czwartek, 11 stycznia 2018

Adopcja wbrew woli.


Ucięłyśmy sobie z moją mamą wczoraj dość długą pogawędkę przy kawie i chciałabym podzielić się z wami pewną historią, którą mi opowiedziała. 

Nie dalej jak w zeszłym tygodniu, zastanawiałam się nad dylematami moralnymi i trudnymi decyzjami z jakimi przychodzi nam się zmierzyć. (http://naszmalyswiatek.blogspot.com/2018/01/bez-mojej-zgody-czyli-o-dylematach.html ) Niestety przypadek, o którym wam opowiem, potwierdza, jak ważne jest odpowiedzialne podejście do sprawy, gdyż nasze decyzje mogą na zawsze zmienić czyjeś życie. 

Córka koleżanki mojej mamy, adoptowała dwoje dzieci, dziewczynkę i chłopca, biologicznie ze sobą nie związanych. Obecnie oboje są w wieku szkolnym. Ale to nie o nich chcę dziś napisać, a o matce dziewczynki. Zaszła w ciążę, kiedy miała 18 lat. Mieszkając na małej wsi, spotkała się z ogromnym odrzuceniem ze strony społeczeństwa i pogardą wobec swojej osoby. Jej rodzice w zasadzie za nią podjęli decyzję, że dziecko to jest wstydem dla całej rodziny i zostanie oddane do adopcji zaraz po urodzeniu. Tak się też stało. Pomimo tego, że do samego końca nie była przekonana co do tej decyzji, zrzekła się praw do swojej córki. 

Patrząc na tę sytuację ze strony rodziców adopcyjnych, to można powiedzieć, dziecko jak marzenie. Nie z rodziny patologicznej, zdrowy noworodek. Inny pryzmat to rodzice tej dziewczyny. Oddając to dziecko, oddali przecież swoją wnuczkę. Kompletnie tego nie potrafię zrozumieć. Ważniejsze było dla nich to, co powiedzą na wsi, niż dziecko ich córki. I wreszcie sama matka biologiczna, która wbrew sobie oddała dziecko, które przez 9 miesięcy nosiła pod sercem. Dramatem jest tu nie tylko to, że przez całe swoje życie będzie myślała o nim, gdzie jest, co robi, czy jest szczęśliwe, ale również to, że jej własna rodzina, nikt jej nie pomógł. 

Staram się nie oceniać wyborów innych ludzi, ale po prostu tak najzwyczajniej w świecie czegoś tu nie rozumiem. Bo mamy 18-latkę, w zasadzie dorosłą osobę, która nie ma na tyle siły, odwagi i być może dojrzałości, by podjąć trud wychowania dziecka. I mamy rodziców, którzy podejmują za nią tak traumatyczną decyzję, rzutującą na całe jej życie. Obecnie dziewczyna ma 28 lat. Kto wie jak jej życie się ułożyło. Może skończyła studia, ma dobrą pracę, męża i gdyby tylko ktoś jej pomógł, wszystko byłoby inne.



Kiedyś mieszkało nade mną małżeństwo z dwójką dzieci. Lubili imprezy, ale nie byli rodziną patologiczną. Kiedy pani miała 33 lata, została...babcią. Jej 14-letnia wtedy córka, Kinga, była w ciąży. Zresztą jak łatwo policzyć, ona sama też nie osiągnęła pełnoletności przy pierwszym swoim porodzie. Urodziła się dziewczynka, którą w zasadzie moja sąsiadka wychowała jak swoją córkę, gdyż jej osobista latorośl, była bardziej zainteresowana randkami niż własnym dzieckiem. Po ukończeniu 18 lat, Kinga wyjechała do Anglii. Jej matka nadal sprawowała opiekę nad jej dzieckiem, (oczywiście nie formalnie) a mała mówiła do niej "mamo". Obecnie nadal przebywa za granicą, wyszła za mąż za dużo starszego od siebie pana, dobrze jej się powodzi. Kilka lat temu, ku rozpaczy swej matki, przyjechała do Polski, żeby zabrać swoją córkę... 

Dwie sytuacje i dwa różne podejścia do problemu, jakim była niechciana ciąża. Nie oceniam tu wpływu całej sytuacji na dziecko, nie jestem specjalistą od tego, ale tak się zastanawiam po ludzku nad wyborami i ich konsekwencjami. Nikt się nigdy nie dowie, co by było gdyby, nikt nie ma szklanej kuli, żeby wiedzieć co jest najlepsze, dlatego dochodzę do wniosku, że nasze decyzje muszą być mądre i odpowiedzialne, zwłaszcza jeśli dotyczą czyjegoś życia.

12 komentarzy:

  1. Ostatnio trafiłam w internecie na wywiad z kobietą, która oddała dziecko do adopcji prawie 50 lat temu. To był taki przypadek, jaki opisujesz... przypadkowa ciąża u nastolatki, rodzice nie chcieli skandalu. O ile jest mi w sercu szczerze żal tej kobiety i poniekąd jej oddanej córki (o ile w ogóle wie, że została adoptowana), o tyle komentarze internautów mnie przeraziły. Zwłaszcza opinie, że powinna odszukać córkę, bo - uwaga - tylko ona ma prawo nazywać się jej PRAWDZIWĄ mamą. Jasne. A rodzice adopcyjni, którzy uczestniczyli w jej życiu przez dziesiątki lat, kochali ją, karmili, przewijali, znosili okres dojrzewania, to kim przepraszam są?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że z jednej strony jestem zaszokowana tymi komentarzami, o których piszesz, a z drugiej nie dziwi mnie to. Ileż razy słyszałam określenie "prawdziwa matka" odnoszące się do MB. A przecież to, że ktoś wydaje na świat dziecko, nie czyni go matką...To, że ktoś przypadkowo "podarował" spermę nie czyni go ojcem. Przepraszam, że tak piszę, ale tak czuję.
      Swoją drogą ciekawe, czy ci ludzie powiedzieli tej córce o adopcji.

      Usuń
  2. Intrygujący temat... Piszesz o młodych matkach, które jakby nieświadomie lub nie z własnej woli ale pod wpływem oddziaływania najbliższych zdecydowały się na oddanie dziecka do adopcji. Myślę, że takich przypadków może być całkiem sporo.
    Przykład 18latki. Bardzo pouczający. Kobieta (tak już kobieta) w wieku 18 lat teoretycznie jest już gotowa do roli matki. Ale to teoria... Bo jak być w tym wieku gotowym do roli samotnej, opuszczonej, wręcz odrzuconej matki? Straszne.

    Przykład 14latki. A tu już ukryło się coś bardzo niejasnego. Bo w przypadku ciąży w tak młodym wieku z automatu pojawia się podejrzenie, że mogło dojść do poważnego przestępstwa (współżycie z osobą małoletnią poniżej 15 roku życia). O ojcu tego dziecka nic nie piszesz. W tym wypadku od 14latki naprawdę trudno oczekiwać sensownych, świadomych decyzji. A jak widać sam upływ czasu z niedojrzałości "nie leczy".

    Pozdr
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ten pierwszy przykład też uważam za swoistego rodzaju tragedię. Tak jak piszesz, dziewczyna 18-letnia powinna być już zdolna do wzięcia odpowiedzialności za drugiego człowieka. Powinna. Ale bez zrozumienia, wsparcia i miłości najbliższych, a wręcz przeciwnie żyjąc w świetle skandalu, jak może sobie poradzić z macierzyństwem.

      Jeśli chodzi o drugi przykład to już piszę więcej szczegółów. Rodzina ta miała troje dzieci: dwóch chłopców i jedną dziewczynkę. Podejrzewałam nawet, że ten jeden chłopak jest po innym ojcu, bo jego wygląd nijak się miał do rodziców i reszty rodzeństwa, ale wiem, że mogę się mylić, bo wiemy jak jest z genami. Pan gdzieś tam pracował na budowie, ona siedziała w domu i "wychowywała" dzieci, co bardziej sprowadzało się do spotykania z koleżankami, zakupów, imprez itd ( to była młoda kobieta, dopiero po 30) Jej córka Kinga miała to dziecko ze starszym chłopakiem, w sumie można powiedzieć pełnoletnim, bo miał ok 18-19 lat (nie pamiętam dokładnie) i faktycznie masz rację, że co by nie było to już jest wg prawa sex z nieletnią (też się nad tym kiedyś zastanawialiśmy) Myślę, że dla jej rodziców to nie było nic nadzwyczajnego. W końcu pozwalali jej się spotykać ze starszymi, wracała późno do domu, nie uczyła się, wyrzucili ją ze szkoły. Nawet miała jakiegoś tam kuratora. Pewnie nikt nie podjął inicjatywy, żeby tę sprawę zbadać, rodzice Kingi tym bardziej, przecież sami żyli takim życiem. Smutne. Ciekawa jestem tylko jak to dziecko poradziło sobie z całą sytuacją. Przez kilka lat traktowało babcię jak mamę, kochało ją, a potem matka biologiczna "układa" sobie życie i ot tak zabiera "co swoje" Nie potrafię sobie tego wyobrazić.

      I to jest właśnie chyba to o czym pisała Lady Makbet. Niektórzy ludzie traktują nas, rodziców adopcyjnych, jako okres przejściowy dla dziecka, oddane jest nam pod opiekę. Jeśli MB dojdzie do ładu ze swoim życiem, to może powinniśmy oddać jej dziecko?

      pzdr.

      Usuń
    2. @izzy
      Z tego co wiem to takie przypadki (ciąża u małoletniej) powinny być zgłaszane właściwym organom (tak jak przemoc) przez osoby i instytucje prawem do tego zobowiązane: lekarz, położna, szpital, opieka społeczna. Policja i prokuratura powinny z automatu zająć się wyjaśnieniem.
      Ale w naszym systemie prawnym nie takie cuda przeoczeń się zdarzały i nadal zdarzają.

      Z tym traktowaniem rodziców adopcyjnych jak opiekunów tymczasowych to niestety częściowo macie rację. Częściowo - bo na szczęście nie wszyscy tak podchodzą do sprawy. Drobnymi krokami ale edukacja w tej dziedzinie robi swoje. Dlatego za tak ważne uznałem słowa: "dziecko nie jest własnością rodziców" w jednym z ostatnich listów Konferencji Episkopatu Polski.

      Pozdr
      M

      Usuń
    3. Nie wiedziałam, że takie jest prawo. Założę się, że było jak mówisz. Może jakieś przeoczenie a może zbagatelizowali sprawę ze względu na "lajtowe" podejście rodziców. Tym bardziej jest to dziwne, bo dziewczyna miała kuratora, który powinien był zareagować. Pamiętam, że jeszcze w czasie trwania ciąży to przyjeżdżał ten ojciec dziecka, potem już go nie widziałam. Pewnie przyjeżdżał dalej po Kingę, a jak dziecko się urodziło to zmienił zdanie. Trudno spekulować.

      Na szczęście zgadzam się, że coraz więcej ludzi traktuje rodziców adopcyjnych po prostu jak rodziców.

      pzdr.

      Usuń
  3. Jeśli chodzi o komentarze to staram się ich nie czytać (tak odnośnie wpisu Makbetki), bo bywają naprawdę idiotyczne. Nie zdziwiłabym się, gdyby pisali, że "szuka jej po 50 latach, bo chce pięćset plus" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, ludzie czasem wypisują takie bzdury, że aż żal. Ale myślę, że Polacy lubią sensację, lubią oceniać innych, ekscytować się i wymyślać różne teorie spiskowe ;)

      Usuń
  4. Obie historie tragiczne...zarówno dla kobiet (młodej matki i babci) jak i dzieci. To są przykłady najgorszych sytuacji jakie można przeżyć...dramat dla wszystkich dookoła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie. Historie z życia wzięte. A takich przypadków pewnie jest wiele. Ciekawa jestem jak to wszystko wpłynęło na dzieci, na ich rozwój, na ich przyszłość.

      Usuń
  5. Niestety chyba każdy wokół siebie ma przykłady podobnych sytuacji. Na klatce schodowej moich rodziców dwie rodziny zmagały się z trudnymi sytuacjami. Jedna z sąsiadek, zresztą lubiana przeze mnie, jak dowiedziała się o adopcji Tygrysa, nie mogła przez pewien czas patrzeć mi w oczy. Wszystko za sprawą córki, której dwoje dzieci wychowuje, a trzecie porzuciła oddając na wychowanie dziadkom dziecka. Ta babcia stanęła na wysokości zadania. Może nie pomogła swojemu dziecku, niestety było już za późno, ale wychowała dwóch chłopaków. Na pierwszy rzut oka wydają się sympatyczni, kulturalni, nie łobuzują, ale za każdym razem, jak ich widzę zastanawiam się, co dzieje się tam w środku, w serduchu. Tego się nie dowiem, ale z pewnością decyzja mamy nie pozostała bez echa. Choć gdyby chciała miałaby wsparcie w swoich rodzicach. Niestety są też rodziny, gdzie takie wsparcia dziewczyny nie mają. A nawet taka 18, 19-latka takiej pomocy potrzebuje. Zostawiona sama sobie, bez ojca dziecka (który często umyka), bez środków do życia, czasem ze starszym rodzeństwem, w małym środowisku... A dziecko, jak marzenie. Na pierwszy rzut oka rzeczywiście, ale potem okazuje się, że ta napięta sytuacja nie pozostała bez wpływu na rodzące się życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest dokładnie tak jak piszesz, dziękuję za tę historię. Czasem babcie biorą odpowiedzialność za czyny swoich dzieci, gdyż gdzieś tam w głębi czują, że może one w którymś momencie popełniły błąd w wychowaniu swojego dziecka. Tak naprawdę to tak jak piszesz, nie wiadomo jednak co siedzi w głowie tych dzieciaków, jak one to wszystko widzą i przeżywają.
      A 18,19 latka może być dojrzała, tylko musi tego chcieć. Miałam kiedyś uczennicę w ciąży, urodziła tuż przed maturą. Wymigiwała się od zajęć, klasówek tłumacząc opieką nad dzieckiem. Kiedyś zwolniła się ode mnie z lekcji tłumacząc, że musi iść do dziecka, a potem spotkałam ją na mieście jak biegała po sklepach z koleżanką. Strasznie mnie wkurzyło, że wykorzystywała wszystkich, dowiedziałam się, że dzieckiem zajmuje się w sumie babcia. Na maturę przyszła kompletnie nieprzygotowana, szybko wyszła, na ustnej nie powiedziała NIC, oczekując nie wiem w sumie czego. Współczucia i ulgi, bo została matką? Pomoc tak, ale nie popieranie braku odpowiedzialności.

      Usuń