ona nadal wzbudza zainteresowanie.

Na koniec tych moich dzisiejszych wywodów coś Wam napiszę. Będę musiała zebrać się w sobie, by to zrobić, gdyż nie jestem osobą, która potrafi się czymkolwiek chwalić, raczej należę do tych, które na komplement odpowiadają nieśmiało "Dziękuję". 

Kiedy w poniedziałek poszłam po E. do przedszkola, w drzwiach spotkałam panią dyrektor. Usłyszałam od niej, że mam wspaniałą córkę, która wyróżnia się na tle grupy, jest samodzielna, posłuszna (tu się zdziwiłam, bo nas nie zawsze słucha ;) ) i zrównoważona. Po raz pierwszy w życiu wiem, co to znaczy być tak naprawdę dumnym ze swojego dziecka. Owszem, cieszyłam się i byłam dumna od zawsze. A to, że dziecko przewróciło się z brzuszka na plecki, a to, że samo je, a to, że zrobiło pierwszy kroczek. Ale tu, w tej sytuacji, jest sama wśród obcych i ktoś zauważył, że nie jest gorsza, a wręcz przeciwnie. Przewyższa o głowę całą grupę, gdzie są zarówno 3 jak i 4 latki. Pani dyrektor zadzwoniła po E. sama domofonem i  poczekała ze mną aż przyjdzie. Rozmawiała z nią, pytała jak jej się podoba i cały czas prawiła komplementy. Była wręcz zachwycona naszą córką. Tak się cieszyłam, że gdy dyrektorka odeszła, wyściskałam moje małe maleństwo, które chyba nie mogło w pewnym momencie oddychać, bo mówi "Mamusia, nie tak mocno, bo mnie zadusisz" ;)
Napisałam to, bo wbrew temu co niektórzy sobie wyobrażają, adoptowane dzieci nie są głupie i brzydkie! Gdyby moje dzieci nie były biologicznie zdolne do pewnych rzeczy, to na nic by się zdała nasza praca z nimi. Za to dziękuję naturze, rodzicom biologicznym. Reszta to nasza ciężka praca. W momencie adopcji dostaliśmy glinę, teraz próbujemy na miarę możliwości swoich i dziecka ulepić nasze jak najlepsze dzieło. A cyklopów i innych stworów niech ludzie szukają w swoich rodzinach. To tyle w temacie.

Powiązane wpisy:
Niegrzeczny? Bo adoptowany!

8 komentarzy:

  1. @izzy
    Trochę tu namieszam i powiem, że reagujesz jak wrażliwa mamusia ;)
    Ale to dobrze bo mama taka ma być.
    Ja przyznaję, że coraz mniej odczuwam "inność" swoich dzieci. A to chyba się udziela ludziom, z którymi rozmawiam o dzieciach.
    A jak ktoś mnie czasem zirytuje to najczęściej jest to jakiś facet, który swoje spojrzenie na rodzicielstwo ukształtował w epoce Edwarda Gierka.

    Pozdr
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hephalump, chyba nie do końca dobrze mnie odebrałeś, być może z mojej winy, bo w taki a nie inny sposób napisałam tego posta. Na mnie to co mówią ludzie nie robi wrażenia, natomiast chciałam napisać o tym, bo tak niestety jest. I to oceniają w ten sposób nie tylko ludzie starsi, ale też młodsze pokolenie, takich np. 30-latków. Wiem, że wiele osób bierze sobie do serca opinię innych ludzi, więc ja im mówię Nie przejmujcie się. Często takie zachowanie wynika nie ze złej woli (choć nie zawsze) Ja akurat na co dzień nie myślę o adopcji, dziecko jak dziecko. No i chciałam się pochwalić jak wspaniałe dziecko ja mam ;)
      A tak na poważnie to uważam, że to co my myślimy jest najważniejsze, choć (tego nie dodałam w poście) ta mama adopcyjna miała taką sytuację, że koleżanka córki z klasy pytała kto jest jej biologiczną mamą.... Na pewno sama tego nie wymyśliła, musiała słyszeć od rodziców, albo co gorsza to właśnie rodzice powiedzieli jej o adopcji i ją podpuścili, by się dowiedziała. Ludzie zawsze się wszystkim interesują, nawet jeśli przy Tobie mówią dobre rzeczy. A dzieci potrafią być okrutne. Stąd ten post. Daleko mi do przewrażliwionej mamusi, zwłaszcza na punkcie swoich dzieci. Ale jestem wrażliwa na sam problem, jeśli oczywiście taki jest ;)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. Ha! Wiedziałam, że tak będzie! Z E. w przedszkolu. Z Twoich opisów starszej córy od początku wyłaniał się właśnie taki obrazek: samodzielnej i rezolutnej dziewczynki. Gratuluję, mamo!
    A co do pierwszej części... odwiedziła mnie ostatnio dawno niewidziana koleżanka. Wiedziała, że mam dziecko, ale nie wiedziała, że adoptowane. Powiedziałam jej. O mało nie zgubiła kapci ;) Nie wiem, czy bardziej z powodu niezwykłości samych "narodzin" córy, czy właśnie dlatego, że Księżniczka jest normalnym bobaskiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję <3
      Wiesz, ciekawa jestem, co koleżanka sobie pomyślała. Bo ja mam często wrażenie, że taka wiadomość ludzi zawstydza. Może dlatego, że wraz z tą informacją dowiadują się, że nie mogłaś zajść w ciążę? Ja jeszcze miałam taką reakcję ludzi (tym razem na mnie, nie na dziecko), że koleżanki mówiły "Ojej, nie wiedziałam, że nie mogłaś zajść w ciążę i cierpiałaś. W ogóle nie było po Tobie widać, że masz problemy" Tiaa. Bo na pewno będę każdemu opowiadać o moich prywatnych sprawach. Poza tym nie mam w zwyczaju przenosić życia prywatnego do pracy. W pracy robię to co do mnie należy i jeśli są sytuacje, które mnie cieszą, uśmiecham się. Problemy są zawsze, takie czy inne. Jakby człowiek chciał pokazywać wszystkim wszystko to chyba ciągle musiałby chodzić przygnębiony.

      Usuń
  3. To, że ktoś może tak chlapnąć jestem jeszcze w stanie zrozumieć. Mam wrażenie (może mylne), że czasem za tym nie idzie nic złego, żadne wyobrażenie o ułomnościach dzieci adoptowanych, ot tak wyszło. Może jeszcze brak wyczucia. Ale że mama adopcyjna mogła tak powiedzieć, to się w głowie nie mieści. Pomyliła chyba adopcję z konkursem piękności.
    Mnie smuci tylko fakt, że dzieci przychodzą na świat równe, a potem różnie się to układa, bo wychowują się w takiej, a nie innej rodzinie. Może my rodzice adopcyjni jesteśmy bardziej wyczuleni na potrzeby naszych dzieci, więcej wysiłku wkładamy w ich rozwój, więcej czasu im poświęcamy, staramy się jak najlepiej wykorzystać ta glinę i potem to procentuje. Stąd takie komplementy, jakie usłyszałaś od pani dyrektor. I nam już przypadły w udziale. Tygrys, choć emocjonalnie ma jeszcze dużo do zrobienia, intelektualnie rozwija się świetnie. Odstaje od swoich kuzynów, nawet starszych. Ostatnio gościliśmy 5-latka z rodzicami i byłam w szoku, że nie potrafił ułożyć puzzli 27 elementów, które Tygrys układa już od kilku miesięcy. Za to mama chlubiła się, że w przeciwieństwie do naszego Synka jest taki samodzielny i nie chodzi przy spódnicy. Tyle, że najbardziej przykre jest to, że ten chłopak musiał się usamodzielnić i radzić sobie sam, bo mama zajęta jest innymi sprawami, a nie tym, żeby być przy swoim dziecku, poczytać, ułożyć puzzle. Nie to, że się chwalę, tylko taki przykład, że rodzina (adopcyjna/biologiczna) nie ma tu nic do rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie się zgadzam. Czasem ( a może nawet powinnam napisać, że często) ludzie nie mają pojęcia, że to co mówią wprawia nas w zakłopotanie, czy też po prostu jest nie na miejscu. Ale ten przypadek matki adopcyjnej jest naprawdę szokujący. Podobno oni zmieniali kilka razy swoje preferencje co do dziecka. W końcu doczekali się niespełna rocznego bobasa. Są w nim zakochani, mam nadzieję, że to miłość na całe życie. To takie informacje kończące tę historię.
      Jak to powiedział mi ostatnio ktoś mądry, trzeba na głos cieszyć się z sukcesów naszych dzieci. I w sumie to racja. Życzliwi ludzie będą się przecież cieszyć razem z nami, nieprawdaż? :) Jestem pewna, że Tygrys bije swoich kuzynów na łeb na szyję. Zgadzam się z Tobą, że często (choć nie będę uogólniać )my rodzice adopcyjni jesteśmy właśnie bardziej wyczuleni na pewne rzeczy. Moi sąsiedzi dziwią się, że dziewczynki są takie rozwinięte. Pani dyrektor powiedziała, że spokojnie E. mogłaby iść do czterolatków. No, tak, ale my tak jak Wy poświęcamy dziecku cały nasz wolny czas póki nie pójdą spać. A u nich non-stop gra telewizor. Fakt, dzieci są spokojniejsze, ale ja bym to nazwała inaczej, one są po prostu ogłupiałe od nadmiaru bodźców...
      Nasze dziewczyny też oglądają bajki, ale żadna bajka nie zastąpi kontaktu z rodzicem. I święte słowa, że nie ma znaczenia, czy rodzina jest adopcyjna, czy biologiczna.
      Pozdrawiam, dziękuję za komentarz :*

      Usuń
  4. O Boziuniu... Co ci ludzie mają w głowach? Trociny? Tu już nawet nie chodzi o jakąś wiedzę, bo takowej posiadać nie muszą. Tu chodzi raczej o klasę, o takt, czyli coś, co albo się ma, albo nie. Nabyć trudno i nic już tego nie zmieni.
    Oczywiście, że wierszyk o lisku jest okrutny! A warzywa, co giną w zupie? A żabka mała, re re kum kum, co ją bocian wpier... zjadł? A rodzina królewska zeżarta przez mysz, psa i kota, w kołysance? W KOŁYSANCE!!! Jak ja mogłam przy tym usypiać? Takich wierszyków i baśni jest całe mnóstwo, niestety... Życie bywa okrutne, ale żeby informować o tym dziecko przez ulubioną bajkę? Tak od razu? Tak brutalnie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, trociny to chyba dobre określenie ;) Czasem mam wrażenie, że ja chyba za dużo od ludzi wymagam. Bo to co dla mnie jest oczywiste, dla innych jest niestety niewyobrażalne. No przecież jeśli ktoś jest głodny, to nie będę mu mówić jaki to przepyszny obiad właśnie zjadłam. Ludzie chyba nie mają wyobraźni. Albo są tak zapatrzeni na siebie??
      Ja chyba dopiero odkrywam ten okrutny świat bajek, wcześniej naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego, że one są STRASZNE!! No dobra, musi być dobro i zło, ale czy od razu musi nie mieć ręki albo nogi? Moje dzieci są na etapie "Ale czemu" no i co ja mam powiedzieć? Że niby na wojnie lisek stracił kończyny?
      Słuszna uwaga z tymi kołysankami... Już wiem, czemu się ciągle budziłam skoro mnie takim czymś karmili rodzice.
      pzdr.

      Usuń