wtorek, 9 stycznia 2018

Dzień, w którym moje dzieci dowiedziały się prawdy o swoim pochodzeniu, czyli o jawności adopcji słów kilka.


Od samego początku naszej adopcyjnej drogi byliśmy przekonani o słuszności jawności adopcji. W trakcie szkolenia w ośrodku, poświęcono temu tematowi osobne spotkanie, na którym ku mojemu zdziwieniu dowiedzieliśmy się, że nie każdy myśli w ten sam sposób co my. Niektórzy otwarcie przyznają, że nie mają zamiaru powiedzieć dziecku o przysposobieniu, aż do czasu uzyskania przez niego pełnoletności.



Dlaczego wychowanie w jawności adopcji jest takie ważne

Każdy człowiek ma prawo wiedzieć skąd pochodzi. Czytając świadectwa dorosłych już adoptowanych, dowiadujemy się, że najbardziej ubolewają nad tym, że zostali oszukani i żyli w kłamstwie.  Kochali swoich rodziców, ale czuli żal, że przez tyle lat ich świat nie był prawdziwy. Jak wspominają, nie raz mieli przeczucie, że coś jest nie tak, niektórzy nawet mieli sny-wspomnienia np. z pobytu w rodzinie zastępczej. Dopiero gdy dowiedzieli się prawdy, pewne rzeczy zaczynały mieć sens.
Dziecko prędzej czy później pozna prawdę. Pytanie tylko, czy zdążymy mu sami ją przekazać, czy zrobi to za nas jakaś "życzliwa" osoba? 

Kiedy powiedzieć dziecku o adopcji?

Eksperci twierdzą, że jak najwcześniej. Dziecko bowiem dorasta w przekonaniu, że jest to naturalne i przyjmuje prawdę, poznając coraz więcej szczegółów na jej temat. 

No właśnie. Opowiem wam jak to było u nas. Jak wyglądał ten dzień, w którym dziewczynki po raz pierwszy usłyszały prawdę. 
Szczerze? Naprawdę nie myślałam, że to tak szybko nastąpi. Możecie wierzyć lub nie, ale ja po części zapomniałam (albo po prostu nie myślałam o tym), że dzieci się rodzi. Dla mnie one się rodzą. A to co innego. Moje kruszynki, których cały świat  obracał się wokół butelki z mlekiem i zabawy, nagle stały się rozumnymi istotkami, które zaczęły zadawać pytania. Wiedzieliśmy, że już zaraz, za chwilę padnie to najważniejsze, dotyczące pochodzenia. 

Od samego początku oglądaliśmy razem zdjęcia, ale dziewczynki nie kojarzyły i nie łączyły faktów. Czytaliśmy też bajki, w których zwracaliśmy uwagę na pewne aspekty, ale dla nich to wszystko były bajki, historie, z którymi absolutnie się nie identyfikowały. Bajki adopcyjne sprawdziły się tylko jako wprowadzenie tematu, natomiast by przenieść to konkretnie na naszą rodzinę trzeba było prosto, bez ogródek powiedzieć o adopcji. Dobry moment nastąpił, gdy zaczął być widoczny brzuszek ciążowy mojej dobrej koleżanki. Zaczęłam opowiadać dziewczynkom, że tam jest dzidziuś, że ciocia go nosi 9 miesięcy a potem się urodzi i będzie rósł i rósł aż stanie się tak duży jak one. Zdawałam sobie doskonale sprawę z tego, że będzie to prowadzić do większej ilości pytań. I tak się też stało.

"A ja też byłam u ciebie w brzuszku?" "Czy ja też się urodziłam?" "Czy ty też miałaś taki duży brzuszek?" to tylko kilka pytań, które usłyszeliśmy. Wzięłam głęboki oddech i spokojnym tonem odpowiedziałam. 

Reakcja dziecka


Prawdy nie należy się obawiać. Nie należy się też obawiać reakcji dzieci. One dopiero się uczą, poznają siebie, poznają świat. Nie rozpłaczą się na wieść, że zostały adoptowane. Jak twierdzą psychologowie, do 5 lat, dziecko nie jest w stanie pojąć, czym jest adopcja. Ono ma swoją mamę i tatę, a prawda o jego pochodzeniu jest tylko informacją, że urodziło się w "innym brzuszku" 

Co powiedzieć a czego nie.

Dziecko przyjmuje prawdę o swoim pochodzeniu przez całe życie. Należy mu ją dawkować, odpowiednio do wieku. Zapytałam kiedyś w ośrodku, czy jeśli znamy brutalne szczegóły z życia dziecka, to czy powinniśmy mu je przekazać. Otrzymałam odpowiedź, że nie. Małemu dziecku bowiem, należy się informacja, że zostało przysposobione, natomiast w wieku dorosłym, jeżeli będzie wykazywało wolę rozmowy na ten temat, możemy przekazać mu wszystko co wiemy. 

Czy wszystkie dzieci szukają swoich biologicznych rodziców?

Doświadczenie mówi, że większość dzieci nie szuka swoich biologicznych rodziców. Dzieci adoptowane jako niemowlęta mają żal do swoich rodziców, że zostały porzucone, natomiast starsze dzieci pamiętają traumę "tamtego życia" i nie chcą do niego wracać. Prawie zawsze natomiast, dzieci szukają swojego rodzeństwa, zwłaszcza po śmierci swoich adopcyjnych rodziców, kiedy to czują, że zostały same (dotyczy to w szczególności jedynaków)

A co z dziećmi starszymi pamiętającymi swoje rodziny biologiczne?

Tu bywa różnie. Podawałam wam już kiedyś przykład koleżanki, która adoptowała 5-latkę, gdzie dziewczynka wyparła ze świadomości swoich rodziców biologicznych (po przeżytej traumie) i przyjęła jedyną, swoją wersje wydarzeń, w której mama i tata długo jej szukali, aż wreszcie znaleźli. Matkę biologiczną nazywa "tamtą panią", "czarownicą" i nie chce o niej rozmawiać. 

Trudno wyczuć na ile dziecko jest otwarte na prawdę o sobie. Na pewno warto podejmować taki dialog, by nie zostało z tym wszystkim samo. Pomimo tego, że wiele pamięta, musi również pogodzić się z prawdą o tym, że nie urodziło się z brzuszka mamy. 

Dla nas, rodziców adopcyjnych, cały proces jawności adopcji może się wydawać skomplikowany. Począwszy od pierwszej informacji o  pochodzeniu dziecka, do pytań o szczegóły porzucenia. Przy dzieciach starszych dochodzić może jeszcze odebranie praw rodzicielskich. Tematy trudne, ale warto rozmawiać o tym jak najwcześniej, by dialog był naturalny. Dziecko musi mieć pewność, że na każdym etapie swojego życia może przyjść do rodziców i uzyskać odpowiedź na swoje pytanie, albo przynajmniej wsparcie. 

A jak jest teraz u nas?


No cóż, trudno do końca stwierdzić, na ile prawda została przyjęta przez nasze dzieci. Młodsza jest jeszcze według mnie zbyt mała, by coś zrozumieć. Na razie jest na etapie takim, że przychodzi do nas, kładzie główkę na kolanach i mówi "moja mamusia", "mój tatuś"
Starsza ma takie przebłyski. Czasem niczym Filip z konopii wyskoczy z różnymi tekstami. 

(oglądając zdjęcia)
- Mamusia, a gdzie jest J. ? U babci i dziadka?
- Nie kochanie, J. jeszcze nie było wtedy, jeszcze się nie urodziła.
- Była u ciebie wtedy w brzuszku?
- Nie, nie była u mnie w brzuszku, pamiętasz? Mój brzuszek był chory i J. nie mogła być u mnie.
- No tak, to pewnie była u tatusia w brzuszku.
- Nie, nie była u tatusia, tatusiowie nie noszą w brzuszku dzieci.
(taka odpowiedź wystarczyła i pobiegła się bawić)

Zauważyłam, że na nic planowanie rozmowy o poważnych rzeczach, pytania dzieci wychodzą naturalnie i spontanicznie. Można się ich spodziewać w każdej chwili i trzeba być na nie przygotowanym. Będę was informować na bieżąco jak to wszystko wygląda.

A co przyniesie przyszłość? Ja żyję nadzieją, że jeśli kiedyś moje dzieci będą chciały poznać swoich rodziców biologicznych, to zabiorą nas w tę podróż ze sobą.


20 komentarzy:

  1. My, jako że adoptowaliśmy noworodka, często słyszymy pytanie, czy powiemy mu, że jest adoptowany. Gorzej nawet, nie raz usłyszałam stwierdzenie - "Nie będziecie mu mówić, prawda? I tak nic nie będzie pamiętał". No będziemy, już mówimy. Póki co miałam rozmowę z moją bratanicą, lat 5,5. Nie zrozumiała. Przyznam, że trząsł mi się głos, jak opowiadałam jej, że ja nie urodziłam Rysia. Od razu padło "a kto?". Powiedziałam, że inna Pani, no ja nie mogłam, a my go adoptowaliśmy. Dalej zapytała, co to znaczy, wytłumaczyłam, powiedziała "acha" i pobiegła się bawić 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobraź sobie, że mamy dokładnie takie same doświadczenia. Ludzie nie pytają, kiedy, tylko właśnie czy powiemy, bo przecież i tak dzieci nic nie pamietają... Nie mam pojęcia jak oni sobie to wyobrażają. Pomijam fakt samego kłamstwa, ale co niby miałabym powiedzieć? Że padł dysk a wraz z nim wszystkie zdjęcia jak byłam w ciąży? I to dwa razy?

      Powiem Ci tak najzupełniej szczerze, tak z serca, że było to dla mnie ogromne przeżycie, gdy pierwszy raz mówiąc do świadomego już dziecka, musiały przez usta przejść mi słowa, że "nie ja cię urodziłam". W tym momencie po prostu było mi tak ogromnie żal, nie że to nie moje biologiczne dzieci, ale że tak po ludzku, nie mogę wziąć ich małych rączek, przyłożyć do brzucha i powiedzieć, że tam były. Za to przyłożyłam rączki do serca i powiedziałam, że tam mieszkały.

      Rozmowa z Twoją bratanicą jest wspaniałym przykładem tego, że prawdy nie trzeba się bać. Dzieci pytają z ciekawości i wcale nie analizują tego aż tak głęboko jak my.

      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
    2. „Kiedyś, kiedyś… chyba w maju?
      Na ulicy…? Lub w tramwaju…?
      Moją mamę spotkał tata.
      Los obojgu figla spłatał,
      Bo choć inne mieli plany,
      Czuli, że są… zakochani!
      „Nie do wiary!”, myślał tata,
      „Ja i miłość?! Koniec świata”.
      „Och, och, och…”, szeptała mama,
      „chyba kocham tego pana…”.
      Tak zaczęło się to wszystko.
      Wkrótce było weselisko,
      pokój z kuchnią (na początku),
      sto uśmiechów w każdym kątku,
      w dzień tysiące chwil uroczych,
      gwiazdy spadające w nocy
      (potem piasek w oczach z rana)
      i… czekanie na bociana.

      Ale bocian – sami wiecie –
      woli włóczyć się po świecie,
      szukać żab na całym globie,
      zamiast dzieci dźwigać w dziobie.
      Zresztą może ja się mylę?
      Wszędzie jest niemowląt tyle…
      Może to nie boćka wina?
      Może inna jest przyczyna…?
      Tak czy owak, mama z tatą,
      choć od lat czekali na to,
      choć szukali w krąg pomocy,
      choć robili, co w ich mocy,
      żeby zostać rodzicami,
      ciągle byli sami. Sami…!
      Innym mamom, w wielkich brzuszkach,
      słodko biły już serduszka
      synków małych jak landrynki
      i córeczek jak malinki.

      A u mojej mamy – cisza…
      Tylko tata czasem słyszał,
      jak po domu nocą drepcze
      i cichutko (do mnie…?) szepce:
      – Tak bym cię przytulić chciała,
      okruszynko moja mała…

      Wreszcie tata rzekł: – Kochanie…
      Jest też inne rozwiązanie.
      Nie mogliśmy sprawić sami,
      by maluszek był tu z nami,
      Ale go kochamy przecież!
      Może on już jest na świecie?
      Tak jak w bajkach – hen, daleko,
      za górami i za rzeką…?
      trzeba tylko go odnaleźć.
      Nie wahali się więc wcale!
      Spakowali ciepłe ciuszki,
      stertę pieluch, trzy poduszki,
      odrzutowy samolocik
      (prezent od szalonej cioci),
      lalkę, mleko, bukiet bratków,
      kaftaników sto (od dziadków),
      kocyk w kratkę, kocyk z kotkiem,
      tuzin smoczków i grzechotkę,
      boćka z pluszu, czapkę w kwiatki,
      niespodziankę od sąsiadki,
      szampon, mydła, tran, mazidła
      i… pognali jak na skrzydłach!

      Przyjechali w samą porę,
      bo różowy, śmieszny stworek
      (cztery kilo i pięć deka)
      już się nie mógł ich doczekać.
      Kiedy mnie przywieźli z dala,
      tata mało nie oszalał,
      dziadek po chusteczki latał
      i tłumaczył, że ma katar,
      wujek szeptał: „Moja klucho!”,
      babcia całowała w ucho,
      piesek mi przynosił piłkę,
      a mamusia, przez pomyłkę,
      kaszką częstowała gości
      i wciąż śmiała się z radości.

      A co dalej?

      Dalej było już zwyczajnie
      – raz ciekawie, raz banalnie –
      przytulanki i swawole,
      rower, wrotki i przedszkole,
      bajki, rosół, śnieg i narty,
      bałwankowy nochal z marchwi,
      czasem mina nadąsana,
      bo znów stłukły się kolana,
      czasem żarty i chichotki,
      figle z tatą, z mamą plotki…

      Nic w tym nie ma niezwykłego!
      Może tylko prócz jednego –
      kiedy widzę gdzieś bociany,
      to przytulam się do mamy…
      I z uśmiechem myślę o tym,
      że choć przez bocianie psoty
      nigdy mnie nie miała w brzuszku,
      wciąż nosiła mnie w serduszku.”

      Autor: Agnieszka Frączek

      Usuń
  2. @izzy
    Dzięki Ci za tę notkę bo jest wielce pouczająca i pożyteczna.

    Moje córki wiedzą od początku (z racji wieku choćby) ale kazda to rozumie po swojemu i każda inaczej przyjmuje. Starsza ma tak jakby świat przed "przyjazdem" miał zniknąć. Młodsza częściej draży temat: Wisz ci ludzie myślą, że mama nas urodziła...
    Eh... Najtrudniejsze rozmowy jeszcze przed nami. Jak się starsza odblokuje i padną pytania dlaczego.

    Pozdrawiam serdecznie
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja myślę, że najważniejsze to być otwartym na każde pytanie dziecka, tak jak napisałam nie zostawiać go samego ze swoimi myślami. Podobno dzieci mają tendencję do wyobrażania sobie różnych rzeczy dotyczących rodziców biologicznych. Jedne będą ich szczerze nienawidzić za co co zrobili (że oddali po porodzie, albo, że nie byli dobrymi rodzicami i odebrano im prawa), albo będą się zachowywać tak jak przy rozwodzie, czyli, gdybym była lepsza, grzeczniejsza, ładniejsza, to może by nie pili, może by mnie kochali.
      Opowiadała nam pani na kursie o kilku przypadkach, w których dzieci miały obsesję poznania rodziców biologicznych. Rodzice adopcyjni jednej 16-latki przywieźli ją do ośrodka i błagali pracowników, by wcześniej niż przed ukończeniem 18 roku życia udostępnili jej dane. Tak się tez stało. Dostała to co chciała. Na tym się skończyło. Nigdy ich nie odnalazła, po prostu chciała wiedzieć jak się nazywali.
      Inna historia. Chłopak też bardzo pragnął wiedzieć skąd pochodzi. Nie pamiętam ile miał lat, ale rodzice ado również zabrali go do ośrodka, gdzie dowiedzieli się szczegóły dotyczące rodziców bio. Pojechali z nim na Śląsk i jak chłopak zobaczył to miejsce to nawet nie wysiadł z auta.
      Także jest różnie. Niektóre dzieci wolą nie otwierać puszki Pandory, inne po prostu muszą wiedzieć, bo inaczej nie potrafią żyć. Wcale nie chcą się widzieć z nimi, ale muszą wiedzieć co się wydarzyło. Myślę, że trzeba im na to pozwolić i rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać.

      Nas czekają podobne rozmowy do Waszych, pomimo tego, że adoptowaliśmy dzieci w różnym wieku. Kiedyś i moje przejdą etap JUŻ WIEM i zaczną się zastanawiać DLACZEGO. Chciałabym pomóc im zrozumieć, że to były wybory innych ludzi i nie mogą się obwiniać za to co się stało. Obawiam się o starszą córkę, bo jest strasznie emocjonalna. Czasem mam wrażenie, że siostra urodziła się po to, by razem mogły przez to przejść. Młodsza jest też bardzo wrażliwą osobą, ale wydaje mi się, że jest silniejsza psychicznie.

      Zwracam dużą uwagę na wzmacnianie poczucia własnej wartości u dziewczynek, jeszcze o tym na pewno napiszę, bo wydaje mi się, że odgrywa ono tu ogromną rolę.

      Trzymam mocno kciuki za Was, widzę, że starsza córka ma dokładnie taką samą reakcję jak u mojej koleżanki. U niej trwa to już 3 lata (tyle minęło od przysposobienia) i nic się nie zmieniło. Najważniejsze dla dziecka jest to, że rodzice czekali właśnie na NIĄ i że WRESZCIE SIĘ ODNALEŹLI. Mówi o tym dość często, o matce biologicznej wspomina coraz rzadziej. Koleżanka jednak widzi ogromną zmianę w jej podejściu do życia, wreszcie zaczęła jak by to powiedzieć hmm normalnie żyć (być może pomalutku przyjmuje do siebie to co się wydarzyło)

      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  3. Izzy, jaki to piękny pouczający wpis. Także dla mnie- osoby, której temat jakby nie dotyczy. Piękny, mądry i mówiący o tym, że dziewczynki trafiły na wspaniałych i mądrych rodziców. Gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za tak ciepłe słowa :)) Staram się być dobrą mamą, choć okazuje się, że nie jest to tak łatwe jak kiedyś mi się wydawało ;)

      Zapraszam częściej do Naszego Światka :)

      Pozdrawiam serdecznie!
      Izzy

      Usuń
  4. Od początku opowiadamy Tygrysowi o naszym pierwszym spotkaniu, o pierwszym spotkaniu. I niesamowite jest to, jak Go cieszą te wspomnienia. Ostatnio Synek zaczyna pytać o to, czy coś było zanim się urodził. Także wchodzimy na wyższy poziom... Rozmowy o adopcji są mimochodem, przy okazji. I tyle na ten moment wystarczy. Możemy sobie wyobrażać taką rozmowę, a dziecko i tak zapyta w najmniej (dla nas) odpowiednim momencie. Przypomina mi się, jak Pani Modlibowska pisała w swojej książce, jak córka zaczęła drążyć temat w przedszkolu przy innych rodzicach. I gdzie ten klimat, atmosfera :) Ale prawda ponad wszystko. Oczywiście na miarę aktualnych możliwości dziecka. Trochę się martwię, bo Tygrys jak Wasza córcia jest bardzo wrażliwy, ale że wychowuje Go dwóch takich samych wrażliwców, więc powinniśmy razem dać radę.

    Modlibowska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Kiedyś mi się wydawało, że dojdzie do jakiejś wielkiej rozmowy typu siadamy i poważnie przekazujemy tę ważną informację a tu się okazuje, że te najważniejsze dialogi o pochodzeniu odbywają się właśnie mimochodem :)

      Kiedyś opowiedziała nam pewna dziewczyna, że siedzi na toalecie a tu nagle wpada 5-letnia córka i w pośpiechu pyta: Mamusia, a po co ty właściwie mnie adoptowałaś? Wyciskając z siebie pewien płyn, musiała na szybko podać zadowalającą odpowiedź ;)

      Ciekawe jak to wszystko się ułoży, ja też czuję, że rozmowy wchodzą na inny poziom.

      Co do wrażliwców to myślę, że właśnie ważne, żeby to rozumieć i nie bagatelizować żadnych obaw dziecka.

      pzdr

      Usuń
  5. Opowiadamy córce o adopcji właściwie od pierwszego dnia. Czasem przybierało to formę żartu (np. kiedy P. brał na kolana miesięczną Księżniczkę i z pełną powagą oznajmiał jej, że muszą porozmawiać, po czym tłumaczył prawne zawiłości przysposobienia), czasem zdarzało się przy okazji chwil tkliwości i bliskości. Wiadomo, że te "prawdziwe" rozmowy są jeszcze przed nami... i że chyba nie da się na nie w 100% przygotować. Na pewno powiemy Księżniczce prawdę o jej pochodzeniu, kiedy tylko zapyta. Inna rzecz, tak jak piszesz, to dawkowanie tej prawdy w taki sposób, żeby była zrozumiała i przyswajalna dla małego dziecka.
    Tak jak Ciebie i mamę Rysia, mnie też znajomi pytają, czy powiemy dziecku, że jest adoptowane. Na szczęście jak dotąd tylko jedna osoba sugerowała, żeby tego nie robić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to chyba działa tak jak TEN telefon o odnalezieniu Twojego dziecka. Niby się spodziewasz, a jednak zawsze jesteś zaskoczona, każdy tak mówi przecież :)
      Mnie często zdarza się, że ludzie twierdzą, że powiedzieliby na moim miejscu, ale jak dziecko będzie większe uwaga! , żeby mu zmniejszyć traumę...Tia
      To akurat może wynikać trochę z niewiedzy, bo przecież ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z adopcją, nie ma pojęcia co jest dla dziecka najlepsze. Ale, żeby myśleć, że kłamstwo jest tu najlepszym rozwiązaniem to nie potrafię tego zrozumieć...

      Usuń
  6. No! Nareszcie:) Bardzo ci dziękuję:)
    Wiesz, ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że nie chcesz powiedzieć dziewczynkom... że w ogóle ktokolwiek mógłby nie chcieć. Ale jak widzę i tacy rodzice są. To oczywiście ich sprawa, ale pamiętam jaką traumę przeżyła dziewczynka z podwórka, którą poinformowały... dzieci w szkole.
    Jeszcze gorsze od zatajanie prawdy jest jawne kłamstwo. Mój kolega miał regularnie robioną wodę z mózgu, bo każdy w rodzinie mówił mu co innego, na temat jego pochodzenia.
    Ja jestem tego samego zdania, co ty, że najlepiej od początku mówić dzieciom i oswajać z tą myślą, jako coś zupełnie naturalnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dokładnie. Jakiekolwiek kłamstwo podawane dziecku krzywdzi go jako człowieka. A jeśli dotyczy jego pochodzenia to już jest dla mnie niezrozumiałe. Czytając różne świadectwa dorosłych adoptowanych dowiedziałam się, że często rodzice przegapiali ten moment, kiedy powinno się dziecku powiedzieć i potem najzwyczajniej w świecie było im trudno zacząć rozmowę. Poza tym jeszcze jakiś czas temu dzieci adoptowane kojarzyły się tylko z marginesem społecznym i to pewnie też rzutowało na decyzję o zatajeniu prawdy. Myślę, że wielu rodziców po prostu nie do końca zdawało / zdaje sobie sprawę z tego jak wielką robią dziecku krzywdę.

      Usuń
  7. Bardzo fajnie, też popieram jawność. Nie daj Boże dowie się dziecko w okresie buntu i świat mu się zawali. Dalecy znajomi mieli problem ze swoim sekretem, kiedy młoda miała za zadanie zrobić diagram z grupami krwi rodziny na biologii...ciężko im było z tego wybrnąć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no właśnie. Jak dowodzą doświadczenia, dziecko ZAWSZE się dowie. Jeśli nie od nas to od kogoś innego i to właśnie często niepowołanego. Kurcze, nie wyobrażam sobie choćby takiej sytuacji jaką Ty opisałaś, albo, w której moje dziecko potrzebuje krwi,albo szpiku i nie mogę pomóc, bo nie jestem biologicznym rodzicem. I co, nie dość, że trudna sytuacja to co mam powiedzieć, aaaa właśnie, tak przy okazji, nie jestem twoją biologiczną mamą...
      yyyy

      pzdr

      Usuń
  8. Ja też nie wyobrażam sobie wychowywać dzieci w kłamstwie (pisałam to też na moim blogu).
    Dziecko tak czy inaczej się dowie - nawet od "życzliwych" osób, czy też innych dzieci "z piaskownicy". Ale skoro chcemy wychowywać nasze dziecko z pewnymi wartościami, to my przekażmy mu tą prawdę. Nie okłamujmy naszych dzieci.
    Prawda jest najpiękniejszą rzeczą w życiu takiego dziecka - wie, że nie jesteśmy jego biologicznymi rodzicami, ale kochamy go, dajemy mu miłość, dom, poczucie bezpieczeństwa...
    Nagle odkryta prawda po wielu latach życia w kłamstwie powoduje u dziecka wielki zamęt i traumę - czy tego chcemy??? - na pewno nie, a więc nie bójmy się prawdy i mówmy dziecku od samego początku o adopcji - ono zasługuje na prawdę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie też tak sądzę, ale tak jak napisałam, niektórzy naprawdę nie mają zamiaru powiedzieć o adopcji, wyobrażasz sobie? W dzisiejszych czasach, gdzie robi się dzieciom zdjęcia, kręci filmy telefonem itd. do jakiego trzeba posunąć się kłamstwa, żeby to ukryć!
      Mnie ludzie często pytają, czy powiem i kiedy powiem. Ci, którzy uważają, że powinnam i tak zwlekaliby do większej dojrzałości dziecka. Jedna osoba sugerowała, by w ogóle tego nie robić "bo przecież to małe dzieci i nie pamiętają" Koszmar.

      Usuń
    2. U nas na szkoleniu było podobnie - padło nawet pytanie o miejsce urodzenia dziecka czy nie można zmienić, bo są z innej miejscowości i jak oni to wytłumaczą dziecku - że mieszkają tu, a dziecko w metryce ma miejsce urodzenia w innym mieście oddalonym o wiele kilometrów!
      Ja to byłam w szoku kiedy usłyszałam to pytanie! Szkoda, że jeszcze nie można zmienić daty urodzenia dziecka!
      Nie rozumiem i prawdopodobnie nigdy nie zrozumiem takiego zachowania rodziców adopcyjnych... Wychowywać dziecko w kłamstwie? - przecież przekazujemy dzieciom takie same wartości jakie mamy sami w swoim życiu, więc powinniśmy być z naszym dzieckiem szczerzy i mówić mu prawdę - nawet najgorszą.
      Kiedyś rzeczywiście były czasy, że nie każdego było stać na aparat, więc się mówiło, że nie ma zdjęć z tamtego okresu, ale trafnie to stwierdziłaś - dziś mamy XXI wiek, więc nawet telefonem robią zdjęcia, czy nagrywają kamerką - nie wiem jak te pary w przyszłości wytłumaczą dziecku, że dlaczego nie ma zdjęć i filmów...Że skasowały się przez przypadek???...
      Dzisiaj są nawet bajki o adopcji, więc można małemu dziecku już wprowadzać powoli ten temat żeby się przyzwyczajało do tej myśli, że jest adoptowane, a nie zwlekać do większej dojrzałości.
      Większa dojrzałość nie oznacza, że przyjmie to dobrze - może to wówczas przybrać odwrotny skutek...
      Ale to ich życie, ich dziecko, więc też ich wybór...
      Sądzę jednak, że większość tych par w przyszłości będzie cierpieć z powodu takiego wyboru, a ich dziecko tym bardziej gdy się dowie, że tyle lat żyło w kłamstwie...

      Usuń
    3. No właśnie, czyli sama miałaś kontakt z taką osobą, więc wiesz o co mi chodzi.
      Im później dziecko się dowie tym gorzej, bo już będzie miało poczucie, że było oszukiwane a poza tym wejdzie np. w okres dojrzewania, buntu i co wtedy? Kompletnie się rozsypie...

      A co do przeszłości, to czytałam, że kobiety wkładały poduszki pod swetry i udawały ciążę, potem gdzieś wyjeżdżały i niby "rodziły"
      Nie wyobrażam sobie większej obłudy.

      Pzdr.

      Usuń