Adopcja,  Dziecko,  Psychologia

Odrzucona propozycja dziecka część 2. Trudne wybory.

Ania i jej mąż dostali propozycję adopcji rodzeństwa – niemowlęcia i kilkulatki. Choć są ludźmi młodymi, nie przeraziła ich wizja czteroosobowej rodziny, którą mieliby się stać w zasadzie z dnia na dzień. I choć obawiali się tego pierwszego kontaktu z kilkuletnią dziewczynką, postanowili dać dzieciom i sobie szansę. Wszystko wydawałoby się szło jak po maśle. A jednak coś nie zagrało.
Przeczytajcie proszę rozmowę z niedoszłą mamą adopcyjną dwóch dziewczynek, która opowie wam o tym co przeżywała i dlaczego nie podjęła się ich wychowania. Pamiętajmy, że decyzja o adopcji dziecka jest decyzją na całe życie. Nie może być podjęta wbrew naszej woli, wbrew odczuciom czy ze względu na naciski ośrodka i naszą obawą przed odrzuceniem. Udana adopcja to przede wszystkim całkowita akceptacja dziecka już na samym początku. Drugi etap, trwający w zasadzie przez cały czas to budowanie relacji w rodzinie, umacnianie więzi i miłości między jej członkami. Zapraszam do przeczytania.

Ania, telefon zadzwonił do Was krótko po zakończeniu kursu. To dość niezwykłe biorąc pod uwagę, że czas oczekiwania na dziecko w dzisiejszych czasach to średnio 2 lata. Jaka była Twoja reakcja na telefon z ośrodka?

Tak, telefon był dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Zadzwonił niemal równo miesiąc po ukończeniu kursu. Należy wspomnieć, że na kurs oczekiwaliśmy rok od złożenia dokumentów. W najśmielszych jednak snach nie przypuszczałam, że telefon zadzwoni tak szybko, dlatego więc gdy zobaczyłam numer ośrodka na wyświetlaczu, pomyślałam że dzwonią w jakiejś innej sprawie, może jakaś papierologia, potrzebny podpis itp. Odebrałam na pełnym luzie, po kilku minutach usiadłam z wrażenia:). Muszę przyznać, że jesteśmy z mężem optymistami i czuliśmy, że możemy czekać krócej niż nam się wydaje, ale to przeszło nasze oczekiwania. Była ogromna radość, poczuliśmy się wyjątkowo.

Czy możesz powiedzieć coś więcej o tej propozycji?

Panie z ośrodka przez telefon krótko opowiedziały historię dzieci. Obie dziewczynki w rodzinach zastępczych od wczesnego wieku, zdrowe, bez wyraźnych traum lub deficytów jakich można się obawiać. Siostry były rozdzielone, wychowywały się w niewiedzy o sobie nawzajem. Propozycja wydawałoby się wręcz idealna, gdyż oboje z mężem od początku byliśmy i jesteśmy otwarci na rodzeństwo.

Jak wyglądały przygotowania do pierwszego spotkania? Jak czułaś się na myśl o tym, że może za chwilę zostaniesz mamą?

Datę spotkania wyznaczono nam na za tydzień od telefonu. TO był najdłuższy tydzień mojego życia. Czułam cała paletę emocji na zmianę – szczęście, że do nas zadzwonili. Radość z tego powodu, że dziewczynki “generalnie” są zdrowe, że jest to rodzeństwo tak jak marzyliśmy. Ekscytację, na myśl o tym że niedługo będę mogła spełnić moje marzenie o macierzyństwie, nasze marzenie o rodzicielstwie. Nie będę jednak kłamać, że był lekki strach – dwoje dzieci, w różnym wieku, totalna zmiana:  uważam, że jest naturalne u każdej świadomej osoby. Nie postawiliśmy nigdy oczekiwań co do płci, wiek określiliśmy do ok. 3 lat, propozycja nie zniechęciła nas ani nie zaskoczyła. Nie rozkładałam jej na drobne – chcieliśmy jechać i spotkać się z dziećmi bez uwagi na to co wyczytamy w karcie.

Jak wyglądało pierwsze spotkanie? Co czułaś?

Jechaliśmy z otwartymi sercami i umysłami. Droga do ośrodka zajmuje nam około 3 godzin, więc przez ten czas mieliśmy czas na przed spotkaniowe rozmowy, na skupienie, ale też narastały w nas emocje. Trudno podejść do takiego wydarzenia ze spokojem. W końcu, być może, od tej chwili nasze życie oraz życie dzieci zmieni się zupełnie.  Spotkanie zostało zaaranżowane w ośrodku ze względu na Covid. Najpierw otrzymaliśmy karty dzieci, z których nie wynikało nic, co mogłoby nas odwieźć od chęci spotkania z dziećmi, wszystko to co przedstawiły Panie z ośrodka pokrywało się z informacjami w karcie. Następnie nastąpiło spotkanie ze starszą dziewczynką. Ta chwila byłą wyjątkowa, od razu poczuliśmy z mężem, że to mogłaby być nasza córka. Owszem, nie można powiedzieć, że poczułam miłość. Ale poczułam akceptację, ze swojej, męża oraz dziecka strony. Mieliśmy dla siebie około godzinę. Następnie, po wyjściu opiekunki zastępczej z dziewczynką, był czas na wizytę z młodszą siostrą. Tutaj spotkanie przebiegło mniej malowniczo, głównie ze względu na to że maluszek był niespokojny w obcym dla siebie miejscu, płaczliwy, wystraszony. Oczywiście, rozumiem i rozumiałam to, że był to naturalny odruch, nie oczekiwałam iż wtuli mi się w ramiona. Ale porównując do spotkania ze starszą, nie było tego czaru, nie było zachwytu, iskry. Był mały, miły człowiek przedstawiony nam. Było to dosyć trudne pod względem logistycznym : najpierw starszak, wygadany, śmiały, którego szybko zabiera się z kolan i sadza w zamian drugą istotę, która potrzebuje zupełnie czegoś innego.

Czy mąż zareagował podobnie?

Kiedy rozmawialiśmy wracając do domu, mieliśmy identyczne odczucia – czuliśmy się oczarowani starszą, lekko przerażeni młodszą dziewczynką:) Celowo mówię to z uśmiechem, ponieważ na ten moment wydawało się nam że jest to strach związany jedynie z tym, że oboje dawno nie mieliśmy do czynienia z niemowlakiem.

Jak zareagowały dzieci na Was?

Uważam, że spotkanie wypadło naprawdę dobrze – ze starszym dzieckiem był od razu wspólny kontakt, zabawa, dzielenie uwagami, opowieściami, rysunki. Mała była przerażona, ale to naturalne – obcy ludzie, obce środowisko, nowe zapachy.

Jaką podjęliście decyzję po pierwszym spotkaniu?

Po pierwszym spotkaniu  było dla nas jasne, że po takim starcie chcemy się spotkać z dziećmi po raz kolejny. Nie umiałabym tak po pierwszym razie przekreślić szansy danej sobie i dzieciom, no chyba ze byłyby jakieś kategoryczne do tego przesłanki.

Jak przebiegło kolejne spotkanie?

Kolejne spotkanie przebiegło w podobnych barwach – zabawa ze starszakiem, prośby nawiązania kontaktu, pierwsze noszenie na rękach z młodszą. Oraz oczywiście pierwsze myśli – jak się czujemy z tym, by być rodzicami dla tych dzieci, jak przebiegałaby procedura adopcyjna, , dyskusje z paniami z ośrodka, z opiekunkami. Spotkanie znów odbyło się w ośrodku, by ze względu na Covid nie narażać rodzin zastępczych na ryzyko wizyt obcych ludzi. Nie wydarzyło się nic niepokojącego.

Czy w międzyczasie rozmawialiście z pracownikiem ośrodka na temat oceny spotkania z dziećmi? Jak psycholog oceniła Was jako ewentualnych rodziców dla dziewczynek?

Tak, była wymiana opinii, wrażeń, pierwszych odczuć. My byliśmy lekko oszołomieni, bardzo pozytywnie zaskoczone starszą, ale i zaskoczeni maleństwem. Wszyscy szykowali nas na to, że z niemowlakiem pójdzie jak z płatka- że dziecko to pragnie miłości, więzi z opiekunem nie są jeszcze tak wytworzone. Tymczasem, z mojej perspektywy, było zupełnie odwrotnie. Panie oceniły pierwsze spotkanie jako pozytywne. Bardzo nas motywowały, mobilizowały, usłyszeliśmy dużo pozytywnych słów z ich strony, ale i też słowa prawdy – że ostateczna decyzja należy do nas. Wyjeżdżaliśmy z ośrodka z ustaleniami, iż niebawem wracamy, by zamieszkać w mieście gdzie znajduje się ośrodek i spotykać się z dziećmi, by pracować nad więzią.

Ośrodek oddalony jest o kilkanaście kilometrów od Waszego domu. Kiedy wracaliście zaczęły budzić się w Tobie wątpliwości. Jak myślisz, dlaczego?

Był to moment, i oboje z mężem o tym wiedzieliśmy, kiedy należało podjąć decyzję. I wyjeżdżaliśmy z ośrodka z decyzją, jaka wydawała nam się oczywista – zaproponowano nam dwoje wspaniałych zdrowych dzieci. Naturalnym było, że mówimy tak. Nie braliśmy innej opcji pod uwagę. Tymczasem, pojawił się niepokój. Płacz. Brak motywacji do tego, by wrócić do ośrodka po dzieci.

Czy w czasie spotkania wydarzyło się coś, co mogłoby wskazywać na to, że jednak nie podejmiecie się wychowania sióstr?

Nie wydarzyło się nic konkretnego. Nic czego mogłabym się wystraszyć, w takim rozumieniu, ze być może z dzieciaczkami jest coś nie tak. Ale wracając z drugiego spotkania, w drodze powrotnej płakałam. Płakałam, ponieważ nie czułam, że tęsknię, nie czułam, że chcę wrócić by zabrać moje córki do domu. Po prostu nie było we mnie uczuć, nie było we mnie tej chęci , która być powinna na, nie było we mnie pewności, że oto chcę zostać mamą dla dwóch małych istotek. Nie bałam się wyzwania wychowania, nie obawiałam się tego, ze gdy weźmiemy dzieci, nie podołamy. Wiedziałam, że gdybyśmy się zdecydowali, to pewnie byśmy sobie poradzili, może z trudem na początku, ale na pewno. Natomiast nie czułam dzieci w sercu.

O swoich wątpliwościach poinformowałaś panią psycholog. Jaka była jej reakcja? Nie bałaś się, że uzna Cię za osobę niestabilną i niegotową do adopcji?

Oczywiście że się tego obawiałam. Obawiałam się że nie dość, że przekreślę nasze marzenie, starania, to jeszcze zostaniemy uznani za ludzi którzy nie są gotowi do adopcji, niestabilni psychicznie, niedojrzali. Postawiliśmy jednak na szczerość, i jak zawsze, uważam ze ona popłaciła. Opowiedziałam Pani psycholog o swoich uczuciach, o tym że nie mam pewności w sobie, czy to są moje dzieci, że waham się, chociaż bardzo pragnę zostać mamą. Trudno było mi to wytłumaczyć obcej w zasadzie osobie, dlaczego nie potrafię zaakceptować maleństwa. Myślę, że mogło się na to złożyć wiele czynników. Po prostu czułam, ze to nie są moje dzieciaczki. Na szczęście reakcja pani psycholog byłą bardzo profesjonalna, i jeśli mogę to tak określić, przyjazna. Przedstawiła nam ona swoje obserwacje, doświadczenia, uspokoiła, że tak czasami się zdarza i nie jesteśmy jedyną parą która na tym etapie się wycofuje.

Twój mąż nie do końca podzielał Twoje wątpliwości. Jak myślisz, dlaczego?

Mąż podchodził do sprawy uważam bardzo mądrze, na pewno z większym racjonalizmem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że propozycja dwójki dzieci, w dobrym stanie psychicznym i fizycznym to jak wygrana w lotka. Nie roztrząsał, wspierał mnie bardzo i motywował do tego, że poradzimy sobie z wyzwaniem. Mimo wszystkich tych racjonalnych argumentów, które rozumiałam i z którymi się zgadzałam, nie potrafiłam tak do tego podejść. Przecież dzieci to nie towar – o, trafia się super okazja, buty w super stanie, wezmę je, b później już może się nie trafić, nie ważne, będę w nich chodzić czy nie.

Ania, pod jakim względem według Ciebie mężczyźni inaczej odczuwają propozycję przyjęcia dziecka?

Myślę, może się mylę, że mężczyzna podchodzi do tego bardziej zadaniowo. Przecież w przypadku ciąży i narodzin własnego dziecka jest podobnie – to kobieta nosi dziecko pod swoim sercem, jest z nim zżyta. Mężczyzna jest troszkę obok, i po porodzie uczy się tego dziecka, próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Tutaj podobnie, po prostu bierze to co jest, i zamierza nauczyć się kochać jak najlepiej potrafi. Dostaliśmy dzieci – trzeba podołać temu zadaniu, dać z siebie wszystko i wyciągnąć z tego co najlepsze. Mężczyźni nie mają też tak rozwiniętej intuicji, a nie ukrywajmy, jednak to mama jest centrum świata dzieci, przynajmniej na początku, u nas byłą decyzja że to ja biorę urlop macierzyński, więc jednak więcej obowiązków związanych z codzienną opieką spadłaby na mnie.

Wątpliwości, które zaczęły Cię nachodzić sprawiły, że zaczęłaś analizować całą sytuację rozkładając na czynniki pierwsze tak?

Tak, dokładnie. Normalnie jestem osobą twardo stąpającą po ziemi, konkretna – jeśli czegoś pragnę, dążę do tego, jestem zdecydowana. Tutaj było zupełnie inaczej – nie czułam tej pewności, siły. Byłam sama tą reakcją zdziwiona, nie wiedziałam jak to tłumaczyć – czy to po prostu ogrom emocji, czy też głos serca mówiący – zatrzymaj się. Samo to już dało mi sporo do myślenia, i pogłębiło moje wątpliwości. Uważam, ze decyzja o przyjęciu dziecka jest trudna, ale nie może być aż takiego wahania, takiej niepewności. TO skok na głęboką wodę, ale bez zawahania się w ostatniej chwili. Trudno bardzo było mi nazwać to co czuję, określić, dlaczego nie czuję tego co powinnam, tego co bym chciała. Myślę, że przyszła mama raczej cieszy się i planuje, a nie płacze po kątach w zdenerwowaniu i niepewności tak jak ja płakałam.

Można powiedzieć, że trochę zżyłaś się ze starszą dziewczynką, nawiązała się między Wami delikatna więź. Jak czułaś się ze świadomością, że być może nigdy więcej Was nie zobaczy?

Szczerze mówiąc, podczas 2 spotkania z dziewczynkami, nie miałam jeszcze tej świadomości że się nie zobaczymy. Później, już po naszej decyzji, owszem , myślałam o niej, o tym jak to będzie przeżywać, co jej powie opiekunka itd. Staram się jednak wierzyć, że dziecko zasługuje na maximum miłości i uwagi, i myśl o tym, że gdzieś w świecie czekają na nią jej rodzice którzy dadzą szczęście ratowała mnie. Myślę, że gdybym myślała tylko o nieszczęściu i traumie, jaka przydarzyła się obu stronom, popadłabym w całkowicie negatywne emocje.

Kolejne spotkanie miało odbyć się w poniedziałek. Weekend musiał być dla ciebie bardzo trudny, może nawet najtrudniejszy w życiu. Musieliście przecież podjąć definitywnie decyzję.

To był jeden z trudniejszych momentów w moim dorosłym życiu. Czułam się jak nie ja, chodziłam z głową gdzieś daleko. Nie jedliśmy, nie spaliśmy. Wiem, mówi się o traumie dzieci, i niewątpliwie powinno się je stawiać tutaj na pierwszym miejscu. Ale tak rzadko mój się o tym, co osoby takie jak my przeżywają. Przecież to również trauma, nie bójmy się użyć tego słowa. Nie mówię tu o ludziach, którzy mają nierealne, wygórowane oczekiwania wobec dzieci i odrzucają jedna propozycję po drugiej w poszukiwania istoty idealnej. Mam na myśli ludzi, takich jak my, otwartych, pragnących dać dom, gdzie podczas wizyty z jakichś powodów nie nawiązała się więź, nie otwarło się serce na to konkretne dziecko. Nasze serca również pękły, nie mogliśmy zrozumieć początkowo dlaczego tak się dzieje, przecież wszystko miało być dobrze, przecież od teraz miało być już tylko radosne oczekiwanie! Teraz, patrząc na to z perspektywy czasu, chociaż niedługiego, mam już odpowiedź na kilka pytań. Część z nich pozostanie tajemnicą. Zadziałało tutaj serce, ciało, umysł – wszystko było na nie, i nie mogłam tego zignorować. Wiem, że to byłą dobra decyzja.

Kiedy rozmawiałyśmy w sobotę rano, nie podjęłaś jeszcze decyzji. Wieczorem wiedziałaś już, którą drogą chcesz pójść. Co w zasadzie przesądziło o tym, że nie zostaniecie rodzicami dziewczynek?

Rozmawialiśmy z mężem długo, każde tak i nie przedyskutowywaliśmy. Dla mnie samo to, że tak długo nie możemy podjąć decyzji, że jesteśmy niezdecydowani było sygnałem alarmowym. Wszystkie racjonalne argumenty, które wyciągnęliśmy, które analizowaliśmy, mówiły by dziewczynki zaadoptować. Jednak ja wciąż nie czułam się komfortowo ze słowem TAK.

Zatem uważasz, że przeczucie ważne jest przy podejmowaniu decyzji o przyjęciu dziecka. Dlaczego?

Uważam, że głos serca to podstawa. Bardzo wierzę w intuicję, w to że jesteśmy prowadzeni prze siłę wyższą przez nasze życie, i że należy słuchać swego wewnętrznego głosu. Staram się kierować tą filozofią na co dzień, im jestem starsza, tym jest mi łatwiej bo lepiej znam siebie (nie powiedziałabym tego gdy miałam lat 20). Zdaję sobie sprawę, że przyjęcie dziecka odbywa się też na poziomie świadomości – tu jest główna różnica pomiędzy adopcją a ciążą. Tu mamy świadomy wybór, decydujemy się na TE KONKRETNE, przedstawione nam dzieci, nie takie, jakie się nam urodzą. Ale jednak wciąż, musi być ta iskra. Musi się pojawić uczucie, które mówi – to dziecko chcę zabrać do domu, to dziecko chcę pielęgnować a po czasie obdarzyć miłością. Wielokrotnie słyszymy to na kursie, i to również wielokrotnie powtarzają Panie z OA – jeśli nie będzie pełnej akceptacji na samym początku, nie przyjdzie ona później, a proces adopcyjny będzie przebiegał nieprawidłowo. Podejmując taka decyzję, 99% to za mało.

Mówi się, że mamy być otwarci na dziecko, przyjąć je takim, jakie jest. Okazuje się, że to tylko teoria i jak to powiadają pobożne życzenie.

Nie uważam że to pobożne życzenia. Powinniśmy przyjąć je takie , jakie jest. Ale jeśli jakichś powodów nie możemy tego zrobić, oznacza to, że to nie nasze dzieciątko. Być może każdy z nas pojmuje otwarcie się na dziecko trochę inaczej? Widzisz, my podchodząc do adopcji nie mieliśmy dokładnie wymalowanych oczekiwań. Pragnęliśmy, aby nasze dzieci były zdrowe (nie chodzi mi tu o ideał, dla mnie alergia czy wada wzroku to nie choroba , chodzi mi o poważne deficyty, niepełnosprawności itp), i wiekowo w miarę dopasowane (nie podjęłabym się adopcji np. 10 latka). Poza tym, jesteśmy w stanie przyjąć dużo. I z taką głową i sercem jechaliśmy na to spotkanie. Co więcej, o wiele bardziej obawialiśmy się spotkania ze starszą – większa świadomość, być może trudniejsze nawiązanie kontaktu. Tymczasem życie jak zawsze pokazało swój przekorny scenariusz. I mimo, że bardzo pragnę zostać mamą, mimo iż mieliśmy rodzicielstwo na wyciągnięcie ręki, coś niezłomnie mówiło mi że to nie jest to, że to jeszcze nie moje dzieci. Racjonalnie rzecz biorąc, nie mogłam postawić żadnych zarzutów, z dzieciaczkami było wszystko na TAK. Nie raz usłyszałam od bliskich wtajemniczonych pytanie: Ale czego Ty oczekujesz? Dwoje zdrowych dzieci, w dobrej formie, tak szybko! Wiem, ze trudno ludziom z zewnątrz zrozumieć co dzieję się w Twojej głowie i sercu. Jednak to rani – czułam zarzut, presję, z otoczenia oraz sama dla siebie, że być może zbyt mało się zaangażowałam, zbyt mało otwarłam, że być może powinnam się byłą wyrzec siebie na poczet dzieci. Nie mogłam. Nie taką chcę być mamą. Po prostu serce mówiło, że moje dzieci gdzieś jeszcze na mnie czekają.

Czy z optymizmem patrzysz w przyszłość? Jak ta nietrafiona propozycja zmieniła Twój sposób patrzenia na adopcję?

To z pewnością było jedno z trudniejszym doświadczeń w moim życiu, a na pewno najtrudniejsza decyzja naszego wspólnego życia. Mimo tego, co przeszliśmy, bo myślę, że było to ogromne emocjonalne obciążenie, obydwoje z mężem dzięki temu doświadczeniu jesteśmy tym bardziej pewni, że znajdujemy się na dobrej drodze, że możemy pokochać i adoptować dzieciątko. Nie załamaliśmy się, nie przestraszyliśmy, jednak wiem, że do kolejnej propozycji, bo wierzę gorąco że taka nastąpi, podejdę zupełnie inaczej emocjonalnie. Z wiarą patrzymy w przyszłość, wierzymy że los przyniesie nam upragnione szczęście w odpowiednim czasie.

Musiało to być ogromne przeżycie dla Was, dla dzieci, ale również pracowników ośrodka. Oni przecież odpowiadają za właściwy dobór dziecka, w pewien sposób kształtując ich przyszłość. Zależy im na tym, żebyście byli szczęśliwi. Jaki jest obecnie stosunek OA do Was? Czy zostaliście w jakiś sposób objęci pomocą psychologa?

Panie zapewniły nas, że nie mamy się obawiać – nie trafimy na koniec magicznej „kolejki”, nie będziemy naznaczeniu w żaden sposób naszą decyzją. Po prostu będą dalej się przyglądać oraz poszukiwać naszych dzieci. Powiedziały również, że dla nich też to jest swego rodzaju lekcja, że zobaczyły, z czym być może sobie poradzimy, a z czym nie. Miło było usłyszeć, że pragną naszego szczęścia i chcą dla nas jak najlepiej. Życzyłabym wszystkim takiej opieki, jaką my mamy zapewnioną w naszym OA.

No dobrze, a jak poradziliście sobie wewnętrznie z tym wszystkim, co doradziłabyś innym parom zmagającym się z podobną traumą?

Myślę że cały czas się z tym zmagamy. Emocje ucichły, ustały, rzadziej o tym rozmawiamy, ale jednak wciąż. Widzę, jak dodało nam to lat. Myślę, że trzeba dużo rozmawiać, ponieważ nie tylko każdy z nas z osoba musi się z tym uporać (ja np. miałam wyrzuty sumienia, ze z mojego powodu nie zostajemy rodzicami – mąż byłby skłonny przysposobić dziewczynki, to ja powiedziałam NIE) ale również trzeba to przejść jako para. Nas to wzmocniło, wiemy z jesteśmy na dobrej ścieżce, że czekamy. Jeśli ktoś ma również sposobność, warto udać się do psychologa, przyjrzeć się tym emocjom, uczuciom, być może znaleźć przyczyny danej decyzji. Dla mnie ważne było również to, aby mądrze przejść to doświadczenie tak, by przy następnej propozycji cień traumy nie spowodował zamknięcia się na nowe.

Ania, nadal przeżywasz to co się stało, ale potrafisz już inaczej spojrzeć na te wydarzenia. Czy nie żałujesz swojego wyboru? Podjęłaś dobrą decyzję?

Nie żałuję, co więcej, jestem przekonana że to była dobra decyzja. Od momentu kiedy powiedzieliśmy Nie, nie myślałam o tym że być może powinnam byłą postąpić inaczej. Moje ciało, umysł i serce obrały jedną drogę. Wiem, że dziewczynki szybko odnajdą swoich rodziców, a my odnajdziemy NASZE dzieci.

Jakie więc plany na najbliższą przyszłość?

Oczekiwanie na happy end, gdyż mamy niezłomną wiarę, że losy nasze i naszych dzieci w końcu się splotą😉.

Dziękuję, że zgodziłaś się podzielić swoimi doświadczeniami 🙂

8 komentarzy

  • Aglaia

    Ciekawy temat. W orbicie swoich bliższych lub dalszych znajomych, którzy adoptowali dziecko spotkałam się z tym, że niektórzy odrzucili propozycję, którą składał im ośrodek jednak to zawsze było umotywowane albo sytuacją zdrowotną dziecka albo możliwymi obciążeniami, z którymi należało się liczyć biorąc pod uwagę z jakiej rodziny biologicznej się wywodziło ewentualnie sporą rozbieżnością w zakresie wieku zaproponowanego dziecka w stosunku do tego co przyszli rodzice deklarowali w tym zakresie.

    Pierwszy raz spotykam się z sytuacją gdzie ktoś odrzucił propozycję bo „nie zaiskrzyło”, „nie było chemii” i nie wiem co o tym myśleć…

    • izzy

      Ja słyszałam raz. Na naszym szkoleniu pani opowiadała o podobnym przypadku, w sensie nie chodziło o akceptację dziecka z deficytami, czy potencjalnymi obciążeniami w przyszłości. Niedoszła mama nie była w stanie zaakceptować dziewczynki (nie pamiętam w jakim wieku, ale była na pewno mała) To była druga adopcja. Po kilku miesiącach urodziła się biologiczna siostra ich przysposobionego już syna. Tak jakby coś czuła.
      Pamiętam, że wtedy prócz otwarcia się na adopcję w rozumieniu dania domu komuś, kto go nie ma, powiedziano nam, że musi się też otworzyć nasze serce. Na to nie do końca mamy wpływ. Dlaczego? Nie wiadomo. Jestem z Anią od samego początku ich procesu adopcyjnego, wiele razy pytałam ją w trakcie i po tym zdarzeniu, czy może to znak, że adopcja jednak nie jest dla niej, ale przekonywała mnie, że jeszcze bardziej upewniła się w swojej decyzji.
      Być może czuła gdzieś podświadomie, że życie z dwójką dzieci, mających tak różne potrzeby bardzo ją przytłoczy? Zastanawiałam się, czy podjęłaby tę samą decyzję, gdyby te same dzieci zaproponowano im nie w tym samym czasie lub dłużej po kwalifikacji. Odpowiedzi oczywiście nie uzyskamy, ale takie rozważania czysto teoretyczne pozwalają zrozumieć pewne mechanizmy.
      Wiele czytamy o nieudanych adopcjach. Kto wie, czy jakiś tam odsetek nie bierze się właśnie stąd, że jednak ktoś nie pokochał dziecka, bo nie było 100% tej akceptacji na samym początku. Trudne to wszystko, ale jak widać prawdziwe. I to jest tak. Z jednej strony mówi się, że o adopcji ludzie wiedzą za mało, a z drugiej jak już się mówi, to często koloryzujemy i upraszczamy jakie to wszystko jest wspaniałe. Może być, oczywiście, ale nie zawsze. Stąd ten wpis.

  • Agata

    Nic nie ujmujac Ani z posta, wydaje mi sie, ze propozycja przyszla po prostu za szybko i wziela ja z zaskoczenia. 😉 Niby na dziecko adopcyjne czeka sie dlugo, bo najpierw skladanie podan, oczekiwanie na kurs, potem samo szkolenie… Tylko, ze wiekszosc potencjalnych rodzicow po szkoleniu nastawia sie mysle na (bardzo) dluuugie czekanie i kiedy pada nagle po ledwie kilku tygodniach, moze sie okazac, ze to zbyt duzy szok. Nie chce zabrzmiec zlosliwie, ale gdyby Ania poczekala tak z rok, dwa, lub dluzej pewnie zaakceptowalaby obie dziewczynki z wdziecznoscia. 😉

    • izzy

      Z jednej strony fakt, telefon zadzwonił szybko i zaskoczył. Ale tak porównuję do siebie na przykład. My kwalifikację dostaliśmy w maju a telefon zadzwonił we wrześniu, też szybko. Zaskoczenie totalne, bo przecież byliśmy w tym czasie na wakacjach a przed wyjazdem jeszcze upewniałam się w ośrodku, że nie ma dla nas dziecka i możemy jechać. Z wakacji pojechaliśmy prosto do ośrodka i na spotkanie z naszą córką, koniec września, we Włoszech upał a u nas jesień. Ja w klapkach i krótkim rękawie – ludzie w jesiennych kozakach (było jeszcze dość ciepło, więc jeansy i klapki dawały radę 😉 ) Totalnie nie przygotowana na to wszystko (jedną nogą jeszcze spacerowałam po plaży a drugą pchałam wózek z dzieckiem ) pojechałam na spotkanie i choć tak jak pisałam u mnie ta miłość i rodzicielstwo rozwijało się z czasem, nie miałam takich myśli, że to nie moje dziecko. Pomimo, że moja córka nie była niemowlęciem słodkim jak marzenie – łysuś, z ogromnym ciemiączkiem i ogromnym brzuszkiem :))
      Z drugiej strony masz rację, ja miałam za sobą dłuższe oczekiwanie w postaci starań o dziecko, a moja droga do rodzicielstwa była trudniejsza i trwała prawie 9 lat. Może to to? Sama nie wiem. Trudno tu porównywać doświadczenia, u kogoś cierpienie może trwać krócej, ale jest bardziej dotkliwe. Każdy coś tam czuje intuicyjnie. Najwidoczniej tu coś nie zagrało. Myślę, że to ważne by mówić o takich rzeczach, ponieważ komuś decyzja o akceptacji dziecka może wydawać się łatwa jeśli nie ma ono większych obciążeń. Jak widać nie zawsze jesteśmy w stanie zaakceptować bądź co bądź obcego człowieka w naszej rodzinie. Wydaje mi się, że na wszystko musi przyjść czas. Może musiało wydarzyć się to co się wydarzyło, by Ania mogła być jeszcze lepszą mamą dla swojego przyszłego dziecka.

  • Aglaia

    Wydaje mi się, że telefon zaskakuje prawie zawsze – niezależnie od tego czy dzwoni tydzień po kwalifikacji czy cztery lata od niej. Jednak im dłużej się czeka tym skłonność do dywagacji “czy to są właściwe motyle w brzuchu” maleje. Jak już dzwoni to chcesz sprawę jak najszybciej zakończyć, nie dzielisz włosa na czworo i cieszysz się, że niedługo ten etap będziesz mieć już za sobą.

  • Nadzieja

    Myślę, że faktycznie decyzja mogłaby być inna gdyby minęło więcej czasu od szkolenia. Myśmy z mężem starali się o dziecko jakieś 5 lat. Po nieudanym in vitro zdecydowaliśmy się na adopcję, jednak ośrodek adopcyjny nie od razu przyjął nas na szkolenie. Panie kazały odczekać jakiś czas od in vitro żeby pogodzić się ze stratą. Szkolenie zaczęliśmy kilka miesięcy później. Na wstępie usłyszeliśmy, że dzieci nadających się do adopcji (zdrowych, w odpowiednim wieku i co najważniejsze z uregulowaną sytuacją prawną) jest jak na lekarstwo. Czekać będzie trzeba około 3 lat na telefon i praktycznie nie ma szans na dziecko poniżej 2 lat. Myśmy chcieli dać dom rodzeństwu do 6 lat. Ale oczywiście po cichu marzyliśmy o przynajmniej jednym dużo młodszym…
    Na telefon czekaliśmy 2 lata. W zeszłym roku przed Świętami Bożego Narodzenia zadzwonił z zaskoczenia. Szczerze mówiąc myślałam, że mają propozycję jakichś szkoleń. Po tak długim czasie przestaje się już liczyć na to, że jednak telefon zadzwoni. Na spotkaniu dowiedzieliśmy się, że jest do adopcji dziewczynka 3 lata. Nie miało już dla nas znaczenia, że chcieliśmy mieć 2 dzieci (na drugą adopcję w naszym ośrodku nie ma szans ze względu na brak dzieci). Początkowo bardzo się ucieszyliśmy, ale jak zaczęliśmy w domu czytać o chorobach jakie ma jej matka i brat (oboje z różnym stopniem upośledzenia i chorobami genetycznymi) i dotarło do nas jak duże jest prawdopodobieństwo, że i u niej choroba się ujawni… Szczerze mówiąc nie udźwignęliśmy tego i bez spotkania odrzuciliśmy propozycję. Mam wyrzuty sumienia, że zostawiliśmy dziecko…
    Myśleliśmy, że na kolejną propozycję będziemy czekać kolejne 2 lata, a telefon znów zadzwonił w tym tygodniu zaskakując nas równie mocno jak ten poprzedni. Już niedługo poznamy nasze dzieci (rodzeństwo 5 i 6 lat). Bardzo się tego boimy. Jednak mam nadzieję, że nie będziemy mieli takich rozterek jak Ania i pokochamy je od pierwszego spojrzenia.
    Pewne jest to, że z mijającym czasem maleją oczekiwania i pragnienia. Zostaje tylko potrzeba wypełnienia pustki w sercu.
    Pozdrawiam serdecznie, trzymajcie za nas kciuki:)

    • izzy

      Nadziejo, przede wszystkim na początku chciałabym Wam bardzo pogratulować dzieciaczków! I choć komuś może wydawać się, że to duże dzieci, to jeszcze tak naprawdę są takie maluszki potrzebujące miłości jak każde inne. Mam dziewczynki w tym samym wieku, wiem ile pracy wkładamy w ich wychowanie, Was czeka jeszcze dodatkowo nauczenie ich nowego życia i poradzenia sobie z zapewne bardzo trudną przeszłością. Na to wszystko trzeba czasu, ale nie zrażajcie się niepowodzeniami, każdy, nawet mały wysiłek przyniesie wielkie plony w przyszłości. Trzymam kciuki! Jeżeli miałabyś jakieś pytania, czy potrzebowała pomocy pisz śmiało! Niedługo pojawi się też na blogu wpis właśnie na temat adopcji dzieci starszych, pierwszych miesiącach razem. Na pewno znajdziesz tam wiele cennych rad. A co do odrzuconych propozycji to cóż, mogę sobie tylko wyobrazić jak ogromne emocje temu towarzyszą, obojętne co kieruje ludźmi. Bo z jednej strony tak jak piszesz, żal Ci dziecka, bo przecież nie możesz dać mu domu a z drugiej wiesz, że nie podołasz. Większość dzieci mimo wszystko znajduje domy, więc lepiej naprawdę zrezygnować niż unieszczęśliwić siebie i dziecko przy okazji. To decyzja na całe życie.
      Wszystkiego dobrego dla Waszej rodzinki, dużo miłości, wytrwałości, cierpliwości i zrozumienia. Zranione cerce potrzebuje czasu, by na nowo poskładać się w całość. Pozdrawiam serdecznie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.