wtorek, 28 listopada 2017

Jesteśmy rodzinką, czyli wiara, nadzieja i miłość.

Zostałam mamą w zasadzie z dnia na dzień. Oczywiście oczekiwaliśmy na dziecko już od dobrych kilku miesięcy, ale nie wiadomo było kiedy tak naprawdę powiększy się nasza rodzina. 
W domu wszystko było przygotowane. Zlikwidowaliśmy naszą sypialnię, przerobiliśmy ją na pokoik dziecięcy, ale tak naprawdę póki dziecko fizycznie się w nim nie znalazło, trudno po tylu latach walki wyobrazić sobie tę chwilę. Łóżeczko zostało zaanektowane przez większość z naszych pluszowych owiec, przymierzały się też do fotelika i huśtawki. Pojęcie "mama" i "tata" było wtedy tak abstrakcyjne, że nawet nie próbowałam sobie tego wyobrażać. Nigdy jednak nie przestawałam wierzyć, że nadejdzie ten moment, kiedy w naszym domu zamieszka jeszcze mały ktoś, choć tak naprawdę nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. 
Ludziom towarzyszą różne reakcje na pojawienie się dziecka w rodzinie. Kobieta w ciąży ma zwykle ok. 9 miesięcy na przygotowanie się, my czekaliśmy dłużej - od pierwszej wizyty w ośrodku do tego właściwego telefonu. Ale czy da się tak naprawdę przygotować do bycia mamą? 

Kiedy byłam w liceum, przeczytałam takie oto opowiadanie. Dwóch braci strasznie chciało dowiedzieć się co się dzieje z człowiekiem po śmierci. Część wiedzy jaką posiadali na ten temat, opierała się na zaufaniu i wierze w Boga. Umówili się więc, że jeżeli faktycznie coś jest dalej, ktokolwiek umrze jako pierwszy, da drugiemu znać. Kiedy zmarł pierwszy brat, drugi z niecierpliwością wyczekiwał znaków od niego. Miał bowiem poczuć pewnego wieczoru albo zimny, albo bardzo ciepły charakterystyczny wiatr. Zimny oznaczał, że po śmierci jest zgodnie z ich wiedzą, ciepły, że jest zupełnie inaczej. Kilka dni po śmierci brata, drugi z nich szykował się do snu. Nagle otworzyło się okno i do pomieszczenia wpadł zimny wiatr. Brat uśmiechnął się i pomyślał: No dobrze, teraz już wiem, że wiedza jaką zgłębiliśmy została potwierdzona. Po chwili jednak stało się coś dziwnego. Do tego samego pomieszczenia wpadł drugi, bardzo ciepły wiatr. ~ Co się dzieje?, pomyślał brat. Już nic z tego nie rozumiem. Skoro przysłałeś mi chłód, który oznaczał, że jest tak jak myśleliśmy, to skąd ten ciepły wietrzyk oznaczający to, że wszystko jest zupełnie inaczej niż wiemy, myślimy. To był jeden raz, kiedy zmarły brat przekazał mu wiadomość. Nigdy więcej się nie odezwał, żyjący więc człowiek nadal pozostał z tym, co wiedział przez całe życie i czym się w życiu kierował - wiedzą i wiarą.

W moim macierzyństwie było podobnie. Czytałam wiele książek, słuchałam mądrych ludzi, przeszłam przez szkolenie na rodziców adopcyjnych, zdałam testy psychologiczne z bardzo dobrą oceną, tylko nadal nie wiedziałam jakie to wszystko będzie mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości. Mogłam czytać tysiące książek, mogłam zrobić doktorat, a nikt i tak nie przygotowałby mnie do tego co czuje człowiek, gdy mała istotka świadomie zaczyna mówić do ciebie mamo. Kiedy pierwszy raz to usłyszałam, dotarło do mnie, że to co się dzieje wokół mnie nie zniknie jak bańka mydlana, że to wszystko dzieje się naprawdę. Czasem miałam wrażenie, że kolejny raz oglądam film, w którym tym razem dostałam główną rolę. 
Słowo RODZINA było u nas powtarzane od samego początku. Oglądając zdjęcia podkreślaliśmy, że teraz nią jesteśmy, że kochamy się i jesteśmy razem. I mimo, że dzieci jeszcze były zbyt małe, by to zrozumieć, to myślę, że dokładnie czuły co to jest. Pewnego dnia nasza starsza córka (miała wtedy ok 2 lat) pokazywała siostrze rysunek narysowany przeze mnie na tablicy w kuchni (strasznie nieudolny, gdyż mój talent malarski zatrzymał się na poziomie 4-5 lat ;) ) i mówi do niej: Zobacz J. To jest nasza rodzinka!

Nasza rodzinka ;)


W ostatnią niedzielę, siedząc razem przy obiedzie, nagle J. uśmiecha się i mówi: 
~ Jesteśmy rodzinką!
~ Tak kochanie, jesteśmy rodzinką, odpowiedziałam. 

Moje dzieci traktują rodzinę jak układankę, a nas jak jej elementy. Jeżeli jesteśmy razem, dla nich jest to powód do radości. Na tablicy maluję więc od czasu do czasu naszą rodzinkę,  a na ścianie wiszą nasze zdjęcia. Przypominają nam o tym co najważniejsze.

6 komentarzy:

  1. Izzy, przepraszam, że tak nienadążam za twoimi wpisami:(
    Muszę ci powiedzieć, że właśnie się popłakałam, a miałam iść spać... Także, dzięki, wiesz! :)
    Cudowne i wzruszające...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam się na przyszłość ;)
      A tak na poważnie to wpadaj częściej do "naszego światka", może jakoś będę Ci dawać znać mailowo, że czeka wzruszający wpis - czytać do 22 ;)
      Dziękuję :*

      Usuń
  2. Mnie też się oczy zaszkliły... Fajna ta rodzinka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :* No cóż, talentu może nie mam jak widzisz sama, ale przynajmniej zgadza się jeśli chodzi o ilość ludzi ;);)

      Usuń
    2. Nie przesadzaj, w końcu płeć też można rozpoznać ;)

      Usuń
    3. Haha, to dzięki mojej mamie, która niedawno mnie uświadomiła, że może rysowałabym spódniczkę dla siebie, bo wyglądamy z mężem tak samo :D (prócz długich włosów)Trójkąt jest jeszcze do narysowania, więc rysunek wygląda o niebo lepiej.
      Starsza od razu się rozpoznała, po owieczce i czerwonym baloniku (jej ulubiony kolor), ale wyobraź sobie jak kiedyś narysowałam coś dzieciom w szkole to mi powiedziały, żebym im nie rysowała tylko powiedziała, bo nie wiedzą co to jest hahaha :D

      Usuń