niedziela, 7 lipca 2019

Thrillery dla dzieci, czyli książki, które straszą.


Nie wiem ile mogłam mieć wtedy lat. Może pięć, może sześć. A może mniej? Nie chodziłam jeszcze do szkoły, to na pewno. W moim pokoju, na meblościance, znajdowała się kalkomania, dość popularna chyba w tamtych czasach. Przedstawiała sceny z bajki o Czerwonym Kapturku. Pamiętam, że nie znałam jej jeszcze wtedy, ale leżąc tak na kanapie, sama próbowałam wywnioskować o czym jest. Historia była dla mnie dość przejmująca, a obrazek z wilkiem robił ogromne wrażenie. Pamiętam jak pewnego dnia, poprosiłam moją mamę, żeby opowiedziała mi o tej tajemniczej dziewczynce. Przez jakiś czas potem nie mogłam zasnąć wiedząc, że tam niedaleko, znajduje się na obrazku wilk, który pożarł dziecko i jego babcię...

Dobro i zło.

Większość bajek od zawsze opiera się na postaciach dobrych i złych. Dziecko od małego uczy się odróżniać czyny, które warto naśladować i takie, których należy się wystrzegać. Nic dodać nic ująć. Ale tak naprawdę to dopiero gdy zaczęłam czytać bajki swoim dzieciom, przyjrzałam się bliżej ich treści. Nie tylko Czerwony Kapturek towarzyszył mi przecież przez całe życie, ale wszelakie księżniczki i inne postacie. Bardzo je lubiłam jako dziecko, ale jako rodzic powiem wam szczerze, mam wielkie wątpliwości, czy niektóre z tych książek w ogóle nadają się dla dzieci. 
Dlaczego? A no weźmy pod lupę pierwszą lepszą opowieść. Proszę bardzo: Królewna Śnieżka i 7 Krasnoludków. Bajka zaczyna się zdaniem, że mama dziewczynki zmarła i nową żoną króla została kobieta piękna, ale bardzo zła. Nie to, że się czepiam, ale czy nie można trzymać się wersji, że to była jej macocha? Bez wspominania, że "mama umarła" itd? Moje dziewczyny bardzo przejęły się tym, że zmarła jej mama, pytały na co i jak to się stało. No dobrze, idźmy dalej. 
Zła królowa kazała poddanemu zabić Śnieżkę i wrócić do niej z jej sercem... Poddanemu zrobiło się żal Śnieżki, więc zamiast tego zabił łanię, a dziewczynę zostawił w lesie
Niby nic, ale treść opatrzona jest ślicznym obrazkiem zabitej łani ze strzałą wbitą w tułów, leżącą pod nogami Śnieżki. Niby nic, niby historia znana każdemu, ale czy to są treści, które można w tej formie czytać 3-latce? No nie wiem. Misia przeżywa ten obrazek za każdym razem i powiem wam szczerze, że nie raz po prostu zmieniamy słowa, część opuszczamy, tak, by zostawić sens historii (do której nie będę się oczywiście przyczepiać), ale pozbawić ją ostrej i bezdusznej formy. 
Pominę już fakt, że "krasnoludki ułożyły Śnieżkę w szklanej trumnie, by nadal podziwiać jej urodę", bo musiałabym kilka niecenzuralnych słów rzucić w stronę uwielbianych przez dzieci panów w czapkach. Tak czy siak, mieli coś z głową nie tak, to pewne ;)

No, ale wracając do tematu. Takich bajek jest dużo i dopiero czytając je dzieciom, zdaję sobie sprawę z tego co sobą prezentują. Dlatego też, od jakiegoś czasu, zanim kupię książeczkę czytam ją w sklepie. Kiedyś kierowałam się wiele razy tym, że historia jest mi znana (np. Śpiąca Królewna) i patrzyłam, by opatrzona była ładnymi obrazkami. Ale wersja wersji nierówna. Są pełne, skrócone, przerobione. Niby ta sama treść, a jednak nie do końca. Dlatego uczulam was na to i uwierzcie mi, naprawdę nie przesadzam. W świecie, gdzie na każdym kroku tyle mamy przemocy, po co dzieciom od małego serwować historie niczym z dobrego thrillera dla dorosłych? Dorastając na opowiadaniach napisanych w ten sposób, dziecko uczy się, że przemoc to coś normalnego i robi się na nią w pewien sposób obojętne. Podobnie jak w grach. 

Wygrana niczym z horroru.

Wisienką na torcie w moich dzisiejszych rozważaniach na temat książek dla dzieci są baśnie, które dziewczyny wygrały na loterii. Jakiś czas temu wybraliśmy się na festyn parafialny. Były dmuchańce, lody, malowanie buziek, czyli to co Gumisie lubią najbardziej ;) Były również quizy i różne konkursy, a między innymi loteria Caritasu. Za 5zł można było zakupić los i wygrać jakąś drobnostkę. Cel szczytny, więc zakupiliśmy dwa. Jedna z dziewczyn miała otrzymać książeczkę, druga maskotkę, ale pani prowadząca powiedziała, że mogą wybrać sobie co chcą. Obie wybrały po książeczce. Uwagę Elsy przyciągnęły "Baśnie Perraulta", duże, ładne wydanie w skład którego wchodził między innymi wspomniany przeze mnie Czerwony Kapturek, Kot w butach, Kopciuszek i inne. Zadowolone dziewczyny, wieczorem wybrały baśń pt. Sinobrody i Ośla skórka. Szczerze mówiąc nie kojarzyłam tych historii. Dla tych, którzy nie pamiętają, krótko przybliżę najpierw pierwszą z nich. Pewien bogaty człowiek, ożenił się z jedną ze swoich sąsiadek. Po miesiącu, Sinobrody wyjechał z kraju na kilka tygodni, zostawiając żonie klucze do wszystkich pokoi prócz jednego, małego gabinetu, do którego zabronił jej wchodzić. Oczywiście pokusa była tak silna, że kobieta nie mogła jej pokonać i otworzyła zakazane drzwi. I teraz uwaga cytat:
Spostrzegła, że podłoga była pokryta skrzepłą krwią, a na niej leżały ciała kilku martwych kobiet, ułożonych przy ścianie. Były to wszystkie żony, które Sinobrody poślubił i zamordował, jedną po drugiej. 
Słucham?? Czy ja dobrze czytam, że to historia napisana dla dzieci? Jaki z niej wynika morał? Uważaj kogo bierzesz za męża? Nie wchodź tam, gdzie jest to zabronione? No być może, ale morderstwo? Zakrzepła krew? No błagam... To nie nadaje się nawet dla dziecka, które już chodzi do szkoły.

Kolejna wspaniała historia godna wieczornego czytania. Bo nie czarujmy się, większość z tych baśni, czy jak je tam zwą, czytana jest przecież tuż przed snem. "Ośla Skórka" to opowieść o królu, któremu zmarła żona. Piękna żona. Na łożu śmierci, kazała mu obiecać, że nie ożeni się ponownie, jeśli jej następczyni nie będzie obdarzona urodą tak jak ona. Przez pewien czas mężczyzna był pogrążony w żałobie, jednak doszedł do wniosku, że musi poszukać nowej żony. Nigdzie jednak nie znalazł kobiety tak pięknej jak ostatnia małżonka. W końcu odkrył, że jedyną kobietą, która mogłaby ją zastąpić jest ... jego własna córka, której zaproponował małżeństwo. Ze strachu zgodziła się.
Wiecie co, powstrzymam się od komentarza, gdyż kompletnie nie rozumiem sensu tej historii. Może ktoś powie, że to tylko bajka, że nie musi mieć sensu, że to dla starszych dzieci, że znów się czepiam. Ale według mnie to nie jest problem natury takiej, że Teletubiś nosi damską torebkę (pamiętacie?:) ) Czy baśnie, które przechodziły z pokolenia na pokolenie pozbawione są kompletnie wyobraźni? Ja chyba wolę poszukać wartości w innych opowiadaniach, bo te nie dość, że straszą, to jeszcze przekazywane treści, nie do końca są zgodne z moimi metodami wychowawczymi. Można oczywiście powiedzieć, że po co się czepiam, nie ma tam nic, czego i tak się nie dowiedzą, taki jest świat, zły i okrutny. Ale znacie moje podejście do tego. Ja uważam, że na wszystko przyjdzie czas. Nie wychowuję dzieci pod kloszem, w świecie zbudowanym z czekolady, ale po co mam je uczyć na etapie 4,5,6-latka o morderstwach, zabijaniu i innych okropnościach. Fakt, moja wina, bo powinnam sama przeczytać te książki zanim przedstawię je dzieciom. Przyznaję. Ale obojętne ile dziecko ma lat, to wciąż dziecko a tak naprawdę te historie samą ideą zupełnie nie różnią się od thrillerów, jakie czytam ja jako dorosła. Są tylko krótsze. 

Dobry czy zły?

Jedna rzecz była dobra w starych bajkach. Role były wyraźnie podzielone: albo ktoś był dobry, albo był zły. Czerwony Kapturek, choć naiwny i nieposłuszny, pozostawał pozytywnym bohaterem. Wilk, od samego początku aż do końca, był tym negatywnym, nielubianym zwierzęciem. A dziś? W wielu bajkach, teoretycznie negatywni bohaterowie, przedstawiani są jako mili i godni zaufania. Na przykład w historii o Disney'owskiej Roszpunce. Flin, jej późniejszy małżonek, jest nikim innym jak złodziejem i oszustem. Morał? Jeśli jesteś miły i najlepiej przystojny, na złe uczynki można przymknąć oko.
To samo można powiedzieć dzieje się w historiach dla dorosłych. Każdy zna losy Leona Zawodowca. Choć zabija dla pieniędzy, to właśnie jemu kibicujemy i współczujemy. Dlaczego? Bo tak skonstruowany jest film. Wybaczamy mu to co robi (przecież zabija złych ludzi), ponieważ opiekuje się dziewczynką, której rodzina zostaje zamordowana przez złego policjanta. Role są więc odwrócone. To nie policja jest pozytywna, a zabijający samotnik, który ratuje życie sierocie. 

I na koniec...

Obecnie wybór książek dla dzieci jest nieograniczony. Od baśni o księżniczkach po przygody zwykłych dzieci takie jak nasze. Bardzo fajne, z morałem, dzięki nim można poruszyć bardzo ważne zagadnienia takie jak bezpieczeństwo, zasady i inne. Nie wybieram książeczek takich, w których mamy tylko i wyłącznie dobro. Tak jak wspomniałam chcę, żeby dziewczynki miały prawdziwy obraz świata. Ale prawdziwy na ich poziomie, poziomie dziecka. Czy naprawdę to czas, by uczyły się o morderstwie, czy kazirodztwie? Nie sądzę. Bo jeśli tak, to może od razu wprowadźmy ich w holokaust, molestowanie, czy znęcanie. Będzie z głowy.

26 komentarzy:

  1. Izzy... Nie wierzę. No, nie wierzę. A w miarę czytania wbijam się w coraz większy szok. Nic nie powiem, po prostu idź do mnie i przeczytaj...

    OdpowiedzUsuń
  2. Izzy, "Sinobrody" jest teraz lekturą obowiązkową w podstawówce. Też nie wiem, co przyświecało ekspertom MEN przy wciąganiu tej pozycji na listę...

    Co do "Czerwonego Kapturka" - pisałam właśnie przed chwilą u Olitorii, że kiedyś na studiach prezentowałyśmy z koleżankami psychoanalityczną interpretację tej baśni :) Nie pytaj, kim w tej wersji byli wilk i leśniczy... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kim był wilk i leśniczy? :p

      W której klasie podstawówki???

      Usuń
    2. 2. Wg zaleceń ministerstwa w czwartej klasie.
      1. Wg Bettelheima obaj są figurami ojca Czerwonego Kapturka :D

      Usuń
    3. Dobra, ja wiem, że dorośli potrafią się czepiać i doszukiwać podtekstów, których pewnie dziecko nie zauważy. No, ale jeśli w grę wchodzi tekst o morderstwie to ja nie mogę. To się nawet nie nadaje do szkoły! No bo niby na jakiej podstawie taka opowieść ma być lekturą? Pamiętam jak zabierałam klasę do kina to musiałam umotywować film, napisać jakie ma wartości wychowawcze... A to? Niby co sobą prezentuje taka opowieść i czego uczy? No chyba, że właśnie tego co napisałam: uważaj za kogo wychodzisz, nie pchaj się tam, gdzie cię nie chcą itd.
      Mam nieodparte wrażenie, że ci ludzie tworzyli swoje "dzieła" na haju, albo w głębokim transie niewiadomego pochodzenia. Tak jak malarze, czy kompozytorzy. Ktoś w normalnych warunkach nie napisałby czegoś takiego dla dzieci, tylko stworzył thriller dla dorosłych. A ten gość Perrault to pochodził z bogatej rodziny i pewnie mu się nudziło...

      Usuń
    4. Moja teoria jest taka, że "Sinobrody" wcale nie był baśnią dla dzieci, tylko jakimś osobnym tekstem, które "wrażliwy inaczej" redaktor dorzucił do zbiorku dla najmłodszych - i tak już się przyjęło. Podobne losy spotykały też np. wiersze naszych rodzimych poetów.
      Pracowałam kiedyś w księgarni z pewną dziewczyną, która ułożyła całą serię horrorów w dziale dziecięcym tuż obok kolorowanek. Zapytana, czy nie widziała choćby po okładce, że zakrwawione czaszki niekoniecznie pasują do Kubusia Puchatka albo innej Pszczółki Mai, odparła, że "przyjechały w tym samym kartonie". Może "Sinobrodemu" zdarzył się podobny przypadek?

      Usuń
  3. Jako że obie z Olitorią macie wpis o tym samym :) napiszę to samo. . To wszystko tłumaczy dlaczego mam nierówno pod kloszem. Znałam wszystkie te baśnie wierszyki i rymowanki. Mama nam czytała. Teraz już wiem dlaczedo nie jestem w pełni normalna. Ale przynajmniej powód znam. Nie dałam się tylko nabrać na bajkę o księciu na białym koniu. Ni chu-chu….

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, niezły zbieg okoliczności co? No ja właśnie zachodzę w głowę jak udało mi się dobić do tego wieku tylko z takim ubytkiem jak mam ...

      Usuń
  4. uwielbiałam czytać Andersena . To pierwsza „duża” książka jaką czytałam umiejąc składać litery za zmianę z bajkami Charlesem Perrault . No ale dzisiejsza świnka Peppa z czymś na twarzy co na pewno nie przypomina ryja też powinna być zakazana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ja też uwielbiałam te baśnie, choć Sinobrodego itd nie pamiętam. Może moi rodzice mieli na tyle rozumu, by mi tego nie czytać. Zresztą pamiętam, że wiele bajek mama mi opowiadała, nie miałam książeczek tyle ile moje dzieci teraz. I to nie było takie złe, bo przynajmniej dobierała odpowiednie słowa. Nie mam nic przeciwko bajkom typu dobro-zło, ale na litość boską niech nie straszą dzieci na noc!
      Peppę akurat lubię, choć jak nie miałam dzieci to ta animacja mnie odrzucała. Jest tam sporo mądrych przesłań i przede wszystkim ładny angielski, bo puszczam dziewczynom tylko w oryginale.

      Usuń
  5. ZNALEZIONE W NECIE
    Smerfy” – klasyka wynaturzenia – kilkudziesięciu samców i jedna samica. Jak można dzieciom pokazywać tło zbiorowego gwałtu?

    „Muminki” – główni bohaterowie wykazują cechy obojnacze, a bajka obfita jest w akcenty psychotyczne – hatifanty, Buka. W dodatku jedyna postać przypominająca człowieka – Włóczykij – ma rys głębokiej depresji.

    „Żwirek i Muchomorek” – kolesie śpią w jednym łóżku, czy trzeba dodawać coś więcej?

    „Kaczor Donald” – wybitnie szkodliwy szatański pomiot, promujący kanibalizm. W jednej ze scen Donald razem z siostrzeńcami je kaczkę!

    „Gumisie” – podprogowa promocja narkomanii. Gumisie ciągle spożywają produkowany w ukryciu sok z gumijagód, po którym są nienaturalnie pobudzone.

    „Tom i Jerry” – poziom przemocy, który serwuje ta bajka bije na głowę kroniki policyjne, walki w klatkach i promocję na Crocsy w Lidlu.

    „Miś Yogi” – stary kleptoman Yogi wprowadza małoletniego Bubu w światek przestępczy, pokazując mu w każdym odcinku nowe techniki kradzieży. Jak chore jest to?

    „Krowa i Kurczak” – nie dość, że gender, to jeszcze międzygatunkowy. Twórcy sugerują, że mężczyzna i kobieta mogą mieć dzieci w postaci zwierząt i wychowywać je jak ludzi. Włosy mi się jeży na rękach, jak przywołuję te obrazy z pamięci.

    „Scooby Doo” – nie dość, że Kudłaty jest ciągle najarany i ma gastrofazę, to jeszcze faszeruje psa słodyczami. Zło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahaha, kochana umarłam :D Akurat czytałam na głos mężowi w samochodzie, więc mieliśmy oboje ubaw. On mówił, że niektóre teksty już gdzieś tam widział wcześniej, dla mnie to nowość. No i sama powiedz, kto to tworzył????

      Usuń
  6. Mi centralnie opadły witki przy czytaniu zbioru Baśnie i Legendy Polskie. O ile w miarę bez problemu przebrnęliśmy przez Złotą Kaczkę, Kwiat Paproci czy Szewczyka Dratewkę o tyle Świtezianka z motywem próby samobójczej z powodu niechcianej ciąży i zdrady kochanka to było dla mnie zdecydowanie za dużo. Na szczęście mojego dziecka kompletnie nie kręci typowa dziecięca literatura więc takie bajki czytamy niezwykle rzadko. Bajek, o których piszesz praktycznie nie zna. Zaczytujemy się w Neli Małej Reporterce, literaturze popularnonaukowej dla dzieci (przymierzałam już się do doktoratu z paleontologii, ichtiologii, anatomii, inżynierii lotniczej i motoryzacji) oraz … obrazkowym słowniku języka angielskiego (chyba czasem wolałabym tłumaczyć te trupy w szafie niż co to jest imadło… ;-) ). Swoją drogą wszystkie te lektury, również dla nas dorosłych bywają bardzo pouczające ;-) (szczególnie dowiedzieć się jak po angielsku jest rzeczone imadło, oraz odkryć, że ci wredni brytole każdy rodzaj śrubek nazwali inaczej ;-) ).

    Tak sobie też myślę, że jednak pokolenia wychowały się na baśniach Braci Grimm i Andersenie i z ich zdrowiem psychicznym było całkiem nieźle a może nawet lepiej niż ze zdrowiem psychicznym współczesnych dzieci, które za wszelką cenę staramy się chronić przed tym przysłowiowym trupem w szafie i krwią na podłodze. Sama miałam dwutomowe wydanie Baśni Braci Grimm (i nie żadne tam opracowanie/skrót itp. tylko zwykłe tłumaczenie z oryginału) i odkąd nauczyłam się czytać (czyli gdzieś tak mając 6-7 lat) wertowałam je w tę i z powrotem. Podobnie było z Andersenem.

    Z resztą dzisiejszym dzieciom na pewno nie trzeba bajek żeby uświadomiły sobie, że świat nie jest z lukru i czekolady. Nie wiem czy i jak Twoje dziewczyny wyłapują wiadomości z radia czy TV? My TV nie mamy ale radio jest u nas włączone prawie non-stop (zarówno w domu jak i w samochodzie). Radio ma to do siebie, że o pełnej godzinie podaje wiadomości. Mój syn ma niestety niebywałą zdolność do wychwytywania tych złych – nie odpuści żadnej katastrofie, powodzi, wypadkowi, zabójstwu, aresztowaniu, nielegalnej wytwórni papierosów, dziecku na śmietniku itp. itd. Nie da się zbyć zmianą tematu czy przełączeniem na inny kanał za to zadaje milion pytań – gdzie, dlaczego, po co, ile ludzi zginęło, dlaczego ten Pan/Pani to zrobił/a… Rozmowa z 5-latkiem (na dodatek adoptowanym i mającym tego świadomość) na temat noworodka znalezionego martwym na śmietniku (jeszcze pech chciał, że w sąsiedniej miejscowości) była dla mnie naprawdę sporym wyzwaniem.

    Aglaia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie pytanie jest takie, na ile te baśnie zaznaczyły piętno na psychice młodszych pokoleń ;) To, że przeżyły to oczywiste, ale nie wiemy, czy na przykład dorosły dziś nie ma lęków, czy nie jest bardziej agresywny, czy bardziej obojętny itd. Sama jednak książka myślę nie zrobi aż takiej krzywdy, ale w połączeniu z innymi elementami dzieciństwa myślę, że może się przyczyniać do kształtowania charakteru, czy osobowości.

      Jeśli chodzi o taki realny świat to myślę, ze troszkę się różnimy w podejściu do wychowania dzieci. U nas w zasadzie nie jest nigdy włączony telewizor ani radio, a tym samym dziewczyny nie mają dostępu do wiadomości. Jeżeli coś oglądamy to wtedy, gdy pójdą spać, albo czytamy na internecie (najprędzej) Jest włączona muzyka lub konkretne bajki, ale nie tak, że tv gra w tle. Nie wychowuję dzieci pod kloszem, ale nie chcę ich obarczać problemami dorosłych, na przykład znalezieniem martwego noworodka. Ich psychika jest jeszcze krucha i skoro ja nie rozumiem jak ktoś mógł tak postąpić, to jak dziecko ma to zrozumieć. A po co mu wiedzieć w wieku 5 lat o takich rzeczach, o morderstwach, o alkoholizmie, o biciu itd. To jest ten czas kiedy one żyją sobie w tej błogiej nieświadomości. Uczymy się o zagrożeniach jeśli chodzi o obcych, wiedzą, że ludzie są źli. Ale nie chcę, żeby brały udział w życiu dorosłych. Pomału będą do tego dorastać, ale na chwilę obecną niech są po prostu dziećmi. Niech żyją w świecie fantazji, niech się bawią, niech będą szczęśliwe, a nie przejmują się tym, że znaleziono noworodka na śmietniku. Obawiam się, że to mogłoby mieć taki skutek, że albo przyzwyczają się do tego od małego, że świat taki jest i jako dorosłe będą już na to obojętne, albo w sercu powstanie rana, którą trudno będzie zaleczyć.
      Dlatego dzieciom zostawiam to co dziecięce, my na razie ogarniamy świat dorosłych. W miarę upływu lat, pomału niech uczą się tego, co wiemy my. Przygotowujemy je na to bardzo świadomie.

      Usuń
    2. Fajnie, że udaje wam się wychowywać dziewczynki w zgodzie z tym co sobie założyliście. My chyba po prostu mamy inne charaktery ale też nasze dziecko ma inny charakter niż wasze dziewczyny i bardziej niż na fikcji i fantazji skupia się na tym co realne (jeśli fantazjuje to o tym, że tak jak Nela będzie nurkować z rekinami – po moim trupie ;-) ). Mi się po prostu wydaje, że od prawdziwego życia jednak trudno uciec. Można wyłączyć radio, TV, ograniczyć internet a jednak ta smutniejsza strona życia i tak nas dopadnie. Mieliśmy już w najbliższym otoczeniu przypadek śmierci, z którą jakoś trzeba było się pomóc dziecku uporać, rok temu odwiedzaliśmy siostrę w RDD więc trzeba było jakoś synkowi wyjaśnić dlaczego są tam też inne dzieci (o ile z niemowlakami było prosto o tyle wytłumaczenie dlaczego są tam dzieci w jego wieku już nie…), byliśmy kiedyś na urlopie w Bośni i Hercegowinie gdzie po prostu ślady trudnej historii są na każdym kroku. Nie żyjemy nieszczęściem ale jednak syn ma świadomość, że życie nie zawsze jest usłane różami. I nie wydaje mi się żebyśmy przez to wychowywali dziecko nieczułe na nieszczęście a wręcz przeciwnie. Może zabitą łanią w książce się nie przejmie ale jednak oddaje część kieszonkowego na pomoc dzieciom, którym jest gorzej niż jemu. Ostatnio bardzo się wkurzył na pewien absurd pokazany w jednej z bajek animowanych gdzie dobry uczynek jednej z postaci obrócił się przeciwko temu, komu chciano pomóc. Wydaje mi się, że jak na 6-latniego chłopca jest dość wrażliwy.
      Rozmowa o tym nieszczęsnym noworodku chyba na początku była trudniejsza dla mnie niż dla niego. Ustaliliśmy, że ta mama pewnie nie mogła sobie poradzić z wychowaniem tego dziecka, nie miała żadnego wsparcia i stąd zdecydowała się na taki a nie inny krok, którego pewnie kiedyś będzie żałować. Mój syn skonkludował to jeszcze stwierdzeniem, że jak nie mogła wychować tego dzidziusia to mogła pójść do sądu i to powiedzieć a wtedy dzidziuś miałby nową rodzinę, która by go kochała. To mi pokazało jak mądre i dojrzałe mam dziecko.

      A z tą muzyką to też może być różnie. Mój miewa fazę na pytanie co ten Pan/Pani śpiewa. Pół biedy jak śpiewa, że jest lato, słońce świeci i jest super impreza. Gorzej jak to „Ja Pas” Nosowskiej albo „Zombie” Cranberries…

      Aglaia

      Usuń
    3. Aglaia, nie zgodzę się z Tobą, że to kwestia charakteru dziecka. Twój syn dostaje to, co mu serwujecie. U nas na przykład dziewczyny interesują się kosmosem, planetami, ale tylko dlatego, że mąż się tym interesuje. Oglądają razem start rakiety, czytają o planetach, oglądają filmiki o kosmosie i kosmonautach. Część 4-latków nie ma pojęcia na jakiej żyje planecie, a nasze dziewczyny wymienią większość z naszego Układu Słonecznego. Czy to ich charakter? Nie, choć zgodzę się z tym, że nie każde dziecko się w to wciągnie. Tak samo jak z baletem, część koleżanek odpadła w ciągu roku a one zostały do końca. I tak samo z Nelą, jeden wsiąknie, drugi nie. Natomiast dla mnie to zupełnie coś innego, inny temat do dyskusji. Ja też mogę powiedzieć, że dziewczyny są odważne, że nie boją się wody, bo tak jest - zjeżdżają z takich rur, z których niejedno starsze dziecko bałoby się spojrzeć z góry. Ale to nie tylko wrodzona miłość do wody, to praca nad nimi, żeby tej wody się nie bały, żeby ją zaprezentować ją jako coś fajnego. Gdybym opowiadała o niebezpieczeństwach jakie na nie czyhają to nie sądzę, że tak by to lubiły.
      No, ale wracam do tematu. Ja po prostu mówię stanowcze nie wciąganiu dzieci w świat dorosłych. Niech dziecko zostanie sobie dzieckiem i powoli dorasta do dorosłości. To nie jest tak, że ja je izoluję, ale sama nie mam potrzeby oglądania w kółko TVN24 na żywo, jak to robi większość moich znajomych od pierwszej chwili jak tylko się obudzą. Ileż można tego słuchać. W samochodzie słuchamy piosenek dla dzieci, bo dziewczyny lubią pośpiewać, tak szczerze mówiąc nawet nie ma kiedy im włączać nawet radia, żeby te wiadomości słyszały. W domu bawią się, a muzyka leci w tle jeśli w ogóle. Nie siedzą i nie wsłuchują się w słowa, nie analizują Nosowskiej, a jeśli coś złapią to cóż, wytłumaczę, powiem co i jak. Elsa bardzo lubi piosenkę "Zabierz mnie do gwiazd, ten kolejny raz" czy jak to leci. No i piosenka dla niej jest o gwiazdach, mam jej tłumaczyć podteksty? Kiedyś zrozumie. Przyjdzie na to czas.
      Jak wiesz my też sporo podróżujemy i oczywiście gdy trzeba coś tłumaczyć to tłumaczymy. Tak było z Katedrą Notre Dame, widziały w tv jak się pali, potem w Paryżu też im przypominaliśmy. Samo życie. ALe nigdy przenigdy nie naraziłabym dziecka na analizowanie historii zabitego noworodka. Według mnie dziecko nie powinno takich rzeczy wiedzieć. Po co mu ta wiedza. Po co zastanawianie się co czuła matka zabijając swoje dziecko. Po co analizować czym się kierowała. Większość dorosłych nie rozumie dlaczego matki oddają dzieci do adopcji a co dopiero morderstwo.

      Dzieci są naszym odzwierciedleniem. Nasze lubią podróżować, bo robią to z nami od małego. Potrafią wysiedzieć cały dzień w samochodzie, bo są tego nauczone, trudno, żeby nagle maluch, który najdalej jeździ z mamą do centrum handlowego wysiedział choćby godzinę. I skoro ja nie mam za bardzo ochoty analizowania patologii w postaci zabijania swojego potomstwa, to nie będę tym zatruwać moich dziewczyn. Ich psychika nie jest na to gotowa, choć mogą to sobie najmądrzej tłumaczyć jak tylko potrafią.

      Usuń
    4. Akurat trudno mi się zgodzić, że dziecko zawsze dostosuje się do tego co mu zaserwuje rodzic. Czasem tak, czasem nie. Ile raz byłaś z dziewczynami na przedstawieniu baletowym zanim zechciały się rozwijać w tym zakresie? Znają na pamięć fabułę Dziadka do Orzechów? Puszczałaś im od małego Jezioro Łabędzie? Wydaje mi się, że pisałaś kiedyś, że to właściwie była ich decyzja.

      Jak pewnie pamiętasz nasz syn gra w piłkę. Ale nie dlatego, że tata jest niespełnionym piłkarzem. Mój mąż piłki nie cierpi, meczów nie ogląda. Mały jednak bardzo to lubi, pierwszy raz kopnął piłkę (i się nie przewrócił) tydzień po tym jak zaczął samodzielnie chodzić. Tata dzielnie wozi go na treningi a nawet był z nim na prawdziwym meczu. We wrześniu pewnie zaczniemy czwarty sezon treningów.

      Z naszych pasji udało nam się w nim zaszczepić na razie dwie – narty i podróżowanie. Reszta jego dziecięcych zainteresowań to jego wybór, który staramy się wspierać mimo, że daną pasję nie zawsze podzielamy i czasem trudno nam zdzierżyć czytanie o budowie silnika odrzutowego (nawet jeśli jest to opisane przystępnym językiem dla dzieci).

      Jeśli chodzi o kształtowanie gustu literackiego mojego dziecka to akurat włożyliśmy sporo wysiłku w to żeby klasykę literatury dziecięcej poznał i polubił. Mamy całkiem nieźle wyposażoną biblioteczkę od Brzechwy i Tuwima, przez Puchatka, Paddingtona i Dr Dollitle, serię „Poczytaj mi mamo”, po Astrid Lindgren. Korzystamy też z zasobów nieźle wyposażonej biblioteki. Moim marzeniem było wspólne czytanie Puchatka, którego uwielbiam. Cóż z tego skoro dziecko przy tym nudziło się śmiertelnie, nie bardzo potrafiło powiedzieć o czym jest dane opowiadanie. Jedynym „klasykiem” przy którym mój synek świetnie się bawi jest Mikołajek, który skąd inąd wydawał mi się za trudny dla 5-6 latka a jednak jemu się spodobał a przy tym dał przyczynek do paru ciekawych rozmów chociażby o tym, że „fanga w nos” nie jest najlepszym sposobem rozwiązywania konfliktów ;-) . Za to jak wytargał u moich rodziców jakąś książkę mojej siostry (albo nawet moją) o dinozaurach to przepadł w tym temacie bez reszty (nikt z nas wielkim fanem tych stworów nie jest). Podobnie było z samochodami i samolotami (chociaż być może tu jest trochę naszej winy i kilkanaście podróży samolotem nieco rozbudziło tę ciekawość). Nelę sam wypatrzył w bibliotece. Tak więc naprawdę są dzieci, które żyją tu i teraz z większą chęcią zagłębiają się tajniki budowy samolotu niż w przygody pluszowego miśka mimo, że rodzice woleliby im przybliżać to drugie. W jednym i drugim moim zdaniem nie ma nic złego. Przy czym przy dzieciach, które wolą świat fikcji rodzic być może musi się wykazać większą czujnością w doborze lektur bo jak widać nie wszystkie są dla odpowiednie dla danego dziecka mimo, że uchodzą za pozycje uniwersalne. Z resztą od jakiegoś czasu mój syn sam wybiera sobie w bibliotece książki – ja tylko akceptuję czy się nadają. Dużo większą wagę przywiązuję do tego co ogląda na tablecie i w TV u babci bo widzę, że ekran ma dużo większą – potencjalnie negatywną – moc.

      Z typowo dziecięcych piosenek sam jakiś czas temu zrezygnował ale zanim to się stało to 3 urlopy przejeździłam z dwoma płytami Arki Noego, Fasolek, Hitów Rybki Mini-Mini itp. Zebrałoby się tego pewnie ze 12 tys przejechanych kilometrów (nie liczę ile razy puściłam to w domu). Z ulgą przyjęłam wiadomość, że on już nie chce tego słuchać i rozkoszuję się czasem kiedy młodsza tańczy do wszystkiego od Tańców Węgierskich po Robiego Williamsa. Swoją drogą wiesz co bywa hitem bali karnawałowych w przedszkolach w mojej okolicy? Ruda tańczy jak szalona, Przez twe oczy zielone i Miłość w Zakopanem. No klasyka muzyki dziecięcej ;-) .

      Aglaia

      Usuń
    5. Dziewczyny szaleją z dziadkami, więc mogę od razu odpisać ;)
      Aglaia, nie zrozumiałyśmy się. Ja podałam tylko przykład, że to rodzic w wielu przypadkach kieruje dzieckiem i tym co mu prezentuje. Przynajmniej na początku. Tak jak z planetami, czy wodą. Oczywiście może się to dziecku spodobać lub nie, ale to my kierujemy tym, czy chcemy im to pokazać, czy nie. Gdybyś Ty nie czytała synowi o Neli to nawet by jej nie znał, póki nie zobaczyłby u kogoś innego lub w szkole. Masz rację w tym co piszesz o zainteresowaniach, ale to kompletnie inny temat (nota bene również ciekawy, można się w niego zagłębić) Ty piszesz o tym skąd się biorą zainteresowania u dzieci, że dziecko może lubić coś, czego nie lubią rodzice. Z baletem to jest właśnie taki przykład. Ale to zupełnie coś innego. My piszemy tutaj wyłącznie o tym jakie książki wybieramy dla dzieci. Oczywiście, że każde dziecko lubi coś innego, dlatego u nas w domu na dobranoc każda z córek wybiera to co chce. Nigdy nie czytamy tylko jednej książeczki. Młodsza kocha miśki, więc ona wybierze np. Puchatka, starsza lubi księżniczki i takie życiowe opowieści i niech takie wybiera. Ale zdarza się, że jest odwrotnie. Akurat starsza ma fazę "misiową" Ale my jako rodzice mamy wybór w kontekście kupienia/wypożyczenia danej książki lub nie. A ja wybieram nie czytać dziecku o Sinobrodym. Nie zmuszam ich, żeby lubiły to co ja, ale podaję różne możliwości. Albo będą chciały to czytać, albo nie. Oczywiście z przedszkola przynoszą historie, których nie znamy, w szkole też będą nowe możliwości. Mnie chodzi o to, że jako rodzic wybieram, jakie książki kupię i czy puszczam dziecku wiadomości. Jeżeli gdzieś tam przypadkowo coś usłyszą (na to nie mam do końca wpływu) to poważna rozmowa będzie potrzebna. Póki co, niech moje dzieci pozostaną dziećmi.

      Usuń
  7. Moja mama zawsze mi opowiadała, że jak byłam mała to wolałam układać klocki, przebierać lalki, a nie słuchać bajek. Dlaczego? Jestem chyba osobą bardzo wysoko wrażliwą, przy oglądaniu bajki o mamie kuropatwie, która zgubiła swoje jedno malutkie dziecko - małą kuropatewkę, tak się rozryczałam, że nie chciałam słuchać ani chwili dłużej. I nic, że za minutę maluch się odnalazł, że już mama szła razem z dzieckiem, ja nie mogłam pojąć jak mama może zgubić dziecko??? Tyle w temacie. Czerwony kapturek i reszta brygady to byłaby dla mnie klasyka horroru, więc poznałam to dopiero w szkole.
    A że bajki dla dzieci często są okropne w treści, do tego grafika tych bajek raczej straszy, to zgodzę się z Tobą w 100%, że trzeba te treści filtrować przed zakupem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no właśnie. Nawet na szkoleniu w OA pani mówiła, żeby nigdy nie mówić dziecku, że się zgubiło i mamusia je odnalazła (w sensie adopcji), bo dla dziecka zgubienie mamy to najstraszliwsza rzecz, jaka może się przydarzyć. My dorośli według mnie powinniśmy patrzeć na bajki, na to co mówimy, oczami dzieci, bo tylko tak możemy zrozumieć to, jak one to odbiorą.

      Usuń
  8. Moja "ulubiona", opowiadana zreszta przez ukochana babcie (nie wiem co ona myslala... :D) byla bajka (nie pamietam niestety tytulu, a moze wyparlam go z pamieci zeby nigdy nie szukac, haha) o krolewnie poslubionej przez krola, ale znienawidzonej przez tesciowa. Stara krolowa przechwycala kazde dziecko urodzone przez krolewne, noworodki wrzucala swiniom na pozarcie, a dziewczynie smarowala usta krwia zeby wygladalo jakby ona sama pozerala swoje dzieci. Boszzzz... Jakie ja mialam koszmary po tej bajce! I kto to w ogole wymyslil?!
    Wyobrazam sobie teraz, ze czytam to moim dzieciom, ktore ostatnio poplakaly sie i nie chcialy ogladac do konca "Dumbo", bo slonik zostal rozdzielony w bajce ze swoja mama... A Bi, kiedy w ksiazkach dzieje sie cos trzymajacego w napieciu, gryzie paznokcie jeczac, ze sie boi (ale ze mam czytac dalej :D).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, to coś w stylu boję się tego filmu, zakrywam oczy, ale i tak podglądam między palcami :D:D
      A Ty wiesz, że ja nie kojarzę tej bajki o królewnie znienawidzonej przez teściową? To co opisujesz to horror! Ja nie wiem co brał ten autor!! Może dla starszego dziecka jest to taki thriller, no, ale mimo wszystko.... Jak się dowiesz jaki to tytuł to daj znać. To tak, gdybym chciała kiedyś kupić tę bajkę...

      Usuń
  9. Tak mnie jeszcze naszło po przeczytaniu komentarzy. Może my po prostu za wcześnie chcemy czytać dzieciom te wszystkie baśnie. Jeśli w ogóle je czytać to może wiek (wczesno)szkolny jest ku temu odpowiedniejszy niż przedszkolny. W końcu nie na darmo ten Sinobrody jest lekturą w czwartej klasie a nie w drugiej (pomijam sens umieszczania takiej baśni w kanonie lektur chodzi mi jedynie o wiek). Spojrzałam też na wykaz lektur – w klasach 1-3 są wybrane baśnie Andersena (który jakkolwiek w niektórych przypadkach pewnie trudny emocjonalnie dla niektórych dzieci – np. Dziewczynka z zapałkami czy nawet Calineczka) to jest jednak zdecydowanie mniej „krwawy” niż bracia Grimm czy Perrault, którzy pojawiają się dopiero w klasach 4-6. Swoją drogą nie widzę tam z nazwy wskazanego nieszczęsnego Sinobrodego więc z czego to wynika, że akurat ta pozycja ma być omawiana? Są tylko ogólnie wskazane baśnie Pana Perrault więc w sumie dlaczego dzieci katować Sinobrodym a nie Kopciuszkiem?

    Swoją drogą pamiętam, że niby klasyczne bajki Disneya jak właśnie wspomniany Dumbo, inny Bambi, 101 Dalmatyńczyków czy Król Lew nawet we wczesnej podstawówce wywoływały u mnie fontanny łez. Dużo większe niż nieszczęsna Śpiąca Królewna czy inny Jaś & Małgosia.

    Aglaia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aglaia, na pewno masz rację, że za wcześnie. Tylko czy taka dziewczynka wczesnoszkolna będzie się podniecać tak księżniczkami jak 4-5 latka. Pewnie nie. Część z tych wydań jakie mamy to takie z grubymi kartkami, jak nic przygotowane dla maluchów. W przedszkolu też to czytają, a na koniec roku rodzice robią przedstawienie. Trudno więc uniknąć tych historii. Więc tak jak napisałam,czytając, gdzie trzeba zmieniamy słowa, albo staramy się nie rozczulać aż tak bardzo, żeby dziewczyny się nie nakręcały. Tak jak w tej książeczce o Królewnie Śnieżce, gdzie leży zabita łania i przeżywają "o jaka biedna" to mówimy "Tak, bardzo biedna" i czytamy dalej, bez zatrzymywania się i kontemplowania tego faktu.
      Ogólnie mam takie wrażenie, że w dzisiejszych czasach dzieci mają dostęp do tak dużej przemocy, że niestety stają się obojętne i brak im empatii. Zatracone w grach komputerowych, w świecie internetu, nie odróżniają prawdziwych emocji od tych wirtualnych. A przecież raniąc człowieka, naprawdę boli...
      I jak w tej sytuacji chcielibyśmy, żeby ktoś zrozumiał naszą niepłodność, nasze nieszczęście, nasze problemy. Świat jest zły. Przecież przyzwyczailiśmy się do tego od dziecka. Każdy żyje swoim życiem...

      Usuń
  10. Czyli jednak! Miałąm kupić Andersena Bobowi za jakiś czas...ale jeszcze się zastanowię. Póki co Bracia Grimm w moim rankingu prowadzą - a nie chodziłam jeszcze do szkoły kiedy je dostałam. Do dzisiaj pamiętam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tia, jak nie chcesz, żeby Twoje dziecko miało ubytek na psychice to koniecznie przeczytaj każdą bajkę w sklepie zanim ją kupisz ;)

      Usuń