sobota, 7 lipca 2018

O spotkaniu po latach i o tym jak niepłodność przerzedziła grono moich przyjaciół.




Określam siebie jako zwierzątko stadne, choć nigdy za specjalnie nie zabiegałam o nowych znajomych. Wystarczyli mi ci, których w danej chwili miałam. Odkąd skończyłam liceum i dostałam się na studia, mogę śmiało powiedzieć, że większość przyjaciół poznawałam w pracy. Bywali różni. Byli tacy z którymi chodziłam na kawę, czy piątkowe piwo po zajęciach, z innymi zaś dzieliłam radości i troski studenckiego życia. Obojętne, czy były to osoby bliższe, czy dalsze, zawsze wszyscy wiedzieli, że mogą na mnie liczyć. W dzień, czy w nocy, drugi człowiek był zawsze dla mnie najważniejszy, dlatego też jechałam po znajomego, który za dużo wypił i nie miał jak wrócić do domu, pomagałam przyjaciółce przygotować się do pierwszej randki, siedziałam do 2 w nocy pomagając pewnej osobie w pracy. Zawsze angażowałam się na 100%, często swoim kosztem. Szczerze mówiąc nie przeszkadzało mi to. Uważałam to za normalne, że skoro ktoś potrzebuje pomocy, a ja mogę mu ją udzielić, to powinnam to zrobić. Nie oczekiwałam wdzięczności, ale gdzieś w głębi serca, wydawało mi się, że gdybym ja kiedyś potrzebowała wsparcia, to normalne jest, że znajdą się tacy, którzy będą przy mnie. 

Lata mijały, coraz więcej osób decydowało się na dziecko, a u mnie pustka. Wszystkie bliskie koleżanki wiedziały, że bezskutecznie staramy się o potomstwo, ale, że ludzie zawsze postrzegali mnie jako osobę zadowoloną z życia, radosną, przyjazną i szczęśliwą, nikt nie miał pojęcia, co tak naprawdę przeżywam. Nie mam też w zwyczaju przenoszenia swoich prywatnych problemów na pracę (mając na uwadze moich własnych nauczycieli, którzy wyżywali się na uczniach, obiecałam sobie, że nigdy tego nie zrobię) Najbardziej bolały mnie jednak zwykłe rozmowy z tymi, którzy wiedzieli jak bardzo pragnę dziecka, a mimo to, koleżanki chwaliły się swoimi ciążami, przygotowaniami do porodu, potem dziećmi, zarzucały zdjęciami. 




Dziewczyny różnie reagują na brak ciąży. Jedne wręcz lgną do dzieci, tym samym zalepiając pustkę w swoim życiu, inne zaś ( w tym ja ) odsuwają się od otoczenia, które po prostu przynosi zbyt dużo bólu. Dziś mogę powiedzieć, że żałuję kilku straconych znajomości, ale nie potrafiłam inaczej się zachować. Czemu? Sama nie wiem. Może gdyby te osoby bardziej postarały się zrozumieć dlaczego nie dzwonię, życie potoczyłoby się dla nas inaczej. Ale gdy zapadła nagle cisza, ludzie przyzwyczajeni, że dzwonię, dopytuję, piszę, nagle również zamilkli. 

Beatę poznałam w pracy. Obie byłyśmy bardzo młode i wraz z trzecią koleżanką, tworzyłyśmy udaną małą paczkę. Każda z nas uczyła innego przedmiotu, ale szkolne środowisko było czymś, co nas łączyło. Spotykałyśmy się też po pracy, chodziłyśmy na kawę do ulubionej kawiarni, organizowałyśmy imprezy, spędzałyśmy razem Sylwestra.  W końcu Beata zaszła w upragnioną ciążę. Choć na początku bolało, to przyzwyczaiłam się do tej myśli, że ona będzie mieć już dziecko, a ja nie (jeszcze wtedy wierzyłam, że przecież zaraz też nadejdzie moja kolej) Dość szybko poszła na zwolnienie, więc jeździłam do niej często mimo, że mieszkała poza miastem i musiałam dojeżdżać pociągiem. Pamiętam jak jej mąż przywiózł dla dziecka łóżeczko i wynosił na strych, bo uznał, że drewno musi wywietrzeć, pamiętam, jak szłyśmy na spacer, gdy była w 9-miesiącu i narzekała, że ma problem z zawiązaniem butów i pamiętam jak na imprezie tak się śmialiśmy a ona wraz z nami, że dziecko ciągle dostawało czkawki. 
Kiedy urodziła się jej córka, byłam u niej w szpitalu. Wtedy, pierwszy raz w życiu widziałam tak maleńkiego człowieczka! To niesamowite przeżycie, cieszyłam się, że mogłam ją poznać zaraz po urodzeniu. 
Mała rosła jak na drożdżach, uwielbiała, kiedy ich odwiedzałam, w szczególności ze względu na moje długie włosy, które mogła czesać godzinami (mama zawsze miała krótkie) A ja jak nie miałam dziecka tak nie miałam. Potem nastąpił w moim życiu bardzo trudny okres, do tego osiedliłam się w innym miejscu, zmieniłam pracę. Któregoś dnia, Beata napisała mi, że jest w drugiej ciąży. Pogratulowałam jej i to były ostatnie smsy jakie wymieniłyśmy. Odkładając telefon nie wiedziałam, że rozstajemy się na długie 12 lat...

(Kilka dni temu)
Jadąc znajomą drogą i podziwiając okolicę, która przez tyle lat zmieniła się nie do poznania, czułam się tak, jakby tych 12 ostatnich lat po prostu nie było. Czułam się tak, jakbym została zahibernowana i wybudzona z głębokiego snu. Taka sama, a jednak inna. Patrzę przez chwilę w tylne lusterko jak moje oba maluchy słodko śpią w swoich fotelikach i kontynuuję jazdę. Jeszcze 10 minut i będziemy na miejscu. Kiedy podjechałam pod znajomy mi bardzo dobrze dom, zobaczyłam w oddali sylwetkę zbliżającą się do bramy. Wyszłam z samochodu i uśmiechnęłam się. Uściskałyśmy się, a po chwili dołączył do nas jej mąż. Ona nieco grubsza i z inną fryzurą, ale to w gruncie rzeczy ta sama dziewczyna, którą znałam przed laty. Przynajmniej z wyglądu, bo jednak każda z nas przez ten czas kroczyła inną drogą. Patrząc w lustro, widzę osobę, która może niewiele zmieniła się jeśli chodzi o wygląd, ale na pewno zmieniła się jeśli chodzi o doświadczenia. Wydawało mi się, że gdy w końcu się spotkamy, godzinami będziemy  nadrabiać to, co nas ominęło. Ale tak się nie stało. To było niczym film na przyspieszeniu. 

Dziś wiem, że nie da się nadrobić czasu, można jedynie na nowo zbudować relacje. Ona nigdy nie zrozumie tego, co ja przeszłam, bo życie akurat w tej materii ułożyło się dla niej pomyślnie, a ja pewnie nie do końca wyobrażam sobie jak to jest mieć w domu nastolatki. A moja niepłodność, w czasie, gdy na jej podwórku bawią się moje dzieci, brzmi dla niej jak abstrakcja. Czy mogę ją za to winić? Pewnie nie. Zresztą nie winię już nikogo. Nawet losu. Przecież na samym końcu okazał się dla mnie łaskawy, nieprawdaż? Czy mogłam podjąć w życiu inne decyzje? Pewnie, że mogłam. To na czym mi zależało, by naprawić, naprawiłam i staram się naprawić. Nie powiem, tym razem przydał się Facebook, który w zeszłym roku założyła Beacie córka, ta którą znałam (Przy zmianie telefonu, gdzieś zaginęły też pewne numery i w zasadzie nie miałyśmy kontaktu ) Postanowiłam napisać.




Niepłodność jak każda choroba, weryfikuje grono znajomych. Jedni zostają z tobą na dobre i na złe, dla innych to zbyt duże obciążenie, spotykasz ich coraz rzadziej, a potem wcale. Obecnie liczy się dla mnie najbardziej moja rodzina, a w miejsce dawnych przyjaciół, pojawili się nowi, równie, a może i bardziej wartościowi. 


22 komentarze:

  1. Oj tak, takie zakończenia zna chyba każda kobieta, która została doświadczona przez niepłodność, bardzo dużo osób nie rozumie tego problemu i odsuwa się w obawie, że nie potrafi pomóc, a przecież tutaj nie o pomoc chodzi, czasem wystarczy po prostu być, wysłuchać, potrzymać za rękę... Inni są z kolei aż za bardzo nadgorliwi i za wszelką cenę próbują pomagać udzielając "cennych" rad czy wymyślając różne rozwiązania, a to z kolei powoduje, że to my się odsuwamy od tych ludzi, bo nie potrzebujemy tego wszystkiego. Ja wtedy bardzo zamknęłam się w sobie, przez jakieś 2,5 roku byłam totalnie odseparowana od wszystkich, z tym że nie chciałam stracić przyjaciół (a mam ich bardzo niewielu) więc po prostu mówiłam im otwarcie o tym, że potrzebuję czasu i że chcę być sama. Choć było im przykro, że nie mogą pomóc to rzumieli to i dali mi swobodę. Dziś jestem znowu "wśród ludzi", choć myślę że już nie tak jak kiedyś, zmieniłam się przez te przeżycia, nie wiem czy to dobrze czy źle, ale napewno dziś jestem bardziej skupiona na sobie i mojej rodzinie, czyli mężu i przyszłym dziecku, jestem bardziej opanowana i o wiele mniej przejmuję się różnymi rzeczami na które nie mam wpływu lub które nie są tak istotne, a przede wszystkim bardziej doceniam i dosłownie delektuję się każdą szczęśliwą chwilą jakiej mogę doświadczyć ❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że u Was wszystko skończyło się szczęśliwie. Pytanie jak zachowałyby się koleżanki,gdyby ten czas "dla siebie" przedłużał się. Czy i w jaki sposób próbowałyby dotrzeć do Ciebie, pomóc. Dla mnie ważne jest, by dostrzec ból u tych, którzy cichuteńko żyją pod maską uśmiechu. Bo tak jak piszesz, czasem nie trzeba wiele, trzeba po prostu być.
      Buziaki :*

      Usuń
  2. To, niestety prawa. Czasami ludzie nie myślą, nie potrafią wczuć się w sytuację, nie potrafią wyobrazić sobie, co ten ktoś czuje. A czasami po prostu nie wiedzą jak się zachować, żeby nie urazić drugiej strony. To nie zawsze wynika z ich złej woli czy „głupoty”, ale też z tego, czego życzy sobie właśnie druga strona. Każdy z nas jest inny. Jeden chce głośno mówić o swoim problemie, drugi woli unikać tematu, udając że go nie ma. Jeśli koleżanki spotykają się raz na pół roku, lub rzadziej to temat można zignorować. Jeśli, natomiast, są bliskimi przyjaciółkami, a ich życie cały czas się splata – jest to niemożliwe. Dlatego powoli odsuwają się od siebie. To tak, jak odwiedzić koleżankę na wózku inwalidzkim i opowiedzieć jej wrażenia z maratonu. Z jednej strony chcesz się z nią podzielić tym, co dla ciebie ważne i piękne, z drugiej… wiadomo.
    Gdy moje małżeństwo chyliło się ku upadkowi, a ja byłam tym faktem załamana, moja bliska koleżanka, która o wszystkim wiedziała, zaczęła nagle opowiadać o swoim cudownym małżeństwie, z ochami, achami i detalami. Nie muszę ci chyba mówić, jak strasznie się czułam. Szukałam u niej zrozumienia, a ona mnie dobijała. Wiedziałam, że takt nigdy nie był jej mocną stroną, ale wtedy miałam wrażenie, że nie można być aż tak głupim, że ona to robi specjalnie. Jakby w tym moim nieszczęściu szukała potwierdzenia na swoje szczęście. Nie wiem. W każdym razie więcej jej nie odwiedziłam.
    Fajnie, że sobie wyjaśniłyście z Beatą i jesteście w kontakcie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olitoria, dokładnie opisałaś to o co mi chodzi. Bo ja nie twierdzę, że ci ludzie robią to specjalnie, ale czy tak trudno wyobrazić sobie,że po prostu nawet nie wypada (pomijam już że rani, ale ze zwykłego dobrego wychowania) opowiadać jakiego to ma się wspaniałego męża, skoro obok mnie siedzi koleżanka, która właśnie się rozwodzi? Czy to takie trudne? Bo może ja za dużo od ludzi wymagam... Jeżeli ktoś nie ma długo dziecka, to czy tak trudno zrozumieć, że albo nie chce, albo nie może, albo jeszcze się nie zdecydował i nie chce spędzić całej rozmowy przy kawie słuchając o dzieciach? To nie jest też tak, że Ty rozwodząc się oczekujesz, że przez całe spotkanie będziesz wylewać łzy. Ale nawet jeśli tak, to co w tym złego. Ty kiedyś pocieszałaś koleżankę, ona Ciebie i tak to działa. Przynajmniej w prawdziwej przyjaźni. Bo takie koleżanki "od kawy" to wcale nie muszą wiedzieć, co się dzieje w moim życiu.

      Z Beatą to jest tak, że ona wysłuchała tego co jej powiedziałam, ja wysłuchałam tego co powiedziała ona i tyle. Jakby tych 12 lat nie było...
      Ona ma już starsze dzieci i siłą rzeczy jesteśmy na innym poziomie wychowania. Ja nadal przeżywam bunt dwulatka a ona nastolatka ;) Ja ewoluowałam w takim kierunku, że nie jestem pewna,że spotkam tam kogokolwiek z przeszłości. Ale na pewno będziemy utrzymywać kontakt, zawsze było mi przykro, że tak to się skończyło.
      A jak się tej koleżance od tego wspaniałego męża ułożyło życie?

      Usuń
  3. Skoro ty za dużo od ludzi wymagasz, to ja też, w takim razie:-P Czasami za dużo jest oczekiwać zwykłej przyzwoitości.
    Co do koleżanki, cóż, są dalej małżeństwem, ale według mnie na stan sielanki wpływa fakt, że on pracuje poza domem, spędzają razem tylko co drugi weekend, także...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, znam takich.Kobieta otwarcie przyznaje, że gdyby faceta miała cały tydzień to doszłoby do morderstwa :D

      Usuń
  4. Hmmm i znów kolejne podobieństwo ;) Ja praktycznie wycofałam się z życia towarzyskiego. Mimo statystyk, że niepłodność dopada co 5 parę, w moim otoczeniu (a jest tu więcej niż 5 małżeństw;) jesteśmy jedyną parą. Może nasze 8 lat niepłodności wyrabia tę normę, nie wiem;)
    Niepłodność sama w sobie jest przykra dostatecznie mocno, by ściągać na siebie kolejne kuksańce. To moje zdanie oczywiście. Nawet jeśli te kuksańce nie były celowe, a nawet przypadkowe, po prostu nie umiałam dłużej słuchać tych monologów dzieciatych znajomych. Bo jak nie pytania, a kiedy wy? a czemu się nie staracie?itp, to opowieści w kółko w tonie narzekająco- zmęczonym o kupie, zimnej kawie, gorączce i co drugie zdanie zakończone "wiesz jak to jest". No właśnie nie wiem, a bardzo bym chciała. Albo przynajmniej bym chciała, żeby nie wypominać mi tego, że nie wiem.
    Znajomości i przyjaźnie nie przetrwały, większość ludzi nie rozumie, a ja nie mam zamiaru tłumaczyć. jak będę kiedyś już po drugiej stronie mocy, może się wytłumaczę. A może nie.
    Tobie gratuluję odwagi, zaparcia i walki o dawną relację.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że ostatnio dokładnie nad tym samym się zastanawiałam? Jak to jest, że w moim otoczeniu, w zasadzie każdy prędzej czy później doczekał się dziecka, prócz jeden koleżanki. Co ciekawe, w przedszkolu na oko 70% ludzi ma po 3 dzieci! Ja wiem, że to specyficzne środowisko, bo trudno, żeby do przedszkola przychodziły osoby niepłodne ;) ale chodzi o sam fakt, że raczej o ciąże nie walczyły długo skoro są młode i mają 5-osobową rodzinę.
      No, ale do rzeczy :) Już to kiedyś pisałam, ale dawno, więc pewnie nie czytałaś pewnej historii kiedy to poszliśmy do brata męża a jego żona pyta, czy chcemy obejrzeć zdjęcia kupy ich dziecka (!?) że co? Zdjęcia dziecka? Nie? Nie dziecka tylko kupy? No weź...Także cóż, nie napisałabym tego lepiej, ujęłaś w swoim komentarzu wszystko to o co mi chodziło.
      Ja jestem po drugiej stronie mocy (super to brzmi - zapamiętam sobie :) ) i tak naprawdę to jedyna koleżanka do której się odezwałam. Wcale nie musiałam, bo ona tyle lat ani razu się nie zainteresowała, czy ja w ogóle żyję. Ale trochę było mi żal znajomości, pomyślałam, że zaryzykuję, zwłaszcza, że z tą trzecią też spotkałyśmy się po latach. Wklejam Ci linka, jak będziesz się nudzić to możesz przeczytać, bo to niewiarygodne aż.
      http://www.naszmalyswiatek.pl/2017/03/o-zbiegu-okolicznosci-i-innych-cudach.html

      Usuń
    2. Dla mnie gorszym niż "wiesz jak to jest" było stwierdzenie "Ty nie masz dzieci więc nie wiesz jak to jest" albo "jak będziesz miała dzieci to zrozumiesz"... Takie teksty sprawiały, że automatycznie odcinałam się od ich autorów.

      Usuń
    3. Tak, czytałam post ze zdjęciem kupy w roli głównej :) Chyba tylko dlatego nie napisałam Ci pod nim komentarza, bo zaraz po tym jak popłakałam się ze śmiechu, poszłam opowiedzieć to mojemu M. i dalej już ryczeliśmy razem z ludzkiej głupoty. Ale wyobrażam sobie Twoją minę wtedy :)

      Usuń
  5. Tak to już jest, że czasem w pewnym momencie nasze drogi się rozchodzą. W pewien sposób się z tym pogodziłam. Ja zauważyłam, że pewne znajomości zakończyły się samoistnie, bo okazało się, że jednak jesteśmy na różnych etapach życia. W miejsce tych znajomości pojawiły się nowe. Poznałam nowych ludzi, którzy teraz są mi bliscy. Wspólne tematy, przeżycia, pasje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak czasem mi smutno, gdy słyszę, że ktoś ma znajomych, których w zasadzie zna całe życie, szczególnie na wsiach. Ale może faktycznie czasem po prostu drogi się rozchodzą i nie ma co na siłę utrzymywać kontaktu. Chyba jestem sentymentalna, czasem chciałabym zatrzymać czas, chciałabym, żeby choć cząstka mnie wróciła z tamtych czasów. Beata to jedyna osoba do której się odezwałam, resztę traktuję jak przeczytaną książkę odłożoną na półkę ze wspomnieniami. Niestety.
      Ale całkowicie zgadzam się z tym, że przecież nie zostałyśmy całkiem same. Pojawiły się nowe przyjaźnie, tak jak napisałam na końcu posta, może i bardziej wartościowe. Łączą nas właśnie przeżycia, ale nie tylko. Mam na myśli również te znajomości z bloga. Ja zresztą jestem otwarta na to, by każda z przyjaźni wirtualnych przerodziła się w osobisty kontakt. I to chyba jest fajne :))

      Usuń
  6. W dorosłym życiu nie miałam zbyt wielu znajomych czy przyjaciół. Bardzo przeżyłam zanik kontaktów z osobami, z którymi miałam bliskie relacje w liceum. W zasadzie została mi jedna przyjaciółka. Potem podchodziłam już spokojnie do takich sytuacji. Nie żałowałam. Wychodziłam z założenia, że te prawdziwe relacje przetrwają, nawet jeśli kontakty będą niezbyt regularne. Starania o dziecko nie miały na to wpływu, poza jedną sytuacją z koleżanką, która mieszkałam na studiach, która miała do mnie zawsze pretensje, że nie dość dobrze dbam o ta relację, sama nie wkładając zbyt wiele. I to z nią urwałam kontakt o jednym zdaniu: że nie wiesz jak to jest, bo nie masz dzieci. To był przysłowiowy nóż do trumny, bo i tak w pewnym momencie nie miałyśmy już o czym rozmawiać, do tego niezbyt dobrze czułam się w towarzystwie jej męża i nie ufałam mu, jak się później okazało słusznie. A życie przynosi nowe, bardzo wartościowe, relacje. Czasem w zaskakujących okolicznościach i momentach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w 100%. Nie ma co zabiegać o relacje na siłę. Jeżeli komuś zależy to dba o nie i np. sam dzwoni, a nie czeka jak Ty to zrobisz przy okazji obrażając się. Wyobraź sobie, że nie raz nie dwa ktoś mi zarzuca, że nie mam czasu, czy siły spotkać się, czy pogadać przez telefon. Tylko jak ja gadam w pracy przez 6 godzin to naprawdę nie mam ochoty tego robić po powrocie do domu. (mój mąż ma jednak fajnie co? :)) Często dla mnie takie spotkanie to jak kolejna lekcja, tylko w innym języku, bo mam zajęcia indywidualne ;) Tylko jak ktoś siedzi przed komputerem 9h to na pewno chciałby się rozerwać wieczorem na pogaduszkach.

      Usuń
  7. Ludzie czasami nie mają empatii. Nasi znajomi wiedzieli że też staramy się o dziecko i cały czas bezskutecznie. Pewnego dnia zadzwonili do nas z "radosną nowiną" że są w 6 tygodniu ciąży i ogólnie wydźwięk był taki że oni to już ! Już im się udało !!! Jakby to były co najmniej jakieś wyścigi...pomijam fakt że 6 tydz to początek początku i byłam w szoku że już wydzwaniają po znajomych , ale nie potrafili nam tego przekazać jakoś delikatniej...a następnie zaczęły się e-maile i zdjęcia ciążowe, sesje z brzuszkiem, następnie sesje bobasa z opisami w stylu tu w koszulce od cioci x, tu w piżamce od cioci y... dla nas to było bardzo trudne...potem pojawiło się u nich drugie dziecko ale chyba się trochę zreflektowali i nie zasypywali nas już zdjęciami ,może w pewien sposób daliśmy im to odczuć że oni oczekują drugiego dziecka a my ciągle jesteśmy sami... mamy kontakt z tymi znajomymi ale nie jest tak między nami jak kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dokładnie to jest to o czym piszę. Kiedyś ktoś bliski powiedział mi, że zazdroszczę tym ludziom, że im się udało "zaciążyć", a mnie nie. Zrobiło mi się wtedy strasznie przykro, bo to nie jest tak, że ja zazdroszczę w sensie życzenia komuś źle (że skoro mnie się nie udało to ty też cierp) tylko to po prostu strasznie boli a brak empatii nie ułatwia niczego. Niech sobie ktoś robi sesje z brzuszkiem, czy sesje bobasa, ale litości bez przesady, żeby np. zasypywać kogoś mailami. Co innego, gdy ktoś nie wie z czym się borykam. No, ale koleżanka, która dokładnie wie co ja przechodzę?
      Szczytem wszystkiego była u mnie sytuacja z zeszłego roku, kiedy to jedna z koleżanek, która nigdy nie planowała dzieci, nagle zmieniła zdanie, że za pół roku zaczną się starać. W dobrej wierze mówię jej, że powinna sprawdzić w międzyczasie stan swojego zdrowia, choćby takie podstawowe badania (ma 34 lata, więc to nie jest tak mega wcześnie) I co usłyszałam? To, że ty nie mogłaś zajść w ciążę, nie znaczy, że każdy musi mieć problemy. No cóż, wycofałam się z tematu i na pewno do niego nie powrócę...
      Chyba trzeba pogodzić się z tym, że jednak pewne relacje nie wrócą :( Co by nie mówić, przez/dzięki niepłodności człowiek jednak zupełnie inaczej patrzy na życie, jakby z drugiej strony.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Pozdrawiamy z Olsztyna ��

      Usuń
    3. Bardzo dziękujemy :)) Również pozdrawiamy. Uściski <3

      Usuń
  8. Chyba w ogóle jest tak, że czas i doświadczenia weryfikują znajomości. Nie tylko niepłodność. Może to być właśnie rozwód, jak napisała Olitoria, emigracja albo śmierć kogoś bliskiego. Nigdy nie zrozumiemy drugiego człowieka, dopóki nie wejdziemy w jego buty. Dlatego łatwo popełnić jakiś nietakt, tak jak pisałyście, niekoniecznie ze złej woli.
    U nas akurat niepłodność nie doprowadziła do przerzedzenia kręgu przyjaciół. Ci najbliżsi podpytywali czasem, czy chcemy mieć dzieci, ale nie odbieraliśmy tego jako próby wtrącania się w nasze życie. Jedynie najserdeczniejszy przyjaciel męża próbował mnie kiedyś umówić (prawie za moimi plecami) do swojej cioci, która jest uznanym ginekologiem. Na początku się wściekłam, ale wiem, że chciał dobrze...
    Niepłodność w naszym przypadku zadziałała natomiast w drugą stronę - poznaliśmy grono bardzo wartościowych osób po podobnych przejściach :) Uściski!!!

    OdpowiedzUsuń
  9. A szkoda, że czas i doświadczenia weryfikują. Tzn szkoda, że jak widać tyle przyjaźni rozpada się. Bo ja przecież nie muszę zrozumieć czegoś przez co nie przeszłam, ale mogę próbować zrozumieć, być z tą osobą na dobre i na złe. Czy gdyby mój mąż nagle jeździł na wózku (nie daj Boże) to kochałabym go mniej? Znalazła kogoś bardziej sprawnego? No nie. I to nie tylko kwestia więzów małżeńskich.
    To prawda, że bez niepłodności nie byłoby tego bloga, nie byłoby Was - tych wszystkich wspaniałych ludzi, których poznałam, bo przecież są tu osoby, które zupełnie nie miały problemów z "zaciążeniem" a jednak łączą nas różne sprawy. Nie byłoby innych ludzi, których poznałam.
    Tak czy siak, tak wiesz z nostalgicznego punktu widzenia, szkoda, że niektórzy potrafią być tylko wtedy, gdy jest dobrze.
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że szkoda!
      Myślę, że w małżeństwie jednak jest inaczej, z wielu powodów. Złożona przysięga jest tylko jednym z nich. Jednak będąc z kimś na co dzień - mężem, dzieckiem czy mieszkającym wspólnie rodzicem - stajesz się częścią jego niepełnosprawności. Przyjaźń (choć może powinnam to słowo ująć w cudzysłów) nie nakłada takich ograniczeń. Nie nakłada właściwie żadnych - i może w tym problem...

      Usuń
  10. Izzy moja droga, płodność też je weryfikuje!
    Mnie też urwał się kontakt z kilkoma osobami po tym, jak zaszłam w ciążę. I nie były to osoby starające się o dziecko, bezpłodne, czy w ogóle myślące o dzieciach w tamtym czasie. Zostałam zaszufladkowana jako "Ta, która ma dziecko, więc nie ma po co dzwonić, bo na pewno nie ma czasu". I długo nie mogłam się z tym pogodzić.

    OdpowiedzUsuń