środa, 22 listopada 2017

Adopcja i moje 500+


Program 500+ budzi różne emocje. Celem dzisiejszego posta nie jest ani jego obrona, ani krytyka, jednakże chciałabym pokusić się o subiektywną jego ocenę. 
Adoptując dwoje dzieci stałam się szczęśliwą posiadaczką przepustki do comiesięcznej dodatkowej kwoty do naszych zarobków. Prawda jest taka, że nie brakuje mi na chleb (gdyby tak było, nie dostałabym przecież dzieci), lecz przekonałam się na własnej skórze, ile tak naprawdę kosztują dodatkowe dwie osoby w rodzinie. Gdybym tego 500+ nie dostała, z pewnością dałabym sobie radę, ale... No właśnie, jest jedno ALE. Skoro pracuję (dla siebie i dla państwa) to dlaczego nie miałabym dostawać od niego pomocy? Dla naszej rodziny, comiesięczny dodatek w postaci 500zł to choćby opłacony żłobek i przedszkole. Nie mówiąc o wyprawce, która kosztowała kilkaset złotych, a to dopiero, o zgrozo, początek edukacji! Wprawdzie powrócono do wypożyczania podręczników z biblioteki (co bardzo mi się podoba, bo sama dokładnie pamiętam, że taka sytuacja miała miejsce za moich czasów) to jednak dochodzi do tego zakupienie pomocy, zeszytów ćwiczeń, wyjazdów szkolnych itd. Mimo, iż teoretycznie mogłabym wszystko dzieciom zapewnić, to nie ukrywam, że każda pomoc jest na wagę złota. Co miesiąc naprawdę doceniam te kilkaset złotych, które na dodatek zawsze przychodzi w terminie.

Są jednak rodziny, dla których te 500+ jest na wagę złota. Podam tu przykład moich sąsiadów, gdzie ojciec zachorował, nie jest zdolny do takiej pracy jaką miał kiedyś i rodzina popadła w kłopoty finansowe. Ich maleńki domek, gniazdko dla 5 osobowej rodziny, stał nieocieplony od kilku lat. Dopiero gdy został wprowadzony w życie program 500+ mieli za co własnymi siłami go dokończyć, materialnie dać swoim dzieciom więcej niż wcześniej. Ile jest takich rodzin, gdzie faktycznie pomoc okazała się zbawienna? Tego nie wiem. Piszę tylko i wyłącznie na podstawie swoich odczuć i obserwacji.
Jednak jak wszyscy wiedzą, program ten na pewno nie przyniósł nic dobrego jeśli chodzi o adopcje. Nie jest nowością fakt, że zachęciło to matki biologiczne do wycofywania się z podjętej wcześniej decyzji o oddaniu dziecka i co gorsza o rodzeniu kolejnych dzieci. U nas w ośrodku, w przeciągu kilku miesięcy po wprowadzeniu programu, wycofało się już kilka matek. Jak ta liczba rosła, tego nie wiem, ale zapytałam ostatnio jak wygląda sytuacja i otrzymałam odpowiedź, że jest coraz gorsza. Część ośrodków nie przyjmuje już nawet zgłoszeń na drugie dziecko, na dziecko czekają pary z kilku szkoleń (!) Dowiedziałam się również, że dzieci spłodzone dla dodatkowych pieniędzy, prawdopodobnie prędzej czy później i tak trafią do adopcji, z tym, że zamiast od razu po porodzie, stanie się to w momencie odebrania rodzicom praw rodzicielskich (czytaj, gdy stanie się coś złego) 
Przyrost naturalny być może rośnie, ale czy to wszystko idzie w dobrym kierunku? Czy społeczeństwo ma się "wzbogacać" o kolejne patologie? Nie mam takiej wiedzy, by podać adekwatne argumenty, ale tak jako laik zastanawiam się nad jedną rzeczą. Niepłodność to ogromny problem w Polsce, na świecie. Sama przeszłam przez kilkuletnie leczenie, więc wiem, ile to wszystko kosztuje, a lekarze wcale nie kwapią się do wystawiania skierowań na badania (hormon, dwa ok, ale z większą ilością jest już problem) Ja osobiście jestem za wspieraniem leczenia niepłodności, dostępem do badań, zniżkami na lekarstwa. I nie mówię to tylko w kontekście IVF, zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy jest zainteresowany metodą sztucznego zapłodnienia. Pary borykające się z problemem niepłodności, według mnie nie mają wystarczającego wsparcia.

Nie jestem ani politykiem, ani znawcą, ale wiem, że na pewno trudno znaleźć tu tzw. Złoty Środek. Z jednej strony coś mi się przecież od państwa należy ( tak jak to ma miejsce w innych krajach), a z drugiej strony, jeśli słyszę od jednej z matek, z którą miałam przyjemność ostatnio rozmawiać w żłobku, że "Czas postarać się o trzecie dziecko, bo nie chce jej się wracać do pracy" to coś się we mnie gotuje. Bo może okazuje się, że program jest dobry, tylko jak zwykle my Polacy, wykorzystujemy go w niewłaściwy sposób? Inny przykład, który opowiedziała mi właścicielka sklepu spożywczego. Pracownica złożyła wymówienie, tylko dlatego, że ... nie opłaca jej się pracować. Co miesiąc "wyciąga" prawie 3 tys złotych. Ręce opadają. 

19 komentarzy:

  1. Na temat samego 500+ trudno mi się konstruktywnie wypowiadać, bo nie jestem jego beneficjentką. Końcówka Twojego wpisu podsunęła mi natomiast pewną refleksję na temat pomocy socjalnej. Moja koleżanka, samotna matka, po urlopie macierzyńskim wróciła do pracy za najniższą krajową. Po dwóch miesiącach sama poprosiła szefa, żeby ją zwolnił, bo okazało się, że pensja nie wystarcza jej na życie. Paradoksalnie, nie pracując, dostaje od państwa więcej pieniędzy, niż zarobiłaby w pracy, a w dodatku nie musi płacić za żłobek i dojazdy... Nie śmiem jej krytykować, bo pewnie na jej miejscu postąpiłabym podobnie. Dowodzi to jednak, że zdecydowanie coś jest w tym kraju nie tak - albo z socjalem, albo... z zarobkami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @LM
      "coś jest w tym kraju nie tak - albo z socjalem, albo... z zarobkami"

      Bingo

      Pozdr
      M

      Usuń
    2. A no właśnie. Coś tu jest nie tak. Bo nie jest tu mowa o kobietach, które nie pracują, bo akurat stać na to rodzinę, żeby matka była w domu z dzieckiem, tylko o takich sytuacjach jak opisałaś i przykłady jakie podałam. To jest niebywałe, że takie coś ma miejsce.

      Usuń
  2. Przeczytałem Twój wpis dwukrotnie. Tak mnie zaintrygował.
    Chciałbym skomentować ale już wiem, że nie dam rady w jednym komentarzu.

    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komentarz nr 1
      Wpływ 500+ na liczbę dzieci do adopcji...
      Wybacz ale nie ma to żadnego, powtarzam żadnego znaczenia. Celem adopcji jest zaspokojenie potrzeb dziecka a nie par oczekujących na przysposobienie.
      Adopcji w Polsce w ciągu roku przeprowadza się około 3000. W opiece instytucjonalnej stale przebywa 19000 nieletnich. Dzięki 500+ liczba dzieci żyjących w ubóstwie spadła z ponad 700 000 do poniżej 200 000. Tym wskaźnikom nawet opozycja nie przeczy.
      Te liczby chyba wystarczą za komentarz odnośnie wpływu programu 500+ na liczbe dzieci do adopcji.

      Usuń
    2. Komentarz nr2
      Sam jestem tzw beneficjentem 500+ i muszę przyznać, że bardzo sobie cenię też tę formę wsparcia. Dzieci są z nami od roku (28.11 pierwsza rocznica będzie) i już poczułem jakim wysiłkiem, także finansowym jest opieka i praca wychowawcza z dwójką dzieci.
      Znajomi pocieszają mnie natomiast, że wydatki na dziecko rosną wraz z dzieckiem. To też coś dla Ciebie i LM ;)

      Co miesiąc dostaję na konto 500 zł z programu. Dostaję tylko na drugie dziecko. Bo nie ukrywam, że do biednych się nie zaliczam. I momo pozorów pewnej stabilności finansowej też czuję różnicę w wydatkach.

      A tak przy okazji... Teraz państwo zasila moją rodzinę kwotą 500 zł/mc. Koszt utrzymania jednego dziecka w placówce takiej jak ta, którą opuściły moje córki waha się od 3 do 5 tysięcy zlotych miesięcznie. Moje córki były tam dwa lata (24 miesiące).

      Pozdr
      M

      Usuń
    3. @Hephalump

      Niestety program 500+ miał znaczący wpływ na ilość oddawanych dzieci do adopcji, a co za tym idzie, kandydaci na rodziców muszą czekać dłużej. To nie są moje wymysły (na blogu nie piszę rzeczy z kosmosu, tylko potwierdzone informacje), ale fakty. Być może statystycznie liczba samych adopcji się nie zmienia, ale weź pod uwagę, że pod tym kryją się adopcje takie jak np. łączenie rodzeństwa, adopcja dziecka swojego partnera. I nie chodzi tu o zaspokojenie potrzeb ludzi, którzy przychodzą do ośrodka.
      Normalnie, wiele matek zgłasza się już wcześniej, pracują z psychologiem, przygotowują się do oddania dziecka. Po wprowadzeniu programu, wiele z nich, w całej Polsce, zaczęło się wycofywać, ze względu na możliwość otrzymywania stałej pomocy materialnej. Ośrodki otwarcie mówią o tym, że dawno już nie było tak dużo patologii, a liczba dzieci spadła. Chyba wiedzą co mówią, skoro mają kilkunastoletnie doświadczenie w tej pracy. To też nie moje wymysły. Ja w politykę się nie bawię, zresztą jak zauważyłeś jestem za tym, żeby państwo nam pomagało, ale niestety ma to drugie dno.
      I jeszcze jedno. Nie chciałam o tym pisać, ale widzę, że jednak muszę. Obecnie NIK przeprowadza kontrolę w wybranych ośrodkach. Można nawet wypełnić ankietę, która jest dostępna na ich stronie. Niektóre osoby dostały nawet ją do domu z prośbą o wypełnienie. Każdy ośrodek został też poddany szczegółowej ocenie i ma zapaść decyzja, czy któreś nie nadają się do zamknięcia. Każdy z nich musi przeprowadzić określoną liczbę adopcji w roku, bo zostaną zamknięci. Dlatego proponuje się ludziom dzieci np. z FASem, mimo, iż wyraźnie zaznaczyli, że nie są gotowi do przyjęcia chorego dziecka. Rozumiem, że ośrodki próbują, ale są przypadki, gdzie ludzie po 2 razy mają taką nietrafioną propozycję. Poczytaj na forach. Także statystyki mnie nie przekonują, to tylko suche liczby, które można przedstawić, tylko co się za nimi kryje? Ludzi oczekujących na dziecko jest tak dużo, że przysposobienia będą zawsze. Wszystko zależy od ośrodka. Są takie, do których trafiają wszystkie dzieci z regionu i tam adopcji jest najwięcej i najkrócej się czeka. Sa też Katolickie, które rządzą się swoimi prawami. Ale spytaj kogo chcesz i gdzie chcesz. Wszyscy kandydaci słyszą, że dzieci po prostu nie ma. A to co pisałam o drugim dziecku - rozmawiałam z jedną mamą, którą ośrodek po prostu już unika, bo tak dużo jest par czekających na pierwsze dziecko, że na drugie czeka się po kilka lat, albo w ogóle niektórzy się nie doczekają.

      Uff, znów się rozpisałam. Pewnie i tak Cię nie przekonam, nie jest to moim celem, bo wiadomo, że każdy ma swoje racje, ale warto spojrzeć też na sprawę z innej strony, zwłaszcza, że są to informacje od kogoś, kto zna temat od podszewki.

      Eh, niestety im starsze dziecko to faktycznie potrzeby większe. Tak to już jest. Będę musiała wysłać męża do szefa po podwyżkę ;)

      Dziękuję za komentarz,
      pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    4. @izzy
      Mówisz,że z uwagi na 500+ matki wycofują się z decyzji o oddaniu dziecka do adopcji.
      Cóż... Jeżeli wcześniejszym powodem do rozważania możliwości oddania dziecka były wyłącznie problemy finansowe rodziny to może dobrze, że dziecko zostanie jednak z tą matką.
      A o motywacjach ludzi, którzy gdyby mogli to ciążę i dziecko wystawiliby na allegro nie chce mi się dywagować. A jak pisałem u siebie handel dziećmi nie wymarł wraz ze zmianami w prawie o adopcji ze wskazaniem.

      Z liczb, które podałem bardzo wymowna jest liczba 19 000 dzieci w instytucjonalnej pieczy zastępczej. Ta liczba nie zmienia się od 2004 r. Spada dzietność, zmieniają się warunki polityczne, ekonomiczne, świadomość rodzicielska niby wzrasta, a skala osierocenia społecznego ciągle ta sama.
      I nie wchodząc w politykę napiszę tak: Jeżeli po paru latach od wprowadzenia 500+ liczba dzieci w instytucjonalnej pieczy zastępczej zacznie spadać to sam, osobiście pojadę do Warszawy i będę publicznie słowem oraz gestem wychwalał politykę obecnego rządu.
      Mogę tak sobie pisać bo mam przekonanie graniczące z pewnością, że nic takiego się nie stanie. Bo ta liczba dzieci osieroconych wynika nie z niedostatków finansowych rodzin ale z innych patologii, których skala niestety rośnie.

      ###

      Na koniec dodam jeszcze jedno.
      Masz rację, że pary oczekujące na dziecko muszą czekać coraz dłużej. I to się już nie zmieni na "lepsze". Powiem więcej, będzie coraz trudniej... zwłaszcza o noworodka.

      Z uszanowaniem
      M

      Usuń
    5. Chyba niezbyt precyzyjnie się wyraziłam, więc już nadrabiam. Matki wcale nie wycofywały/wycofują się z oddania dziecka, ponieważ poczuły, że będą mieć wsparcie finansowe (gdyby faktycznie tak było to taka kwota niewiele by wniosła), a raczej zwęszyły w tym niezłą okazję na dodatkowe fundusze na używki, własne potrzeby. Co gorsza, decydują się z tego powodu na kolejne dzieci. Pracownicy OA ściśle współpracują z ośrodkami pomocy społecznej, więc wiedzą co mówią. Przykre jest, że tak dużo dzieci przebywa w placówkach, bo nie mają uregulowanej sytuacji prawnej. Niektórzy rodzice/matki po prostu nie chcą się zrzekać praw, albo w ogóle ich sprawa dziecka nie interesuje. Choćby przykład, który kiedyś podałam (Post: Adopcja dziecka starszego) gdzie to brat dziewczynki zmusił matkę, by podpisała papiery, by dać siostrze szansę na normalne życie. Gdyby nie to, nadal tkwiłaby w placówce i podnosiła statystyki.
      Noworodki będą, tylko tak obciążone, że trudno im będzie znaleźć rodziców...
      Trudny temat, trudny... I rozwiązanie nie takie proste.

      Usuń
  3. Nas korzystanie z 500+ nie dotyczy - ale akurat nie jestem zdziwiona, że niektóre kobiety rezygnują z pracy i siedzą w domu "na socialu". Niestety zarobki w Polsce (zwłaszcza dla kobiet) są nadal żenująco niskie - albo mogą być satysfakcjonujące jednie wtedy,kiedy niemal całkowicie zrezygnuje się z życia rodzinnego i towarzyskiego i w całości podporządkuje swoją egzystencję pracy. W sumie to zrozumiałe, że kobieta woli zostać w domu i pobierać kasę od państwa - niż zasuwać całymi dniami za najniższą krajową, z czego połowa odpada na koszty żłobka/przedszkola/dojazdów/niani itd., itp. Gdyby zarobki były godziwe - to myślę, że taki problem by nie istniał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak pisałam wyżej, rozumiem kobiety, które zostają z dzieckiem w domu zamiast tak jak piszesz płacić za żłobek czy nianię, jeśli mają taką możliwość. Przedszkole jest już za darmo, więc to na pewno już nie chodzi o finanse.
      Ja akurat nie zauważam tego, żeby płace kobiet aż tak znacznie różniły się od zarobków mężczyzn, ale zauważam, że ludzie są strasznie roszczeniowi, nie mają dobrego wykształcenia, nie mają zupełnie doświadczenia, a chcieliby nie wiadomo ile zarabiać. Ja też kiedyś zaczynałam i zarabiałam bardzo mało, ale dokształcałam się i przede wszystkim zdobywałam doświadczenie, żeby stać się cenionym pracownikiem i móc stawiać wymagania pracodawcy. Starałam się zawsze, żeby było mi w życiu coraz lepiej (tzn. żeby zachować ten balans praca-dom) Dlatego uważam, że najlepiej zacząć jak najwcześniej, wtedy kiedy nie masz rodziny, możesz poświęcić się pracy. Dla mnie linia między dobrem rodziny i ekonomicznym podejściem a lenistwem i brakiem ambicji jest bardzo cienka. Bo dookoła jest pełno kobiet, zdrowych, które mogłyby pracować, bo dzieci poszły już do przedszkola czy szkoły i tego nie robią, bo tak jest im wygodniej. Faktycznie mają czas na udzielanie się towarzysko, czas dla siebie, dla domu, tylko co z tego. Z naszych podatków dostają socjal, nie nabywają praw do normalnej emerytury, a wg. mnie tak nie powinno być.
      Nie wierzę, że dla ambitnej, wykształconej osoby nie ma pracy. Może nie za taką pensję jak by chciała na początku, ale na pewne rzeczy trzeba sobie zapracować.
      Ostatnio opowiadał mi znajomy, który prowadził rekrutację w firmie, że przyszedł człowiek, starał się o przyjęcie na stanowisko Przedstawiciel Handlowy i zażądał tyle, ile zarabia manager... No to sorry, ale tak być nie może.
      Poza tym, w dzisiejszych czasach można zorganizować sobie pracę w domu, można założyć działalność i pracować na swoich zasadach. Wystarczy tylko dobry pomysł i trochę chęci.

      Usuń
  4. Uważam, że jeśli ten program może pomóc w jakikolwiek sposób rodzinom, to niech to robi! :)
    Każdy socjał ma to do siebie, że zdarzają się nadużycia. Ale tak sobie myślę - płacimy chore składki, nic z tego nie mamy (ani emerytur ani porządnej służby zdrowia) to chociaż niech dzieciaki mają coś lepszego :)
    Co do matek zwalniających się z pracy - dobrze! Ja popieram. Nie ma lepszej inwestycji niż rodzina i gdybym mogła dostawać pensję za pracę w domu (TAK, bo to JEST cholera jasna praca! 24 na dobę!) i być z moimi dziećmi to też bym tak wybrała :) Rodzic jest niezastąpiony a straconego czasu nie da się odzyskać - tak filozoficznie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dziubasowa
      "bo to JEST cholera jasna praca! 24 na dobę!"

      Lepiej bym tego nie ujął. :)

      M

      Usuń
  5. Absolutnie się z Wami zgadzam i powtórzę jeszcze raz, że gdybym sama miała taką możliwość,żeby być z dziećmi, na pewno bym nie posyłała ich do żłobka. No bo jaki sens w pracy za 2 tys zł, jeśli za nianię trzeba dać tyle samo. Praca w domu jest bardzo ciężka, niestety to jedyny zawód, za który nie dostaje się pensji :((
    Ja tylko tak sobie gdybam, to jest indywidualna sprawa kobiet, czy wrócą do pracy, czy nie. Ja akurat jestem od zawsze nauczona niezależności i nie wyobrażam sobie sytuacji, że dzieci nie ma, bo są w szkole, a ja cały dzień siedzę i nic nie robię...Ale tak jak mówię, to decyzja indywidualna. Ja mam przed oczami mamę mojej koleżanki, która poświęciła całe życie dzieciom (3 dziewczynki) i jak już była po 50 to mąż znalazł sobie nową kobietę, założył nową rodzinę a ona została z niczym. Musiała iść do pracy jako niania, pracuje bardzo dużo, żeby opłacić sobie ZUS. Każdy podejmuje swoje decyzje.

    Natomiast coś faktycznie jest nie tak, że kobiety nie chcą/ nie chce im się wracać do pracy. I nie ma to nic wspólnego z inwestycją w dzieci, byciem z nimi. Ostatnio rozmawiałam z moją fryzjerką i powiedziała mi, że ze wszystkich jej klientek, tylko ja i jeszcze jedna pracujemy! No i dobra,dziecko jest małe, nie pracuję, poświęcam się domowi ok. Ale wytłumaczcie mi, bo nie rozumiem tego. Dzieci idą do szkoły czy przedszkola, zdrowa kobieta nie pracuje tylko pobiera zasiłki, które umówmy się, nie są też aż tak wysokie, dzieci często klepią biedę, chodzą niedojedzone itd. Nie mylmy tego ze świadomą decyzją, taką o jakiej mówi Dziubasowa, wybieram dom a nie karierę, ale dla dobra rodziny a nie, żeby wykręcić się od pracy i pobierać zasiłki, które ledwo co zapewnią mi jako takie życie. Żona znajomego właśnie zwolniła się z pracy, bo po prostu nie ogarniała domu, dzieci były cały dzień w szkole + świetlica, więc wracały późno, stać ich na to, by ona nie pracowała i taką decyzję matki popieram. Ale tyle się napatrzę na rodziny, gdzie uwierzcie mi, to, że matka się zwalnia z pracy, z dobrem dziecka nie ma nic wspólnego, że nie mogę zgodzić się z tym, że dobrze robi, bo coś tam jej się należy.
    Pamiętajmy też, że 500+ to nie jest typowy socjał, ale dodatek na każde drugie dziecko. Nie jakiejś rodziny patologicznej, tylko każdej. I ja to popieram! Dlatego napisałam, że ta kwota jest dla mnie nieoceniona co miesiąc. Dlaczego państwo ma mi nie dawać tych pieniędzy. Na każdym kroku mnie "oszukują" Ja akurat mam swoją działalność i płacę horrendalne sumy na ZUS+ zdrowotne. Gdy adoptowaliśmy pierwsze dziecko, na macierzyński poszedł mąż, bo ja dostałabym od państwa z 700zł pewnie.
    Dzięki za komentarze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, że Twój mąż miał taką możliwość! Mój po rodzicielskim nie miałby dokąd wracać. Niestety pod tym względem pracodawcy wciąż nie są dla panów łaskawi. Inna rzecz, że ja też nie wiem, co zastanę w pracy po powrocie...

      Usuń
    2. @LM
      "po rodzicielskim nie miałby dokąd wracać"

      I to jest pewien wyznacznik.
      U nas nadal można przy rekrutacji zadawać pytania w stylu: czy planuje Pani ciążę? A rodzic po urlopie rodzicielskim często może już nie ma gdzie wracać.

      M

      Usuń
    3. To prawda. Mój mąż był jednym z dwóch mężczyzn, którzy od początku istnienia takiej możliwości zdecydowali się na ten krok. On akurat miał dobrego szefa, który sam ma 3 dzieci i nie robił problemu z tego, że nie było go ponad rok. Od jakiegoś czasu mąż pracuje w innej firmie i szczerze mówiąc bujamy się z decyzją, czy kiedykolwiek wykorzystać urlop na drugą córkę (też jeszcze nam przysługuje pół roku za 100% pensji,) ale tym razem nie chciałby się narażać, bo to nowa, fajna, perspektywiczna praca i nie chciałby jej stracić. Musimy przemyśleć, czy warto, choć nie ukrywam, że pół roku bycia z rodziną byłoby fajne. Nawet nie wiecie jak cudowny był ten rok, kiedy urodziła się E. i byliśmy w domu w 3. Ja pracowałam kiedy chciałam, np.kiedy mała spała, albo wieczorami, a wciągu dnia cieszyliśmy się sobą. Szkoda, że tak niewiele osób ma taką możliwość. Widziałam jak dobrze to wpłynęło na więź córki z ojcem.

      pzdr.

      Usuń
  6. Hephalump - dzięki. W tej kwestii zdania nie zmienię nigdy ;)
    Pewnie po pewnym czasie w domu niektóre matki przeraża wizja powrotu do pracy, to może takie zasiedzenie zwyczajne...Na dzień dzisiejszy osobiście chciałabym wrócić do pracy - odpocząć ;D

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziubasowa, słyszałam, że podobno większość mężczyzn idzie do pracy odpoczywać :D :)
    Nie wiem skąd dyskusja przeszła na powrót do pracy po macierzyńskim, ja tak nieśmiało chciałam wyrazić swoją opinię na temat 500+ ;) Tak na podsumowanie powiem Wam, że wg mnie to jaką decyzję podejmie kobieta, czy wracać, czy nie to jej indywidualna sprawa. Ale tak jak piszesz, czasem kobiety się zasiedzą zbyt długo. Mam taką koleżankę, która wróciła do pracy jak dziecko było już w 4klasie podstawówki i naprawdę było ciężko, bo była już po 30, doświadczenia zero, kasa żenująca...

    Żyję głęboką nadzieją, że w kraju będzie coraz lepiej, że tych osób, które nadużywają takich programów i działają na szkodę dziecka (np. decydują się na kolejne tylko dla korzyści materialnych dla siebie a potem dziecko trafia do adopcji) będzie coraz mniej.
    A skoro już o tym piszemy to popatrzcie np. w USA kobiety wracają do pracy jak dziecko jest bardzo małe, nawet 3 mies, na macierzyński muszą sobie zarobić, nie mogą sobie pozwolić na siedzenie w domu, bo nie będę miały do czego wracać (czytaj będą szukać nowej pracy) Ja sobie nie wyobrażam oddać nawet opiekunce 3 mies dziecka, to straszne. Co by nie mówić, u nas do tego roku z hakiem (jak jeszcze wykorzystasz urlop wypoczynkowy do tego) jesteś z dzieckiem. Potem jeśli masz możliwość to zostajesz np. do czasu pójścia dziecka do przedszkola, albo załatwiasz opiekę (dziadkowie, żłobek, niania)
    To chyba jednak temat na osobny post. Każdy ma inne doświadczenia.
    pzdr

    OdpowiedzUsuń