wtorek, 12 czerwca 2018

Kiedy zaczyna się i kończy niepłodność?


Niepłodność. Jak podaje Wikipedia, jest to stan, w którym zachodzi niemożność zajścia w ciążę pomimo rocznego współżycia seksualnego z przeciętną częstotliwością 3–4 stosunków tygodniowo, bez stosowania jakichkolwiek środków antykoncepcyjnych. Według danych, problem dotyczy 10–15% par w wieku reprodukcyjnym, przy czym w 35% przyczyna niepłodności leży po stronie kobiety i w tylu samo po stronie mężczyzny, a za 10% odpowiadają oboje. W 20% przypadków nie da się określić jednoznacznej przyczyny (niepłodność idiopatyczna)



Jakiś czas temu rozmawiałam ze znajomą. Chwaliła się, że "wygrała z niepłodnością", ponieważ udało jej się po roku z hakiem zajść w ciążę. No i właśnie tu pojawia się fundamentalne pytanie, czy taką osobę można w ogóle nazwać niepłodną? Wierząc nie tylko Wikipedii, ale też lekarzom specjalistom, normalne jest, że nie każda kobieta zachodzi w ciążę po pierwszym stosunku bez zabezpieczenia. Mam wprawdzie takie koleżanki, którym udała się ta sztuka, ale nie jest to przecież regułą. Czasem mam wrażenie, że kolejny raz ludzie nie wiedzą o czym mówią. Ja zaczęłam starać się o dziecko wcześnie, biologicznie powinno było dojść do ciąży w zasadzie od razu. A jednak nie doczekałam się. Jak się zatem mają naturalne starania o dziecko do wieloletniej walki o nie? Według mnie nijak. 

Kilka tygodni temu oglądałam film, w którym padło pewne ciekawe pytanie. Mianowicie kobieta, opowiadała o swoim zmarłym bracie i zastanawiała się, czy nadal można powiedzieć, że jest siostrą. No właśnie. Brata już nie ma, w zasadzie jest jedynym dzieckiem swoich rodziców, na pierwszy rzut oka niczym nie różniącym się ode mnie, jedynaczki. A jednak ten brat był. Fizycznie istniał i nie sposób zapomnieć wszystkiego, co wiązało się z jego osobą.

Wśród moich blogowych przyjaźni są takie mamy, które nie miały problemów z zajściem w ciążę i takie, które walczyły o to, by móc stanąć przed lustrem i zapewne ze łzami w oczach, nie do końca jeszcze wierząc, zobaczyć całą swoją postać w błogosławionym stanie. Jedne już urodziły, inne za chwilę urodzą dziecko, czy więc można powiedzieć, że są niepłodne? Teoretycznie chyba nie. Z drugiej zaś strony, czy da się zapomnieć wszystko to co przeszły? Czyż nie jest to tak, że ta walka, pomimo tego, że zakończyła się szczęśliwie, jednak pozostawiła ślad, który na zawsze będzie skryty na dnie serca?
Może to właśnie jest tak jak z tą siostrą, która straciła brata. 
Oddaję się w wasze ręce. Ciekawa jestem co sądzicie.







23 komentarze:

  1. Poruszyłaś bardzo ciekawy temat :)
    Właśnie sobie uświadomiłam, że po adopcji przestałam myśleć o sobie jako o niepłodnej. Może nie tak do końca, bo czasami te doświadczenia dają o sobie znać w najmniej odpowiednich momentach (na przykład wtedy, kiedy uczniowie na lekcji przywołają ten nieszczęsny ministerialny spot o króliczkach), ale już nie definiują mnie jako osoby. Czuję się przede wszystkim mamą. Księżniczka każdego dnia dodaje mi skrzydeł!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie było podobnie. Odkąd zostałam mamą, rozpoczął się nowy, tym razem radosny okres w moim życiu. Choć szczerze mówiąc to ja nigdy nie używałam konkretnego określenia "niepłodna", ani nawet nie myślałam o sobie w ten sposób. Po prostu, że nie mogę (nie możemy) mieć dzieci, czy nie mogę zajść w ciążę. Pewne rzeczy jednak związane z naszą walką o dziecko zmieniły mnie i niestety zostaną ze mną na zawsze. Niektóre dobre (np. że stałam się bardziej cierpliwa) inne złe (tych chyba jest więcej)
      Cieszę się, że jestem po drugiej stronie, ale nigdy nie zapomnę jak długa droga prowadziła do miejsca, w którym teraz jestem.

      Usuń
  2. Pytanie nie jest proste... I właściwie chyba nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Jakiś próg czasowy do zakwalifikowania do leczenia musiał zostać wyznaczony, teraz jest to 12 miesięcy, ale równie dobrze mogłoby to być 8 lub 18 miesięcy, więc ten czas uważam jest względny i raczej nie jest wyznacznikiem do określenia niepłodności. Moim zdaniem każdy przypadek leczenia niepłodności jest zupełnie inny, na świecie istnieje tak wiele przyczyn tej choroby, że naprawdę trudno jest wrzucić wszystkich do jednego worka. Do tego dochodzi długość starań i tutaj też jest różnie - tak jak mówisz jedna para zachodzi w ciążę po 14 miesiącach "niepłodności", której nawet nie leczono, inna para zachodzi po 10 latach ciężkiego leczenia, zabiegów i wydanych grubych tysięcy. Znam przypadek, że para starała się o dziecko przez 10 miesięcy i to bardzo nieregularnie ze względu na tryb pracy partnera, oprócz tego nie byli nigdy u żadnego lekarza nawet po to, żeby sprawdzić czy występuje owulacja, po 8 miesiącach dziewczyna wybrała się w końcu do lekarza, który przepisał jej suplement na wyrównanie cyklu i po 2 miesiącach zaszli w ciążę, dziś określają siebie jako tych, którzy mieli tę nieprzyjemność uporania się z niepłodnością... Ale jaką niepłodnością? Przecież generalnie rzecz ujmując zaszli w ciążę po 2 miesiącach, więc czy czasami nie chodzi tutaj o to, aby troszeczkę zwrócić na siebie uwagę? Przecież przed rozpoczęciem starań mogliby sprawdzić chociaż podstawowe sprawy, aby wiedzieć na czym stoją? Inna koleżanka kiedyś opowiadała mi jak to starała się z mężem AŻ 6 MIESIĘCY i dla niej też to zapewne była niepłodność, no bo przecież jak to aż 6 cykli bez efektu? I tutaj mogłabym się rozpisać na temat braku wyobraźni, który bardzo, ale to baaaaaaaaardzo mnie wkurza u ludzi... :( Ale wracając do tematu - do tego oprócz fizycznych przeszkód w poczęciu dziecka dochodzą jeszcze aspekty psychiczne, kiedy to w większości przypadków u kobiet z miesiąca na miesiąc (czasem przez długie lata) frustracja i przygnębienie narasta do tego stopnia, że wpadają one w ciężką depresję, co również nie pomaga, a wręcz jeszcze bardziej przeszkadza, bo organizm jest jeszcze bardziej zestresowany. Do tego poziom hormonów, tryb życia... Ciężki temat poruszyłaś i w sumie chciałabym napisać tu jeszcze więcej, ale właściwie jak tak sobie teraz myślę o tym co piszę to mnie zatyka, bo to nie jest wszystko tak jednoznaczne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkowicie się zgadzam. Bo cóż to za niepłodność, jeśli ktoś uważa, że powinien zajść w ciążę przy pierwszym niezabezpieczonym cyklu. Może tu pokutuje jeszcze taka zmiana myślenia, że zabezpieczasz się, by tego dziecka nie było, a nagle jak tego nie zrobisz, to ci się wydaje, że zaraz zajdziesz. Sama nie wiem, dlatego pytam was ;)
      Ale też rozumiem, że jeśli kobieta choruje, leczy się od zawsze np. na tarczycę, nawet nie starając się o dziecko, a potem gdy już tego dziecka chce i po paru miesiącach zachodzi w ciążę, to może powiedzieć, że zdarzył się cud. Opisywałam kiedyś moją koleżankę, która miała diagnozę niepłodności, ze względu na raka. Jej organizm miał odrzucić ciążę, a jednak tego nie zrobił. Synek niedawno skończył rok.
      Oczywiście tak jak piszesz, trzeba wyznaczyć jakiś okres, po którym para powinna zgłosić się do lekarza, zobaczyć czy wszystko jest w porządku. Pamiętam jak lekarz mówił mi, że do dwóch lat jest to normalne, zwłaszcza po 25 roku życia, że tyle to trwa. Bo tu bezowulacyjny cykl, tu coś nie zagrało, tu coś jeszcze innego. Przecież ile musi być spełnionych warunków, by doszło do zapłodnienia, potem implantacja, potem tysiące innych jeszcze etapów rozwoju ciąży.
      A niestety aspekt psychologiczny jest bardzo ważny. Ja to określam tak: jak mam się wyluzować, skoro jestem głodna, a nie ma co jeść. Burczy mi w brzuchu, jak więc o tym nie myśleć?

      Usuń
    2. Dokładnie, jest tak jak mówisz. Tylko spójrz jakiej wartości nabiera ciąża sama w sobie i jak bardzo niezwykłe w naszych oczach staje się poczęcie dziecka, podczas gdy wielu parom to udaje się ot tak, a pomijam już pary, które wpadają... Sama znam dziewczynę, która jest wiele młodsza ode mnie, pewnego dnia powiedziała nam w pracy, że chce mieć dziecko, a 2 miesiące później oznajmiła nam, że jest w ciąży. Ja byłam wtedy chyba w najgorszym momencie swojego leczenia i przede wszystkim mojego stanu psychicznego, wiesz że przestałam z nią rozmawiać? Nie chciałam tego, ale nie mogłam na nią nawet patrzeć, nie życzyłam jej źle, ale tak bardzo bolał mnie widok jej brzucha, a najbardziej chyba bolało mnie to, że miała to dziecko ot tak... Dzisiaj patrzę na to inaczej, może ze względu na to, że jestem po terapii, a może dlatego, że jestem w ciąży, ale mimo wszystko pamiętam to doskonale, pamiętam każdy ból, każde rozczarowanie, każde czekanie i każdą jedną kreskę. Teraz jestem bardzo szczęśliwa, jestem po drugiej stronie, ale nie uważam że nie jestem już niepłodna, i nigdy nie zapomnę tamtych doświadczeń.

      Usuń
  3. Hmm.. nabiłaś mi gwoździa tym pytaniem. Mnie się udało zajść w ciążę, za chwilę zostanę mamą, ale nie odnoszę wrażenia, że wygrałam z niepłodnością. Cały czas mi się nią czka. Na dodatek, spoglądając na znajome pary starające się i walczące niemal czuję ich ból. Choć stojąc po drugiej stronie barykady można powiedzieć że jest łatwiej, a wcale tak nie jest. Bo dla tych osób, czasem bardzo bliskich, nagle Ty-ciężarna- stajesz się bardzo daleka.. Cholernie trudny temat. Ale są też ludzie, którzy bardzo szybko zapominają, ile niepłodność nam zabiera i beztrosko oddają się rodzicielstwu nie zważając na innych. A Ty, Izzy? Czy po adopcji jesteś niepłodna? Jesteś mamą dwójki.
    Ja nie wiem. Wiem na pewno, że niepłodność zostawiła na mnie piętno, które długo bedzie o sobie przypominać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy jestem niepłodna. Hmm. Trudne pytanie, bo tak naprawdę fizycznie nie ma przeszkód, bym w tę ciążę nadal zaszła. Fachowo jednak nazywa się to niepłodność idiopatyczna, czyli jednak niepłodność. Tak jak pisałam wyżej do Lady Makbet. Nigdy nie używałam tego sformułowania w stosunku do siebie. Raczej właśnie, że nie mogę zajść w ciążę.
      I zgadzam się z tym, że będąc po drugiej stronie barykady jest też trudno. Moja najbliższa przyjaciółka też się ode mnie trochę odsunęła, bo jej nadal się nie udało, nadal walczy. I mimo, że wie, że ja rozumiem przez co ona przechodzi i że ja bądź co bądź w ciąży nie byłam, to jednak boli. Szkoda, bo to tego typu osoba, która uważa, że musi poradzić sobie sama, a ja wiem, że tu potrzeba duuuużego wsparcia.
      Rozmawiamy oczywiście, ale wiem, że przeżywa to sama. Kiedyś byłyśmy na jednym poziomie, że się tak wyrażę. jeździłyśmy na rowerach, na rolkach, podróżowaliśmy razem. Nasze dzieci zmieniły też nasze relacje, bo wiadomo, musiały.
      Najgorsze chyba dla mnie jest to, jak ludzie zapominają i traktują innych tak, jakby nigdy nie przeżywali to co oni :(

      Usuń
    2. Izzy, ja też mam taką bliską koleżankę. Ja w tym samym czasie miałam ivf co ona inseminację. Mi się udało a jej nie :(( i o ile na początku ciąży towarzyszyła mi to teraz kontakt się urwał. Gdy do niej napiszę, to rzadko odpowiada na wiadomości i telefony:(( chcę być dla niej wsparciem, ale widzę, że kontakt ze mną musi ją zbyt dużo kosztować:(( tak bym chciała, aby jej się udało...

      Usuń
    3. Dziewczyny, mam dokładnie to samo. Mam bardzo bliską mi osobę, z którą teraz owszem- rozmawiamy, ale ewidentnie już nie jest to samo. O mojej ciąży rozmawiamy bardzo mało, ona o dwóch ostatnich podejściach do IVF nie chciała ze mną rozmawiać... Przykre to, bo ja naprawdę nie epatuję tym, że jestem w ciąży, a już tym bardziej przy osobach, które również się starają. Mąż mi tylko powtarza, że mam sobie nie wkręcać poczucia winy z tego powodu, bo my nie pstyknęliśmy palcem i nie zaszliśmy w ciążę, przez ponad 3 lata swoje też przeszliśmy i wreszcie się doczekaliśmy.

      Usuń
    4. Zawsze jest przykro w takich sytuacjach, ale moim zdaniem raczej niewiele można zrobić, bo chyba każdy musi dojrzeć do tego sam, wiem sama po sobie, ja odcinałam się momentalnie od osób, które były w ciąży i od młodych matek, po prostu to za bardzo mnie bolało i nie potrafiłam pozwolić sobie na normalny kontakt z tą osobą mimo wcześniejszych relacji, które nas łączyły. To jest błąd, bo człowiek odcina się od świata myśląc, że sobie ulży, owszem to pomaga na chwilę, ale tak naprawdę taki stan rzeczy tylko pogłębia depresję.

      Usuń
    5. Dlatego co jakiś czas staram się napisać do niej i cieszę się, gdy odpisze, ale też nie chcę się jej narzucać, bo wiem, jak bardzo kontakt ze mną może być dla niej bolesny:(

      Usuń
  4. Kochane, myślę, że jeśli starające się pary umiałby same w miarę dokładnie ustalać dni płodne i dokładnie w te dni podejmować starania, to wszelkie źródła skróciłyby definicję niepłodności do bezowocnego starania 2-3 miesiące. Toż chyba chodzi o to, by w pierwszej kolejności wykluczyć, że para nie umie "wcelować" w płodne dni. Są i tacy co mimo wieku 30+ myślą, że wystarczy jeden numerek byle kiedy i już są w ciąży;)
    Jeśli to mamy za sobą i wiemy że starania odbywały się w odpowiednim czasie, a efektów brak tzn. że organizm nie pozwala na poczęcie dziecka. Jeśli jest to chwilowe - czasami kilka miesięcy, a czasami kilka lat (i tu mnie ściska w dołku jak to piszę) to mamy niepłodność. Bo jeśli nie ma jednoznacznie określonej przyczyny nie do usunięcia, to jest szansa, że płodność wróci. Trochę jak u mnie - nikt nigdy nie powiedział wyraźnie co jest naszym problemem, więc jesteśmy niepłodni (do tej pory) ale nie wykluczone, że kiedyś włączy się zielone światełko płodności.
    Myślę, że najbardziej boli nie fakt, że ktoś 6 miesięcy był niepłodny, tylko, że 6 miesięcy WALCZYŁ z niepłodnością ;)często ludzie nadużywają tych słów i do głowy im nie przychodzi, że jeśli traktowali swoje ciało kiepsko, odżywiali się fatalnie, to organizm "nie pozwoli" na przyjęcie dziecka w danej chwili - bo kolejne życie do wykarmienia z fatalnej diety byłoby niemożliwe. O płodność trzeba dbać, bo to nie jest standard, który każdemu się należy. I ci (moim skromnym zdaniem) powinni mówić, że musieli lepiej o siebie zadbać, by zajść w ciążę, a nie że walczyli. Do walki to im jeszcze było daleko, jak do Meksyku.
    Inną sprawą jest wieloletnia zgadywanka - jaki jest powód mojej niepłodności - sprawdzanie, badanie, leczenie czego się da. Dla mnie to jest właśnie walka, bo robię po kolei co mi lekarze podpowiadają - i dalej nic. Gdybym wiedziała co jeszcze zmienić, czego brakuje mojemu organizmowi, albo co mu przeszkadza by przeszedł na płodny tryb już dawno bym to zrobiła. Czyli niepłodność level hard;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś czytałam artykuł, w którym na podstawie badań autor twierdził, że jakiś tam procent ( dość wysoki, ale nie pamiętam dokładnie) kobiet, kompletnie nie potrafi ustalić swoich dni płodnych. I może coś w tym jest. Idą do lekarza i w zasadzie szybko udaje im się zajść w ciążę, czyli potem zachwalają jak to ten lekarz im pomógł, jakim jest specjalistą i co gorsza, że ... wygrali WALKĘ z niepłodnością. No chwila chwila. Jaką walkę? Lidio, absolutnie się z Tobą zgadzam! Ja to nazywam staraniami o dziecko, czasem przedłużającymi się, ale tak jak piszesz, jeśli ktoś myśli, że jeden numerek i już bach jest ciąża, to może jak masz 15 lat, to tak, ale nie po 30 ;)

      To prawda, o płodność, zdrowie trzeba dbać. Choć zobacz. Często zdarza się też, że kobiety wcale nie dbają o siebie, nie biorą witamin itd i jednak rodzą zdrowe dzieci. Tym, które zachodzą w ciążę podczas leczenia stwarza się idealne warunki, a jednak takie dzieci urodzone przez matkę, która się nie przejmowała, to jak za czasów średniowiecza - przeżyje najsilniejszy.
      Dla mnie właśnie w mojej niepłodności, najgorsze było to, że nie wiedziałam co mi jest, nie wiedziałam co leczyć. Próbowałam to, tamto, zioła, akupunkturę prawię magię jak pomyślę i nic. I chyba gdybym nawet pokusiła się o ściągnięcie gwiazdki z nieba - nie urodziłabym dziecka. Ta moja walka to chyba była nie o dziecko w rozumieniu ciąży, tylko o dziecko to moje (te moje w sumie ;) ), które mam teraz. Musiałam walczyć o to, by do nich dojrzeć, by zrozumieć, by nie uganiać się za wiatrakami, bo moje dzieci miały przyjść, tylko inna drogą. Już wielokrotnie to pisałam. Gdybym wiedziała to co wiem teraz, spokojnie bym czekała. No, ale cóż, nie mam magicznej kuli.

      Usuń
  5. No to i ja dorzucę swoje trzy grosze, zwłaszcza że jak nic temat aktualnie bardzo mocno mnie dotyczy. Od ponad roku jestem mamą, a teraz także w ciąży po siedmiu latach walki z niepłodnością. I moim zdaniem niepłodność jest jak alkoholizm, niepłodnym jest się zawsze. Zawsze jest jakaś zadra, żal do życia, nawet teraz u mnie, mimo że teoretycznie z nią wygrałam. Inna sprawa, że przestałam walczyć, więc czy to na pewno wygrana? Będąc w ciąży, każdego dnia czuję to piętno na swoich barkach. I nie potrafię ciągle cieszyć się tak naprawdę z mojego stanu. I to właśnie niepłodność odebrała mi tę radość, za co jej szczerze nienawidzę. Ciągle towarzyszy mi lęk, czarne myśli i stres. Z drugiej strony ta wieloletnia walka dała mi też umiejętność nieoceniania ludzi zbyt szybko i sprawiła, że stałam się chyba bardziej empatyczna. Bo każdy z nas ma jakąś historię. Niepłodność to nie wyrok, ale jej smród ciągnie się bardzo, bardzo długo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sonadora, bardzo Ci dziękuję za komentarz, bo Ty jesteś osobą, która właśnie wiele może powiedzieć na ten temat. Jako już mama ado i przyszła mama biologiczna, powinnaś być tylko i wyłącznie szczęśliwa z tego powodu. A tak jak piszesz, to nie takie proste, bo życie nauczyło Cię, że nie zawsze wszystko dobrze się kończy, że możesz robić wszystko a jednak przez 7 lat nic się nie dzieje. Cieszysz się, a jednak towarzyszy Ci lęk.
      "Niepłodność to nie wyrok, ale jej smród ciągnie się bardzo, bardzo długo..." Pięknie to ujęłaś, nadawałoby się na hasło, tyle, że nie reklamowe...
      Dbaj o siebie i o maluszka, pomimo tego, że nigdy na 100% się nie wyluzujesz, to jednak właśnie dzieją się cuda <3

      Usuń
  6. Zgadzam się z Sonadora. Mam podobne zdanie. Jestem w ciąży, ktoś mógłby powiedzieć, że po prawie 6l. wygrałam z niepłodnością, ale ona zostawia za sobą ślad. Cieszę się tą ciążą, ale jest też wielki, permanentny strach czy ją donoszę i czy poród przebiegnie bez komplikacji. Nie jest to standardowa ciąża. Ostatnio byłam na urodzinach, gdzie spotkałam znajomą, która też jest w ciąży (rodzi 2m później) i ona na tych urodzinach spokojnie jadła same ostre rzeczy (zero strachu przed skurczami), zapytana o tydzień ciąży nie umiała odpowiedzieć, wiedziała tylko który to miesiąc(podczas gdy ja obudzona w nocy mogę dokładnie powiedzieć jaki to tydzień i dzień i ile mi zostało) ni i planowała urwać się z urodzin na jakiś koncert zupełnie nie martwiąc się tłumami i ściskiem. Tak widocznie kobiety przechodzą normalnie ciążę. Tylko ja się cały czas martwię i boję o dziecko.
    Niepłodność to nie jest problem, który znika wraz z pozytywnym testem. A już tak długie czekanie moim zdaniem zawsze pozostawia trwały ślad. Ja zawsze będę pamiętać o tych, którzy czekają wciąż. Niejednokrotnie czytam i wspieram te osoby tak jak potrafię,nieraz czytając wpisy na ig czy blogach po prostu płaczę czytając je, bo te uczucia wracają do mnie, są mi tak znane:(((
    No i też wśród znajomych mam takich, którzy przeżywali jak to oni strasznie bali się że nie zajdą w ciążę a starali sie aż 4miesiące!w rozmowach widzę często, że kobiety nawet nie potrafią rozpoznawać kiedy mają dni płodne i od tego trzeba zacząć. Przypisywanie sobie niepłodności po kilku miesiącach BEZ DIAGNOZY to dla mnie po prostu żart, bo co innego starać się te 4miesiące, zbadać się i uzyskać diagnozę-jak u nas bardzo słabe nasienie, wtedy można już mówić o niepłodności. Ludzie nadużywają słów, o których kompletnie nie mają pojęcia:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak... Ja też mam przypadek normalnego przechodzenia ciąży - dosłownie parę dni temu rozmawiałam z bliską mi osobą, która zaszła w ciążę i czekała na wizytę serduszkową. W związku z tym, że w zeszłym roku była w ciąży biochemicznej i bardzo to przeżyła, teraz jak tylko test wyszedł pozytywny poprosiłam ją, aby porozmawiała z lekarzem o luteinie, pobiegła więc na wizytę i poprosiła od razu o luteinę. Lekarz dał jej receptę ale skwitował to tekstem, że "jego zdaniem ta luteina to jakiś mit, że za granicą kobiety jakoś tego nie przyjmują i do poronień tam nie dochodzi"... Ja zmieniłabym już lekarza, ona wzięła na to poprawkę i została z nim. Potem poszła na wizytę serduszkową, wszystko jest dobrze i luteinę ma odstawić - ja wtedy zapytałam dlaczego tak szybko, przecież łożysko nie produkuje jeszcze progesteronu bo to dopiero 8 tydzień. Ona odpowiedziała, że lekarz sprawdził że wszystko jest dobrze i że luteina nie jest potrzebna. Więc ja do niej mówię, że jeszcze przez 4 tygodnie na wszelki wypadek powinna to przyjmować, lekarz nie widzi na usg czy progesteron jest właściwy, tym bardziej że nie kazał jej nawet zbadać jego poziomu we krwi. Ale ona powiedziała że mam się nie martwić, że przecież wszystko jest ok. No i jest ok, tylko tutaj zza moich pleców odezwał się mój wilk, który przez lata był karmiony obawami, niepowodzeniami i rozczarowaniami, więc dziś jestem przezorna, ostrożna i wolałabym żeby ona brała te leki... Tylko, że ona przechodzi tą ciążę normalnie, starali się o nią kilka miesięcy, doświadczyli ciąży biochemicznej, ale równie dobrze mogliby jej wcale nie wykryć i nawet o niej by nie wiedzieli, więc czym ma się martwić...

      Usuń
    2. @Marysiu, Droga Nie na Skróty
      Wy najlepiej wiecie jak głęboko to wszystko zostaje. Jednych uwrażliwia (tak jak Was, bo pomagacie innym, wspieracie), inni znów czują się "lepsi", że to właśnie im się udało. I to jest chyba najbardziej przykre. Myślę, że te kobiety z "normalną" ciążą, po prostu nie zdają sobie sprawy z wielu rzeczy, zagrożeń. Może i lepiej. Ludzie walczący o dziecko tyle lat przecież zgłębiają wiedzę o niepłodności do granic możliwości i niejednokrotnie wiedzą więcej niż ginekolog. Pamiętam jak koleżanka przyszła z kliniki, z pierwszej wizyty i lekarz w zasadzie powiedział jej tyle, co ja bym jej mogła powiedzieć, tylko za darmo...

      Jeszcze jedna rzecz. Kiedy podchodziliśmy do zabiegu X lat temu, poznałam taką dziewczynę na forum (leczyła się w tej samej klinice) Wspierałyśmy się, przeżywałyśmy to razem. No i razem zaszłyśmy w ciążę. Tyle, że ona urodziła bliźniaki, a ja poroniłam. Chciałam z nią utrzymywać dalej kontakt, ale to ona już nie chciała. Myślę, że z tego powodu, że to nie ja tego w tamtym czasie nie ogarniałam, tylko ona.
      Mam więc wrażenie, że ludzie pozostają obojętni na problem niepłodności, ponieważ to właśnie oni często sobie z tym nie radzą. No bo przecież łatwiej spotkać się z koleżanką na kawę i pogadać o ciuchach, niż wysłuchiwać jej żali, że kolejny raz się nie udało.
      Często też ludzie po prostu udają, że nic się nie dzieje.
      Mam koleżankę, która nie dzwoniła do mnie kilka lat (dopiero po adopcji), ponieważ jak twierdziła ... nie wiedziała co mi powiedzieć. (sama ma 2 dzieci) No to o czym my tu mówimy w ogóle.

      Usuń
    3. Tak, to prawda, ludzie też często "uciekają" w inne tematy, ja też to widziałam na co dzień i nawet specjalnie czasami nic nie mówiłam bo widziałam że sytuacja robi się niezreczna, tym bardziej, że jak mówisz o swoim problemie czy emocjach to każdy z automatu chce ci pomóc i mówi naprawdę różne czasem nieprzemyślane rzeczy, a tutaj nie trzeba nic mówić, wystarczy po prostu wysłuchać. Także jak tak analizujemy to wychodzi na to, że ten problem leży jeszcze głębiej niż myślimy...

      Usuń
  7. Po tylu latach leczenia mamy wiedzę dotycząca leczenia niepłodności, że każda z nas mogłaby otworzyć własną praktykę;)
    @droganienaskroty my obie na pewno nie zdecydowałybyśmy się na takiego lekarza, ale też ktoś, kto nie doświadczył tylu porażek co my, może mieć inne doświadczenie i spojrzenie na ten temat. Ja też na początku ciąży patrzyłam na ręce mojej dr, zresztą cały czas pilnuję sama wszystkiego, ale gdybym miała jakieś wątpliwości pewnie zrezygnowałabym z jej opieki. Ostatnio usłyszałam, że pewna osoba stwierdziła, że moja dr "przesadza," z tymi zaleceniami leżenia i oszczędnego trybu życia. No bo przecież na pierwszy rzut oka nic mi nie dolega. Ale czy ta osoba ma świadomość, że rozwierania szyjki się nie czuje?? I oczywiście wypowiada się to osoba, która ciążę przechodziła bezproblemowo, podobnie poród. Ech...
    @Izzy, ja zauważyłam, że dużo relacji u nas wróciło do normalności właśnie jak zaszłam w ciążę. No bo nareszcie nie trzeba przy mnie milczeć, nie? Są nowe tematy, do których wcześniej nie byłam dopuszczana a o naszym problemie nie rozmawiało się z nami tylko za plecami. Po czasie usłyszałam, że ktoś tam nam kibicuje i w ogóle chciałby, aby nam się udało, ale nigdy nic takiego nie usłyszeliśmy. A jednak okazuje się, że rozmowy na nasz temat były.
    To prawda, niepłodność to ciężki temat, to jak chodzenie po polu minowym, ale chyba najgorsze jest poczucie izolacji przez otoczenie.
    Z drugiej strony doświadczyłam też odmiennej sytuacji. Moja przyjaciółka nie powiedziała mi o ciąży, bo byliśmy przed ivf. I nie chciała, aby było mi przykro wiedząc, jak to mogłoby na mnie wpłynąć. Dopiero w lutym, gdy jej córka była już na świecie powiedziała mi, że była w ciąży i urodziła. Bała się, że jej nie wybaczę, ale jestem w stanie zrozumieć, że tak postąpiła, wiem co nią kierowało-chciała mnie chronić, chociaż na pewno chętnie cieszyłaby się ze mną brzuszkowymi tematami. I jak miałam jej nie wybaczyć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marysiu, nie wiem, czy się zgodzisz, ale ta Twoja sytuacja z koleżanką pokazuje, że zbyt mało jednak nadal mówi się o niepłodności i te osoby, którym się udało, po porostu nie wiedzą często jak się zachować wobec tych nadal starających się. Być może gdyby mówiło się więcej o wsparciu jakiego potrzebują szczególnie kobiety, inne bardziej by się otwierały na rozmowy. Nie wiem. Tak tylko gdybam.
      Bardzo dobrze, że wybaczyłaś koleżance, szkoda przyjaźni. U mnie było inaczej, bo przykłada jaki podałam to była "tylko" forumowa znajomość, bez zobowiązań. Nic na siłę.
      W lipcu mam się spotkać z koleżanką, której nie widziałam od wielu lat. Sama się do niej odezwałam, znalazłam ją na FB. Kiedyś bardzo się lubiłyśmy, przyjaźniłyśmy, jej się udało, mnie nie, ale byłam z nią aż do porodu, nawet odwiedziłam ją w szpitalu, potem jak już było dziecko też. Tylko ja się wyjechałam, ona zaszła w drugą ciążę i jakoś to wszystko się rozpłynęło. Ja nie miałam ochoty sama do niej pisać, czy dzwonić, gdyby ona to zrobiła, byłoby inaczej. Ona też nie zadzwoniła i tak minęły lata. Na pewno o tym napiszę, ciekawa jestem tego spotkania, bo mam wrażenie, że ona jest trochę obrażona, że ja się nie odzywałam tyle lat. Tylko skoro jej zależało, to przecież zawsze mogła pierwsza wyciągnąć rękę, prawda? Gdyby każdy tak czekał na telefon, to można się mijać całe życie. Sama nie wiem ...

      Usuń
  8. Walki z niepłodnością nie da się zapomnieć...ona pozostawia ślad już na zawsze- w naszym sercu, psychice, trudnych wspomnieniach. Mimo, iż jestem mamą 18 miesięcznego chłopca- to nadal na samo wspomnienie starań o niego w oku kręci mi się łza. Z drugiej strony myślę, że takie macierzyństwo po długich staraniach jest inne- dojrzalsze, bardziej świadome. Mam wrażenie, że ja bardziej niż inne kobiety potrafiłam i nadal potrafię cieszyć się z małych rzeczy...I mam nadzieję, że tak już zostanie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Pamiętam, jak dowiedziałam się o trudnościach z poczęciem naszych znajomych i ich adopcyjnej drodze, pomyślałam sobie, że wyczerpali statystyki i nas temat nie dotyczy. A jednam się myliłam... Czas starań o dziecko do najprzyjemniejszych nie należał. Zdarzały się łzy, zmęczenie fizyczne i psychiczne, ale ja nigdy nie miałam poczucia, że jestem niepłodna. Jest problem - choroba, trzeba ją pokonać. Nie tą drogą, to inną. Poza tym czułam się płodna na wielu innych polach. I szczęśliwa. Wspominam czasem ten trudny czas, ale mnie nie definiuje. Łatwej mi teraz wspierać innych, a mam bliską osobę, która zmaga się z problemem. Wszystkie koleżanki doczekały się ciąży, a tu nic. Wspieram, ale nie wszystko mogę, zwłaszcza, że tu tylko biologiczna droga do dziecka wchodzi w grę. Ja miałam jednak ten komfort, że wiedziałam, że tak czy inaczej dziecko się pojawi.

    OdpowiedzUsuń