czwartek, 24 maja 2018

Z serii trudne rozmowy, czyli skąd się bierze mięso?




Wieczór. Dziewczynki w piżamkach, ząbki umyte, czytamy książeczkę z serii "Baranek Shaun". 
- Ojej, biedna owieczka!, krzyczy nagle Misia widząc farmera zbliżającego się do jednej z owiec z przyrządem do strzyżenia.
- Czy to ją boli?, docieka.
Tłumaczę, że nie, że runo owcze jest jak nasze włosy, że odrasta i takie tam bajery, choć w tym momencie przyszedł mi na myśl mąż Dziubasowej (przepraszam Dziubasowa, ale to nie to co myślisz! Wspominałaś kiedyś, że twój mąż uczestniczył w goleniu owiec, więc mógłby potwierdzić lub zaprzeczyć mojej teorii, że zwierzątka te nie cierpią podczas tego rutynowego zabiegu;) )

Przy okazji tej sytuacji, dziewczynki postanowiły przypomnieć sobie, które zwierzątko co nam daje, czyli zaczęły po kolei wymieniać, że owieczka daje nam runo na sweterek i mleczko na oscypki ;), krówka mleko z którego też robi się masełko i serki, kurka daje nam jajeczka i tak dalej i tak dalej. W końcu Elsa pyta:
- A kto nam daje szyneczkę?
yyyyyyyyyyyyyyyyy Konsternacja.

W głowie tysiące myśli. Jak przed snem powiedzieć..., matko, jak w ogóle powiedzieć dziecku skąd się bierze mięso! Nigdy nie upiększam rzeczywistości, więc odpowiedziałam wymijająco:
- Szyneczkę... daje nam ... świnka.
Elsa zaczęła się śmiać. 
- Niby jak ją nam daje? No bo przecież jej nie wysiaduje!
Zabiła mnie tym pytaniem. W tym momencie wiedziałam, że nie wywinę się od odpowiedzi. I to akurat wtedy, kiedy byłam z nimi sama, bo mąż jeszcze kończył kolację i dopiero za chwilę miał do nas dołączyć.
- Szyneczka jest zrobiona ze świnki kochanie, odpowiedziałam wreszcie.
- Tak? Ale chyba nie z pleców? A może z głowy, albo oczu, albo nogi? 
Na szczęście Elsa tak się wkręciła w wymienianie części ciała, że odpuściła mi odpowiedź, a ja szybko wróciłam do książeczki. Wiem jednak, że powróci do rozmowy. Jej dociekliwość jest nieograniczona. No właśnie. Może macie jakieś pomysły, albo sprawdzone sposoby na powiedzenie dziecku prawdy w tym temacie, ale żeby nie powiedzieć za dużo? Zastanawiałam się jak to było ze mną. Wiedziałam, że mięso pochodzi ze zwierząt, ale jakoś chyba nie kojarzyłam, że musi ono zginąć, żebym mogła je zjeść... 
Tylko błagam nie piszcie, żebym przeszła na wegetarianizm ;)


9 komentarzy:

  1. Hahaha! Zanim dotarłam do swojego pseudonimu artystycznego, pomyślałam o Dziubasie strzyżącym owce! :D
    No i jaki dobry tok myślenia - w sumie, biorąc pod uwagę, jakim elementem jest szynka, świnka trochę wysiaduje tą szynkę... ;))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też miałam z tym problem, gdy dziewczyny były małe. Jak widać nie poradziłam sobie najlepiej, gdyż obie są wegetariankami, także... nie czuję się ekspertem :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli nic nie doradzicie dziewczyny. eh. No nic.
      Olitoria, to ty faktycznie jakby coś to z moimi nie gadać na temat mięsa :D

      Usuń
    2. Hahaha! OK,
      ale bycie wegetarianką nie jest takie złe :-)

      Usuń
  3. Wiesz, że po podobnej rozmowie rzeczywiście rozważaliśmy rezygnację z mięsa :) Póki co wybrnęliśmy nie podając szczegółów, ale boję się momentu, kiedy pytanie powróci :) Jakieś dociekliwe strasznie te nasze dzieci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, mąż zagroził rozwodem jak przejdziemy na wegetarianizm ;) Ale na poważnie. Mam sąsiadkę, która jest weganką, syna wychowuje w podobnym stylu (nawet pisałam dawno temu o tym) i boję się, że gdy mały dorośnie (ma 1.5 roku) to szybko moje dziewczyny uświadomi co i jak. A wtedy mam ... przekichane. Opowiadała mi moja uczennica, że u nich na studniówce było jedzenie tylko wege. Nic mięsa. Także wiesz, taka moda chyba, bo nie rozumiem, dlaczego ci co jedzą mięso są pokrzywdzeni - ten co nie je nie musi, ale ten co je nie ma co jeść ;)
      na razie spokój z pytaniami. Elsa zaczęła się interesować tym jak ja chodziłam do przedszkola :D

      Usuń
  4. Moja mama chyba zaczęła tłumaczenie mi tego problemu od przedstawienia łańcucha pokarmowego. Wiesz, że ptaki jedzą owady, bociany jedzą żabki i tak dalej... Człowiek też jest zwierzęciem i czasem zjada inne zwierzątka. Chyba podziałało, bo pierwsze opory dotyczące jedzenia mięsa miałam dopiero jako nastolatka - po tym, jak tata przyniósł od kogoś prosiaka po świniobiciu... jak go zobaczyłam w wannie (bo tylko tam się mieścił), to przez tydzień w ogóle nic nie chciałam jeść. Nie ruszyłam ani kawałka tej świni. Pamiętam, jak tata się ze mną drażnił, nawet nadał tej biednej śwince imię, żeby mi zrobić na złość... (oczywiście w żartach). I potem pytał, czy chcę szynkę z Zuzanny albo kawałek kotleta z Zuzanny i tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko, to straszne :((
      Jako dziecko jeździłam z rodzicami na wieś do rodziny babci. Na wsi jak to na wsi, wszyscy byli wiesz szczęśliwi, że to "miastowi" przyjechali ;) więc trzeba było się "pokazać" czyli zabić jakiegoś indora, czy kurę. Do tej pory pamiętam jak te biedne kury latały po podwórku bez głowy!! No i kto się przejął moją psychiką? :( :D

      Usuń