piątek, 19 lipca 2019

Jak wychować szczęśliwe rodzeństwo.


Kiedy zapadła decyzja o budowie domu, zaczęliśmy rozglądać się za kimś, kto mógłby te marzenia przelać na papier (ewentualnie program komputerowy ;)) i naszkicować to, co mieliśmy w głowie. Pewnego dnia zasiadłam wieczorem do przeglądania portfolio różnych architektów i w zasadzie dość szybko znalazłam kogoś, kto tworzył projekty w stylu, który nam się podobał. Dlaczego nie projekt gotowy? A no dlatego, że mieliśmy pewne, można to nazwać wymagania. Przede wszystkim na dole koniecznie chcieliśmy prócz salonu dwa pokoje: mój do pracy i gościnny. Nasza działka jest zbyt mała, by postawić na niej dom parterowy, a żaden z projektów, które nam się podobały niestety nie spełniał tych wymogów. Czy trudno było zaprojektować własny dom? Dla nas nie, ponieważ już mieliśmy w głowie ogólny zarys tego co chcemy, a reszta inspiracji przyszła w trakcie. Nigdy jednak ani ja, ani mój mąż, nie mieszkaliśmy w domu. Oboje wychowani w blokach, mogliśmy równie dobrze mylić się w naszych wyobrażeniach jak to jest posiadać własną przestrzeń i nie dzielić ścian z sąsiadami. Podobno pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi dla sąsiada, a dopiero trzeci dla siebie. A ja wam powiem, że kocham nasz dom do tego stopnia, że za nic w świecie bym go nie oddała, tym bardziej wrogowi ;) Jak więc udało nam się to wszystko? Próbowaliśmy zebrać do jednego worka te rzeczy, których brakuje nam w mieszkaniu, pomyśleć, co by się przydało, co ułatwiłoby życie i co jest nam niezbędne. I nie mówię tu o drogich meblach, ale praktycznym zastosowaniu na co dzień. Dom powstawał w wersji elektronicznej około 3 miesiące i w ciągu tego czasu wiedziałam już, gdzie ustawię kanapę, gdzie chcę mieć zmywarkę, jaką łazienkę i dlaczego. Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie siebie gotującą obiad. Gdzie najbliżej będzie odstawić garnek? Gdzie łatwo otworzyć śmietnik? Gdzie usadzić dzieci? Wprowadzając się do domu, czułam się, jak gdybym mieszkała tam od dawna. W moich myślach tysiące razy przecież wchodziłam po schodach, brałam prysznic, siedziałam na kanapie przed kominkiem, czy wychodziłam na taras. Pewnie napsuliśmy trochę krwi architektowi, który owszem, był bardzo dobry, ale widać raczej dbał o wygląd domu z zewnątrz a nie jego praktycznie zastosowanie. Rysował go kilka razy, za każdym dodając coś, na czym bardzo nam zależało. Pracowaliśmy dotąd, dokąd nie osiągnęliśmy wersji zadowalającej. 


Pewnie pomyślicie co to ma do rzeczy, kogo interesuje w jaki sposób powstawał nasz dom, skoro tytuł posta sugeruje coś związanego z dzieciakami. Już wszystko tłumaczę. Jak wiecie niestety jestem jedynaczką, więc cokolwiek robię, by wychować szczęśliwe rodzeństwo, to jedynie przecieranie szlaków i sprawdzanie tego jak wyobrażenie o nim ma się do rzeczywistości. Podobny schemat do projektowania domu. Zastanawiam się jakie relacje chciałabym mieć z siostrą/bratem na każdym etapie mojego życia i próbuję uczyć dziewczynki budowania więzi. Ewentualne poprawki wychodzą jak to się mówi "w praniu".

Jak więc wychować szczęśliwe rodzeństwo? Rozczaruję was, bo powiem, że nie znam odpowiedzi na to pytanie. Dziś mogę jedynie przekazać wam to, co robimy, co działa (na razie) i co z czystym sumieniem mogę polecić (choć gwarancji oczywiście nie daję ;)) Od zawsze chcąc nie chcąc obserwuję również rodziny wielodzietne i choć nie wtrącam się do metod wychowawczych to wiem, czy ja osobiście postąpiłabym podobnie czy zupełnie inaczej.  Widzę jak dorastają moi uczniowie, z którymi mam indywidualny kontakt, patrzę jak zmieniają się poprzez lata. Wyciągam wnioski. Kto wie, może gdy dziewczynki dorosną postanowią dokonać edycji tego tekstu i napiszą wam co wyszło z tych naszych starań. Tylko one będą w stanie stwierdzić, czy miałam rację. 

Pojawienie się młodszego rodzeństwa.

Nowy członek w rodzinie to wydarzenie nie byle jakie, nie tylko dla dorosłych. Często zdarza się, że pierwsze dziecko schodzi na drugi plan, gdy wszyscy są zajęci przygotowaniami do przyjęcia kolejnego potomstwa. Pojawia się naturalna zazdrość i walka o uwagę rodzica. Kiedy różnica wieku między dziećmi jest mała, trudno wytłumaczyć starszemu rodzeństwu co właściwie się dzieje. Dlatego warto zaangażować starszaka w opiekę nad młodszym rodzeństwem i na każdym kroku powtarzać, że jest ono ważne tak samo jak kiedyś. A może nawet bardziej, bo od teraz będzie tym starszym bratem/siostrą. 
Gdy urodziła się Misia, Elsa tak naprawdę nie miała pojęcia co się dzieje. Słowo "siostra" miało dopiero nabrać znaczenia, ale koło łóżeczka postawiliśmy zdjęcie Misi, jakie dostaliśmy od jej opiekunów zanim ją poznaliśmy. Niczym mantrę powtarzaliśmy "Gdzie jest twoja siostra?" , a ona z uśmiechem pokazywała zdjęcie. Gdy pojechaliśmy razem zabrać ją do domu, szału nie było, dzidzia jak dzidzia, Elsa pogłaskała ją po rączce i poszła się dalej bawić. Stała się siostrą z dnia na dzień. Nie widziała rosnącego brzucha, nie była więc w stanie przygotować się na jej przyjście. Wyobrażam sobie, że gdybym była w ciąży, odbyłoby się to zupełnie inaczej. Pomimo tego, że była mała, pokazywałabym jej rosnący brzuszek, rozmawiała z nią. 

Siostra vs. dzidzia.

Za radą pani z ośrodka, o nowej członkini naszej rodziny nigdy nie mówiłam w rozmowie z Elsą dzidzia, tylko zawsze siostra. Dzięki temu czuła ona od samego początku, że maluch jest kimś więcej niż tylko kolejnym napotkanym małym dzieckiem. Z początku nie akceptowała tego, że Misia ma taki sam status i jest takim samym dzieckiem jak ona, ale z czasem zrozumiała, że rodzina to nie tylko 2+1. Minęło jednak wiele miesięcy. Póki siostra nie zaczęła chodzić i mówić, cały czas czuła, że to jednak ona jest ważniejsza. Powoli, stopniowo, Misia zaczęła osiągać ten sam status co pierwsza córka. Jak jest dziś? Dziś oczywiście doskonale rozumieją podział ról. Jest mama, jest tata i są dwie córki. Siostry. Naturalne.

Różnica wieku.

Różnica wieku jest bardzo ważnym czynnikiem w tworzeniu relacji między dziećmi. Na początku to oczywiście przepaść. Nawet u nas, gdzie jest ona mała, widać było to jak na dłoni. Oto przed sobą mamy jedną córkę, która już chodzi, mówi i wszystko rozumie, i mamy niemowlę, które dopiero poznaje świat. Nie jest to możliwe, by dzieci były na jednym poziomie, ale od samego początku można je uczyć wspólnej zabawy, wspólnego zaangażowania w jakąś czynność. Do dziś pamiętam taką sytuację jak Elsa kładzie na siebie pieluszkę, zdejmuje ją i robi siostrze a -kuku. Tamta śmieje się śmiechem, który do tej pory można czasem od niej usłyszeć :)) Gdy Misia nie potrafiła jeszcze chodzić, siedziała w bujaczku a Elsa np. przynosiła jej książeczki i "czytała", albo karmiła z butelki. Gdy już była starsza, (jedna mniej więcej 7-8 miesięcy, druga rok z hakiem), godzinami mogły siedzieć w koszu na pranie. 
Jeśli różnica wieku jest większa, trudno o podobne zabawy. To oczywiste. Pamiętajmy jednak, że młodsze dziecko zawsze patrzy z podziwem na rodzeństwo. Warto to wykorzystać i zaangażować je w różne czynności. Jeżeli starsza pociecha odrabia lekcje, maluch też może "robić pracę domową" Wystarczy tylko dać mu kredki i kupić zeszyt. Można lepić razem z plasteliny, rysować i w zasadzie robić wszystko, tylko na innym poziomie. Wszystko da się osiągnąć i wypracować, ale nic nie przychodzi z dnia na dzień. Wymaga to od nas zaangażowania i pracy, powtarzania tysiące razy tego samego. Ale uwierzcie mi. Warto.

Dwie indywidualności.

Choć dzieci mają tych samych rodziców, pamiętajmy, że każde z nich jest indywidualnością, kimś wyjątkowym. Kasia lubi jabłka, a Marysia gruszki. Michał woli układać puzzle, Janek jeździć na rowerze. Nie ukrywam, że dla rodziców najłatwiejszym rozwiązaniem, jest wrzucenie dzieciaków "do jednego wora" W jakim sensie? W takim, że proponujemy jedną zabawę dla obojga, to samo do jedzenia, tę samą bajkę. Warto jednak od najmłodszych lat podkreślać, że każde dziecko ma prawo być po prostu sobą. Dlatego u nas zawsze na dobranoc czytane są dwie bajeczki. Od zawsze. Dlatego uczymy się kompromisu na każdym kroku, czyli jeśli dziś wybierzemy wycieczkę rowerami, bo tak zadecydowała Elsa, następnym razem to Misia ma prawo wyboru. Choć dziewczynki mają sporo wspólnych zabawek, każda z nich ma kilka takich, do których wzięcia potrzeba zgody siostry. Nawet małe dziecko ma prawo mieć coś swojego i jeśli w danym momencie nie chce się tym podzielić, uszanujmy to. Nie zmuszajmy go do oddania ulubionej przytulanki tylko dlatego, że młodsza siostra tak chce. Można zachęcić malucha do pobawienia się chwilkę i pożyczenia siostrze/bratu zabawki lub poprosić o zaproszenie drugiego dziecka do zabawy. 

Współpraca.

Dzieciom trudno współpracować. Ba, wielu dorosłych tego nie potrafi ;) Dlatego warto od najmłodszych lat uczyć nasze pociechy takiego zwykłego współżycia. Nasze dziewczynki dzielą razem pokój. Mogą na przykład razem go sprzątać. Nawet 2-latek potrafi już ułożyć książeczki, czy zabawki na półce. Pamiętajmy jednak, żeby również i tym razem do niczego dziecka nie zmuszać, ale znaleźć taki sposób, by zachęcić maluchy do wspólnej czynności. Okazji jest wiele np. każde dziecko może mieć swój koszyczek, ale razem mogą zbierać grzyby. Innym pomysłem może być zaangażowanie je w kuchni. Dzieci będą musiały współpracować, by danie się udało.

Młodszy zawsze ma rację.

Bardzo nie podoba mi się metoda, praktykowana w wielu rodzinach, a mianowicie ustępowanie młodszemu dziecku na każdym kroku i usprawiedliwianie jego zachowań. Podczas gdy niemowlę nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich działań, już trochę starszy maluch doskonale wie co robi i potrafi świetnie manipulować dorosłymi. Wielu rodziców każe starszemu rodzeństwu ustępować młodszej siostrze, czy bratu, tylko dlatego, że ... są młodsi. A przecież młodszy, nie zawsze oznacza, że dobrze się zachowuje. Przyzwalając więc na takie zachowania i usprawiedliwiając je, uczymy starsze dzieci braku sprawiedliwości, świata w którym przywileje kojarzone są na początku z wiekiem, a z czasem stanowiskiem, majętnością, inteligencją i innymi. 
Do dziś pamiętam obrazek 4-latka, syna naszej koleżanki, leżącego na siostrze (lat 10) i szarpiącego ją za włosy. Dziewczynka wyła z bólu, natomiast mama krótko stwierdziła, że "nic się nie dzieje, to tylko dziecko" 

Wzmacnianie więzi.

O dobrą więź między rodzeństwem trzeba zadbać od samego początku. Jeżeli tego nie wypracujemy, w przyszłości nasze dzieci wyrosną na obcych sobie ludzi. Oczywiście ich drogi mogą się rozejść, nikt nie oczekuje, że będą zawsze jedynymi przyjaciółmi i nikt inny nie będzie ważny w ich życiu. Ważne, by rodzeństwo wiedziało, że może na siebie liczyć, że jest blisko, że jest między nimi uczucie, jest miłość. Siostry, bracia, mają różne charaktery, ale łączy ich zawsze dom, w którym dzieci zostały wychowane. Jeżeli w tym domu prawidłowo zostały zbudowane relacje, nie trudno je w przyszłości podtrzymać. 

Jak wzmacniać więź między rodzeństwem?

1. Wzbudzaj w dziecku empatię. Niech maluch przyklei plasterek siostrze/bratu. Niech przyniesie misia na pocieszenie, gdy płacze. Dzięki temu uczysz go, że ważne są uczucia rodzeństwa i należy o nie dbać. Zwróć uwagę dziecka na humor, czy nastrój siostry, czy brata. Gdy jest smutne, zachęć do zastanowienia się dlaczego i jak można to zmienić.
2. Proponuj wspólne zabawy i zajęcia. Organizuj wycieczki, dzięki którym w innym otoczeniu dzieci mogą się lepiej poznać. Graj w gry planszowe, dzięki czemu dzieci uczą się zdrowej rywalizacji.
3. Zadawaj pytania tak, by dzieci wiedziały o sobie jak najwięcej np. o ulubiony kolor, 
4. Spędzajcie dużo czasu razem jako rodzina. Nic tak nie wzmacnia więzi między jej członkami jak bycie razem.
5. Naucz dzielić się z rodzeństwem. Zachęcaj do oddania nie tylko zabawki, ale również kawałka wafelka, czy ciastka. 
6. Przypominaj o istnieniu siostry czy brata. Możesz wykorzystać do tego proste czynności np. powiedzieć "Zaproś siostrę na kolację", "Rozdaj talerzyki, weź też mniejszy talerzyk dla brata"
7. Zachęcaj dzieci do okazywania sobie uczuć. 
8. Ucz dzieci wzajemnego szacunku do siebie, naucz prosić, przepraszać i dziękować.
9. Naucz dzieci rozmawiać ze sobą. Jeżeli się pokłócą, nie przyznawaj od razu racji jednemu. Weź je spokojnie na rozmowę i niech każde z nich powie swoją wersję wydarzeń. Wspólnie ustalcie co się wydarzyło i jakie to powinno mieć konsekwencje.

Czas dla siebie.

Jak już wcześniej wspomniałam, każde dziecko jest indywidualnością, nawet bliźniaki jednojajowe, choć wyglądają tak samo, są inne. Dlatego też, każde z nich potrzebuje czasu tylko dla siebie. My dorośli też nie zawsze mamy ochotę na towarzystwo i chętnie zasiadamy w kącie wysyłając sygnały "Zostawcie mnie w spokoju" Uszanujmy fakt, że dziecko to mały człowiek i nie zawsze ma ochotę na interakcję z rodzeństwem. Jeżeli zauważymy, że dziecko pragnie być samo, umożliwmy mu to i wyznaczmy obszar, gdzie nikt mu nie będzie przeszkadzał. Moje dziewczynki wspaniale się bawią, ale czasem mają ochotę pobyć same. Staram się wtedy pomóc im zorganizować przestrzeń tylko dla siebie. Zwykle po jakimś czasie zapraszają się do wspólnej zabawy. Jeżeli w domu jest tata, można rozdzielić dzieci i zaproponować czas z jednym z rodziców. 

Mama i tata tylko dla mnie.

Przywilejem jedynaka jest posiadanie rodziców tylko dla siebie. Rodzeństwo musi się nimi dzielić. Oprócz spędzania czasu całą rodziną, zorganizujcie również czynności tylko dla jednego dziecka z rodzicem. Niemowlę zostawcie pod opieką babci i zabierzcie starszaka na lody. Uwaga skupi się tylko na nim i będzie dopieszczony, dowartościowany. Przy starszych dzieciach, zachęćcie rodzeństwo do przyłączenia się do zwykłych prac domowych np. pielęgnacji ogródka, czy gotowania. Postarajcie się wybierać takie czynności, które dziecko lubi, czyli na przykład jeśli syn kocha samochody, niech z tatą umyje auto, czy pojedzie zatankować. 

Usypianie.

My praktykujemy zasadę, że po czytaniu książeczek chwilkę leżymy z dziewczynkami na łóżeczkach. Z tym, że codziennie się zmieniamy, raz z jedną leży tatuś, a z drugą mamusia, a potem odwrotnie. Chcemy im pokazać, że obydwie są dla nas tak samo ważne, a one czują, że nie tylko mama jest z nimi na koniec dnia, ale tata również. 

Najważniejsza na świecie. 

Każdy człowiek chce być dla kogoś ważny. Najpierw dziecko pragnie miłości rodziców, potem innych członków rodziny a w końcu ludzi obcych. Dlatego na każdym kroku powtarzamy dziewczynkom, że one są dla siebie najważniejsze. Wiedzą więc, koleżanki są obecne w ich życiu, ale to siostra zawsze stoi na pierwszym miejscu. Chcemy, by dorastały w poczuciu, że cokolwiek się nie wydarzy, mają zawsze być razem, wspierać się i kochać. 

Mamo, tato, tych rzeczy nigdy nie rób:

* nie faworyzuj jednego dziecka
* nie stawiaj jednego z dzieci jako przykładu i nie zachęcaj do niezdrowej rywalizacji
* nie oceniaj dziecka przez pryzmat rodzeństwa (np. Twój brat już dawno umiał jeździć na rowerze, gdy miał tyle lat co ty)
* nie żartuj w stylu "synek mamusi", "córeczka tatusia" Może mieć to bardzo poważne konsekwencje (o tym już niedługo kolejny wpis)
* nie naśmiewaj się z dziecka, gdy w czymś jest gorsze od rodzeństwa
* nie krytykuj dziecka w obecności rodzeństwa
* nie graj na emocjach dziecka
* nie karz dziecka za przewinienia rodzeństwa
* nie zmuszaj dziecka do opieki nad rodzeństwem, nawet starsze - nadal jest tylko dzieckiem
* nie strasz dziecka (np. jeśli nie będziesz się uczył, będziesz powtarzał klasę tak jak brat)


Tak jak wspomniałam na początku, nie ma instrukcji obsługi rodzeństwa. Tak jak nie ma instrukcji obsługi dziecka w ogóle. Nie mówiąc o żonie, mężu, szefie, teściowej. Może nie wychowamy naszych pociech idealnie, jednak przestrzeganie pewnych zasad 
pozwala nam wierzyć, że zrobimy to najlepiej jak tylko się da. Wiele zależy od nich, od charakterów, od osobowości, od środowiska w którym się znajdą, od przeżytych doświadczeń. Ale niczego nie da się osiągnąć bez solidnych fundamentów. A te możemy im podarować tylko my. Wczoraj, dziś, jutro. Tu i teraz. 

21 komentarzy:

  1. Prawda.
    Ja na szczęście nie miałam absolutnie żadnego problemu. Dziewczyny kochały się od początku, a Wika wręcz czuła się drugą mamą Oliwii (kilka razy musiałam interweniować :D) W późniejszych latach też nie pamiętam zbyt wielu sprzeczek, raczej były zgodne, pomimo totalnie różnych charakterów. A może właśnie dlatego?
    Żałuję, że Tamaluga nie ma rodzeństwa, bo ona uwielbia maluszki. Obok żadnego nie przejdzie obojętnie. Całuje obce dzidzie w wózkach, aż muszę jej pilnować :D Gdy bawiła się z Dziubasowym Bobem, to w przerwach podchodziła do Lola i pokazywała mu zabawki i też "czytała" mu książeczkę. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co to znaczy Tamaluga nie ma rodzeństwa!! No ja protestuję :P
      Tak, to prawda, że dużo zależy od charakterów, szczególnie jak dzieciaki są małe. Jeśli jedno jest dominujące, a drugie spokojne, to nie bardzo jest o co się kłócić. Tym bardziej jeśli jest mała różnica wieku. Jakieś tam problemy mogą wyniknąć później, tak obserwuję, bo siostra siedzi w domu i nie ma gdzie koleżanki zaprosić, a to brat przeszkadza, wiele innych rzeczy. Myślę, że też dużo zależy od tego co dzieje się w rodzinie. Na przykład u moich sąsiadów, siostry wręcz się nie znoszą, bo jedna jest za matką druga za ojcem w trakcje rozwodu. Jak rodzice piją, to widzę, że te dzieci trzymają się razem, bo mają tylko siebie. Także dużo tutaj według mnie czynników jest, ale najważniejszym sprawdzianem dla rodzeństwa jest już dorosłe życie. Wiesz, póki wszystko trzyma mama i tata, to jest inaczej, ale jak dzieci idą na swoje, mają swoje rodziny to jest prawdziwe życie. Czy poradzą sobie z tym, że np. jedno ma dzieci ot tak, a drugie zmaga się z niepłodnością? Czy jedno da wsparcie drugiemu? Czy jeśli jedno będzie lepiej zarabiać, będzie mieć zaradniejszego męża/żonę to drugie nie będzie zazdrosne tylko będzie się cieszyć? To są takie sprawdziany więzi i miłości. Mam znajomą, która pochodzi z rodziny wielodzietnej i wszystkie siostry mają dzieci, a ona jedna nie... Czeka na adopcję. Bardzo się kochają. Też bym tak chciała. Zobaczymy jak będzie :))

      Usuń
    2. Hehe, wiesz o co mi chodzi :D no tak, Tamaluga ma oczywiście rodzeństwo, i bardzo się kochają. Dziewczyny gdy dzwonią to proszą ją do telefonu, gdy Wika wpada to pierwsze co do Tamalugi leci :D A Tamaluga to w ogóle ma obsesję na ich punkcie. No, ale tu inna relacja, dla niej to one chyba bardziej jak zastępcze mamy :D
      Nie pamiętam czy ci pisałam o takim koledze Piotrku, co do niemal 30tki dzielił pokój z siostrą. Jeśli nie, to napiszę. :D
      Buziaki!

      Usuń
    3. Hehe, nie opowiadałaś :D:D

      Usuń
  2. Mój Ryś kilka dni temu pierwszy raz powiedział "kocham". Do brata. Miód na serce ❤️
    PS No dobra, brzmiało to raczej jak "tofam"😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może być i tofam ;) Wiadomo o co chodzi ;) Uwielbiam te momenty, w których maluch tak od siebie mówi kocham. Bo to jest takie szczere i niech nikt mi nie mówi, że nie zdaje sobie jeszcze sprawy co to znaczy. On doskonale wie o czym mówi <3

      Usuń
  3. Bardzo podobnie staramy się wychowywać nasze dzieciaki – choć wiadomo z poprawką na większą różnicę wieku i różnicę płci – co akurat moim zdaniem bardzo ułatwia indywidualne podejście do każdego dziecka za to niestety czasem komplikuje rodzinną logistykę.

    Jedna rzecz jednak u nas się kompletnie nie sprawdza – „wspólne” odrabianie prac domowych. Wiadomo klasycznych prac domowych jeszcze nie mieliśmy bo przedszkole dopiero kończymy ale czasem zdarzało się, że syn zabierał z przedszkola jakieś dodatkowe kartki ze szlaczkami itp. Do tego dochodziły regularne, codzienne ćwiczenia logopedyczne. Obecność siostry w takich okolicznościach działa wybitnie rozpraszająco, poza tym młodsze ten typ (i pewnie ten wiek) co musi rysować dokładnie tą samą kredką co brat (nie wystarczy, że ma zestaw takich samych kredek i też może z niego wziąć niebieską – taką samą jak ma brat) i najlepiej na tej samej kartce.

    Poza tym moje dzieci praktycznie nie mają potrzeby samotności. O ile w przypadku młodszego jest to zrozumiałe bo jest małe i i tak wymaga co najmniej stałego nadzoru o tyle u starszego wydaje mi się trochę dziwne.

    Czasem nawet na siłę wypycham go do samodzielnej zabawy w swoim pokoju bo nie mogę patrzeć jak siedzi u siostry w pokoju i gapi się w sufit albo niemogąc znaleźć pola do wspólnej zabawy wpada na pomysły nie dość, że głupie to niebezpieczne.

    A co działa a co nie to przekonamy się za jakieś 18 lat jak dzieciaki będą już dorosłe i pójdą swoją drogą. Jak obserwuję znajome, dorosłe rodzeństwa to czasem mam wrażenie, że dzieci które w dzieciństwie więcej dzieli (np. bardzo duża różnica wieku + jeszcze różnica płci) w dorosłym życiu dogadują się lepiej niż te, które w dzieciństwie wiele łączyło.

    Aglaia

    OdpowiedzUsuń
  4. Wydaje mi się, że z tym odrabianiem lekcji to u Was może faktycznie ciężko, bo córka jest jeszcze za mała, żeby np. godzinę siedzieć przy stoliku i robić coś swojego. Ale np. jak patrzę u mojej koleżanki, gdzie dziewczynka 2 klasa robi z nią lekcje, a mały drze się nad uchem i przeszkadza (4 lata) to ewidentnie widać, że potrzebuje uwagi. A wystarczy się trochę "rozdwoić" i zająć też nim. Jeśli nie chce rysować to może poukładać klocki itd. Ona twierdzi, że nic nie działa i daje mu tablet. Ja jestem bardzo dużą przeciwniczką wysługiwania się tabletem, to ostateczność. Przecież kiedyś nie było tego i jakoś ludzie dawali sobie radę, tylko wydaje mi się, że jej jest tak łatwiej (co ja mówię, ona sama to przyznaje) U mnie starsza córka potrafi godzinę, dwie sama siedzieć i rysować, robić laurki, projekty, a młodsza nie bardzo. Za to jak wkręci się w puzzle, czy zabawę w dom to też jej nie ma. Mają potrzebę bycia same, bo są w podobnym wieku i takie gotowanie się we własnym sosie wg mnie nie jest dobre. Niech też potrafią się czymś zająć, a nie, że bez siostry to nie wiem co robić.
    Widzę, że czasem działają sobie na nerwy (jak to 2 kobity ;)) więc zachęcam je do zabawy osobno. Młodsza robi np. herbatkę z misiami a starsza coś maluje. Za chwilę już bawią się razem. Myślę, że metodą prób i błędów można coś fajnego stworzyć.

    No i na koniec to co napisałam Olitorii. Według mnie jest jak mówisz. Dorosłe rodzeństwo potrafi dzielić bardzo wiele i bardzo wiele łączyć. Ale wydaje mi się, że trudno być blisko, jeżeli tych podstaw więzi nie wyniesie się z domu. Tak jest u wielu ludzi, których znam i u mojego męża i niestety zdania nie zmienię. Bardzo chciałabym się mylić i wierzyć, że może być inaczej, nawet nie wiesz jak bardzo...

    OdpowiedzUsuń
  5. Też myślę, że w domu zaczyna się wszystko i dom daje podstawę do dobrej relacji między rodzeństwem tylko czasem mam wrażenie, że to po prostu nie wystarczy i dzieci jakoś same muszą czuć tę potrzebę bliskiej relacji z rodzeństwem w dorosłym życiu. Czasem dzieci wychowane w jednym domu, przez tych samych rodziców miewają tak różne charaktery, podejście do życia, światopogląd, że dobrze jak potrafią bez kłótni posiedzieć przy świątecznym stole bo o jakąś fajną relację naprawdę jest trudno. Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że nie wystarczy. Ale nadal twierdzę, że tam właśnie się zaczyna :)) Wierzmy, że mamy rację :)

      Usuń
  6. Zawsze z podziwem patrzyłam na relację mojej mamy z jej bratem. Był między nimi niemal równy rok różnicy, a łączyła ich naprawdę szczególna więź. Tylko źródło tej więzi nie przypominało tego, o czym Ty piszesz... moi dziadkowie byli bardzo trudnymi rodzicami i chyba to sprawiło, że dzieci nauczyły się trzymać wspólny front.
    Twoje dziewczyny na szczęście nie mają tego problemu :) A z wielu rad zamieszczonych w Twoim wpisie mogą skorzystać także rodzice jedynaków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie o tym napisałam w komentarzu gdzieś wyżej ;) Często jest tak, że gdy w rodzinie coś się dzieje lub rodzice są trudni, toksyczni, to dzieci są blisko siebie, wspierają się, trzymają razem. Nie mając wsparcia ze strony rodziców, często starsze dziecko przejmuje rolę np. opiekuna. Tym dzieciom jest bardzo ciężko, bo pomimo tego, że starają się jak mogą to same nadal są dziećmi i nie ze wszystkim sobie radzą. Widać to jak na dłoni przy adopcji rodzeństwa, gdzie dzieci owszem są bardzo za sobą, ale po części też wreszcie chciałyby mieć kawałek tego życia tylko dla siebie.

      Usuń
  7. U mnie, tak jak u Lady Makbet, bylo zupelnie odwrotnie. Moj tata wychowanie mnie i siostry oddal calkowicie w rece zony. A moja matka jest niestety osoba mocno toksyczna i samolubna, zapatrzona w siebie. Do tego otwarcie faworyzowala mlodsza corke (moja siostre), choc wypiera sie tego w zywe oczy. Zreszta, na tej samej zasadzie, faworyzuje teraz starsza corke siostry, pozostale wnuki traktujac jak powietrze. :/ Muszac jakos przetrwac w zdrowiu psychicznym przy takim rodzicu (bo w dodatku tata pracowal dlugie lata za granica, wiec prawie go nie bylo w domu), mimo duzej roznicy wieku, wypracowalysmy z siostra bardzo silna wiez. Do dzis, kiedy z powodu roznicy czasu, pracy oraz rodzinnych planow, potrafimy nie rozmawiac kilka tygodni, jak sie juz dorwiemy to czuje sie jakbym widziala ja doslownie dzien wczesniej. :)
    Tak mi sie wydaje, ze dzisiejszy swiat chce miec instrukcje do wszystkiego. A jesli chodzi o wiez rodzenstwa, to tu najwazniejszym czynnikiem bedzie po prostu charakter dzieciakow. Znam rodzenstwa z mala roznica wieku, ktore unikaja sie jak ognia. Znam takie, gdzie jest duza roznica, a ludzie, teraz juz dorosli, spedzaja wszystkie wolne chwile razem. Znam braci i siostry, ktorzy wspieraja sie na kazdym kroku oraz braci nienawidzacych sie nawzajem, lub siostry nie odzywajace do siebie latami. Jest tez spora grupa, gdzie jako dzieciaki, rodzenstwo mialo slaby kontakt (nawet jesli byli blisko wiekiem), ale kiedy dorosli bardzo sie do siebie zblizyli. Po prostu pelen przekroj. :)
    Ja tak naprawde, jedyne co staram sie robic, to nigdy nie faworyzowac zadnego z Potworkow. Zreszta, oni sa calkowicie rozni i kazde ma tylez wad, co zalet. Nie potrafilabym wybrac ktore "lubie" bardziej. Oboje sa po prostu swietni i tacy "moi", mimo ze przynajmniej raz dziennie mialabym ochote zamknac oboje w piwnicy. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agatko, dziękuję Ci za ten komentarz, bo to potwierdza tezę, że dzieci z rodzin, w których dzieje się coś inaczej niż powinno (tu faworyzowanie jednego dziecka) trzymają się często razem. Oczywiście nie musi tak być, też mam następny temat na posta, który ma status "pending" właśnie jak takie faworyzowanie może jednak rodzeństwo poróżnić.

      Zgadza się, że od charakteru dziecka wiele zależy. Ale czyż to nie rodzice w dużym stopniu go kształtują na początkowym etapie życia dziecka? Ta odwieczna walka nature vs nurture. Ale gdybyśmy nie mieli wcale wpływu na dzieci, to po co byśmy byli im potrzebni? Ja uważam tak jak moja pani z ośrodka, że to mniej więcej 50/50 Osobowość, charakter, to coś z czym się rodzimy. Ale jednak jak wiele zależy od środowiska, w którym się wychowujemy. Ja mam tego namacalne przykłady na co dzień, kiedy to obserwuję i rodziców i dzieci i jak to ich wychowanie wpływa na ich późniejsze życie czyli tworzenie związków, samodzielność, radzenie sobie z problemami. Wydaje mi się, że większość z nas tu komentujących jednak jest troszkę inna o tyle, że chętnie spędzamy czas z dziećmi i jesteśmy ich bardzo świadomi. Ale jak rozglądam się dookoła, to większość ludzi nie ma pojęcia o tym, o czym ja tu napisałam. Dlatego jeśli choć jedna osoba pomyśli nad czymś po przeczytaniu moich "instrukcji" to już sukces. Zgadza się, że dziś ludzie chcieliby mieć gotowe rozwiązania do wszystkiego, ale po prostu nie każdy jest w stanie samemu ogarnąć pewne rzeczy, nie ma tej intuicji, tego czegoś, a czasem po prostu chęci.

      I na koniec. Ja też czasem Potworki najchętniej zakleiłabym taśmą ;) Ale jak idą spać to tęsknię :))
      Pozdrawiam Was bardzo serdecznie :)

      Usuń
  8. Mam troje rodzeństwa jestem najstarsza - każde z nas ma swoje życie i swoje problemy ale rodzice od zawsze, jak się między sobą kłócilismy wkraczali do akcji. Nie ważne że byliśmy dorośli I to zaprocentowało. Teraz cały czas utrzymujemy kontakt A uwierz że relacje w naszym domu nie były całkiem normalne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Jaga, no właśnie o coś takiego mi chodzi. Że czasem rodzice muszą tymi dziećmi potrząsnąć, powiedzieć jak krowie na granicy chłopie, co ty robisz (czy też babo, ewentualnie) Co dzieci z tym zrobią to ich sprawa, wiadomo, każdy ma swoje życie, nie muszą dzwonić do siebie codziennie, ale jakże smutna jest dla mnie scena, w której siedzi przy stole mój mąż, jego brat i rodzice (plus ja, ale ja się nie liczę) Bracia nie mają sobie absolutnie nic do powiedzenia, ani też woli by się postarać, a rodzice udają, że wszystko jest ok. Ja tak nie umiem...

      Usuń
    2. Jak żyli rodzice to często nas sprowadzali do parteru jak się żarliśmy - wyobraź sobie czwórkę dorosłych ludzi, i troje z takim temperamentem jak ja, czwarty brat trochę spokojniejszy... Nie raz biedni rodzice oberwali rykoszetem ale zawsze wkraczali do akcji.... A ja mam to samo u męża co Ty - po którejś wigilii się zawiesiłam i powiedziałam DOŚĆ!! Tylko on ma siostry. Nie utrzymują żadnych kontaktów. Jakoś nie rozpaczam ale zdaję sobie sprawę, że jest mu przykro

      Usuń
    3. No właśnie. Szkoda tylko, że pewnym osobom jest przykro. Z tym, że mój mąż wie jak jest i nie chce mnie narażać na stres. Czasem po prostu ludzie są niekompatybilni i powinni trzymać się od siebie z daleko. Ja dogadam się z każdym. Tylko nie z nimi...

      Usuń
  9. Ten wpis jest idealnie dla mnie! For me, o, tutaj!
    Boszsz...u nas jest istna dżungla - Bob najchętniej wykopałby Lola za drzwi i ŻADNE argumenty nie pomagają...spokój jest dopiero wtedy, kiedy są osobno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziubasowa, rób swoje, na pewno wkrótce będą rezultaty. Tylko się nie zniechęcaj!
      Elsa też myślała, że Misia jest z nami czasowo :D Trochę się zdziwiła, że zabieramy ją do domu, potem jeszcze bardziej, że ma te same prawa. Jeszcze poświęcę osobny wpis ich rozwijającej się relacji ;) Powodzenia!

      Usuń
    2. Czasowo :D
      Bob czasem mówi, że my wracamy a Lolo zostaje u babci, ale za chwilę jednak się rozmyśla, bo jednak "Lolo jest nas" ;)

      Usuń