czwartek, 8 lutego 2018

Strach naprawdę ma wielkie oczy.


Być może wspominałam wam taką sytuację z zeszłego lata. Żegnam się ze swoją sąsiadką i jej małym synkiem. Na pożegnanie mówię do starszej córki: Może zostaniesz z ciocią, a ja zabiorę maluszka do nas na jakiś czas? Ten niewinny żart, tak głupi z mojej strony, był przyczyną tego, że moje dziecko zakwestionowało swoje poczucie bezpieczeństwa i moją miłość. Przez całą drogę do domu płakała a następnego dnia, przytulała się do mnie i pytała, czy ją kocham...

Przecież dobrze wiem, że takich rzeczy mówić dziecku nie wolno, dlaczego więc to powiedziałam? 

Nie mam pojęcia, zdanie to wypłynęło z moich ust tak spontanicznie, że zanim się zorientowałam co się dzieje, dziecko już zalewało się łzami. Nie miałam zamiaru ani jej straszyć, ani tym bardziej drwić z jej uczuć. Ot taki niewinny żarcik rzucony na koniec wizyty.



Zwróciliście uwagę, że my dorośli w ogóle bardzo lubimy straszyć nasze dzieci? Straszenie to przybiera różne formy, od postawienia dziecku warunku typu: Jeżeli nie zjesz całego obiadku nie pójdziemy na plac zabaw, do bardziej ekstremalnych np. Jeżeli natychmiast się nie uspokoisz, tamten pan cię zabierze. Ostatnio słyszałam też zdanie od koleżanki, która odwiedziła nas ze swoim synkiem, że jak dalej będzie niegrzeczny, to zamknie go w garażu. (oczywiście naszym)

Specjaliści twierdzą, że trzeba być niezwykle ostrożnym stosując tego typu stwierdzenia. Wprawdzie w większości przypadków osiągniemy zamierzony skutek, bo dziecko chcąc pójść na plac zabaw zje znienawidzony przez niego szpinak, ale tym samym straci, być może bezpowrotnie, pozytywne z nim skojarzenia. Mój mąż do tej pory nie je na przykład czosnku, gdyż jako dziecko zmuszany był do jego jedzenia w imię zdrowia. Strach przed rodzicem i wyolbrzymioną chorobą, pozostał w nim na zawsze.

Już w trakcie trwania kursu na rodziców adopcyjnych, szczególnie zwracano nam uwagę na groźby typu: Zostawię cię tutaj, zostaniesz sam, pójdą wszyscy tylko nie ty. Wszystkie dzieci adoptowane zostały porzucone, obojętne, czy jako niemowlęta, czy jako starszaki, więc każde z nich potrzebuje miłości i trwałego poczucia bezpieczeństwa, czasem zdefiniowanego na nowo. Nie może zatem być miejsca na zwątpienie, czy aby na pewno dziecko może nam ufać. Ono musi nam ufać bezgranicznie.

W zeszłym roku, kiedy obie dziewczynki chodziły do żłobka, E. przyniosła pewnego dnia taką piosenkę "Ciach, ciach, ciach, ciach, ciach i ucinam teraz strach" wykonując ruch nożyczkami. Podejrzewam, że żłobkowe ciocie uczyły dzieci, że nie ma się czego bać, że ze strachem można sobie poradzić. Natomiast moje kreatywne dzieci tak się wkręciły w to wszystko, że zaczęły się w domu straszyć nawzajem. I to nie tylko starsza młodszą, ale i na odwrót. I tak zamieszkał z nami niejaki Pan Strach, który najchętniej przebywał w kotłowni. Minęło dużo czasu, zanim przestał nas odwiedzać.



Pamiętajmy, że to co dla nas jest niewinnym zdaniem (choćby przykład mojej głupoty) dla dziecka może być bardzo poważnym zagrożeniem jego egzystencji. Nie przesadzam, wiem co mówię. Nie ma przecież nic gorszego jak perspektywa utraty mamy czy taty i zostania samemu. Nie każde dziecko jest Kevinem samym w domu. Nie każde dziecko rozumie co to żart, że tak naprawdę go nie oddamy, że tak naprawdę go nie zostawimy, że przecież w garażu nie czai się żaden potwór. 
Co więcej, niektóre dzieci wiedzą, że takie rzeczy dzieją się naprawdę. Same to przeżyły. Niech więc przy nas mają poczucie bezpieczeństwa, że cokolwiek by się nie stało, zawsze będziemy przy nich. I nie ważne, że zawiązują za długo buty. Bez nich nigdzie nie pójdziemy.


12 komentarzy:

  1. Mnie też się to czasem zdarza, chociaż się bardzo pilnuję ... nie dalej jak wczoraj .. moje dziecko jest trochę przeziębione i nie ma apetytu (dziecko, które zwykle nie ma żadnego problemu, synek jest wiecznie głodny) więc nie chce jeść zupy, a ja na to: jak nie zjesz zupy, to nie będziesz dziś oglądał bajek ... potem się opamiętałam, bo przecież przeziębiony i cały dzień nie miał apetytu (nie tylko na zupę) i dałam sobie spokój z tą zupą ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Zdarza się każdemu. Ważne, żeby nie przesadzić i faktycznie nie wywołać w dziecku głębokiego lęku.
      pzdr

      Usuń
  2. @izzy
    Strach i lęk to ciekawa problematyka
    Z jednej strony dobrze go czuć bo to chroni nas przed zrobieniem sobie krzywdy. Boimy się bólu więc dbamy o zęby. Wiemy, że ogień parzy więc nie wkładamy ręki do ogniska...
    Ale w którymś momencie strach przekracza granice.
    Pojawiają się napady paniki, zachowania nerwicowe, dolegliwości somatyczne... Juże nie odczuwamy tego lęku, który ma nas chronić. Zaczynamy wpadać w panikę lub odczuwać różne dolegliwości i w zasadzie nie wiemy dlaczego. To już jest zupełnie inny poziom w odczuwaniu lęku (strachu).

    Pozdr
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawa przed czymś złym co może nas spotkać jest dobra i naturalna. Instynkt samozachowawczy pozwala dziecku, czy dorosłemu chronić się przed ewentualnym zagrożeniem. Już kilkumiesięczne niemowlę wie i rozumie wiele rzeczy, choć zależność działanie-skutek przychodzi nieco później. I tak jak piszesz to chroni nas jako ludzi, bo już moje maluchy wiedzą, że jak zjedzą czegoś tam za dużo, to będzie bolał brzuszek, jak nie umyją rączek to dostaną się na nie bakterie, które widziały w reklamie Domestosa i tak sobie je wyobrażają.

      Ale dziecięca psychika nie jest przygotowana na straszenie, że mama je zostawi, że ktoś tam je zabierze i już nigdy nie wróci do domu.
      Dla dziecka nawet wyobrażenie sobie, że miałoby się zgubić jest czymś strasznym, a co dopiero celowe pozostawienie np. w sklepie czy na ulicy.

      To "tylko" wyobrażenia. Ale co z dziećmi, które faktycznie muszą to przeżywać, gdzie "obietnice" składane przez dorosłych faktyczne są dotrzymywane? To naprawdę już inny poziom lęku. Nie ma się co dziwić więc, że nie mija on ot tak, a towarzyszy człowiekowi nawet w dorosłym życiu.

      pzdr.

      Usuń
  3. Pamiętam jak moja mama kiedyś w złości (a byłam naprawdę niegrzecznym dzieckiem) rzuciła, że zadzwoni po karetkę. Do dziecka, które w swoim krótkim życiu już zdążyło zaliczyć wszelkie szpitale i choróbska. Zalewałam się łzami jak opętana, pamiętam to do dziś. Myślę, że moja mama z bezradności i nerwów powiedziała taką głupotę a później tego żałowała...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Wydaje mi się, że właśnie ta bezradność często "zmusza nas" do mówienia rzeczy, których normalnie byśmy nie powiedzieli. A jednak zobacz jak to jest, tyle lat, a nadal pamiętasz.

      Usuń
  4. Oj, moja mama była mistrzynią zastraszania. (nie możesz grać na skrzypcach, bo dostaniesz raka szyi, nie możesz jeździć konno, bo będziesz miała krzywe nogi, nie możesz tańczyć, bo połamiesz nogi). Twierdzi, że robiła to z troski o mnie (i chyba naprawdę trochę w to wierzyła), myślę jednak, że głównie z wygody. Nie chciało jej się wozić mnie na zajęcia dodatkowe.

    Ciach-strach przypomniało mi, że gdy dziewczynki były małe, wmówiłam im że mam zawsze pełne kieszenie niewidzialnego dobrego humorku. Gdy tylko były smutne "wyciągałam" go i "puszczałam" w ich buzie. Zawsze działało!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre z tym humorkiem! U nas na razie działa magiczny całusek, który leczy wszystko ;) ale takie wyciąganie czegoś z kieszeni może być bardzo pożyteczne, zapamiętam :)

      Wydaje mi się, że dziecko musi mieć dużo samozaparcia i wewnętrznej niewidzialnej siły, by przejść ponad to, co mówi dorosły. No bo jak mam mieć odwagę cokolwiek zrobić w życiu, zaryzykować, skoro ciągle na każdym kroku słyszę, że to czy tamto może mi się stać.
      Najgorsze jest to co piszesz, że często dorośli tłumaczą sobie i wierzą w to, że dobrze robią...

      Usuń
  5. Heheh, u nas w domu mistrzynią była babcia - wyjście z domu praktycznie było równe z tragiczną śmiercią ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kiedy patrzę na tor przeszkód, jaki Księżniczka potrafi zbudować z zabawek w ciągu 5 minut, to myślę, że jest nawet lepsza od filmowego Kevina ;)
    A poważnie - nie cierpię celowego straszenia dzieci, zwłaszcza tekstów w stylu "jak nie będziesz grzeczny, to ten pan cię zabierze" - przy czym ów "pan" to np. niczego nieświadomy inny klient w sklepie. Mnie też się zdarzyło, że jakaś babka straszyła mną dziecko. Poczułam się, łagodnie mówiąc, niekomfortowo... ale co dopiero musiał czuć ten maluszek? Zwłaszcza że to nie był żart mamy (jak w Twoim przypadku), tylko zamierzone zastraszanie dziecka w celu osiągnięcia jakiegoś efektu wychowawczego.
    Moja mama nigdy mnie w ten sposób nie straszyła, ale robiła to, co matka Ahai i babcia Dziubasowej; w każdej podejmowanej przeze mnie czynności widziała zagrożenie, a potem się dziwiła, że boję się podejmować wyzwania, z którymi moi rówieśnicy świetnie sobie radzili. (Np. wspinanie się na samą górę podwórkowych drabinek... nigdy nie miałam lęku wysokości, ale mama tak mi wbiła do głowy, że spadnę i złamię kręgosłup, że się nie odważyłam).

    OdpowiedzUsuń
  7. Najgorzej jak mamy straszą np. policjantem, bo przecież w razie realnego zagrożenia, dziecko będzie się bało poprosić o pomoc.
    My nasze dziewczynki wręcz zachęcamy do podejmowania różnych prób, tylko wtedy zawsze otwieramy szeroko ręce by je złapać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie! Policjantem albo lekarzem. Byłam kiedyś świadkiem, jak w poczekalni u pediatry mama uspokajała dokazującego synka, ostrzegając, że "pan doktor wyjdzie i będzie krzyczał". Chwilę później była zdziwiona, że maluch się rozpłakał, gdy lekarz wywołał ich z gabinetu...

      Usuń