piątek, 26 stycznia 2018

Gdy alkohol zabija.


Kiedy urodził się Krzyś, nie było mnie jeszcze na świecie. Wprawdzie w planach byłam już od dobrych 9 lat, ale bocian nie przylatywał. Nasi ojcowie znali się z pracy, więc obydwie rodziny przyjaźniły się. Po kilku miesiącach od jego narodzin, moja mama dowiedziała się, że wreszcie, jakimś cudem jest w ciąży i dokładnie 9 miesięcy później, planowo, w dzień wyznaczony przez lekarza, na świat przyszłam ja. Krzyś miał wtedy roczek z hakiem i okazało się, że jego mama ponownie jest w ciąży. Miał urodzić się jego brat, Piotruś. Tak więc byliśmy sobie w trójkę, dzieciaki dobrych znajomych, oni dwaj i ja, przyszywana siostra, wiekowo pośrodku. Lubiłam do nich chodzić, skakaliśmy wtedy po łóżkach, bawiliśmy się w chowanego, wchodziliśmy pod stół i oglądaliśmy świat dorosłych z tej perspektywy. Najfajniejsze były urodziny czy imieniny. Schodziło się wtedy do maleńkiego mieszkania w bloku kilka rodzin i zabawa była na całego. Nie mieliśmy tabletów, nie było nawet telewizora w ich pokoju, ale zawsze mieliśmy głowę pełną pomysłów. Z dużego pokoju dobiegał śmiech, rozmowy na tematy, które nas nie dotyczyły i nie interesowały. Ale czasem dochodziły do nas odgłosy kłótni i wtedy przerywaliśmy zabawę. Przez uchylone drzwi widzieliśmy jak mama i tata chłopaków byli na siebie źli, wymachiwali rękami, przepychali się. Nie rozumieliśmy o co chodzi. Nic dziwnego, byliśmy przecież dziećmi. 


Cała nasza trójka (od lewej:Piotruś, ja, Krzyś)

Drewniany kojec zrobiony przez tatę dla Krzysia. Po nim odziedziczyłam go ja (na zdjęciu), a następnie przekazałam Piotrusiowi.


Kiedy byłam starsza, nasz kontakt urwał się. Ot tak. Winiłam za to tamte czasy. Przeprowadziliśmy się do innej dzielnicy, oni nie mieli telefonu, więc przestaliśmy się widywać. Nagle skończyły się odwiedziny w imieniny, wspólne wyjazdy, obiady. Moi rodzice milczeli, ja nie pytałam. Lata mijały. Mój tata był chrzestnym Piotrusia i wiem, że starał się ten kontakt z nim odnowić, ale on zaczął go unikać, nie przychodził na spotkania, nie oddzwaniał. I tak odsunęliśmy się od siebie aż do czasów moich studiów, kiedy to Piotruś przyszedł do nas i opowiedział całą prawdę. Słuchaliśmy o tym, że matka wpadła w alkoholizm, pije od wielu lat, a oni starają się to ukryć przed światem. Przyznał, że zerwali z nami kontakt właśnie ze wstydu za nią i ojca, który okazał się być zbyt słaby, by coś zmienić. Prosił o pomoc finansową, było mu ciężko. Przez jakiś czas Piotruś jeszcze do nas przychodził, pamiętam jak razem oglądaliśmy skoki narciarskie. 

Cisza. Przez kolejne lata. I nagle telefon. Piotruś chce spotkać się z moimi rodzicami. Na spotkanie przyszedł ze swoją narzeczoną, kobietą do przejściach z dzieckiem. Planowali wspólną przyszłość, pragnęli zaprosić nas na swój ślub i ponownie zostać częścią naszego życia. Wszyscy polubili jego wybrankę. Zresztą w ogóle fajna z nich była para. Ona- wysoka i korpulentna, starsza od niego o 9 lat, on-niski i bardzo szczupły. W zasadzie wyglądali jak matka z synem, ale zupełnie im to nie przeszkadzało, wręcz śmieszyły ich sytuacje, w których ludzie rzucali komentarze pod ich adresem. Pamiętam jak opowiadali, że kupowali alkohol i zastanawiali się jaki, a sprzedawca zaproponował dość drogą butelkę wina mówiąc Niech pan bierze skoro mama stawia. Takie i inne sytuacje opowiadane były z uśmiechem przy okazji różnych spotkań. 

Piotruś z jednej strony nienawidził alkoholu, wiedział jakie stanowi zagrożenie dla człowieka, ale z drugiej, przy okazji spotkań towarzyskich łatwo się upijał, nie potrafił sobie tego odmówić. Targały nim wtedy emocje, wyrzuty sumienia, obwiniał siebie za słabość charakteru, za niemoc. A matka dalej piła i psychicznie wykorzystywała swoich synów, szantażując ich, żeby dawali jej pieniądze na życie, które wiadomo było wyda na alkohol. Ale cóż, takie są dzieci, jakkolwiek by jej nienawidzili za to co robi, czują się w obowiązku reagować, gdy prosi. Nawet, gdy wiedzą, że pod przykrywką pomocy, kryje się jej nałóg. Kiedy brakło pieniędzy od dzieci, zadłużyła mieszkanie, sprzedała wszystko co miała i przeniosła się do innych alkoholików, na których mogła żerować. W międzyczasie zmarł ojciec, a chłopcy nie potrafili pogodzić się z tym, że to on odszedł a nie ona. Życie jednak jakoś się dla nich ułożyło. Oboje mieli swoje rodziny, mieli dla kogo żyć, snuli plany na przyszłość. 

Tego lata było wyjątkowo gorąco. Chłopaki zorganizowali grilla w nowo zakupionym przez Piotrusia ogródku działkowym na obrzeżach miasta. Zasiedliśmy przy stole i opowiadaliśmy różne historie, stare i nowe. Wspominaliśmy jak to było, gdy to my byliśmy dziećmi i braliśmy udział w takich spotkaniach. Miejsce tamtych dzieciaków zajęło już nowe pokolenie, pokolenie ich dzieci. My byliśmy już dorośli.
Wtedy, ta tamtym grillu, widzieliśmy się wszyscy w komplecie po raz ostatni. W grudniu odszedł od nas Piotruś... Miał nieco ponad trzydzieści lat. Na miesiąc przed śmiercią okazało się, że miał wrodzoną wadę serca, o której nikt do tej pory nie wiedział. Każda stresująca sytuacja była dla niego jak wyrok. Miał planowaną operację na styczeń. Nie doczekał jej. Zmarł w grudniowy poranek w swoim domu, przy żonie...
Na jego pogrzebie pojawiła się matka, oczywiście pod wpływem alkoholu. Kobieta w wieku mojej mamy, wyglądała jak 90-letnia starowina, w czarnej chuście na głowie. Podeszła do trumny, dotknęła jej i opuściła głowę. Nie została na całej mszy. Co wtedy sobie myślała? Czy w tym momencie zdała sobie sprawę z tego co się wydarzyło, czy alkoholicy nie są już zdolni do ludzkich odczuć? A może są, tylko ich nałóg jest tak silny, że nie potrafią z niego zrezygnować, nawet w imię miłości do dziecka?

Jakiś rok później, zachorowała żona Krzysia. Wszyscy przeżyliśmy szok, kiedy dowiedzieliśmy się, że zmarła, zostawiając go z córką. Ale kiedy niedługo po niej, on sam odszedł z tego świata, nie potrafiłam tego ogarnąć swoim umysłem. Do tej pory chyba nie potrafię...
Żona Piotrusia nie pogodziła się z jego śmiercią. Był on wybawieniem od ex- męża sadysty, nową nadzieją dla niej i dla jej syna. Bardzo się kochali. Ale cóż z tego, skoro iskierka zgasła.
Nie chciała przyjąć pomocy od nikogo, zamknęła się w swoim świecie. Obecnie mieszka w Anglii, nie utrzymujemy kontaktu. Podobno wyszła za mąż. 

Stojąc nad grobem i zapalając znicz, wracam myślami do tamtych lat, kiedy byliśmy dziećmi. Co takiego się wydarzyło co dało początek temu nałogowi i doprowadziło do tak ogromnej tragedii? Wybory tej kobiety zniszczyły jej małżeństwo i życie przede wszystkim synów, dwóch niewinnych istot, które nie pragnęły niczego, prócz tego by je kochać. 
Paradoksem tych wydarzeń jest fakt, że matka alkoholiczka żyje nadal. Alkohol zabił, ale nie ją. Zabił wszystkich dookoła, również tych, którzy ją kochali.

Stary, zepsuty slajd pokazujący nas podczas jednej z wizyt w domu chłopców.

Moja mama przytrzymująca Piotrusia, który jeszcze nie potrafił chodzić. Z naszej trójki zostałam tylko ja...


Można tę historię analizować tysiące razy, że w tym momencie można było zrobić to, a w tamtym coś innego. Ale tu nic nie jest proste. Dziecku wychowanemu przez matkę alkoholiczkę brakuje wszystkiego: miłości, bezpieczeństwa, pewności siebie. Czuje tylko pustkę, rozgoryczenie i poczucie, że nie zasługuje w życiu na nic. Piotruś i Krzyś spotkali na swojej drodze właściwych ludzi i mieli szansę na normalność.  Niestety ich historia nie ma szczęśliwego zakończenia.



21 komentarzy:

  1. Smutna historia. Niestety takich tragedii z alkoholem w tle nie brakuje. Chyba każda klatka schodowa/ulica/rodzina ma swoją. Tragedia dzieci, ale również tych dorosłych. To straszna choroba. Co do uczuć... Nawet alkoholik je ma. Przykład moich dziadków. Jeden alkoholik z każdym narządem przeżartym przez to świństwo i drugi, poukładany. Ale to z tym pierwszym mam najwięcej wspomnień, poczucie, że mnie kochał i zrobiłby dla mnie wszystko, poza wyjściem z nałogu. Teraz na klatce rodziców widzimy tragedię rodziny. Kobieta w moim wieku pijąca na umór, wszczynająca awantury, że blok dudni, prawdopodobnie bijąca męża. Nie wyciągnęła wniosków. Jej brat i ojciec zmarli z przepicia. Szkoda mi tylko tej dziewczynki, która jest na co dzień sama z matką i wiadomo, która z nich zachowuje się jak dorosła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, masz rację. Takich historii jest wiele i na każdym kroku gdyby się przyjrzeć widać tragedię nie tylko dziecka, ale całej rodziny. Kiedy taka sytuacja dotyka ciebie bezpośrednio, tak jak choćby w historii Twoich dziadków, to chyba najsmutniejsze w tym jest to, że czasem nie da się nic zrobić. I tak jak piszesz, są uczucia, ale nałóg jest tak silny, że wygrywa ze wszystkim.
      Też mi szkoda takich dzieci jak ta dziewczynka, o której piszesz, bo muszą przedwcześnie dorosnąć i przejąć rolę dorosłego, czyli coś na co jeszcze nie jest gotowa. Przykre.

      Usuń
  2. Przykro jest czytać i patrzeć na takie wydarzenia. Straszna hisyoria, straszne nieszczęście. Matka alkoholiczka, która bardziej jest przywiązana do alkoholu niż do własnej rodziny, matka, która ma uczucia, ale przez nałóg nie potrafi ich ogarnąć. I w końcu matka, która najprawdopodobniej zaszła w ciążę bez problemu i nie doświadczyła niemocy posiadania dziecka, bo moim zdaniem życie układa się bardzo różnie, ale ktoś kto tego doświadczył nigdy nie dopuściłby się takiego stanu. Nie mogłabym żyć gdybym miała świadomość tych wszystkich rzeczy, których byłabym przyczyną... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, myślę, że ją też zżerają wyrzuty sumienia, bo przecież przyszła na pogrzeb (pijana, bo pijana, ale docierało do niej cokolwiek, że jej syn właśnie zmarł), ale to wszystko zaszło za daleko, trwa przecież całe życie. Trudno powiedzieć co takiego siedzi w człowieku, co sprawia, że nie może przestać. Może to nie dzieje się z dnia na dzień, może to proces, w którym przychodzi taki moment, gdzie nie ma powrotu...
      Wtedy pozostaje tylko zagłuszyć w sobie jakiekolwiek ludzkie odruchy, by móc dalej żyć, bo tak jak piszesz, ze pełną świadomością tego co się dzieje, chyba się nie da.

      Usuń
  3. "...okazał się być zbyt słaby, by coś zmienić..."
    Jakie to niestety prawdziwe. To oskarżanie jednego z rodziców o to, że był "za słaby" by zapobiec tragedii wywołanej np. alkoholizmem w rodzinie.
    Niestety siła tego nałogu jest dla większości z nas zbyt wielka by ją pojąć. Dlatego też czasem sami wpadamy w te pułapki.
    Nie wystarczy być silnym jako mąż lub żona by pokonać nałóg współmałżonka. Nie wystarczy siła by wyperswadować komuś alkohol lub narkotyki. Nawet najsilniejszy mężczyzna może polec w starciu z nałogiem żony lub gdy wpadnie w układ z człowiekiem o osobowości borderline.

    Życie nie zawsze uczy pokory.

    Pozdr
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślę, że u Piotrka to bardziej było takie rozgoryczenie niż oskarżanie. Ojciec wiele im pomagał i tak naprawdę po jego śmierci Piotruś bardzo podupadł na zdrowiu. Strasznie przeżywał alkoholizm matki, to, że ona żyje, a ojciec musiał odejść, że zniszczyła im życie. Nawet nie mówił o niej "mama" tylko zawsze po imieniu i to w takiej formie jak jak mówiłby do koleżanki z bloku.
      Ale to prawda, że ojciec nie umiał pomóc, tak do końca, nie zabrał dzieci i nie zostawił jej, ale cóż, to były inne czasy, wtedy nie odchodziło się od współmałżonka, raczej cierpiało za zamkniętymi drzwiami. Wtedy to był wstyd przed innymi, teraz więcej mówi się o różnych problemach, ludzie odchodzą, proszą o wsparcie i pomoc. Tak tylko teoretyzuję, bo przecież im pomóc się już nie da, nie ma ich na tym świecie.

      Podzieliłam się z wami tą historią nie tylko dlatego, że właśnie minęła kolejna rocznica śmierci, ale dlatego, żeby też starać się zauważyć ten problem. Wiele z naszych dzieci to właśnie Piotrusie i Krzysie oddane do adopcji.

      pzdr.

      Usuń
  4. Bardzo wzruszające, tym bardziej, że dołączyłaś zdjęcia i widzisz te słodkie dzieciaki i masz świadomość, jak potoczyło się ich życie i że już ich nie ma. Mocno działa na wyobraźnię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że wpis jest smutny, zwłaszcza przez te zdjęcia, ale zrobiłam to celowo :( Przecież na tych zdjęciach byliśmy prawdziwi my, dzieciaki, które miały przed sobą całe życie. Dużo piszę o tym jak nasze wybory rzutują na nasze dzieci i nie tylko, a tu mamy tragiczny, ale prawdziwy przykład tego jak decyzje jednej osoby mogą zniszczyć życie kilku rodzinom.

      Usuń
  5. Dokładnie, Ahaja - płakać się chce patrząc na te słodkie dzieciaczki ze zdjęć...
    Niesprawiedliwie się czasem to wszystko układa.
    Nie rozumiem jak można stworzyć dzieciom w domu piekło. Jeśli jeden z rodziców dopuszcza się takich rzeczy, trzeba zabrać dzieci i odejść - jakkolwiek łatwo się to mówi. Zawsze jest szansa zacząć wszystko od nowa, zawsze znajdą się tacy, którzy pomogą. Nawet księża uświadamiają, że takiego małżeństwa się nie da uratować. Jak zwykle - szkoda dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, nam ludziom z rodzin, gdzie jest miłość, szacunek, normalne wartości, trudno zrozumieć taką sytuację i wczuć się w położenie tych ludzi.
      Nie tak prosto jest odejść i zacząć wszystko od nowa...

      Usuń
  6. Nie wiem czy pamiętacie taki stary film z Meg Ryan i Andy Garcia pt. "Kiedy mężczyzna kocha kobietę" Film o miłości mężczyzny do kobiety, kobiety do mężczyzny, matki do swoich dzieci, dzieci do rodziców i..... o alkoholu, który rujnuje wszystko i zamienia życie w koszmar.
    Nałóg jest straszną rzeczą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie. Pamiętam tylko "Kiedy Harry poznał Saly". Albo na odwrót. Nie, w zasadzie tego też nie pamiętam.

      Usuń
  7. Z Meg Ryan znam w zasadzie tylko "Bezsenność w Seattle" i "Masz pocztę" - w żadnym nie ma alkoholu...Ale był taki stary film z Katarzyną Figurą w roli matki-alkoholiczki. Miała syna, takiego blondynka, chyba Rafała. Kojarzycie coś takiego?

    OdpowiedzUsuń
  8. http://www.filmweb.pl/film/Kiedy+m%C4%99%C5%BCczyzna+kocha+kobiet%C4%99-1994-6733

    Wklejam linka do Filmwebu, w sumie to baaardzo dawno nie grali go w TV, często przecież różne odgrzewają. Film z 1994r, ale problem odwieczny...

    OdpowiedzUsuń
  9. Niestety, w rodzinie alkoholika choruje cała rodzina.. Porażająca jest ta historia.. Niesamowicie smutna..
    Niby zdajemy sobie sprawę,że ten problem (jak i wiele innych) istnieje w środowisku, ale dopiero jak dotyka kogoś bliskiego, kogoś z otoczenia- dostrzegamy jak wielka to jest tragedia..
    Ale fajnie, że Piotruś szukał z Wami kontaktu, że było Wam dane spędzić z nim miłe chwile, jak za dawnych lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie najsmutniejsze jest to, że w zasadzie dla wszystkich tak smutno się skończyła. Bo przecież te dzieciaki ułożyły sobie życie. Krzyś miał bardzo fajną, wesołą żonę i córkę, Piotruś żonę z jej dzieckiem, ale planowali mieć swoje, był przecież jeszcze taki młody. Ale "duch" alkoholu go prześladował. Pierwsze oznaki choroby serca pojawiły się właśnie wtedy, kiedy otrzymał listownie pewną informację z banku. Gdyby nie matka i jej ekscesy to może choroba by się nie uaktywniła tak intensywnie. Krzyś to samo. A kto ją też wie, czy nie piła w ciąży? Kto to w tamtych czasach wiedział o zagrożeniu na płód, kto miał świadomość, że nawet jeden kieliszek może dziecku zaszkodzić? Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak było...

      Tamto ostatnie spotkanie miało być początkiem nowej znajomości dla nas. Okazało się końcem. Pozostały tylko zdjęcia roześmianych nas...

      Usuń
  10. Aż chce się powiedzieć, że całe szczęście, iż część takich "Piotrusiów i Krzysiów" trafia do adopcji. Przynajmniej dostają szansę. Przeraża mnie, jak wiele dzieci dorastających w domach alkoholików powiela te destrukcyjne wzorce. Sama nie wiem, gdzie tkwi główna przyczyna... Brak innych wzorców? Za małe wsparcie otoczenia? Za słaba wola? FAS?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiałam się kiedyś nad tym samym. Bo z jednej strony wiedzą oni do czego może doprowadzić picie, a z drugiej właśnie to znają i często zachowują się podobnie. Myślę, że może być to FAS w niektórych przypadkach. Nie raz widziałam dzieciaki z twarzą taką jakby same piły i zastanawiałam się skąd się to bierze, dopiero na szkoleniu to skojarzyłam, jak zaczęłam się bardziej interesować tematem i oglądać zdjęcia dzieci alkoholików.
      Ale mam koleżankę, której ojciec pił, i ona tak nienawidziła alkoholu, że podpisała w kościele tzw Krucjatę na całe życie, że nie będzie pić i nie tknęła nawet szampana na swojej 18. Nie wiem, czy trzyma swoje postanowienie do tej pory.

      Usuń
  11. Jeju... jaka okropna historia...
    Rozpłakałam się...

    Mój ojciec jest alkoholikiem, gdyby nie mama i to, że za wszelką cenę próbowała dać mi i mojej młodszej siostrze normalne dzieciństwo to nie wiem co by było... Choć i tak czasami myślę, że to wszystko wyrządziło niezłe szkody na mojej psychice...

    Mamy, która tyle wycierpiała nie ma... ojciec żyje i ma się dobrze... Nie rozumiem, choć chcę wierzyć, że jest w tym jakiś sens... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykro mi, że płakałaś przez tę historię :( Tym bardziej, że jak piszesz sama doświadczyłaś tego, co z człowiekiem robi alkohol. Jakie to niesprawiedliwe. U Ciebie było tak samo. Ojciec, który pije nadal ma się dobrze. Jaki w tym sens? Chyba nie ma. To po prostu ludzkie wybory zniszczyły innych.
      Najważniejsze, że mama dała wam najlepsze dzieciństwo jakie mogła dać. Podziwiam takie kobiety, bo przecież one poświęcają całe swoje życie, swoje zdrowie, by swoim dzieciom dać namiastkę normalności. A ile kurcze jest takich rodzin, gdzie matka ma tak zaniżone poczucie wartości, że zamyka się gdzieś w sobie i nie potrafi pomóc ani sobie, ani dzieciom. Strasznie to smutne. Dobrze, że właśnie część z tych dzieci trafia do adopcji.

      Usuń
    2. Niestety... choć właśnie dzięki Mamie pamiętam więcej tych dobrych chwil.
      To prawda, dużo jest takich kobiet, które siedzą cichutko i pozwalają niszczyć siebie, a przede wszystkim dzieci... :(

      Właśnie gdy rozmawiałam z moimi Paniami prowadzącymi opowiadając im moje życie powiedziałam, że ja też gdyby nie Mama nie wiadomo gdzie bym była i jak moje losy by się potoczyły. W końcu w połowie moja rodzina była dysfunkcyjna...

      Usuń