czwartek, 7 września 2017

O tym jak zostałam postrachem placu zabaw

Dziś zmieniam tematykę i wracam do wakacji. To chyba dobry pomysł, zważywszy na to, że za oknem wieje i jest ponuro niczym w listopadzie. Brr. 


Typy dzieci na placu zabaw


Przyglądając się dzieciom bawiącym się na placu zabaw, można od razu zauważyć, że każde z nich jest inne. Są takie, które godzinami mogą przesypywać piasek z jednej foremki w drugą, takie, które spokojnie bujają się na huśtawce, oraz takie, których wszędzie jest pełno. Tu najlepiej widać jaki dziecko ma temperament, czy potrafi bawić się z rówieśnikami, czy raczej woli przebywać samo. Moje dzieci lubią zarówno pobawić się w piaskownicy jak i pobiegać, pozjeżdżać na zjeżdżalni (oczywiście głową w dół) i pohuśtać się (koniecznie bardzo wysoko)

Maluchy kontra duże dzieci


Naszym ulubionym miejscem do zabaw był zawsze teren żłobka. Nowe, odpowiednie do wieku sprzęty,  przygotowane na mięciutkim podłożu, aż zachęcały do zabawy. Często przychodziły tam inne dzieci ze żłobka, ale zawsze były to maluchy. Nie trzeba było więc na dzieci aż tak uważać, gdyż pięknie się razem bawiły.
Problem pojawia się, gdy chodzimy na publiczne place zabaw, gdzie przychodzą dzieci w różnym wieku. Nie wiem, czy macie to samo wrażenie, ale często przychodzą one z rodzicami, którzy kompletnie nie zwracają na nich uwagi. Albo stukają coś w telefonie, albo z kimś rozmawiają, zupełnie interesując się swoją pociechą. Tak, jakby ich dzieci były tam same. 
~Odejdź stąd, my tu mamy zamek, usłyszała kiedyś mała E. od kilkuletniego, grubego chłopca, który ledwo zmieścił się na wieżę z której można było zjechać po zjeżdżalni.
Kiedy grzecznie wytłumaczyłam owemu chłopcu, że plac zabaw jest dla wszystkich i nie można przeganiać innych dzieci, stwierdził: Bo prosę pani, ja tu jestem rycezem i musę bronic mojego zamku. Bo wie pani, ja to w ogóle chce byc pilkazem, zeby zarabiac duzo pieniędzy. Słysząc to powiedziałam, że w takim razie musi dużo ćwiczyć i wysłałam go na inne sprzęty na placu (pomijając komentarz o jego tuszy, że jeśli chce być piłkarzem to paczka chipsów powinna zniknąć z jego ręki) Uff. Zjeżdżalnia była wolna. Matka chłopca nie zareagowała.

Zasady na placu zabaw


Jak to powiada Mama czy Tata Świnki Peppy, jest jedna zasada na placu zabaw- każdy czeka na swoją kolej. Dzieci zupełnie nie patrzą, gdzie biegną, nie widzą plątającego się między ich nogami malucha, który przy nawet małym szturchnięciu może stracić równowagę i spaść. 
Moje dzieci nie chcą, żeby im pomagać, ze swoim giętkim ciałem wyczyniają takie sztuki, że nie jeden profesjonalista nie powstydziłby się takich wyczynów. Często przyprawiają o zawał innych rodziców, kurczowo trzymających 2-latka za rękę gdy zjeżdża po zjeżdżalni. A moje wchodzą po zjeżdżalni zamiast po schodkach, by potem z niej zjechać w rozmaity sposób: przodem, bokiem, na brzuchu, razem trzymając się siebie lub jedna zjeżdża a druga siedzi w połowie zjeżdżalni i czeka jak siostra się z nią złączy. Powiem Wam, trudno za nimi czasem nadążyć. Zawsze dbamy o to, by zupełnie przypadkiem, będąc w swoim zabawowym transie, nie zrobiły krzywdy innym dzieciom. 

Mów do mnie jeszcze


Na kempingu w Lozannie, gdzie spędziliśmy 10 dni, plac zabaw był malutki. Dwie huśtawki, zjeżdżalnia, ścianka wspinaczkowa i wysypany piasek do zabawy po trosze imitujący piaskownicę. Ponieważ nasz namiot znajdował się w pobliżu owego placu, nie było potrzeby, by cały czas towarzyszyć dzieciom. Szły więc same i bawiły się z innymi dziećmi. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie pewien incydent. Pewnego dnia, E. przybiega z płaczem, że jakiś chłopak sypie na nią piachem i ją straszy. Patrzę, a na placu zabaw pojawiła się "banda" kilkulatków, biegająca to w lewo to w prawo, wpadająca z impetem na zjeżdżalnię, przy okazji przepędzając wszystkie mniejsze dzieciaki. Powiedziałam więc E. , że ma mu powiedzieć, że tak nie wolno, ale niestety komunikacja między dziećmi była ograniczona ze względu na różnice językowe. Nie było tam żadnych Polaków a wiodącym językiem był niemiecki i francuski. No nic. Myślałam, że problem się rozwiązał, ale za chwilę J. przychodzi z tym samym. 
Niczym Matka Kwoka (to określenie powinno spodobać się Hephalumpowi ;) ) poszłam z nimi za rękę, by zobaczyć co się tam wydarzyło. Kilku chłopców wręcz sterroryzowało cały plac zabaw! Miałam szczęście. Mówili po angielsku, czyli w języku w którym czuję się najlepiej, więc wyjaśniłam spokojnie o co chodzi. Większość z nich wyraziła skruchę, gdy dowiedzieli się, że dziewczynki mają odpowiednio 2 i 3 lata, ale ich nazwijmy przywódca, 6- letni chłopak o arabskim pochodzeniu zaczął prowadzić ze mną dyskusję. Wiecie co, nie jestem rasistą, powiem więcej, staram się ludzi nie oceniać po ich pochodzeniu i jestem bardzo tolerancyjna, ale to w jaki sposób ze mną rozmawiał, podniosło mi ciśnienie. Przyznaję. No nic. 
Kolejny dzień. Kolejna taka sytuacja. Znów interweniuję. Tym razem jestem zdziwiona, bo na placu znajduje się matka z dzieckiem, na oko 2-2.5 letnim. Nie wiem jak Wy, ale ja zwracam uwagę obcym dzieciom, jeśli np. sypią piachem, przepychają się na zjeżdżalni, bo chodzi tu przede wszystkim o bezpieczeństwo i zdrowie malucha. Obojętne, czy mojego, czy nie. 
Nie mam nic przeciw karmieniu piersią w miejscu publicznym, rozumiem, że to coś naturalnego, choć sama tego nie doświadczyłam, ale nagle pani zdejmuje część bluzki i zaczyna karmić hmm maluszka? sama nie wiem, jak nazwać to duże dziecko, które stało i ssało pierś. Tylko to ją obchodziło, nic więcej. No dobrze, pomijam. Kolejne rozmowy z chłopakiem nie przynoszą efektu, za to koledzy zaczynają mnie unikać. Gdy pojawiam się na placu, szybko wsiadają na swoje rowery i odjeżdżają. Tak zostałam postrachem placu zabaw. Za każdym razem, gdy widziałam z daleka, że coś jest nie tak, że podchodzą do moich dzieci, sypią piachem, straszą, bujają na huśtawce lub spychają ze zjeżdżalni, szybko szłam z interwencją. Mały Arab nie dawał za wygraną. Próbował na różne sposoby zaczepiać moje dzieci. Nie bardzo mogłam namierzyć jego rodziców, przyjeżdżał z innej części dużego kempingu, rozmawiał ze wszystkimi, ale nie byli to jego znajomi. 
I nagle, niczym Pomysłowego Dobromira, coś mnie uderzyło! Przypomniała mi się moja koleżanka, której córce jakiś chłopak ciągle dokuczał w szkole. Nie pomogły tłumaczenia, rozmowy z nauczycielką. Obiecywał, ale ciągle robił to samo. W końcu koleżanka wzięła go na rozmowę sam na sam i powiedziała szczerze co myśli i jeśli się nie odczepi to cytując ją skopie mu tyłek.
Po tym co napiszę, może przestaniecie mnie lubić i czytać bloga, ale to jest miejsce, gdzie szczerze piszę prawdę, więc przyznam się, zrobiłam to samo. Powiedziałam małemu smarkaczowi, że jeśli nie zostawi moich dzieci w spokoju to skopię mu tyłek. Musiałam brzmieć dość przekonująco, bo był to ten moment, w którym zdobyłam jego hmm trudno to nazwać, szacunek? Od tej pory czuł respekt i więcej do dzieci się nie zbliżał. Co więcej, gdy któreś z moich dzieci zapłakało, sam do mnie przyszedł i mówił, że on nic nie zrobił.

Być może pomyślicie, że zbyt emocjonalnie reaguję. Być może zasugerujecie, że mogłam zawsze być przy nich i pilnować. Być może, ale czy tu o to chodzi? W życiu nie zawsze będę mogła być przy swoim dziecku i je obronić. Kiedy idąc na plac zabaw zobaczyłam moją bądź co bądź jak na swój wiek bardzo asertywną 3-latkę, która siedziała na krawężniku z głową schowaną w ramionach, drgnęło mi serce. Kiedyś będzie musiała zmierzyć się z tym światem i innymi ludźmi. 
Nie chcę, żeby któraś z dziewczynek się bała. Bała powiedzieć się co myśli, bała bronić swoich przekonań. Nie popieram siebie i tego co powiedziałam temu chłopcu. Nie było to zbyt wychowawcze. Ale czasem nic innego do dzieci/ludzi nie dociera. Staram się żyć zgodnie z zasadą, by nie zniżać się do poziomu człowieka prymitywnego bo nigdy nie wygram - zawsze przebije mnie swoim doświadczeniem. Są jednak takie sytuacje, że nie mogę pozwolić na to, by ktoś nie szanował mnie, czy mojego dziecka. Piaskownica to może wcześnie, by o tym myśleć, ale dla mnie postawa dorosłych nie bierze się z niczego. Ona zaczyna się właśnie tu i teraz, w dzieciństwie, w piaskownicy.




6 komentarzy:

  1. Wow...
    Trzeba bronić swoich dzieci. Ja na skateparku przy placu zabaw miałem poważne starcie z "chłopcem" na rowerku (BMX). Tylko "chłopiec" miał tak ze 30-pare lat. Uważał się za sportowca i nie widział nic niebezpiecznego w wywijaniu fikołów miedzy przedszkolakami. Siusiumajtek jeden... ;)

    Pozdr
    M

    Ps
    Matka Kwoka :))
    Dobre
    Ja się zachowałem jak rasowy Kogut :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha a możesz zdradzić jak Ty jako kogut załatwiłeś tego siusiumajtka? :) Eh, tacy "profesjonaliści" są najgorsi.
      Mój Arab niestety wkurzył mnie na maxa, miał się za niewiadomo kogo a miał tylko 6 lat! Smarek jeden ;)

      Usuń
    2. @izzy
      Konsekwentnie. Nie i już... Nie ma skakania między dzieciakami.
      A jak ma jakieś wątpliwości to niech dzwoni na Straż Miejską. ;)

      Usuń
    3. To i tak, że posłuchał. Widocznie wzbudzasz postrach ;)

      Usuń
  2. Oj plac zabaw - to niezłe miejsce do obserwacji zachowań dzieci i rodziców. Ciśnienie podnosi mi się za każdym razem, bo tak naprawdę rzadko, kiedy spotykam rodziców, którzy interesują się tym, co robią ich pociechy. Poza tym sami czasem zachowują się jak kilkulatki. W ostatnich dniach zaistniała pewna babcia, która podeszła do Tygrysa i dosłownie wyrwała Mu z ręki samochodzik (którym dosłownie chwilę wcześniej się wymienił z kolegą), bo wnusia chciała się pobawić. Synek był z moją mamą, która nie wytrzymała i zwróciła uwagę i co usłyszała - że Młody sam się zamienił. Ta... Tylko na co, jak te dzieciaki nigdy nie przynoszą swoich zabawek. Szok. A takie sytuacje można mnożyć. I trudno się potem dziwić dzieciakom, że nie potrafią się zachować, skoro ich opiekunowie tak postępują. Tygrys powoli uczy się zawalczyć o swoje, mówi: teraz moja kolej, ale póki co boi się i schodzi z drogi. Najgorzej, że mamy jeden (w miarę) przyzwoity plac zabaw w miasteczku, a że place przy przedszkolach pozostawiają wiele do życzenia, to całe grupy schodzą się na ten miejski. I wtedy jest tragedia, jak wpada 25 takiej szarańczy i te maluszki głupieją. Już nawet próbowałam interweniować, ale na nic to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli to nie tylko ja mam wyższe ciśnienie? Uwierz mi, ten Arab na prawdę wyprowadził mnie z równowagi.
      Tacy dorośli jakich opisujesz są okropni, myślą, że ich pociechom wszystko wolno, są strasznie roszczeniowi. Kiedyś dziadkowie byli na placu z dziewczynkami i było podobnie. J. wzięła zabawkę wnuczki jakiejś pani, ta więc wyrwała jej i oddała prawowitemu właścicielowi. Kurczę, przecież to małe dzieci, wiadomo, że nie do końca rozumieją, że nie mogą brać czegoś bez pozwolenia. Na pewno uczenie dziecka zasady "Co moje to nie rusz" jest bardzo wychowawcze.
      To jak dziecko reaguje, myślę, że też zależy od charakteru dziecka. J. na przykład ustępuje, ale zachowuje się jak lew. Czeka na słabszy moment ofiary i atakuje czyli np. odbiera zabawkę, albo robi coś złośliwego ;)

      Usuń