poniedziałek, 30 września 2019

Gdy mocy i dziecka brak.



Wczoraj byliśmy na festynie parafialnym w naszej okolicy. Było fajnie, darmowe kiełbaski z grilla, ciasto, dmuchańce, karuzela, czyli wszystko czego potrzeba dzieciom, by fajnie spędzić niedzielę :) No, ale nie o tym chciałam wam dziś napisać.  Odbyły się również dwa koncerty, jeden dla dorosłych i jeden dla dzieci. W trakcie tego drugiego padła zapowiedź piosenki dla wszystkich mam: bo mamy są wyjątkowe, mają moc, której nie ma nikt inny. I tu pytanie: co to za moc? Nikt nie wiedział, więc usłyszeliśmy, że to moc rodzenia dzieci. No i przy aplauzie zespół zaśpiewał piosenkę. Rozejrzałam się dookoła i pomyślałam sobie, że pewnie wśród tego tłumu są tacy ludzie jak my, tacy, którzy nie mogli tego dziecka mieć i tacy, którzy jeszcze się starają. I jakoś tak poczułam się dziwnie. Dziś rano, gdy ubierałyśmy się do przedszkola, moja młodsza córka zapytała mnie: "Mamusia, a czemu ty nie miałaś mocy, żeby urodzić dzidziusia?" Trudne pytanie. Przez chwilę przez myśl przeszło mi, że może dlatego, że za słabo się modliłam, no, ale znam osoby, które modliły się bardzo dużo, a ciąży też się nie doczekały. Odpowiedziałam więc, że nie wiem dlaczego, że niektóre mamusie pragną mieć dzidziusia, ale nie mają mocy, by je urodzić. "I wtedy te dzieci rodzą się z innych brzuszków?", zapytała Elsa. Tak, a mamusie mają za to moc w serduszku, by pokochać dzieci takie dzieci, które urodziły się gdzie indziej. Potem opowiedziałam im kolejny raz jak pojechaliśmy po nie, jak czekały z innymi dziećmi i jak cieszyliśmy się, że jesteśmy już razem. Do przedszkola wpadłyśmy w ostatniej chwili. Nie planowałam takich rozmów na dziś rano, ale cóż, taka była potrzeba. Zgodnie z radą pani psycholog nie podejmuję na siłę tematu adopcji. Tak jak mi powiedziała, dziecko już wie i ono samo przyjdzie z pytaniami. A ja mam być gotowa, by na nie odpowiedzieć. Chyba nie bardzo byłam gotowa, by powiedzieć dlaczego nie miałam mocy, by urodzić. Może po prostu musi być równowaga w przyrodzie. Dziecko samo w sobie jest darem, obojętne, czy mamy moc je urodzić, czy nie. 

Dobrego tygodnia kochani.

12 komentarzy:

  1. Kurcze, niby takie nic, niby tylko koncert o dziecięca piosenka...Izzy, piszesz, że dzieci wiedzą. Jak myślisz, co mówić takiemu 2,5-latkowi? Czuję, że mówienie do niego, że jest naszym cudnym, adoptowanym synkiem, nie wystarcza. Książeczkami jeszcze nie jest zainteresowany oprócz jednej, może znasz, "Une maman pour Choco", super bajka. Ale wątpię, żeby kojarzył ją z naszą sytuacją, mimo że mówimy, że on też tak znalazł mamę i tatę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jedna piosenka, a zobacz jak one jednak słuchają, nawet byś nie pomyślała, że zwrócą na to uwagę, a tu proszę. Sonadora, znasz moje zdanie na temat jawności adopcji, nie zmieniłam go i trzymam się tego, czego nauczyłam się od mojej pani pedagog, bo ona ma to coś, wiesz taki dar, trudno mi to opisać. Dla niej dziecko jest zawsze na 1 miejscu i jest bardzo empatyczna, więc wszystko co radzi jest dla jego dobra i oparte jest na jej doświadczeniu. Ja się tego trzymam i gdy tylko mam okazję to rozmawiamy o tym i cały czas powtarza, że to co robię, robię dobrze.
      U nas wyglądało to tak: mniej więcej jak starsza córka miała właśnie te 2.5 roku przygotowałam album ze zdjęciami i krótkimi opisami. W zasadzie tyle. Jak jest okazja to mówiłam, że ich nie urodziłam (np. jak jakaś mama koleżanki była w ciąży) Pytałam moją panią, czy podejmować ten temat to powiedziała, że nie. Że dziecko wie i skoro nie pyta to znaczy, że na obecną chwilę to co wie mu wystarcza i nie ma potrzeby wiedzieć więcej. Gdy będzie gotowe to przyjdzie po szczegóły. (raz przypomniałam Elsie to zdziwiona zapytała, czemu pytam, przecież ona pamięta) Powiedziała mi też(pani,nie córka ;)), że rodzice często fundują dzieciom traumę mówiąc im zbyt dużo zbyt wcześnie, gdy one tego jeszcze nie rozumieją. Nie wyobrażam sobie, żebyś powiedziała Rysiowi, że on ma dwie mamy, Rudzik ma jedną, Rysia nie mogłaś urodzić a Rudzika już mogłaś. Jejku dorosły by tego nie ogarnął. Dla nich jesteś najważniejsza na świecie :))
      Czasem opowiadam też dziewczynom o innych ludziach np. jak spotkaliśmy się z innymi parami oczekującymi na telefon to mówiłam, że czekają na dzidziusia tak jak my. Wiesz, tak życiowo. Szczerze mówiąc mogłabym powiedzieć im wszystko, ale takie dawkowanie tej wiedzy według mnie jest lepsze, bo dostają ją wtedy, gdy są gotowe pewne rzeczy przyjąć. Mają całe życie na to, by pogodzić się z tym, co się wydarzyło. Niczego nie będę ukrywać, ale na razie chcę, żeby miały fajne dzieciństwo :)
      Trzymam za Was mocno kciuki, masz o wiele trudniej niż ja ze względu na biologiczne i ado dziecko. Buziaki

      Usuń
    2. No właśnie, kiedyś myślałam, że powiem mu że NIESTETY nie mogłam go urodzić, bo mam chory brzuszek. Jak urodził się Rudzik, to "niestety" automatycznie zniknęło. No bo jego niestety, a już Rudzika stety? Czyli że jeden jest lepszy, drugi gorszy? I brzuszek już nie był chory? Póki co, przy okazji, mówię mu np, że długo go szukaliśmy. Dziś mówił o domku, że to jest nasz domek. Więc poszłam tym tropem i opowiedziałam mu, że do tego do ku przywieźliśmy go ze szpitala,gdzie na nas czekał, że zadzwoniła do nas pa i powiedzieć, że chyba znalazł się nasz synek i żebyśmy szybko po niego przyjechali. I że był taki malutki i czekał na nas, na mamę i tatę. Póki co tyle. I masz rację z tą traumą, i tak jest mu trudno. Boje się tylko, żeby nie przegapić tego momentu i żeby nie dopuścić do takiej sytuacji, że nagle trzeba powiedzieć o adopcji. Od początku chcieliśmy, że y to samo naturalnie wyszło w rozmowach.

      Usuń
    3. Ekspertem nie jestem, ale według mnie świetnie sobie radzicie opowiadając takie historie. To lepiej działa niż książeczki, które mogą być dodatkiem, ale nie zastąpią takiej prawdy, która dotyczy konkretnego dziecka. Wydaje mi się, że u Was każde słowo, każde zdanie może mieć znaczenie. Zgadzam się w 100%, że dziecko może dorobić sobie teorię lepszy/gorszy syn. Niestety. Wiesz, kiedyś tak sobie myślałam, co by było, gdybym miała dzieci biologiczne i adoptowane. I nie wymyśliłam nic nowego. Tylko to, że kluczowym będzie tu oczywiście równe traktowanie dzieci. I tyle. A małemu Rysiowi, gdyby zapytał jak to było z brzuszkiem to może powiedzieć prawdę, że "brzuszek się nareperował" dzięki temu, że właśnie jego adoptowaliście? Kto wie, czy gdyby nie adopcja mielibyście Rudzika. A tak to wszystko poskładało się tak jak miało być. I na pewno nie podchodziłabym do adopcji tak wiesz, poważnie, tylko tak życiowo mówiąc jak jest, jakie to wszystko jest niezbadane i jak się ułożyło wspaniale, że macie 2 synków. Jak dzieci będą czuć się kochane to wszystko się ułoży, a Wy przecież dajecie im tyle miłości, że musi być dobrze :)
      Tak przy okazji z ciekawości powiem Ci, że kiedyś moja pani z OA opowiadała mi, że paradoksalnie te dzieci ado są bliżej związane z rodzicami niż biologiczne. Bo gdzieś o tę więź inaczej się dba, a i samo dziecko ma poczucie, że są to najważniejsze dla niego osoby. Opowiadała, że często też pomagają temu biologicznemu dziecku swoich rodziców i lepiej opiekują się rodzicami jak już są starsi. To tak z ciekawości i ich doświadczeń w ośrodku. Lubię słuchać takich historii, bo nasze jeszcze się piszą, a tu już dorosłe, ukształtowane dzieci, widać jaka ta adopcja była.

      Usuń
    4. Dzięki, jakoś mnie to pociesza. Wiesz, my będziemy musieli zmierzyć się z jeszcze jedną prawdą. Prawdą o Rysia biologicznym rodzeństwie, które zostało w RB...

      Usuń
    5. To jest jeszcze jeden trudny wątek adopcyjny :( Omawialiśmy go na zajęciach pamiętam. Pani opowiadała nam historię chłopca, pochodzącego z wielodzietnej rodziny, gdzie było już 5 dzieci, a on jako szósty został oddany do adopcji, ponieważ rodzice stwierdzili, że kolejnego dziecka nie wykarmią (no szkoda, że wcześniej o tym nie pomyśleli, ale pomijam) Bardzo trudno było mu się pogodzić z tym, że został odrzucony, ponieważ pomimo miłości rodziców ado, nie potrafił zrozumieć dlaczego on jedyny nie mógł zostać. Co było z nim nie tak, że go oddali. I odczucia były trochę podobne do dziecka rodziców po rozwodzie, czyli może gdybym był ładniejszy to by mnie nie zostawili? Może gdybym tak nie płakał jako niemowlę to zdecydowaliby się? itd. Paradoks jest taki, że on wcale nie chciał z nimi być, był szczęśliwy, ale nie mógł pogodzić się z samym faktem.
      Podobno niektóre dzieci tak mają, trudno im zaakceptować odrzucenie, po innych to spływa. Pewnie sporo zależy od osobowości i poczucia własnej wartości. Plus jeśli środowisko jest sprzyjające to też wiele pomaga (mam na myśli choćby dobrych kolegów, nie takich, którzy się naśmiewają i poniżają)
      Zobaczysz jak się u Was wszystko potoczy, powiedz prawdę, że widocznie tak było najlepiej a jak będzie chciał wiedzieć więcej to powinien zapytać MB jak będzie już dorosły. Myślę, że maluchowi nie ma co wspominać o rodzeństwie, bo po co. Nie ogarnie tego swoim rozumem i może być sfrustrowany. U mojej znajomej była taka ciekawa sytuacja, że dziecko wiedziało, że ma gdzieś rodzeństwo, ale wspominało o tym na początku, potem już nie. Co ciekawe, opowiadało innym, że jest jedynakiem. Gdzieś tam w głowie dziecko wyparło tę wiedzę. Ale ona jest. I wróci w odpowiednim czasie.
      Nam psycholog radziła nie podawać zbyt wielu szczegółów adopcji i decyzji o niej, bo to nie nasza decyzja i nie możemy za nią odpowiadać. Możemy przedstawić tylko fakty. I według mnie to dobra rada. Są kobiety, które nie mogły wychować, są takie, które przegapiły moment aborcji i takie, które chciały urodzić, ale nienawidziły ciąży. Są też takie, które długo nie wiedziały, że będą mieć dziecko, bo ciągle były nietrzeźwe, albo pod wpływem narkotyków. Dlatego lepiej oszczędzić dziecku szczegółów i po prostu pomóc mu pogodzić się z porzuceniem.

      Usuń
  2. Z tymi rozmowami to jest tak, że nie znasz dnia ani godziny. Trzeba być gotowym zawsze i wszędzie a mimo to pewnie i tak dzieci wiele razy nas zaskoczą zarówno samymi pytaniami jak i miejscem i czasem ich zadania.

    Co do rozmów o adopcji z bardzo małym dzieckiem to mój syn też nie kupował tradycyjnych adobajek gdzie zamiast dzieci występowały zwierzaczki, wróżki itp. Jak miał z grubsza 2,5 roku opowiedziałam mu po prostu bajkę o nas. O mamie i tacie, którzy nie mogli mieć dziecka bo mama miała chory brzuszek. O mamie, która miała dziecko (jego konkretnie) w brzuszku ale nie mogła go wychowywać. O Pani I., która pomaga takim rodzicom jak mama i tata odnaleźć dzieci i takim mamom jak ta, która go urodziła odnaleźć rodziców dla dzieci.
    O tym jak czekał w takim specjalnym miejscu aż Pani I. pozałatwia wszystkie dokumenty żebyśmy mogli się spotkać. O tym jak do niego jeździliśmy i jak przywieźliśmy go do domu. A potem żyli długo i szczęśliwie ;-) . Najzabawniejsze jest to, że kilka dni temu syn dalszy ciąg tej bajki opowiedział swojej siostrze (jak bardzo chciał mieć rodzeństwo, rodzice pojechali do Pani I., pani długo szukała aż znalazła S. u cioci J., jeździliśmy do niej, zabraliśmy do domu i żyliśmy długo i szczęśliwie).

    Gdybym urodziła biologiczne dziecko to pewnie w bajce pojawiłby się wątek uzdrowionego brzuszka (dzięki lekarzom ale też i starszemu rodzeństwu). Takie są przecież fakty. Już to kiedyś pisałam – dziecko nie rozbija g… na atomy i nie będzie dochodziło jakim cudem brzuszek się uzdrowił (chociaż pewnie jak będzie starsze temat może wrócić). Przyjmie do wiadomości i tyle. Mój syn zresztą marzy o tym żeby mój brzuszek wyzdrowiał bo wtedy mogłabym mu urodzić też braciszka – więc chociaż on i siostra są dziećmi adoptowanymi to syn jakoś w pełni akceptuje to, że w naszej rodzinie mogłoby się pojawić dziecko z mojego brzucha. Dla niego na razie nie ma różnicy – dziecko to dziecko. Z resztą spotkałam się też z sytuacją odwrotną – nasi znajomi długo starali się o drugie dziecko. Kiedyś ich syn powiedział, że powinni zrobić tak jak rodzice B. – pójść do Pani I. i ona im znajdzie siostrę albo brata dla niego – wcale nie muszą być z brzucha mamy.

    Ja też nie jestem za wciskaniem wszędzie na siłę tematu adopcji. Po bajce kiedyś poruszyłam z synem ten temat bo wydawało mi się, że cisza w temacie jest dość długa. Burknął coś na zasadzie „przecież wiem”. Temat wraca sam, od czasu do czasu, raz częściej raz rzadziej.

    Aglaia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Zawsze trzeba być gotowym i podejść do tego na luzie, bo tak jak mówisz i tak nas zaskoczą dzieciaki :) Ja nie przypuszczałam, że one tak zwrócą uwagę na to, co powiedział zapowiadający piosenkę. My tak jak napisałam wyżej też nie wracamy do tematu, bo pewnie znów wyjdę na durnia, że "już o tym mówiłam" Jedyne co robimy to oglądamy stare zdjęcia i dziewczynki pytają, czy tu już były na świecie, czy młodsza już była, lubią słuchać jak po nie pojechaliśmy, co było dalej, lubią jak opowiadamy o sobie jak się pokochaliśmy i takie tam.
      Bajki adopcyjne są dobre może jako dopełnienie, bo jednak każde dziecko niesie za sobą inną historię, inny bagaż. Trudno mówić maluchowi, że jedna mama szukała dziecka a druga szukała dla niego rodziców poprzez panią, jeśli dziecko zostało jej odebrane po interwencji a ona sama się nad nim np. znęcała. Dlatego właśnie fajnie według mnie opowiedzieć własnymi słowami jak to było wszystko. No i oszczędzić szczegółów jeśli takowe mogą zranić.

      Myślę, że z drugim dzieckiem tak jak u Was jest fajnie i dla jednego i dla drugiego, bo syn w zasadzie uczestniczył w całym procesie adopcyjnym, więc wiele rzeczy widzi i przeżywa. U mnie tak nie było, bo starsza nic nie pamięta.
      Moje też wspominały, że może brzuszek wyzdrowieje, ale stwierdziłam, że niestety nie. Potem pogadaliśmy sobie, że w sumie fajnie byłoby mieć dzidziusia w domu, dziewczyny by pomagały, woziły w wózeczku i takie tam.
      Tak jak piszesz, dziecko nie rozkłada na czynniki pierwsze tej wiedzy, przynajmniej na razie. Z biegiem czasu jestem pewna, że jednak będą chcieli wiedzieć więcej i więcej zrozumieć.

      Usuń
  3. Dlatego napisałam, że to nasza bajka – każdy musi ułożyć sobie swoją. Z resztą dla siostry będę musiała ją nieco zmodyfikować ale na to mam chyba jeszcze trochę czasu. Nie jestem też specjalnie za oszczędzaniem dziecku raniących szczegółów – wolałabym żeby o wszystkim co wiem dowiedziało się ode nas, zanim podejmie decyzję o ewentualnym spotkaniu z RB. Tylko wszystko w swoim czasie.
    Jedyną „bajką adopcyjną”, którą moje dzieci tolerują to wierszyk „Jeśli bocian nie przyleci”. Syn już trochę z niej wyrósł ale odświeżamy sobie przy córce ;-) . Moim zdaniem bajki są dla rodziców – pozwalają oswoić się z tematem i pomagają zbudować własną historię.
    Jedno z naszych dzieci też pochodzi z wielodzietnej rodziny gdzie część rodzeństwa została w RB a dodatkowo część jest w innej RA (utrzymujemy z nimi w miarę regularny kontakt). Tak więc z tym tematem też przyjdzie się nam jeszcze zmierzyć.
    Aglaia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Swoją, prawdziwą bajkę. Mówiąc szczegóły moja pani miała na myśli nieznaczące informacje, czyli coś, co może przynieść więcej szkody niż pożytku. Możemy powiedzieć dziecku, że matka była narkomanką, to jest fakt, ale już nie musi wiedzieć, że nienawidziła dziecka do tego stopnia, że jak się urodziło to powiedziała cytuję: Zabierzcie to ze mnie, bo obrzydzenie mnie bierze. Przypadek autentyczny. To, że matka zażywała narkotyki jest ważne, bo tak jak mówisz kiedyś musi podjąć decyzję o ewentualnym spotkaniu z MB. Ale druga informacja godzi w człowieczeństwo tego dziecka, według mnie prędzej przyniesie traumę niż coś dobrego.

      Czyli Was też czekają trudne tematy widzę. Myślę, że my rodzice poradzimy sobie, jak nie tak, to w inny sposób. To dzieci mają najtrudniejszą rolę, by pogodzić się i przyjąć prawdę o swoim pochodzeniu. Zatem trzymam kciuki, choć przecież jeszcze jeszcze trochę czasu.

      Usuń
  4. Przed wyjściem do przedszkola. Nie wieczorem na kanapie, przy kominku tworzącym kilmat do takiej rozmzowy. Żartuję sobie. Ale tak to już jest, że temat wraca w najmniej odpowiednim dla nas rodziców momencie. U nas otstanio, po długim czasie, w drodze od sąsiadek. Nie był to za duży odcinek, ale sporo zdążyliśmy omówić. Pewnie Cię zaskoczę, ale nasz OA naciskał, żeby mówić jak najwięcej. A to tak nie działa. Tu trzeba podążać za dzieckiem. Tygrys raz zrobił robotę za całą masę psychologów: Mama już mi o tym mówiłaś. Tyle. Koniec. Nie ma potrzeby ciągłęgo przypominania. On wie, a jak przychodzi moment pyta. Ostatnio, opwiedz mi jak to było. Opowiedziałam i zanim skończyłam, on pobiegł już do swoich spraw. Kolejny raz może (choć nie musi) być trudniejszy, bo Chłopak załapał, że jest tu, bo ktoś nie mógł/nie chciał się nim zająć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ładnie z tego wybrnęłaś, mnie by wryło totalnie i nie wiedziałabym co odpowiedzieć...

    OdpowiedzUsuń