środa, 25 października 2017

O drugiej sprawie o przysposobienie, czyli komu zależy by (nie) było łatwo.





Zapewne nie wszyscy z was pamiętają, że niestety nie mamy zbyt dobrych doświadczeń z sądem jeśli chodzi o pierwszą sprawę o przysposobienie. Pisałam o tym TUTAJ (kliknij link)

Dziś chciałabym opowiedzieć wam jak to wyglądało przy drugiej adopcji i jak zupełnie odmienną postawę zaprezentowała pani sędzia.
Kiedy minęło sześć tygodni od narodzin J. mogliśmy oficjalnie ją poznać. Niestety jak już wspominałam w pierwszej odsłonie tego tematu, nie każdy urzędnik rozumie, że dla dziecka czasem liczy się każdy dzień. Nawet najbardziej kochająca rodzina zastępcza czy Dom Dziecka, nie zapewni mu przecież tego, co rodzice. 

Opiekun prawny jest przydzielony do konkretnego sędziego. Biorąc pod uwagę złe doświadczenia z przeszłości, pani z ośrodka postanowiła definitywnie zrezygnować z tej funkcji. Ta decyzja zbiegła się z naszą adopcją i to chyba nas uratowało. 
W czasie kiedy urodziła się J. zaczęły bowiem dziać się różne, dziwne rzeczy. 
Miasto dawało pieniądze na Dom Dziecka (uwierzcie mi niemałe, 500+ to pikuś), w którym przebywało więcej dzieci niż było to zapisane w pozwoleniu/umowie. Fizycznie miejsca było sporo, warunki bardzo dobre, dzieci miały zapewnioną naprawdę bardzo dobrą opiekę. Ale co z tego, skoro na papierze coś się nie zgadzało. Zaczęły się kontrole i walka. Kiedy J. przyszła na świat, zaraz po porodzie, bez zgody MOPSU została zabrana do placówki. Chwała Bogu, bo jak się okazało, już wysłano specjalną karetkę, by zabrać ją do zupełnie innego miasta. To oczywiście oznaczałoby dla nas inny sąd, innego opiekuna i co gorsza dojazdy na kontakt z dzieckiem. Tylko dlatego, że nie zgadzała się liczba dzieci z kontraktem, albo komuś po prostu jak zwykle coś przeszkadzało.  
Jestem w stanie zrozumieć, że tak być nie powinno, i że miasto nie może płacić z pieniędzy podatników, czy licho wie z czego za coś, co jest poza umową, ale jak dla mnie to znów tu brakło czynnika ludzkiego i zwykłego zrozumienia sytuacji. Wiadomo było, że na dniach to dziecko w ramach łączenia rodzin trafi do nas. Dlaczego więc tak komuś zależało na tym, by to wszystko utrudnić i ją gdzieś wywieźć?
Musieliśmy stanąć na głowie, my i ośrodek, by J. została tam gdzie jest. Przeżyłam coś, co do tamtego momentu znałam tylko z oglądanych thrillerów- ja czatująca w DD i trzymająca rękę na pulsie, pani z ośrodka w sądzie załatwiająca stosowny dokument nakazujący pozostawienie dziecka w dotychczasowym miejscu. Niczym scena ze znanych filmów, gdy płyną sekundy a ty stoisz przed komputerem, obgryzając paznokcie i nie wiesz, czy dane zdążą się przegrać czy nie. W końcu widzisz magiczne 100% i możesz odetchnąć z ulgą. Zabierasz pen drive i uciekasz, gdzie pieprz rośnie.

Jestem wdzięczna ludziom, którym zależało na naszym dziecku, bo przecież czyż to nie o jego dobro tu chodzi? Czyż nie powtarzają nam cały czas, że to ono w tym wszystkim liczy się najbardziej? Najwidoczniej nie dla każdego. 
Kiedy pani sędzia dowiedziała się o sytuacji, w trybie pilnym wydała wyrok nakazujący pozostawienie dziecka w dotychczasowej placówce i wnioskowała o przyspieszoną sprawę o pieczę. Sama rozprawa była krótka i na poziomie. Pani sędzia uśmiechając się gratulowała nam i życzyła wszystkiego dobrego. Powróciła wiara w to, że w sądzie też można jeszcze spotkać kogoś komu zależy. Jak później się dowiedziałam jest to osoba, która stale współpracuje z ośrodkami, udziela się społecznie i pomaga. Na Święta Bożego Narodzenia przychodzi do wychowanków Domów Dziecka wraz ze swoimi pociechami i razem wręczają dzieciom prezenty. 
Właśnie takie osoby godnie reprezentują ten zawód.

J. była ostatnim dzieckiem, które trafiło do Domu Małego Dziecka. Od tamtej pory wszystkie maluchy są wywożone do innego miasta, by tam czekać na szczęśliwy finał. Wydłuża to całą procedurę, utrudnia pracę ośrodkowi a przyszłym rodzicom funduje stres i chaos. Czyli samo życie.

9 komentarzy:

  1. Samo życie...
    Miesięczny koszt utrzymania 1 dziecka w DD wyraża się w liczbach z 3 zerami (od 3000 w górę), a chętnych do zagospodarowania takich funduszy nie brakuje.

    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, tu już tak nie bardzo chodzi mi o tę sprawę z tym, kto sprawuje opiekę nad dziećmi i kto dostaje te pieniądze. Ale tyle mówi się, że dobro dziecka jest najważniejsze bla bla bla, a my niestety tego nie doświadczyliśmy jeśli chodzi o formalności przy pierwszej adopcji. Co to za sędzia, która nie daje pieczy tylko od razu wyznacza główną sprawę o przysposobienie i otwarcie mówi do pani z ośrodka, że co to za różnica, czy dziecko można będzie zabrać teraz, czy za 3 miesiące. Nie ma pojęcia i nie chce mieć pojęcia jaki to ma na dziecko wpływ. Potem dowiedziałam się, że pani sama ma problemy w swojej rodzinie i po prostu wyładowuje swoją frustrację w pracy. Ale czy sąd rodzinny jest do tego dobrym miejscem? Niech się zapisze na siłownię i tam wyładuje złość na cały świat. To jak nas potraktowała na sprawie jest niedopuszczalne. Nawet nie chcę myśleć jaki stosunek ma do np. alkoholików, bo takie sprawy przecież też prowadzi.
      Albo druga córka. My czekamy, dziecko ma dobrą opiekę, to na siłę chcą ją wywieźć Bóg jeden wie gdzie, bo komuś nie podoba się, że placówka dostaje dużą kasę za to dziecko. To zabrać pieniądze, ale dziecko niech już zostanie, skoro już zostało zabrane ze szpitala.
      Także jak sam widzisz, rozgrywki dorosłych a gdzie w tym wszystkim dziecko? Nie napisałam tu wszystkiego, ale ogólnie jestem zniesmaczona podejściem niektórych do tak ważnej sprawy jak adopcja.

      pzdr.

      Usuń
    2. @izzy
      Bo tu nie chodzi o jedną sędzinę, czy o jeden sąd... To są wady systemowe... A przepraszam, źle napisałem. To nie są wady, to oznaki rozkładu systemu, być może całkowitego rozkładu.
      To, że w ogóle system pieczy zastępczej w PL jeszcze działa wynika imo wyłącznie z tego, że są jeszcze ludzie gotowi działać choćby wbrew systemowi. Ta choroba ma nawet swoją nazwę - Państwo Teoretyczne...
      Piszesz, że jesteś "zniesmaczona podejściem niektórych do tak ważnej sprawy jak adopcja". Ja jestem zbudowany widząc jak niektóry dają radę działać mimo chaosu prawnego, niekompetentnej administracji i obojętności zajętych bieżącą polityką decydentów.

      Pozdrawiam serdecznie
      M

      Usuń
  2. U mnie chyba pokutuje pojęcie "w świecie idealnym", bo chyba tak chciałabym, aby w przypadku adopcji było. Życzyłabym sobie, żeby dbano o prawa dziecka, o ich dobro i wspomagano rodziców we wszystkim co dotyczy opieki i wychowania. Ale masz rację, że muszę chyba zaakceptować wady systemowe,które zawsze będą. Może powinnam się cieszyć z tego, iż faktycznie spotkałam na swojej drodze osoby oddane swojej pracy, które dają radę mimo jak to ładnie ująłeś "chaosu prawnego, niekompetentnej administracji i obojętności zajętych bieżącą polityką decydentów"

    Pozdrawiam również i dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Za każdym razem, kiedy o tym wspominasz, przeżywam ten thriller razem z Tobą. Dobrze, że w końcu trafiliście na Człowieka przez wielkie "C". :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Dzięki Bogu są jeszcze dobrzy ludzie. Dziękuję :*

      Usuń
  4. Miałam okazję wysłuchać tych wszystkich procedur z jednego ośrodka na początku tygodnia - zbierałam info dla kuzynki z zagranicy. Droga przez mękę :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, a przecież nie powinno tak być, prawda? Mam nadzieję, że kuzynka będzie mieć lepsze doświadczenia, przynajmniej jeśli chodzi o sąd. My niestety mieliśmy pecha trafiając na tę sędzię, choć podobno i tak była wyjątkowo dla nas "miła" (wiesz, ostatnia sprawa w piątek, więc była szczęśliwa, że zaraz weekend) Trzymam kciuki za kuzynkę :)

      Usuń
  5. Przypomina mi się ile sami starań włożyliśmy w przyspieszenie sprawy. Pomagały nam osoby, które poznaliśmy właśnie wtedy telefonicznie, ale na nic to się zdało. Co prawda Tygrys był z nami po tygodniu od poznania, ale rozprawa była po 8 miesiącach. I naprawdę przeszliśmy trudne chwile nie będąc jego opiekunami. Sędzina była bardzo miła, ale co z tego, jak zafundowała nam i dziecku tyle stresu. A jeszcze przypomniała mi się opiekun prawna, która na tydzień przed terminem rozprawy stwierdziła, że musi ją przesunąć, bo ma pogrzeb. Jak wizytę u fryzjera. Z tym, że ten nasz fryzjer miał terminy bardzo odległe.

    OdpowiedzUsuń