poniedziałek, 26 marca 2018

W sieci mogę być kim chcę.


No cóż. Nadszedł ten moment, kiedy to moje jeansy wymagały wymiany. Tak tak, ja wiem, że dziś modne jest wszystko, więc nawet gdyby miały dziurę, to można to określić jako COOL, ale jednak ich żywot dobiegł końca. Wpadłam więc do swojego ulubionego sklepu i próbuję wybrać coś dla siebie. Mam! Nawet niezłe i to w przystępnej cenie. Po drodze do przymierzalni widzę jeszcze fajną bluzkę, i choć obiecałam sobie, że jestem nakierowana na zakup tylko spodni, to była to miłość od pierwszego wejrzenia. Po kilkunastu minutach, kiedy to zaczynałam czuć, że mam dość (przymierzyłam aż 4 pary spodni) wychodzę ze sklepu z nowymi jeansami i bluzeczką w kwiatuszki w moim ulubionym niebieskim kolorze. 
No, ale nie o tym w sumie. Nagle przed sklepem, który jak się domyślacie mieści się w galerii handlowej, obskakują mnie dwaj młodzieńcy z puszką i proszą o datek na "Domy Dziecka" Nie miałam za bardzo czasu, by zatrzymać się i dopytać, na jakie Domy Dziecka i na co to konkretnie idzie, bo tak naprawdę na puszce nie było nawet żadnej informacji kto to organizuje. Jedyne co można było zauważyć, to zdjęcie jakichś dzieciaków. 

Jakieś 2 tygodnie temu, a więc niedawno, opowiadała mi znajoma, o pomocy, jaką chciała przed Świętami Wielkanocnymi udzielić "rodzinie w potrzebie" (celowo w cudzysłowie) Rodzina ta (5 dzieci), określiła czego im najbardziej brakuje. I to według mnie jest w porządku, przynajmniej człowiek się nie zastanawia, co się przyda, a co nie. Ale czytam całą listę (którą potem przesłała mi na maila) i oczom nie wierzę. Uwaga cytuję: "Dzieci nie posiadają i chcą mieć: tableta, piłki nożnej, plecaka sportowego (Nike najlepiej), korków do grania w piłkę (Adidasa), najmłodsze dzieci najbardziej potrzebują ubranek, marzą o głośniku USB do telefonu". Zbaraniałam. Szczerze mówiąc zaczęłam wątpić, czy ta rodzina aby na pewno jest potrzebująca...

Nie jestem osobą aktywną Facesbookowo, ale mimo to zauważam, że co chwilę pojawiają się posty, sponsorowane lub nie (takie udostępnione przez znajomych) z prośbą o pomoc dla chorego dziecka, umierającego na raka, rehabilitację i tak dalej i tak dalej. Teraz, gdy Święta Wielkanocne już blisko, jakimś cudem ich liczba znacznie się zwiększyła. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że część z tych ogłoszeń to po prostu wielkie oszustwa, tak samo jak niektóre akcje na żywo. 


W sieci mogę być kim chcę.


Jak to się dzieje, że człowiek inteligentny, myślący, daje się nabrać? Czytałam kiedyś wypowiedź psychologa na ten temat. Otóż oszuści tego typu wykorzystują nasze współczucie odwołując się do podstawowych instynktów. Jest takie hasło reklamowe pewnego produktu - Dziecku odmówisz? I to właśnie tak działa. Osoby takie wykorzystują naszą naiwność, pokazując nam choćby taką puszkę ze zdjęciem dzieci. No komu nie zrobi się żal? Większość ludzi będzie zatem miała poczucie zrobienia dobrego uczynku, bo przecież jak to powiadają, ziarnko do ziarnka, i może dzięki mojej złotówce, zmieni się los tych dzieci?




O uwolnienie Aminy, syryjskiej blogerki, walczyły tysiące internautów. W swoim blogu, "A gay girl in Damascus" (Lesbijka z Damaszku), ryzykując ujawnienie swej orientacji seksualnej, opisywała jak rodzi się rewolucja w Syrii i jak krwawo jest tłumiona, jak tata ochronił ją przed aresztowaniem przez tajną policję a jej słowa cytują wszystkie zachodnie media. Wkrótce ucieka z Damaszku, ale nie przestaje pisać."Blogowanie jest dla mnie formą bycia nieustraszoną" twierdzi, a jej walce kibicują tysiące internautów.

6 czerwca 2011 roku, mieszkająca w Kanadzie Francuzka, Sandra Bagaria, dostaje maila, który na zawsze zmieni jej życie. "Proszę, usiądź, zanim to przeczytasz" – pisze do niej Rania Ismail, kuzynka Aminy Arraf, z którą Sandra od pół roku ma gorący internetowy romans. Jej ukochana, jak donosi Rania, została uprowadzona przez trzech uzbrojonych mężczyzn, gdy zmierzała na spotkanie z grupą syryjskiej opozycji. 

"Uwolnić Aminę Arraf", akcja zainicjowana przez Sandrę zyskuje 10 tys. lajków na Facebooku i lotem błyskawicy rozprzestrzenia się po blogosferze i mediach, które zwracają się do rządu USA. Podkreślają, że Amina, pochodząca z syryjsko-amerykańskiej rodziny, ma podwójne obywatelstwo i należy jej się pomoc rządu. Z całego świata płyną do Aminy słowa otuchy. Urzędnicy amerykańscy nabierają jednak podejrzeń i stwierdzają z całą pewnością, że nikt taki nigdy nie był obywatelem USA!
Zdjęcia wykorzystane na blogu, należą do pracującej w Londynie Chorwatki Jeleya Lecic, która potwierdza, że syryjska blogerka je ukradła. 

Świat jest zszokowany, gdy w wyniku błyskawicznego śledztwa przeprowadzonego przez serwis Electronic Intifada wychodzi na jaw, że Amina Abdallah Arraf al Omari nie urodziła się 12 października 1975 roku w amerykańskim mieście Staunton, ale w głowie 40-letniego amerykańskiego absolwenta historii i niespełnionego pisarza Toma MacMastera. 




24-letni David Rose, mimo głuchoty i czterokończynowego porażenia mózgowego, niemal nadludzkim wysiłkiem prowadzi bloga "Dave on wheels" ("Dave na kółkach"), wystukując słowa na specjalnym komputerze Tobii sterowanym wzrokiem. Jego pełne optymizmu wpisy tylko na Twitterze śledzi ponad 8 tys. osób. Kiedy w październiku 2012 roku stan chłopaka gwałtownie się pogarsza, a on sam trafia do szpitala, jego siostra Nicole zamieszcza informację o jego śmierci. "Dobranoc, Dave, dzięki, że mogłem cię poznać", "Straciliśmy dziś dobrego człowieka" – piszą wzruszeni ludzie. 
Śledztwo przeprowadzone przez fankę "Dave’a na kółkach", przynosi jednak brutalną prawdę - zdjęcia niepełnosprawnego zostały skradzione ze strony chłopaka nazywającego się Hunter Dunn, a Dave Rose to twór 53-latka z Kalifornii.

Gdy prawda wyszła na jaw, autentyczne wzruszenie po śmierci Dave’a czy zaangażowanie, z jakim internauci walczyli o uwolnienie Aminy,  zastąpiła wściekłość i rozżalenie. Ani jedno słowo napisane przez te gwiazdy internetowych społeczności nie było bowiem prawdą, a Dave i Amina tak naprawdę nigdy nie istnieli.

Dr Marc D. Feldman, psychiatra z University of Alabama w Birmingham, przyznaje, że tego typu fałszerstwa są coraz częstsze. Co ludzi do tego pcha?

Chęć zwrócenia na siebie uwagi, uzyskania współczucia, opieki, zainteresowania, którego nie uzyskują w zwyczajny sposób – wylicza dr Marc Feldman.  

Jakub Kuś, psycholog nowych technologii z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu twierdzi, że Internet stworzony jest dla oszustów. Dlaczego? 


Przez pierwszą dekadę rozwoju sieci był on uznawany za wielki anarchistyczny śmietnik. Ale po nadejściu – w pierwszych latach XXI wieku – mediów społecznościowych, w których ludzie zaczęli funkcjonować pod nazwiskiem, zaczął być wiarygodnym forum kontaktów, platformą spotkań wyspecjalizowanych grup wsparcia, zmagających się z chorobami czy uzależnieniami. To właśnie takie grupy stają się celem oszustów, dla których zdobycie współczucia setek, a nawet tysięcy internautów, zamiast zainteresowania jednego lekarza, jest wielką pokusą- twierdzi psycholog.
Zdaniem J. Kusia, do preparowania fałszywej tożsamości uciekają się najczęściej osoby o zaniżonym poczuciu własnej wartości, które żyją w przekonaniu, że to, co robią na co dzień, nigdy nie da im pożądanej popularności. 

Chodzi nie tylko o współczucie, ale także o bycie dostrzeżonym, popularnym i znanym. To, że ich chorobowy czy – jak w przypadku Aminy – wojenny blog zaczyna być cytowany, daje im kopa emocjonalnego, a czasem nawet poczucie władzy, bo ich emocje i myśli znajdują faktyczny oddźwięk społeczny – wylicza psycholog. Tom MacMaster, twórca Aminy, wcześniej angażował się na rozmaitych forach, zamieszczając swoje przemyślenia na temat polityki i spraw Bliskiego Wschodu. Bezskutecznie starał się też o publikację swojej powieści. Gdy jako Amina zdobył popularność, zaczął dostawać oferty wywiadów, a nawet napisania pamiętnika.

Jak przyznaje Jakub Kuś, tego typu oszustów niezwykle trudno jest wykryć, chyba, że przesadzają albo popełniają głupie błędy.
Kim, nastoletnia matka na forum dla rodziców wcześniaków, wzbudziła współczucie, opisując walkę, jaką toczy z pomocą lekarzy o życie wcześniaka. Internauci wraz z nią przeżywali żałobę, gdy dziecko umarło. Kilka miesięcy później Kim wróciła na forum z wiadomością, że znów jest w ciąży. Jej posty obfitowały w drastyczne opisy krwotoków do mózgu i operacji serca, jakich doświadcza jej dziecko. Wreszcie także i drugie dziecko uśmierciła. Wtedy uczestniczka forum, psycholog Mara Tesler Stein z Chicago, która sama jest matką dwojga wcześniaków (i wspierała wcześniej Kim), przeprowadziła śledztwo. Odkryła, że nastolatka kopiowała opisy krwotoków i operacji z innych forów. Po ujawnieniu tych faktów Kim z forum zniknęła.


Cyfrowa krzywda boli analogowo, a koszty społeczne działań oszustów są bardzo wysokie.

Po zdemaskowaniu nastoletniej Kim wielu rodziców wcześniaków przestało zamieszczać posty, a inni swoją sytuację porównywali do "emocjonalnego gwałtu". Nowi uczestnicy forum musieli przejść procedurę weryfikacji, czy aby na pewno są rodzicami wcześniaka.

Tom MacMaster po ujawnieniu fałszerstwa blogu Aminy twierdził, że chciał tylko zabrać głos w sprawach, które są dla niego ważne. Powtarzał, że nie wierzy, że kogoś skrzywdził. Jego zdania oczywiście nie podziela Sandra Bagaria. Gdy dowiedziała się, że nagie zdjęcia i czułe wyznania pochodziły od obleśnego 40-latka, zwymiotowała. "To był najbardziej upokarzający dzień w moim życiu" – przyznaje w filmie "Profil Amina", nakręconym przez kanadyjską dokumentalistkę Sophie Deraspe. 

Anonimowość sieci, jak pokazują badania, prowadzi do dehumanizacji uczestników internetowej komunikacji. Zamiast ludzi zaczynamy widzieć obiekty generujące tekst – dodaje Kuś. Z badań prowadzonych przez zespół prof. Luby Belkin z Lehigh University wynika, że ludzie o wiele częściej kłamią, jeśli porozumiewają się za pomocą maili niż na papierze.

Psychologowie z pekińskiego Renmin University of China, którzy pod kątem moralności badali chińskie nastolatki, odkryli, że traktują one sieć jako odrębny od realnego świat, nie dostrzegają, że np. hejtowanie może kogoś boleć naprawdę.
Święta to czas, w którym o wiele łatwiej jest nabrać ludzi na pomoc dla "potrzebujących" Jak widać nie trudno jest stworzyć stronę internetową ze zdjęciami i opisem choroby. Szkoda, że wśród oszustów, na pewno jest wiele takich osób, które czekają aż ktoś zainteresuje się ich losem. 



* Źródło: focus.pl na podstawie tekstu Agnieszki Fiedorowicz 

16 komentarzy:

  1. Ja tak trochę z innej beczki, ale odnośnie wpisu. Poznałam wielu ludzi różnych narodowości. Nikt nie był tak powalony w głowę, jak Amerykanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Ale czasem sami dostają do ręki narzędzie tak jak choćby łatwe zdobycie pozwolenia na broń. No kurczę, a potem się dziwią, że wariat wpada do szkoły i mszcząc się na nauczycielce zabija całą klasę i jeszcze sieje terror po całej szkole. Masakra. Albo też się słyszy o tym jak brat postrzelił siostrę, bo znaleźli w domu pistolet, który rodzice niezbyt dobrze schowali. No dajcie spokój.
      Te historie, które opisałam w poście, to były tylko przykłady, akurat dość spektakularne, ale świetnie pokazują jak można żerować na ludzkich uczuciach i wykorzystywać ich dobroć.
      Ja wiem, że Ty pomagasz jednej rodzinie, która naprawdę ma ciężkie życie i według mnie to jest najlepsza pomoc. Wiesz komu, wiesz na co i wiesz, że twoje pieniądze nie są zmarnowane. Nie uznaję tego, że ja daję kasę, a to jest potem na czyimś sumieniu co z tym zrobi.
      Teoretycznie powinnam poczuć się dobrze, bo przecież ja kasę dałam, ale co z tego?
      Myślę, że wiele ludzi takich jak Twoja rodzina pomaga innym. Tylko Wy nie potrzebujecie oklasków, docieracie do tych, którzy pewnie nawet nie śmieją poprosić.

      P.S. Na stronce Ahaji (vel Olitorii ;) )jest informacja o rodzince, której pomaga.

      Usuń
    2. Dzięki, Izzy:)

      Oszuści byli, są i będą, niestety. A internet daje im tylko większe możliwości. Też znam kilka takich przypadków, z tym że wydarzyły się dwadzieścia lat temu, kiedy internet nie był jeszcze ogólnodostępny. Znam dziewczyny, które zachłystywały się znajomościami w sieci, tam czuły się piękne, dowartościowane i bardzo chciały wierzyć, że np. po drugiej stronie siedzi przystojny brunet. Trudno je za to winić. Dziwię się, natomiast, że wciąż się to przytrafia, dorosłym ludziom, którzy znają już pułapki internetu, gdzie tyle się o tym mówi dookoła...
      Akcje charytatywne, tak jak piszesz, ludzie chcą zrobić coś dobrego, czuć się potrzebni. Zawsze omijałam prośby o pomoc, w których żądania były wygórowane. Odpowiadałam ludziom, proszącym o pomoc materialną, jakąkolwiek. Wiesz czym ujęła mnie ta Pani Beata - tym, że w tym całym nieszczęściu poprosiła o jakąs zabawkę dla dziecka, żeby miało fajne święta i nie odczuło problemów.

      Usuń
    3. O tak, to prawda. Internet zmienił oblicze w zasadzie każdej sfery życia. Pytasz czemu ludzie dają się nabierać. Myślę, że odpowiedź tkwi właśnie w oddziaływaniu na nasze podstawowe instynkty: współczucie, litość itd. Internet sprawia też, że to wszystko jest takie łatwe- klikasz, dajesz lajka, co ci zależy, nic cię to nie kosztuje. Albo udostępniasz dalej. A tam jakiś wirus, albo oszustwo.

      No właśnie i taka pani Beata na pewno potrzebuje i nie wymaga, żeby to była zabawka określonej firmy i to jeszcze za odpowiednią cenę. Biedota nie nosi komórek, a tym bardziej nie ma do nich głośników USB, bo nie wie co to jest. Ma inne marzenia....

      Usuń
  2. Poruszyłaś w tej notce kilka ważnych spraw, które może warto by jeszcze rozwinąć.
    1. Zaufanie do "spontanicznych akcji charytatywnych";
    2. Zaufanie do treści zamieszczanych w sieci;
    3. Płynność granicy między fikcją a rzeczywistością w świecie internetowym;
    4. Bezpieczeństwo w sieci.

    Mnie podczas czytania przypomniała się afera wokół fundacji KidProtect, a konkretnie jej szefa Jakuba Śpiewaka. Rzecz szczególnie drażliwa bo celem fundacji miała być właśnie działalność na rzecz bezpieczeństwa dzieci w sieci. A tymczasem... Prezes fundacji traktował jej fundusze jak prywatną skarbonkę.
    Niestety takie "wyskoki" wpływają na ocenę wiarygodności nie tylko tej jednej organizacji.

    Takie rzeczy nie tylko w Ameryce.

    Pozdr
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no właśnie. Bo to są przykłady tego, że pod przykrywką robienia czegoś dobrego, więcej jest korzyści dla samego organizatora. I to jest dla mnie straszne. Nie wiem, czy teraz tak jest, ale choćby te kosze ustawione na stare ubrania. Wiem, że też była afera, bo okazało się, że ubrania nie trafiają do potrzebujących, a są sprzedawane i tylko jakaś część z pozyskanych pieniędzy trafia tam, gdzie powinna.
      Na pewno trzeba być bardzo ostrożnym, zwłaszcza jak dajemy większe sumy, by nie było tak jak wspominasz, że wypełniamy kieszenie prezesa, a dzieci, czy inni potrzebujący, jak nie mieli tak nie mają.

      Druga rzecz. Zgadzam się w 100%, że Internet to wielka moc, przede wszystkim zarabiania. No choćby właśnie na blogach. Kurczę, tak naprawdę jaki problem wymyślić sobie adoptowane dziecko, powrzucać zdjęcia, powymyślać sztuczne problemy, powypisywać komentarze. Straszne to jak tak pomyśleć, ale jak widać na przykładach przytoczonych w poście da się. Zdobywasz zaufanie ludzi, a potem tylko "pchasz" biznes w dobrym kierunku. A przecież takie blogi o zdrowiu (jak ten z tym niby Dave'em ) czy o adopcji powinny być po to, by dać wsparcie ludziom.

      Opowiadała mi znajoma, że koleżance jej córki skradziono kilka zdjęć z FB i założono nowy profil, o którym nie miała pojęcia. Ktoś tam potem wstawił jakieś kompromitujące treści. Dobrze, że wyszło na jaw, bo nie miała pojęcia co się dzieje. W sieci wcale nie jesteśmy bezpieczni...
      Ludzie chyba czasem zapominają, że po drugiej stronie monitora, ta osoba, która pisze też ma uczucia i tak jak wspomniałam, krzywda boli naprawdę. Trudne czasy.

      Pzdr.

      Usuń
    2. @izzy
      Piszesz, że ktoś by mógł sobie np. stworzyć blog o fikcyjnej adopcji przedstawiając ją jako prawdziwą. Cóż... Zależy co by chciał przez to osiągnąć. Pewnie są tacy blogerzy, którzy dla kliknięć i na taki pomysł by poszli.

      Manipulacja informacją w sieci to coraz większy problem. I nawet Wielcy Tego Świata muszą się z nim już liczyć. No bo jeśli "Fake News" mogą wpływać na wyniki wyborów w krajach takich jak USA...

      M

      Usuń
    3. Nie wiem. Trudno mi to sobie wyobrazić. Może dla kliknięć, może dla zainteresowania, tak jak wypowiada się cytowany przeze mnie psycholog. To w jakiś sposób chory umysł i chyba niemożliwe przewidzieć co się w nim dzieje.
      Ale czasem mam wrażenie, że ludzie zarabiają na tym, że robią coś złego, a nie dobrego. Choćby ten Tom z pierwszego przykładu, który w ogóle nie poczuwa się do winy, a po całej aferze założę się, że zbił majątek na książce, wywiadach itp.

      Musimy wierzyć, tak jak napisała niżej Misscarp, więcej jest takich osób, które czynią dobro.

      Usuń
  3. Bardzo ciekawy wpis, dający do myślenia. Szczerze mówiąc ja jako lokalna patriotka jestem za tym, żeby pomagać na swoim podwórku. I to nie to, że uważam, że innym ludziom pomoc się nie należy. Co to to nie. Ja żyję w niedużym, ok 40 tysięcznym mieście, więc Ci ludzie i ich problemy są mi "znane".
    Ten wpis uzmysławia, że ludzie naprawdę są skłonni do wszytskiego..
    Choć ja należę do tych osób, które mimo wszystko uważają, że "ludzi dobrej woli jest więcej" :) Mój mąż często mnie za to wyzywa, uważa, że jestem naiwna w tej swojej wierze, ale nie wiem.. ja wierzę w karmę- to co dajesz wraca do Ciebie. Wolę być życzliwa, nawet jeśli ktoś gdzieś to wykorzysta, lub odpłaci mi zupełnie czymś innym, to ja żyję z czystym sumieniem. A mam to szczęście, że raczej nie trafiam na takie osoby. Abo o tym nie wiem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dokładnie tak samo sądzę. Ba! Jestem przekonana, że dobro wraca, choć niestety w swoim życiu wiele razy zostałam zraniona, bo niektórzy z natury potrafią być tylko pijawkami.
      Wydaje mi się, że najlepiej jest robić tak jak mówisz, pomagać komuś, kto wiesz, że naprawdę tej pomocy potrzebuje, a nie wykorzystuje dobroć innych i żeruje. U nas np. spalił się dom jednej rodzinie i zbierane były datki na odbudowę. No i ok, autentyczna sytuacja, wiesz gdzie idą pieniążki. Bo wiesz, pomoc pomocą, wiara w dobroć ludzką wiarą, ale ja nie lubię być naciągana i oszukiwana. Dlatego staram się mieć oczy szeroko otwarte i nie być nawiną, choć gdyby ktoś chciał to oczywiście, że mnie oszuka. Wtedy to jego sumienie mam nadzieję, że będzie go gryzło.

      Tak a propos ludzi dobrej woli. Ponad 30mln zł muszą oddać rodziny za wyłudzone pieniądze 500 plus! Wyobrażasz sobie? Pieniądze rządzą światem. Ludzie dla nich zabijają, a co dopiero "zwykłe" oszustwo. Straszne to...

      Usuń
    2. Ja właśnie ostatnio w informacjach słyszałam tę wiadomość i byłam w szoku. Nie do wiary to jest dla mnie.

      Usuń
  4. Zabrakło tylko jakiegoś coming-outu na koniec wpisu - np. że nie jesteś żadną Izzy, tylko szpiegiem z ośrodka adopcyjnego (o co Cię kiedyś w żartach podejrzewałam, pamiętasz?).
    A tak poważnie, to w kwestii internetowych akcji charytatywnych zauważyłam coś jeszcze... Jakiś czas temu miałam ucznia chorego na raka. Starałam się w różny sposób zaangażować w pomoc dla niego, m.in. promując posty związane z dawstwem szpiku etc. Nie umknęło to uwadze Facebooka, co zaowocowało wyświetlaniem się na mojej tablicy coraz większej liczby postów różnych fundacji i innych organizacji charytatywnych, najczęściej zbierających datki dla osób umierających na nowotwory. I w pewnym momencie złapałam się na tym, że jest ich tak dużo, że po prostu przestały robić na mnie jakiekolwiek wrażenie - czyli efekt był dokładnie odwrotny do zamierzonego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, tak tak pamiętam, że jak wymieniałyśmy się FB to dałaś mi ostatnią szansę na coming- out, bo podejrzewałaś, że mogę być szpiegiem z Twojego OA :D:D No, ale przynajmniej wiesz, że jestem prawdziwa. Choć z dziećmi nie wiadomo, bo na FB nic nie wrzucam ;)
      A więc mówię szczerze: coming-outu nie będzie. Wszystko jest prawdą, całą prawdą i tylko prawdą :))

      A co do FB i tych próśb, to działa pewnie tak jak reklamy. Nie daj Boże szukasz odkurzacza, to potem przez najbliższe pół roku będą Ci się wyświetlać najrozmaitsze firmy i ich produkty...

      Usuń
  5. Dużo jest dobrych ludzi, ale także tych co na tej dobroci żerują.Do naszej szkoły przyszedł kiedyś facet,który rzekomo zbierał pieniądze dla chorego dziecka.Jak zapytałam, ile z tych pieniędzy otrzyma dziecko,to wyszło na to, że niewiele.Reszta to zarobek dla firmy. Pan skwitował moje pytanie stwierdzeniem, że przecież nikt za darmo nie będzie chodził i zbierał pieniędzy.Kiedy nasza dyrektorka chciała go wylegitymować, najzwyczajniej w świecie uciekł.Jeśli chodzi o datki na domy dziecka,to nikt z placówek nie wysyła żadnych wolontariuszy,aby zbierali pieniądze, jest to zwykłe oszustwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie mi się wydawało, że coś z ta akcją "Na Domy Dziecka" jest nie tak. Ja też nigdy nie spotkałam się z czymś takim. Kiedyś w firmie znajomej zbierano chętnych na przygotowanie paczek, takich ze słodyczami na Boże Narodzenie. I to było fajne, symboliczne, może jakaś drobna maskotka z której dziecko się ucieszy. Ale robili to we współpracy z DD.

      No tak, za darmo nikt nie będzie chodził... A przecież taka faktyczna pomoc, płynąca z serca, nie potrzebuje zapłaty, bo cieszy się z tego, że może pomagać. To nie jest przecież praca. Widocznie dla niektórych za poświęcenie czasu trzeba słono zapłacić. Słyszałam argumenty, że najważniejsze, że coś tam z tych akcji trafia do dzieci, to niech sobie ktoś tam zarobi. Z jednej strony tak, bo gdyby tej akcji nie było, to i ta część zebranych funduszy nie trafiłaby do potrzebujących, tylko przestaję wierzyć w dobre intencje jeśli ktoś pod przykrywką pomocy (tak jak opisujesz np. w Twojej szkole) po prostu na tym zarabia.

      Najgorsze jest to, że tak jak piszesz, dużo jest dobrych ludzi, tylko przez takie oszustwa społeczeństwo traci wiarę w to, że ktoś naprawdę pomaga.

      Pozdrawiam i dziękuję za komentarz :))

      Usuń
  6. Boszsz...brzydzę się takim zjawiskiem. BRZYDZĘ.
    A czy rodzina jest potrzebująca, kiedy wybieramy kogoś do Szlachetnej, widać właśnie po wymaganiach. Nieraz ręce opadają...masz zestaw marek i zachcianek, podczas gdyjakiś pan prosi o budzik, bo stary mu się zepsuł. SZOK.

    OdpowiedzUsuń