Adopcja,  Więcej

Z miasta na wieś

Urodziłam się i wychowałam w mieście, więc marzenie o własnym domu traktowałam zawsze w kategoriach “kiedyś tam, być może”. Nie dążyłam w żaden sposób do jego spełnienia, nie myślałam o tym i w zasadzie tylko od czasu do czasu pojawiała się myśl, że fajnie byłoby mieć kawałek swojego ogródka, a wśród kwiatów mały, biały domek…

Pewnego dnia, już sama nie pamiętam dlaczego, jeden z moich uczniów przyjechał do mnie do domu na lekcję, zamiast ja do niego do firmy. Być może musiałam być w domu, bo czekałam na coś?? Umknęło mi to, więc zostawiam jako pytanie retoryczne 🙂 Tak czy siak, popatrzył na moje skromne 47m2 plus 20m2 zamykanego korytarza dzielonego z emerytowanym profesorem uniwersytetu i powiedział: Wiesz, fajne masz to mieszkanko, ale nie myślałaś o tym, żeby je sprzedać i wyprowadzić się za miasto? Za cenę tego mieszkania mogłabyś wybudować przecież dom. Zabrzmiało to dla mnie strasznie abstrakcyjnie, bo o ile gdzieś głęboko jak wspomniałam chciałam mieć dom, tak zawsze wyobrażałam sobie, że będzie on gdzieś w mieście, albo co najmniej na jego przedmieściach. Ale na wieś? Niby blisko do miasta, ale to nadal wieś. Fakt, od jakiegoś czasu oglądaliśmy się za nowym lokum, ponieważ byliśmy wtedy w trakcie procedury adopcyjnej i wiedzieliśmy, że moja praca z domu przy małym dziecku i 2 pokojach nie będzie raczej możliwa. Jeszcze wtedy nie wiedziałam przecież, że w zasadzie bardzo szybko nasza rodzina powiększy się nie o jedno, ale o dwoje dzieci. Nie ukrywam jednak, że wieś kojarzyła mi się z panem Wieśkiem (*imię dobrane przypadkowo) stojącym z kolegami pod budką z piwem i starszymi paniami w chustkach na głowie siedzącymi na starych, drewnianych ławeczkach przed domem…
Pamiętam, że tamtego wieczoru opowiedziałam mężowi o mojej rozmowie ze znajomym uczniem, o tym, że ma fajną ekipę budowlaną, którą z czystym sumieniem poleca i o tym, że to dobry moment na kupienie działki i postawienie domu. Na to mój mąż odpowiedział krótko: Ok, postawmy dom. I tak zaczęłam się nasza przygoda.

Pierwsze wykopki.

Przez jakiś czas przeglądałam jeszcze oferty sprzedaży mieszkań w naszej dzielnicy. Niestety, nie były tanie, a ja nie chciałam przeprowadzać się gdzie indziej. Mieszkania nie taniały, a wręcz przeciwnie, ceny rosły jak na drożdżach a deweloperzy wciskali nowe bloki tam, gdzie myślałam, że wcisnąć się ich już nie da- komfort raczej wątpliwy. Przeliczyliśmy też, że w zasadzie zajmujemy około 60m2 (wraz z korytarzem, na którym stała ogromna szafa z Ikei w której trzymaliśmy wszystkie ciuchy), czyli musielibyśmy kupić co najmniej 75-80m2, żeby w ogóle opłacało się przeprowadzać. Koszt więc nie mały. I tak właśnie zapadła ostateczna decyzja o zbudowaniu naszego domu, tego domu w którym teraz siedzę i piszę do was 🙂 Właśnie mijają 4 lata odkąd tu zamieszkaliśmy.

Fundamenty.

Dość szybko udało nam się znaleźć odpowiednią działkę, więc zajęliśmy się szukaniem projektu, który spełniłby nasze oczekiwania. Niestety żaden z nich nie nadawał się dla nas, ponieważ przede wszystkim większość miała na dole zaledwie jeden pokój a nam zależało na dwóch: gościnnym i biurze, gdzie wreszcie mogłabym stworzyć swój pokój do pracy o jakim marzyłam. Zdradzę wam, że taki pokój mam, ale obecnie dzielę go z moimi dziećmi, zatem oprócz mojego stołu i moich książek, znajduje się tu kącik dziecięcy, biurko, zabawki i materiały do nauki dziewczynek. No cóż, chciałam biuro? Mam biuro. Z tym, że bardziej typu Open Space w korporacji 😉 Myślę, że gdy maluchy pójdą do szkoły zrobimy wielkie przemeblowanie, ale na to jeszcze jest czas. Wracając do projektu. Niestety nie udało się znaleźć odpowiedniego, więc wybór padł na indywidualny. Wyszukaliśmy architekta, który ma podobną wizję do naszej i pojechaliśmy na pierwsze spotkanie. Przedstawiliśmy mu swoje oczekiwania i plany. Po 2 tygodniach dostaliśmy pierwszą wizualizację. Niestety, kompletnie różniła się od tego co my mieliśmy na myśli. Zajęło nam sporo czasu, by narysować taki dom, jaki sobie wyobrażaliśmy. Trwało to tak długo dlatego, że architekt miał swoją wizję, a my trzymaliśmy się swojej. Jego niektóre rozwiązania owszem, były piękne, ale tylko do zdjęcia na Instagramie, nie były bowiem praktyczne.
Projekt udało się zamknąć na 2 tygodnie przed naszym wyjazdem do Włoch, na którym dostaliśmy telefon z ośrodka. Z wakacji jak pamiętacie, wróciliśmy już z Elsą.

Mała Elsa przygląda się naszej działce, na której wkrótce rozpocznie się budowa 🙂

Elsa rosła wraz z domem. Gdy zaczynała chodzić, wylaliśmy fundamenty, gdy zdobywała kolejne, nowe umiejętności, dom zyskał drugie piętro i nowe pokoje. A kiedy już zaczęliśmy przymierzać się do wykończenia w środku, urodziła się Misia. To był trudny okres. Ja byłam z moją mamą, albo sama w domu z dwójką naprawdę małych dzieci a mąż z moim tatą całymi dniami siedzieli na budowie robiąc samemu wszystko to, co potrafili. Żaden z nich nie jest fachowcem, ale muszę przyznać, że wykonali kawał dobrej roboty, od konstrukcji sufitów podwieszanych na glazurze i terakocie skończywszy. Bardzo trudno było coś ustalić, często bywało, że karmiłam jedno dziecko, bawiłam się z drugim a w międzyczasie ustalałam przez telefon z mężem, gdzie i jakie chcemy mieć oświetlenie, w którym miejscu kontakty, czy krany. Także wybór wyposażenia bywał koszmarem – zostawialiśmy dzieci rodzicom i na kilka godzin udawaliśmy się na zakupy. Mimo wszystko bardzo ciepło wspominam ten okres w naszym życiu. Szkoda tylko, że tak szybko to minęło, że nie było czasu, by na spokojnie nacieszyć się tymi pierwszymi miesiącami we czwórkę. Ale nie mieliśmy wyboru. Sprzedaliśmy bowiem nasze mieszkanie i musieliśmy je opuścić w wyznaczonym terminie.

Nadszedł czas przeprowadzki. Kiedy już wydawało mi się, że jestem prawie spakowana, okazało się, że tych drobnostek jest tak dużo, że zaczęłam panikować, czy i jak w ogóle zdążę ze wszystkim. Plan był taki, że mieliśmy zamieszkać w nowym domu dzień przed oddaniem kluczy, tak, abym mogła w spokoju wysprzątać całe mieszkanie. Mąż zaczynał pracę o 7, więc pojechaliśmy jednym samochodem, on do pracy, ja do roboty. Teoretycznie miałam sporo czasu, ponieważ z nową właścicielką byłam umówiona na popołudnie. Niestety czas biegł nieubłaganie i gdy wybiła godzina oddania kluczy, ja nadal nie byłam ze wszystkim gotowa. Przez tyle lat uzbierało się mnóstwo rzeczy a na dodatek doszły jeszcze akcesoria dla dwójki niemowlaków, które nie tak łatwo było spakować i przewieźć: łóżeczka, wózki, stoliczek, krzesełeczka o innych rzeczach nie wspomnę. Na koniec jeszcze zdjęłam ze ściany kolorowe naklejki, które towarzyszyły nam od czasów procedury adopcyjnej i wkleiłam na pamiątkę do zeszytu. Po południu przyjechał mąż i oddaliśmy klucze pani, która kupiła od nas mieszkanie. Co ciekawe, za jakiś czas zaprosiła mnie na herbatkę, więc odwiedziłam miejsce, w którym spędziłam tyle lat. Miejsce, w którym rodziliśmy się my jako para i miejsce w którym urodziły się nasze dzieci. Patrząc na pokoje czułam ogromny sentyment, ale inaczej wyobrażałam sobie tę wizytę. Wydawało mi się, że będzie mi trochę żal, że będzie dziwnie, że jest tam ktoś obcy, ale wiecie co? Stwierdzenie, że tam dom twój gdzie serce twoje, jest najprawdziwszą prawdą. Miejsce choć tak dobrze mi znane, nie było już moje. Bo nie było tam nas. Jak to ktoś kiedyś powiedział, miejsce to tylko miejsce. Dlatego przekonałam się kolejny raz, że dom to nie cztery ściany, ale ludzie, którzy go tworzą. Nie ważne na ilu metrach mieszkamy, ważne, że mieszkamy tam razem.

Widok z salonu. Po lewej stronie kuchnia i wejście do mojego biura 🙂

Ale wracając do mojej historii 🙂 W międzyczasie, dziewczynki wraz z moimi rodzicami czekały na nas w domu, beztrosko szalejąc po nowej, dużej powierzchni. Jeśli myślicie, że odetchnęłam z ulgą to bardzo się mylicie. Zrzuciłam ze swoich barków stare mieszkanie, przyszedł czas zakasać rękawy i wziąć się za sprzątanie, rozpakowywanie i wykończenie nowego domu. Tak, tak, roboty było mnóstwo. I przez mnóstwo mam na myśli choćby to, że większość pomieszczeń w zasadzie nie była gotowa. Zamieszkaliśmy we trójkę w moim pokoju do pracy (tym, w którym teraz do was piszę), nie mieliśmy sofy (czyli usiąść za bardzo nie było na czym w salonie) i nie było światła. A! Nie było jeszcze ciepłej wody, bo dopiero mieli nam podłączyć w przeciągu 2 dni. Na szczęście czerwiec był wtedy ciepły i z powodzeniem myliśmy dziewczynki w basenie, a woda sama się nagrzewała 🙂 Tylko my w zasadzie wiedzieliśmy, że tak to wyglądać nie powinno, bo one oczywiście miały ze wszystkiego radość. No właśnie, prawie zapomniałam napisać taki drobny szczegół! Nie mieliśmy również drzwi wewnętrznych! Pomijam już fakt, że stojąc w salonie widziałam cały garaż (dom jest po części na planie prostokąta) to najgorsze było to, że dziewczynki obie skubały tynk! Ciężko było je również zatrzymać w pokoju, bo niby jak skoro nie ma drzwi? Zastawialiśmy więc wejścia do newralgicznych pomieszczeń pudłami, a one próbowały rozpracować jak się przez nie przedostać. Trudno też było w ciągu dnia, bo oczywiście na podwórku (bo ogródkiem to to wtedy nie było) była tylko czarna ziemia i pełno śmieci po budowie a Misia jeszcze nie umiała wtedy chodzić. Jak zamknę oczy to widzę te czarne stopy Elsy, które wieczorem moczyliśmy przez pół godziny w wodzie, albo umorusaną Misię, która właśnie wyszła z baseniku na brudną ziemię. W międzyczasie przyjechali też panowie z firmy zakładającej balustrady, więc mieliśmy “gości” przez kilka dni. Pamiętam, że było wtedy bardzo gorąco, bo kończyli robotę opaleni jakby wrócili z wakacji.

Jeżeli dotrwaliście w czytaniu do tego momentu to może zastanawiacie się jak długo trwała moja adaptacja w nowym miejscu, nowej rzeczywistości. Pewnie nie uwierzycie, ale od pierwszej chwili czułam się tu jak u siebie w domu. Nie wiem, być może to zasługa tego, że projektowaliśmy ten dom sami i znałam go na wylot zanim się wprowadziliśmy (choć oczywiście tylko na papierze i w komputerze) a może po prostu to właśnie moje miejsce. Nie wiem. Przez długi, długi czas czułam się jak na wakacjach, cisza, spokój, zielono. Dziewczynki oczywiście nie pamiętają swojego starego domu, czasem tylko gdy przejeżdżamy pokazuję im, gdzie się urodziły, ale to nie są dla nich żywe wspomnienia.
Jedyne co mi na początku bardzo przeszkadzało to były robaki. Nie jakieś groźne, ja je nazywam robakami pobudowlanymi, bo widać było, że są to mieszkańcy, którzy byli tu wcześniej niż my sami. Chodziły czasem po ścianie, więc budziłam się kilka razy w nocy myśląc, że coś mi właśnie weszło pod kołdrę – cóż, siła podświadomości, a może nie?? Zdarzyło się też, że wchodząc do łazienki wyskoczyła na mnie…. mysz. Ja akurat myszy jako takiej się nie boję, ale serce jednak mi podskoczyło, gdyż efekt zaskoczenia był spory. Mysz uciekła do garażu. Mój mąż, wielbiciel zwierzątek, postanowił być bardzo humanitarny i zamówił na Allegro “myszołapki” Po dwóch dniach złapał ją ku uciesze dziewczynek, które oczywiście były zachwycone zwierzątkiem i jednocześnie smutne, że nie chcemy myszki pohodować. Myszka została wywieziona kilkanaście kilometrów od naszego domu i wypuszczona.

Podobno pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi na przyjaciela a dopiero trzeci dla siebie. Owszem, jest kilka rzeczy, które zrobilibyśmy inaczej, ale nie przeszkadza mi to aż tak bardzo, żebym chciała zbudować nowy dom. Kiedy rysowaliśmy go na papierze, próbowałam sobie wyobrazić, że naprawdę w nim jestem. Gdzie stoję? Co robię? Czy łatwiej mi będzie sięgać po przyprawy do tej czy do tamtej szafki? Jaki widok chciałabym mieć siedząc przy stole w jadalni? Gdzie powiesimy telewizor i postawimy kanapę? Czy blisko będzie do pokoiku dziecęcego? Te i inne pytania według mnie sprawiły, że łatwiej było wybudować dom, który jest praktyczny i funkcjonalny. Jedyna rzecz to może wiatrołap mógłby być większy, ale niestety dałoby się go powiększyć tylko kosztem garażu lub magazynku a na tamtych bardziej nam zależało. Nie ma też ogrzewania podłogowego w sypialni, gościnnym i pokoiku dziewczyn, bo opinie były takie, że źle się śpi przy tym rodzaju ogrzewania. Dziś wiem, że nie jest to prawdą. Brakuje zimą tej ciepłej podłogi, choć pomieszczenia same w sobie mają dobrą temperaturę. Kilka innych rzeczy zrobiliśmy też z pełną świadomością z powodu oszczędności, wiadomo, niektóre fajne rozwiązania wymagają nakładu środków.
Na początku nie było ogrodzenia, w ogródku hulały chwasty wysokie po pas, ale i tak byliśmy szczęśliwi. Gdy patrzę teraz na wszystko, mam poczucie, że wiele jest do zrobienia, ale też widzę jak wielką robotę już udało się wykonać. Ogródek już zielony, spełniłam swoje marzenie o kąciku różanym, a w czasie kwarantanny z pomocą rodziców zbudowaliśmy skalniak i posadziliśmy winogrona w kąciku południowym. Pomysłów mam dużo, ale niektóre z nich będą musiały poczekać. Na czas, na fundusze, na wykonanie.

Pokój dziewczynek – wtedy jeszcze bez dachu.

Mój znajomy uczeń ostrzegał mnie od samego początku, że może trudno mi będzie zaakceptować nowe życie, nową normalność. Owszem, brakowało mi Biedronki tuż za rogiem, do której biegłam, gdy czegoś na szybko potrzebowałam, autobusu parę metrów od bloku, z którego wprawdzie korzystałam rzadko, no, ale był, czy ryneczku-bazarku warzywno owocowego, na który chętnie chodziłam przynajmniej raz w tygodniu. Tu owszem mam mały sklepik kilka metrów od domu i Lidla do którego dojadę w 5 minut, ale to jednak nie to samo. Przyznaję, że na początku jeździłam do Warszawy co najmniej 2 razy w tygodniu. Po różne rzeczy. Chyba czułam jeszcze potrzebę życia tam. Jednak po jakimś czasie zdarzało się to coraz rzadziej i rzadziej, aż w końcu zaczęłam żyć lokalnym życiem. Poznałam nowych ludzi, dziewczynki mają tu kolegów i koleżanki. Choć do granic miasta dojadę w kilka minut, nie mam już potrzeby tam jeżdżenia. Nagle zrobiło się dla mnie zbyt głośno, zbyt ciasno i zbyt brudno. Doceniam ciszę, spokój i przestrzeń. W czasie koronawirusa w szczególności. Otwieram rano duże okno tarasowe i wdycham letnie, ciepłe powietrze. Robię obchód wokół domu, patrzę co przez noc urosło i cieszę się przyrodą.

To wszystko czasem wydaje mi się jakąś abstrakcją i niemożliwym szaleństwem. Patrząc z perspektywy czasu, widzę, że wiele rzeczy mogło nie wyjść. Ale czy w ogóle czegoś w życiu można być pewnym na 100%, że się uda? I my tak mamy oboje z mężem, że albo jesteśmy do czegoś przekonani, albo nie. Nieważne, że inni uznają nas za wariatów i będą wróżyć niepowodzenie. Nie mówię oczywiście o porywaniu się na niemożliwe, ale o to by mieć wiarę w spełnienie marzeń i planów. Tak samo było z adopcją. Nigdy nie rozmawialiśmy o niej w kategoriach za i przeciw. Chcieliśmy mieć dziecko, nie mogłam go urodzić, więc dotarliśmy do niego inną drogą. Ot tak, po prostu.

Jestem wdzięczna za to wszystko co mamy, bo dostaliśmy więcej niż prosiłam. Czasem warto zaryzykować, porwać się na to, co teoretycznie niemożliwe. Gdyby nie to, nie byłoby mnie tu, gdzie dziś jestem.

Pierwsza rzecz, jaką kupiliśmy do naszego domu, kiedy nie miał jeszcze nawet ścian.

3 komentarze

  • Lidia

    Cieszę się, że opisałaś Waszą “domową” historię. Wygląda, że to co spontaniczne, wychodzi w życiu najlepiej. Ja wiele razy się przeprowadzałam w dorosłym życiu, co prawda tylko z mężem, ale wszędzie umiałam zbudować nasz dom. Tak jest, że to nie ściany ani miejsce daje dom, ale ludzie i serce. Od dawna natomiast marzę o małym drewnianym domku na wsi, może być nawet dalej niż tuż za miastem. Gdybyśmy z mężem mieli bardziej wolne zawody, pewnie już dawno bym go namówiła. Do tej pory na pytanie co ja będę na wsi robić, mam tylko jeden pomysł – będę sołtysem :))
    A teraz w tych ostatnich trudnych czasach – najpierw siedzenia w domu, a potem szalonej pracy i walki z wiatrakami jedyne co mnie relaksuje to oglądanie projektów domów, urządzanie, dekorowanie. Ja przy tym odpoczywam, więc z ogromną przyjemnością pooglądałam Wasze puste wnętrza 🙂

  • Agata

    Ale macie piekne wspomnienia! My nasze domy kupilismy juz gotowe, wiec jedyne co, to mozemy remontem zmienic conieco. Niestety, samej bryly, czy ukladu pokoi juz nie zmienimy.
    Ja wychowalam sie w bloku w miescie, odkad jednak pomieszkalam z tata w jego domu, ktory tutaj kupil, nie wyobrazalam sobie przeprowadzki do mieszkania. Moj maz za to wychowal sie w domku jednorodzinnym i nie mogl zniesc mieszkania. Oboje pamietamy pierwszy poranek po przeprowadzce do starego domu. Wygladalismy przez okno, a tam zamiast asfaltu i zaparkowanych aut, choinki i biegajace miedzy nimi wiewiorki. Cos pieknego. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.