Adopcja,  Dziecko,  Psychologia

Adopcyjne dylematy. Puszka Pandory.

Chwilę po rozprawie o przysposobienie do ośrodka wpada świeżo upieczona mama. Mówi, że jest oburzona faktem, iż kobieta, która właśnie oddała dziecko do adopcji, świetnie bawi się na imprezach, zupełnie jakby nic się nie wydarzyło. Pani psycholog siada z nią w osobnym pokoiku i rozmawia.
Okazuje się, że mama adopcyjna śledzi życie matki biologicznej swojego dziecka w mediach społecznościowych, w których tamta jest bardzo aktywna. Bez skrępowania wrzuca publicznie zdjęcia swoje i swoich znajomych. Mama adopcyjna nie potrafi zrozumieć jak ktoś, kto wyrzekł się swojego dziecka, potrafi ot tak zapomnieć o tym i wrócić do normalności. Pani psycholog słucha tej historii i próbuje wyjaśnić jak to wszystko działa.

Kobiety, które decydują się oddać dziecko robią to z różnych powodów. Czasem dlatego, że nie mają warunków by je wychować, brak im dojrzałości, wsparcia, a czasem dlatego, że dziecko im przeszkadza i najzwyczajniej w świecie go nie chcą. Borykając się z własną niepłodnością, nam rodzicom adopcyjnym tak trudno to zaakceptować. Nie wyobrażamy sobie sytuacji, w której moglibyśmy nie chcieć dziecka, odrzucić je, nie wspominając już o wyrządzaniu mu krzywdy fizycznej czy psychicznej.
Ale fakt pozostaje. Matka biologiczna ma prawo do tego, by powrócić do życia jakie prowadziła przed ciążą lub w jej trakcie. Właśnie po to oddała dziecko. Może są to imprezy z alkoholem i narkotykami, a może zwykła walka z codziennością, wstydem, poczuciem niższości. To ona musi wybrać co dalej chce ze sobą zrobić. Czy fakt urodzenia dziecka pozostawi w niej jakikolwiek ślad? Nie mamy na to wpływu. Żadnego.

Sytuacja, którą wam opisałam miała miejsce naprawdę i opowiedziano ją nam na szkoleniu. Długo potem rozmawialiśmy o tym jak podejść do tego problemu. Jedni całkowicie odcinają się od tego co było, nie interesują się tym czym zajmuje się matka, czy ułożyła sobie życie, czy zmieniła się, inni zaś mają obsesję na punkcie tego co robi. Według psychologa, najzdrowiej dla nas samych jest pogodzić się z tą trudną przeszłością dziecka, zaakceptować to co było i żyć normalnie budując przyszłość. Oczywiście nie mówimy tu o zatajeniu faktu adopcji.
Jakiekolwiek motywy kierują rodzicami biologicznymi, nie nam oceniać ich postępowanie. Co robi matka biologiczna po tylu latach od zrzeczenia? Ciekawość ludzka jest naturalną reakcją na ważne wydarzenia, jednak należy sobie zadać pytanie, czy warto szukać odpowiedzi?

Jak to jest wychowywać czyjeś dziecko? usłyszałam dawno temu od pewnej osoby. Myślę sobie jak to jak, normalnie, zwyczajnie, tak jak wychowuje się każde dziecko. Ale patrząc na to wszystko z boku, takie są fakty. Ktoś z różnych powodów oddaje swoje dziecko, my się nim zajmujemy, kochamy je, a potem gdy skończy te 18 lat i dostanie prawo do wglądu w dokumenty adopcyjne, ma prawo odnaleźć rodzinę, w której się urodziło. I o ile zwykle trudno znaleźć ojca, tak matkę na pewno się da. Czy połączy ją ta niewidzialna więź ze swoim dzieckiem, którego nie widziała od tylu lat? Czy ta chemia, o której mówią, że istnieje choćby ludzie nie mieli ze sobą kontaktu będzie początkiem głębokich relacji? Gdzie wtedy jest miejsce dla rodziców adopcyjnych? Jak odnaleźć się w rzeczywistości, w której chcąc nie chcąc schodzisz na drugi plan? Czy ma to być tak, że wychowujemy dziecko dla kogoś kto nie może/nie chce się nim zająć a gdy wypełnimy już swoją misję a matka poukładała swoje życie po prostu wraca po to co jej się należy?

Jest jeszcze jedna kwestia. A co jeśli matka biologiczna nie chce zostać odnaleziona? Zdarza się tak, że udaje jej się ułożyć swoje życie, wychodzi za mąż, rodzi kolejne dzieci, które wraz jej mężem nie mają pojęcia o przeszłości, o tym, że gdzieś tam może istnieje ich rodzeństwo, które przed laty zostało oddane do adopcji. Nasze dzieci mogą mieć potrzebę poznania swoich korzeni, ale co jeśli w ten sposób zaburzą czyjś świat? Czy matka, która naście lat temu oddała swoje dziecko musi całe życie obawiać się, że przeszłość ją kiedyś znajdzie? Czy może kiedyś spokojnie patrzeć w przyszłość? A może dziecko w ogóle nie powinno się tym kierować?

Dzieci adoptowane, które szukają swoich korzeni zwykle mają jakieś wyobrażenie o tym, co zastaną. Bywa różnie. Czasem dostają to, czego pragnęły, a czasem rozczarowane żałują, że podjęły taką, a nie inną decyzję.
Przeszłość, dokonane przez nas wybory oraz decyzje innych ciągną się za wszystkimi. Za dziećmi, które ze swoją traumą walczą przez całe życie, za rodzicami adopcyjnymi, którzy nie mogą nigdy być jedynymi rodzicami dla swoich dzieci i za matką biologiczną, która być może nosi tę tajemnicę w sercu. Ale są też i takie matki, które żyją dalej pomimo wyrządzenia krzywdy swojemu dziecku i nigdy nie wracają do przeszłości.

Dziecko, które decyduje się na odnalezienie swoich rodziców biologicznych musi przygotować się na otwarcie puszki Pandory. Być może odnajdzie ludzi, z którymi nawiąże potem bliższe relacje, a może będzie to ktoś, kto okaże się tak obcy, że trudno będzie zaakceptować, że to właśnie w tej rodzinie się urodziłem? Poznanie własnych korzeni może dać wiele odpowiedzi na nurtujące dziecko pytania, może dać wiedzę na temat swojego pochodzenia a co za tym idzie spokój i wskazówki na dalsze życie. Akceptacja tego co było może mieć zbawienny wpływ na przyszłość.
Ale nie zawsze tak jest. Czasem ta wiedza powoduje jeszcze większą traumę, rozdrapuje stare rany i zmniejsza poczucie własnej wartości. Kto tak naprawdę chciałby dowiedzieć się, że został porzucony na śmietniku, albo jest synem prostytutki i jej klienta. Dzieci pragną wiedzieć dlaczego zostały porzucone, ale już niekoniecznie gdzie i w jaki sposób. Zdarza się również, że rodzina wychowuje już kilkoro dzieci a ostatnie oddała do adopcji. Dlaczego? Dlaczego brakło miłości dla kolejnego?
Wyobrażam sobie, że nie znać odpowiedzi na pewne pytania jest ciężko. Ale równie ciężko może być dziecku wtedy, gdy tę prawdę pozna.

Kiedyś już chyba wspominałam wam o pewnym wydarzeniu.
O tym, że urodziła się Misia dowiedzieliśmy się na drugi dzień. Nie mogliśmy się z nią spotkać aż do upływu 6 tygodni (tak, na szczęście jeszcze wtedy nie były to bezsensowne 3 miesiące), więc jak na szpilkach czekaliśmy na ten termin. Bardzo bałam się, że matka mimo wszystko rozmyśli się, że podejmie się wychowania drugiego dziecka po tym jak zaledwie rok wcześniej oddała pierwsze, ale dla nas na szczęście nie. Wiedziałam kiedy i o której godzinie ma się odbyć rozprawa i postanowiłam, że pójdę pod sąd zobaczyć jak ona wygląda. Matka biologiczna moich dzieci. Ot tak, z ciekawości. W dniu zrzeczenia padał deszcz. Wstałam rano i po prostu wiedziałam, że nie chcę tam iść. Zjadłam śniadanie, wzięłam prysznic, ubrałam się i czekałam. Potem zadzwonił telefon, że już jest po rozprawie i Misia czeka na załatwienie formalności i podróż do domu. Czy żałuję? Nie, nie żałuję. Przynajmniej patrząc na dzieci widzę nas, to w jaki sposób je wychowujemy, uczymy. A gdy mówią, że Misia ma moje oczy uśmiecham się i mówię, że zgadza się, ma moje oczy. I tego się trzymam 🙂

Trudne są to dylematy. Wiele pytań bez odpowiedzi. Bez gwarancji na cokolwiek, dzieci nasze same muszą wybrać co dla nich najlepsze. Czy wybiorą wiedzę i w ciemno pójdą tam, gdzie nie wiadomo co zastaną, czy wolą niewiedzę i zostaną przy tym, czym życie ich obdarowało. Na pewno serce podpowie im co powinny zrobić.
My możemy jedynie stać z boku i jak zawsze służyć wsparciem i pomocą jednocześnie wierząc, że razem z naszymi dziećmi będzie nam dane przejść razem ten trudny etap życiowej wędrówki.

3 komentarze

  • Aglaia

    Ciężki temat. Z jednej strony wiedza pozwala nam lepiej przygotować dziecko na to z czym przyjdzie mu się zmierzyć jeśli zechce poznać swoje korzenie. Z drugiej – mniej wiesz, lepiej śpisz 😉 . To jeden z tych wątków, które powodują, że RA nigdy nie będzie taką zwyczajną rodziną tylko taką żyjącą w specyficznym trójkącie – są okresy kiedy ten jeden bok znika, są takie kiedy ma się wrażenie, że ta relacja RB-dziecko – mimo, że przez okres dzieciństwa w dużej mierze wirtualna jednak znacząco wpływa na relacje w rodzinie adopcyjnej.

    • izzy

      Jest dokładnie tak jak piszesz. Nic dodać nic ująć. Dlatego z jednej strony RA jest taka sama jak każda inna, a z drugiej tak bardzo się różni.

  • olitoria

    Kurczę, trochę tego nie rozumiem. Ja chyba bym się cieszyła, że biologiczna matka mojego dziecka poszła w tango i wróciła do dawnego życia jak by nic się nie wydarzyło. Po prostu zyskałabym dodatkową pewność, że nic jej się nie odwidzi i że na prawdę nie chce być mamą. Jej strata = moje szczęście, czyż nie?
    Co do nawiązania przez dziecko więzi z rodzicami biologicznymi to ze wszystkich znanych mi przypadków (a trochę ich znam), i tych o których czytałam nigdy, ale to NIGDY nie zdarzyło się, że adopcyjni zeszli na drugi plan. Rzekłabym, że wręcz przeciwnie – często, w wielu przypadkach, poznanie rodziców umocniło więź z adopcyjnymi.
    A wasze Dziewczynki faktycznie do was podobne, i są piękne i mądre. 💗

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.