piątek, 8 marca 2019

Niemiec płakał jak kasę wypłacał.

W piątki staram się nie poruszać trudnych tematów, więc tradycyjnie coś lajtowego ;) Tak szczerze mówiąc, gdyby nie to, że historia, którą wam dziś opowiem dotyczy mojej rodziny, pewnie trudno byłoby mi we wszystko uwierzyć. Będziecie więc musieli mi zaufać, że taka sytuacja miała miejsce :)



Mieszkając w blokach, byliśmy w posiadaniu tylko jednego samochodu, którym na co dzień dojeżdżałam do pracy (umawiałam się wtedy na późniejsze godziny, by nie stać w korkach) Mąż miał do pracy około 5 kilometrów co rankami stanowiło jakieś 45minut  autem, czy autobusem. W miarę upływu lat starałam się znajdować sobie pracę coraz bliżej domu, więc coraz częściej samochód zostawał w domu. Mąż wolał chodzić na piechotę lub jeździć na rowerze. To była jedna z zalet mieszkania w tym miejscu. Wszędzie blisko, nie byliśmy uzależnieni od niczego. Gdy jednak zapadła decyzja o przeprowadzce za miasto, sytuacja zmieniła się. Bo cóż z tego, że nasze stare miejsce zamieszkania znajduje się tylko 15 minut od nowego, w zasadzie zaraz za tablicą o wyjeździe z miasta, skoro tam można dostać się tylko samochodem. No niby jeździ autobus, ale wiecie jak to jest- jeździ ich zaledwie kilka w ciągu dnia. Najszybciej dojechać własnym środkiem transportu, a poza tym człowiek nie jest uzależniony od niczego. Mieliśmy już wtedy w domu dwa szkraby i nie bardzo mogliśmy pozwolić sobie na niepotrzebną stratę czasu choćby ze względu na to, że autobus nie przyjechał, czy stanął w korku. Postanowiliśmy więc kupić nowe auto. Nowe mam na myśli oczywiście nowe dla nas ;) Trudno było wtedy wygospodarować jakieś ekstra fundusze, ponieważ byliśmy w trakcie budowy domu i wszelkie finanse były kierowane właśnie w tym kierunku, ale nie było wyjścia. Musiałam być niezależna, kiedy mąż pojedzie do pracy. Ktoś przecież musiał odwozić dzieci do żłobka, czy jechać na zakupy. Nowe samochody są bardzo drogie, szybko tracą na wartości, więc zwykle oglądamy się za czymś z drugiej ręki. I tak poprzedni samochód został sprowadzony z Niemiec. Lubimy auta z zagranicy, ponieważ mają zupełnie inne wyposażenie, nie są aż tak zniszczone jak większość naszych jeżdżących po polskich drogach no i przede wszystkim spora część tych, które są u nas na rynku (patrząc choćby po otomoto.pl) i tak jest sprowadzana, tylko przez kogoś innego. Wolimy więc nasze auta przywieźć sami, bo wiadomo jak to auto wyglądało, czy nie miało wypadku itd. Wszystko super. Trzy lata temu, zaraz po Wielkanocy, mój mąż razem ze swoim teściem, czyli moim tatą, pojechali obejrzeć samochód, który znaleźliśmy na jednym z najpopularniejszych portali. Tak naprawdę to opcji było kilka, więc gdyby ten okazał się niezgodny z opisem, panowie mieli wybór. Nie do końca byłam może przekonana co do tego zakupu, ponieważ był to samochód w automacie, ale mąż przekonał mnie, że szybko się przyzwyczaję. No ok, zgodziłam się. 
Następnego dnia, przywieźli więc nasz nowy nabytek, wszystko poszło gładko, w urzędzie szybko załatwili papiery. W Polsce również bez żadnych problemów zarejestrowaliśmy auto i otrzymaliśmy polskie numery. I teraz uwaga, wreszcie główny wątek ;)

Był maj, w domu trwały ostatnie przygotowania do przeprowadzki, mój mąż z moim tatą działali więc codziennie, byśmy mogli na koniec miesiąca przenieść się na stałe. Pewnego dnia, pod dom podjechał nieoznakowany radiowóz. Okazało się, że nie pierwszy raz zawitali w nasze progi, ale wcześniej nie mieli szczęścia zastać właściciela. Po jakimś czasie odebrałam telefon od męża, że ... policja skonfiskowała nasze nowe auto. Nie mogłam w to uwierzyć. Podobno została zgłoszona jego kradzież, uwaga, po 2 tygodniach od zakupu. Wydało nam się to bardzo dziwne, przecież chyba nie trudno zauważyć od razu, że z podwórka zniknęła rzecz większa od człowieka. Ale to był dopiero początek. Początek sprawy, która jest tak zawikłana, że aż trudno byłoby samemu napisać podobny scenariusz. Nie było łatwo. Sytuacja rysowała się następująco: mąż - potencjalny paser, niecały miesiąc do przeprowadzki, nie ma auta, nie ma kasy. I tu wielkie uznanie dla naszych policjantów, którzy widząc, że mają do czynienia z uczciwym obywatelem, mężem i ojcem dwójki dzieci, podeszli do sprawy z wielką wyrozumiałością. Najpierw pozwolili mężowi pozabierać co się dało z pojazdu (został odholowany na parking policyjny), a potem poinstruowali co dalej nastąpi. Nie mieliśmy wyjścia. Wiedzieliśmy, że sami sobie nie poradzimy, więc postanowiliśmy wynająć prawnika. Ale żeby nie było tak łatwo, prawnik musiał być z Niemiec, znać niemieckie prawo, móc występować w naszym imieniu. Po wielu poszukiwaniach, udało się namierzyć kogoś zaraz za granicą polską, u którego pracowała pani władająca naszym ojczystym językim. Swoją drogą byłam zdziwiona, że w kancelarii niemieckiej, nikt nie potrafił porozumiewać się po angielsku! Nie byli to ludzie z poprzedniej epoki, więc tym bardziej  przeżyliśmy szok. Myślę, że u nas w Polsce posługiwanie się językiem angielskim, lepiej lub gorzej, to standard. No nic. Za pierwszą rozmowę telefoniczną, musieliśmy oczywiście zapłacić odpowiednią ilość euro, traktowane to było jak zwykła porada prawnicza. Potem mieliśmy wybór, albo płacić za każdym razem, albo wpłacić zryczałtowaną sumę i korzystać do woli. Tak właśnie rozpoczął się długi proces wyjaśniania co tak naprawdę się stało. Nawet nasza bogata wyobraźnia nie pozwalała nam na stworzenie wiarygodnego scenariusza wydarzeń. Po jakimś czasie okazało się, że nasz samochód został skradziony z innego Autohaus'a (salonu) wraz z kilkoma innymi egzemplarzami. Ale nadal nie wyjaśniało to dlaczego została ona zgłoszona tak późno. Czy naprawdę mieli tak dużo aut, że nie sposób było zauważyć braku kilku z nich? Wątpię. Już wtedy byliśmy pewni, że to jakiś większy przekręt. W międzyczasie, do naszego komisariatu zadzwonił ktoś z Niemiec, prosząc o wydanie samochodu. I tu znów brawa dla naszej Policji, która stwierdziła, że póki nie ma żadnego wyroku, to oni auta nie zwrócą, bo muszą dbać o swojego obywatela i jego mienie. Do mojego męża aspirant skomentował, że nie będzie mu tu jakiś Niemiec mówił co on ma robić ;) Mój mąż na szczęście został oczyszczony z jakichkolwiek zarzutów, samochód został kupiony za uczciwą cenę, taką jak inne tej klasy, więc nie było mowy o przestępstwie. Auto miało wszystkie papiery, dwa kluczyki, kartę pojazdu, więc tym bardziej było to dla nas dziwne, że nagle ginie tego typu auto, w zasadzie z całym kompletem dokumentów. Co było dalej. Kancelaria wysyłała pisma do salonu z którego zakupiliśmy pojazd, z wnioskiem o unieważnienie umowy kupna-sprzedaży. Oni oczywiście też zatrudnili prawnika i odsyłali pisemka z wyjaśnieniem, że oni nie wiedzieli, że ono jest kradzione. Tylko, że jako salon, powinni odpowiadać za auta, które sprzedają. Pozostawało nam więc jedno. Podać ich do sądu...
Wszystko pięknie, ale skąd wziąć na to pieniądze? Okazało się jednak, że możemy się zwrócić do niemieckiego sądu z wnioskiem o pokrycie kosztów procesowych przez państwo niemieckie. Mąż przez kilka dni przygotowywał wszystkie potrzebne dokumenty - zaświadczenie o zarobkach, faktury, wydatki, kredyty, wyciągi z kont, koszty... Czekaliśmy z niecierpliwością na odpowiedź, weryfikacja trwała bowiem bardzo długo. W międzyczasie, minęło pół roku odkąd zabrali nam samochód. I wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, kiedy policjant zadzwonił do mojego męża, że chcą nam go ... oddać. Jak się okazało, policja po upływie pół roku musi płacić za parking dość spore sumy, więc stwierdzili, że nie wiadomo kiedy to wszystko się zakończy, więc warunkowo zwrócą nam samochód ;) Odbierając samochód w towarzystwie policjanta, mąż dowiedział się, że pierwszy raz w jego 15-letniej karierze, oddaje komuś samochód, który wcześniej sam skonfiskował ;) No i tak wylądowaliśmy w domu z 3 samochodami: kradzionym, którego nie mogliśmy sprzedać, starym i jeszcze jednym "nowym", którego byliśmy zmuszeni zakupić, gdy biały (tak go nazywaliśmy ze względu na kolor) stał na parkingu policyjnym. 
No i wreszcie radość. Otrzymujemy informację, że przyznano nam bezkosztowy proces. Od czasu odebrania samochodu mijają miesiące, aż dostajemy informację o przymusowym stawieniu się do sądu w Niemczech. Sprawa wyznaczona jest na koniec sierpnia, więc postanawiamy połączyć wyjazd z jesiennym wyjazdem na wakacje. Pierwszy raz w życiu, jadąc nad morze zabraliśmy ze sobą garnitur, ale sytuacja wiadomo, dość niezwykła. Dzień przed rozprawą meldujemy się w kancelarii, by omówić szczegóły. Jako, że wszystko dzieje się tuż za naszą polską granicą, wracamy do kraju na nocleg. Miejsce bardzo przyjemne, wysypiamy się i rano wstajemy na śniadanie. Powiem wam, że nie wiem jak to się stało, ale gdzieś między posiłkiem a znoszeniem rzeczy, uciekło nam 15 minut. Tak to tylko my potrafimy powiem wam. Cokolwiek byśmy nie robili to i tak w rezultacie kończy się działaniem pod presją czasu. Nie wiem, czy pamiętacie jedną ze scen z filmu Kac Vegas, kiedy to jeden z bohaterów przebiera się w ślubny garnitur w samochodzie przy drodze. No tak to mniej więcej wyglądało u nas... W Niemczech podjechaliśmy prawie z piskiem opon pod sąd, mąż zostawił mi kluczyki i sama miałam już pojechać gdzieś zaparkować. Jak potem relacjonował, okazało się, że budynek sądu był kiedyś więzieniem i znajdowało się w nim kilkadziesiąt korytarzy- labiryntów.  On oczywiście wszedł nie tym wejściem, a jakże. Przydała się jakaś tam znajomość niemieckiego i w końcu trafił na właściwe miejsce. Mąż stawił się więc punktualnie, za to strona przeciwna spóźniała się. Rozprawa zakończyła się ugodą, zgodnie z którą salon od którego zakupiliśmy samochód miał nam wypłacić pieniądze w kwocie takiej, za jaką go kupiliśmy plus drobne odsetki. Niestety nie przyznano nam odszkodowania o które wnioskowaliśmy. Moglibyśmy odwoływać się do sądu wyższej instancji, ale ponieważ nie było gwarancji, że uda się uzyskać coś więcej, a dalsze postępowanie kosztuje, postanowiliśmy przyjąć propozycję. Podczas gdy mój mąż "zwiedzał" gmach byłego więzienia, ja spędzałam czas z dziewczynkami w parku. Były bardzo grzeczne i pięknie się bawiły, robiły występy, bawiły się na role. Dlatego kiedy mąż wrócił, postanowiłam, że kupimy im lody. Pech chciał, że w pobliżu znajdował się tylko Lidl, w którym niestety nie mieli tak jak u nas takich lodów na patyku, więc musiałam kupić duży kubek 0.5 litra, który mieliśmy zjeść wszyscy. Nie było żadnej ławeczki, więc Elsa usiadła na krawężniku. Ja trzymałam lody i wyjmowałam łyżeczki z samochodu. Nagle usłyszałam przeraźliwy jej krzyk, ale taki jakiego nigdy wcześniej nie słyszałam. Okazało się, że biedną Elsę użądliła osa. Kiedy spojrzeliśmy, jeszcze siedziała jej na nóżce, zupełnie nie wiem dlaczego ją zaatakowała, przecież ona jej nie prowokowała. Mąż usunął żądło, a lody przydały się do zrobienia okładu. Tak bardzo żal mi było Elsy, która cierpiała jak nigdy - nóżka jej spuchła, a ona co jakiś czas wyła z bólu. Po jakimś czasie opuchlizna zaczęła schodzić, a my zastanawialiśmy się, czy płacze, bo tak ją boli, czy boli ją sam fakt użądlenia. Posmarowałam jej nóżkę Fenistilem i powiedziała, że jest lepiej. Siła podświadomości, choć jestem pewna, że na początku cierpiała naprawdę. Użądliła mnie kiedyś osa tam mocno, że prawie zemdlałam z bólu, więc wiem jak to jest.
Także jak widzicie trudny to był dla nas dzień, ale perspektywa 2-tygodniowych wakacji wynagrodziła nam kiepski początek. 
Co było dalej? Około listopada dostaliśmy informację od naszej kancelarii, że został wyznaczony ostateczny termin, do którego salon samochodowy ma przesłać nam pieniądze na konto. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że to nie pierwsza sprawa w sądzie, która toczy się przeciwko nim. Jaką mieliśmy gwarancję, że wywiążą się ze swojej części porozumienia? A no żadną, ale w najgorszym przypadku cały czas mieliśmy auto. Nie mogliśmy go sprzedać, ale mogliśmy użytkować, więc z dwojga złego ... 
Pieniądze oczywiście nie wpłynęły w określonym terminie, a jakże.  Choć po terminie, na szczęście Niemcy wymyślili sobie, że przeleją je na konto kancelarii, a ci bezpośrednio już do nas. Tak się też stało, choć po drodze mieliśmy jeszcze taką myśl, że może dogadali się z kancelarią i podzielą się teraz na pół ;) To oczywiście daleko posunięta fantazja, ale czyż nie mogło tak się stać naprawdę? To jeszcze nie koniec historii, bowiem teraz mieliśmy i pieniądze i auto, a salon wcale nie kwapił się, by uzgodnić termin jego odebrania. Mijały dni i nic. W końcu skontaktowała się z nami kancelaria i oświadczyła, że ktoś zgłosi się po samochód w takim i takim dniu. Przygotowaliśmy więc wszystko i czekaliśmy na informację. Nikt nie zadzwonił, nikt po auto nie przyjechał. Dopiero w styczniu, po Nowym Roku, zdecydowali się odebrać auto i zrobili to poprzez jakąś polską firmę transportową, czyli przyjechał gość i wrzucił go na lawetę. To był ostatni raz kiedy widzieliśmy białego.

Epilog ;)

Udało się odzyskać pieniądze, przez ponad 2 lata jeździliśmy samochodem można powiedzieć "za darmo", bo jednak trzeba było ponieść koszty, choćby prawnika, dojazdu do sądu za co nikt już nam nie zwrócił, ale summa summarum nie wyszło aż tak źle (jak to mówią spadliśmy na cztery łapy) Drugi samochód został zakupiony z budżetu na wykończenie domu, przez co kilka zaplanowanych rzeczy nie zostało zrobione. Teraz, mamy szansę to dokończyć. 
Pewnie zastanawiacie się jak to wszystko było. Napiszę wam to co wiem ja, ponieważ tak naprawdę całą wiedzę mają tylko ci, którzy byli zamieszani w ten, można śmiało nazwać, przekręt.
A więc było to tak: (jakby powiedział mój ulubiony Detektyw Monk Here's what happened;))
Z salonu X zniknęło kilka samochódów wraz ze wszystkimi dokumentami. Tego haniebnego czynu dokonał jeden z pracowników, który sprzedał nasze białe auto do salonu Y ( co stało się z innymi, tego nie wiemy) który odkupił go za dużo niższą cenę niż rynkowa, więc mogli domyśleć się, że coś jest nie tak. Czy byli w zmowie z pracownikiem salonu X? Tego nie wie nikt. Dziwne jest też to, że kradzież została zgłoszona dopiero po ok. 2 tygodniach od zakupu, więc nie było szans, by w trakcie procedury rejestracji w Niemczech, czy w Polsce, coś się nie zgadzało. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że my dostaliśmy pieniądze, a sprawa nadal trwa. Czemu? No, bo teraz trudno stwierdzić do kogo właściwie ten samochód należy. Czy po rozwiązaniu umowy, gdy auto wróciło do salonu Y, należy do nich? Niby nie, ponieważ został skradziony w salonie X, więc powinni go oddać. Tak czy siak, nie nasza sprawa. Co ciekawe, kiedy mąż wszedł na stronę internetową salonu i przejrzał oferty, w tle na kilku zdjęciach zobaczył naszego białego. Czyżby przygotowywali się do jego sprzedaży? Mają przecież wszystkie papiery, więc czemu nie mieliby jeszcze raz zrobić takiego numeru. Komedia, mówię wam.
Żeby było śmieszniej, w styczniu dostaliśmy wezwanie z sądu niemieckiego o ponowne przysłanie wszystkich dokumentów zaświadczających o naszych dochodach i wydatkach. Bo jeśli w przeciągu tego roku znacznie poprawiła się nasza sytuacja finansowa, powinniśmy jednak oddać państwu niemieckiemu koszty procesu. (hę?) Nie do końca to rozumiem, bo przecież na tamten moment stwierdzili, że należy nam się takie wsparcie, więc co, w ciągu roku dostajesz podwyżkę i już musisz zwrócić to co ci dali wtedy? Reasumując, nie narzekajcie na polskie sądy. Nasza sprawa trwała ponad 2 lata, samochód zdążył w tym czasie stracić na wartości i w zasadzie nadal nie ustalono do kogo on należy...

Dziękuję wam za uwagę, jeśli dotrwaliście do końca opowieści to mam nadzieję, że nie żałujecie ;) Nosiłam się z zamiarem napisania o tym już dawno, ale pomyślałam, że poczekam jak to wszystko się skończy. Wiele razy wątpiłam, czy nam wypłacą te pieniądze, ale mój mąż zawsze powtarza, że trzeba walczyć do końca i nie odpuszczać. Ale trzeba też wiedzieć kiedy ze sceny zejść, dlatego nie zdecydowaliśmy się na dalsze roszczenia. 

Życzę wam kochani wspaniałego weekendu, u nas świeci słonko, ale niestety znów zaczyna wiać. Tak czy siak, dwa dni wolnego przed nami :)) A korzystając z okazji pozdrawiam wszystkie kobietki czytające bloga :) Niech uśmiech nie znika wam z twarzy, sił nigdy nie brakuje, a po deszczu niech szybko wychodzi dla was zawsze słonko. Wszystkiego dobrego!!





6 komentarzy:

  1. W takiej sytuacji mogę napisać tylko jedno:
    MÓWIŁAM, ŻE OSY SĄ NIEBEZPIECZNE???!!! MÓWIŁAM???!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no widzisz... Wiedzieli jak się zemścić. Sprawę przegrali to napuścili osy, żeby nas ukarać. Jejku pamiętam jaki to okropny ból był ... Dobrze, że nie ma uczulenia na jad, bo zamiast na wakacje to pojechalibyśmy najpierw do szpitala...

      Usuń
  2. Izzy - Aaa, teraz już wszystko rozumiem!!!
    Olitoria - otóż to!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lady no widzisz obiecałam, że kiedyś Ci opowiem skąd mamy 3 auta ;) To wszystko pogmatwane tak, że zanim zebrałam się do opowiedzenia to minęły 2 lata i sprawa wreszcie się zakończyła. Przynajmniej dla nas, bo zanim ustalą do kogo to auto należy to będzie się na złom nadawało ;)

      Usuń
  3. Nawet osa się uqrw...ła że to wszystko takie skomplikowane. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, a żebyś wiedziała! To wszystko przez Wandę co za Niemca pójść nie chciała :P

      Usuń