poniedziałek, 14 października 2019

Gdy dziecko nie szanuje rodzica.



Witam was w nowym tygodniu w ten przecudny słoneczny dzień:) Taką jesień naprawdę lubię, ponieważ można w pełni skorzystać z jej uroków. Jak wam minął weekend? My wczoraj chcieliśmy pierwszy raz zabrać dziewczynki na Farmę Dyń, gdzie również znajduje się nazwę to mini zoo. Są króliczki, alpaki, kózki, można przejechać się wozem z sianem i pobawić na placu zabaw. Wszystko fajnie, ale tylko w teorii. W rzeczywistości wygląda to tak, że dziesiątki ludzi miały ten sam pomysł co my. Kiedy z okna samochodu zobaczyliśmy ogromną kolejkę do wejścia (pomimo tego, że godzina była dość wczesna) stwierdziliśmy, że mowy nie ma. Godzina czekania, a wewnątrz pewnie nie lepiej. Żal tylko tych zwierząt, które muszą przeżyć inwazję dotykających ich dziecięcych rączek, wpychających im do pyszczka na siłę marchewki (można przynieść swoje i karmić) Może uda się zajrzeć kiedyś w tygodniu. Zamiast tego, udaliśmy się do pobliskiego Parku Kultury Powsin. Teren jest ogromny, można naprawdę aktywnie spędzić czas. I to nie tylko na placu zabaw, ale można również przygotować samodzielnie grilla, czy ognisko, zagrać w koszykówkę, pospacerować i nawet uzbierać grzyby, ponieważ cały park w zasadzie znajduje się w lesie. Niestety nie byliśmy przygotowani ani na rowery (a to miejsce wręcz idealne do jazdy) ani na grillowanie, ale sam widok i zapach jedzenia zachęcił nas do zrobienia własnego po powrocie do domu :) Było tak ciepło, że jeszcze po zapadnięciu zmroku siedzieliśmy w ogródku (przy świetle, żeby nie było, że po ciemku ;) ) Na koniec bawiliśmy się w chowanego, co nie było już takie łatwe jak wtedy, gdy jest widno. Wieczorem Misia poprosiła zamiast książeczki na dobranoc teatr cieni, więc szybko zorganizowaliśmy białe prześcieradło i zrobiliśmy dla nich jedną bajkę. Po jej zakończeniu pytam, czy im się podobało, na co Elsa odpowiada, że było... męcząco :)) Hahaha. Spojrzeliśmy na siebie z mężem i stwierdziliśmy, że widocznie nasz talent aktorski jest wątpliwy, ale potem okazało się, że było "męcząco", bo dziewczyny były mega zmęczone. Po chwili już spały ;) 

No, ale przejdźmy do dzisiejszego tematu, który jest związany z wydarzeniami minionej soboty. Zanim dojdę do sedna, zrobię tło dla tego, czym chciałam się z wami dziś podzielić. A więc w grupie Elsy jest dziewczynka, która ma starszego tatę, na wygląd około 50. Kilka razy już moja córka mówiła mi, że koleżanka nie lubi taty, jest niedobra dla niego, dokucza mu. Sama byłam świadkiem jak w zeszłym roku kłóciła się z nim w szatni, kiedy kazał jej zakładać ciepłe spodnie zimą. Na dodatek Elsa mówiła, że koleżanki tata to leń, bo nic nie robi tylko leży w domu na kanapie i ogląda telewizję. Potwierdziła to sama Marta, kiedy była u nas. Starałam się bronić tatę, mówiąc, ze pracuje fizycznie (co jest zgodne z prawdą), więc na pewno jest zmęczony, ale to na nic. Mała twierdziła, że on nigdy nic nie robi, więc nie próbowałam więcej zabierać głosu w tej sprawie. W ten weekend dziewczynka ta obchodziła swoje urodziny. Jej mama poprosiła mnie o zrobienie dla niej tortu, na co oczywiście się zgodziłam. Wyobraźcie sobie, że ten tata nie był obecny na tych urodzinach, które odbywały się w małej salce zabaw niedaleko od domu. Co gorsza, zawiózł je tam (mamę i córkę), ale nie został. Potem tylko przyjechał zabrać je do domu. I wiecie co, kompletnie nie rozumiem takiej sytuacji. Gość faktycznie nie jest towarzyski, pewnie i pracuje ciężko (a kto nie pracuje), jest starszy, więc może mu się nie chce, ale żeby do swojego dziecka na te 2 godziny nie móc przyjechać i popatrzeć jak dmucha świeczki? Być może w domu była impreza też dla rodziny, ale ja sobie nie wyobrażam, że organizujemy córce urodziny w lokalu i ojciec jest nieobecny. Co innego, gdyby faktycznie pracował, wyjechał, miał coś innego ważnego do zrobienia, ale oglądanie telewizji? Skoro ja, obca baba, mogłam poświęcić dla niej czas, by zrobić tort, to własny ojciec nie może? Do czego zmierzam. Nie wiem, nie znam dokładnie relacji tych ludzi, być może pan nie chciał tego dziecka, może tylko ona chciała, ale to już pomijam. Skoro to dziecko już jest, to jak można być tak egoistycznym i na tyle leniwym, żeby nie chcieć z nim spędzać czasu. Liczy się tylko własna wygoda i własne cele. Nie oceniam, ale nie po raz pierwszy widzę, że ludziom po prostu dziecko w pewnym momencie przeszkadza. I tu dochodzę do konkluzji. Jak dziecko ma szanować rodzica, skoro rodzic nie szanuje dziecka? Jeszcze teraz ona jest mała i wszystko kręci się wokół teoretycznie "małych" rzeczy, jak nieobecność na uroczystości w przedszkolu, czy urodzinach, ale co będzie, gdy ona dorośnie? Czy będzie w stanie dać jej wsparcie? Niedawno znów usłyszałam teorię, że ojciec nie jest dziecku potrzebny, gdy jest małe (już o tym kiedyś pisałam, a tu proszę, to nie odosobniony przypadek) Ja wiem, że dla niektórych mężczyzn wychowanie dziecka nie przychodzi naturalnie tak jak matce, ale można się wszystkiego nauczyć, trzeba tylko chcieć się zaangażować. I powiem wam, że było mi smutno. Kiedy jedliśmy kolację, Elsa pyta, czy "jutro jest poniedziałek już, bo chciała koleżance pokazać jakąś zabawkę w przedszkolu" Odpowiedziałam, że nie, że niedziela. Zrobiła się trochę smutna, a ja miałam okazję, by nawiązać do tematu urodzin. Powiedziałam jej, że niedziela jest dla nas, dla rodziny, żeby rodzice też mogli nacieszyć się dzieckiem. A potem zapytałam ją i Misię: "Jak myślicie, jak czuła się Marta, gdy tata przywiózł ją i mamę na urodziny a sam nie został?" Obie się zamyśliły, a ja kontynuowałam, że na pewno było jej smutno. To nie jest tak, że chcę u nich jakiegoś poczucia wdzięczności za to, że spędzamy z nimi czas. Nie robimy tego z obowiązku, ale chcę, żeby wiedziały, że to lubimy, chcemy z nimi być, bawić się, robić coś wspólnie. Ale też niech wiedzą, że nie zawsze tak jest, że czasem ten rodzic obecny jest w życiu dziecka tylko ciałem. A tak naprawdę go nie ma. 


I na koniec tak się zastanawiam jak to jest z tym szacunkiem. No bo niby uczono mnie, że trzeba mieć szacunek do każdego prawda? Ale z drugiej strony, dzieci uczą się na przykładzie i jak taki maluch ma odwzajemnić coś, czego od rodzica nie dostaje? Bycie rodzicem z nazwy, chyba nie wystarczy. 



Kochani, życzę wam cudownego tygodnia, ma być naprawdę cieplutko (przynajmniej u nas) także korzystajcie z uroków jesieni. Jak to stwierdziły moje dziewczynki, pani jesień ma co robić, jeszcze tyle liści musi pomalować kolorowymi farbami, bo nadal są zielone :)




2 komentarze:

  1. Niedawno rozmawiałam o tym z moją mamą. Szacunek do rodziców dziś, a jakieś 30-40 lat temu to dwie różne sprawy, przynajmniej to moje zdanie. Kiedyś mówiło się, że "szacunek się należał" rodzicowi i kropka. Nie było ważne, czy rodzic traktował dziecko jak drugiego człowieka, czy jak powietrze, czy o to dziecko dbał, zajmował się, dawał dobry przykład, czy lekceważył, bił, pił itd. Szacunek miał być. Niestety są osoby, które do dziś mają takie myślenie.
    Całe szczęście, że dziś w wielu rodzinach sprawa wygląda trochę inaczej i dziecko traktowane jest jak człowiek. Że większość rodziców rozumie, że o szacunku nie trzeba mówić i go sobie "nadawać". Szacunek to waluta za miłość, bezinteresowność i poświęcony czas.
    Nie wiem jaka jest szczegółowa sytuacja rodziny, o której wspomniałaś, ale prawdą jest, że dzieci wiele widzą, od najmłodszych lat. Dlatego twierdzę, że wielu rodzinom biologicznym przydałoby się szkolenie podobne do naszego z OA, szczególnie z budowania więzi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. To taki dość trudny temat, bo z jednej strony każdemu należy się szacunek i to w sumie bez względu na to jak on Ciebie traktuje. Z drugiej jednak, skąd dziecko ma się go nauczyć, skoro rodzic olewa dziecko już tak to potocznie ujmę. Ale racja, te 30-40 lat temu dzieciaki czuły respekt w stosunku do dorosłych, a dziś? Dziś koleżanka mojej córki mówi do mnie "Sie ma" ;)
      Co do budowania więzi to zgadzam się w 100%

      Usuń