poniedziałek, 7 października 2019

Przedszkolna rzeczywistość.


zdj:pixabay
Zaczął się kolejny tydzień. Jak czas będzie płynął tak szybko to za chwilę będą Święta. Eh, a dopiero co wracaliśmy z wakacji :( Weekend u nas był słoneczny, choć dość chłodny. Szkoda, że tak szybko minął, bo mieliśmy cudownych gości, przy których czas płynie jeszcze szybciej :) Nie wiem, czy to właśnie dlatego, czy z wewnętrznej potrzeby, w piątek poświęciłam się myciu okien :) Choć wieczorem zaowocowało to bólem ręki, to byłam zadowolona z efektu, więc w zasadzie Święta mogą już przyjść (zanim deszcz znów zabrudzi czyste szybki) Zrobiłam też lekką dekorację jesienną, pomimo tego, że pelargonie nadal pięknie kwitną. Także na narożnym oknie przy wejściu jedna część jest jesienna a druga letnia ;) No, ale żeby nie było tak cudownie to uwaga, będę trochę narzekać. Na przedszkole, na rodziców innych dzieci, no i tak ogólnie :) 

Większość spraw organizacyjnych w przedszkolu, miała miejsce w czasie naszego urlopu. Byłam więc w kontakcie z zaprzyjaźnioną mamą koleżanki Elsy, by być w miarę na bieżąco. I doznałam pewnego szoku, ale do tego dojdę za chwilkę. Nasze przedszkole, a w zasadzie pani dyrektor jest bardzo ambitną osobą. Nie powiem, placówka cieszy się bardzo dobrą opinią w okolicy i dostać się do niej jest bardzo ciężko, gdyż znajdują się tu zaledwie 3 grupy. Nie wiem jakim cudem udało się zrekrutować Elsę, bo z Misią były przecież ogromne przejścia, zamienianie się itd. (pomimo, że miała dodatkowe punkty za rodzeństwo) Muszę z czystym sumieniem stwierdzić, że wszystkie nauczycielki pracujące w naszym przedszkolu to pasjonatki, które nie tylko uwielbiają pracę z dziećmi, bo to widać, ale przede wszystkim są bardzo dobrymi pedagogami. Robią z dziećmi bardzo dużo ciekawych rzeczy, wkładają wiele pracy i wysiłku w przygotowanie imprez i różnych innych zajęć. Wszystko super. Mam jednak takie uwagi. Może nie uwagi, ale przemyślenia i ciekawa jestem jak wy to widzicie i jak jest u was, w waszych przedszkolach. Zacznę może od płatności. Za opiekę do godziny 13 nie płacimy nic. Za każdą dodatkową godzinę (co deklarujemy na początku roku) należy zapłacić 1zł. I to jest ok, suma niewielka. Materiały biurowe - koszt około 40zł, też w porządku (biorąc pod uwagę 100zł , które wydawałam na ten cel w żłobku) Do tego przez ostatnie 2 lata płaciliśmy 100zł na Radę Rodziców (za 1 dziecko, 1 semestr) Gdy byliśmy na wakacjach, odbyło się zebranie rodziców, na którym przewodnicząca Rady zaproponowała 150zł, gdyż podobno panie miały problem z "wyrobieniem się" w tych 100. Czyli teraz, zamiast 200zł rocznie, płacimy 300zł. I tak naprawdę nie chodzi już tak bardzo o sumę, bo każdy mi powie, że marudzę, przecież dostaję 500+, ale chodzi o to na co te pieniądze są wydawane. Część z nich przeznaczona jest na imprezy, wycieczki, Dzień Dziecka. Ale argumentem pani z Rady było to, że np. brakuje im na prezenty na Mikołajki. Trudno mi jest uwierzyć, że kiedyś jakoś dało się za 200zł kupić prezenty, jechać na wycieczki itd. a teraz nagle potrzeba aż 50% więcej. Tym bardziej, że te prezenty absolutnie mi się nie podobają. Zabawka - ok. I tyle. Na tym powinni skończyć, a gdybyście zobaczyli ile tam jest słodyczy, to głowa by wam spuchła. To nie wszystko. Paczki wyglądają co najmniej tak, jakbyśmy nadal żyli w PRL, czyli pomarańcze, mandarynki, ananasy w puszce. No ludzie, w dzisiejszych czasach mandarynki dzieci mają na co dzień, a po co im ananasy? Czy to jakiś rarytas? Zanim dzieci dostaną paczki, część owoców jest już nieświeża, a ogromną ilość słodyczy musimy po prostu dzieciom wydzielać. Przecież wiadomo, że w tym okresie Mikołajkowo-Świątecznym, dzieci dostają ogromną ilość cukru w różnorodnej postaci, więc kompletnie nie widzę sensu kupowania dodatkowych bzdur na paczki w przedszkolu. Może jakiś lizak, czy coś drobnego. Wychodzi na to, że za nasze pieniądze kupowane są rzeczy, których ja nigdy nie kupuję swoim dzieciom. Wolałabym, żeby za te dodatkowe 100zł rocznie, pojechały na jakąś wycieczkę, albo obejrzały jeszcze jeden teatrzyk. Może się czepiam, ale takie jest moje zdanie. Ale cóż mogę zrobić, skoro podobno na wszystkich dwoje rodziców tylko było przeciw podwyżce. Na zasadzie potrzebne jest więcej? Proszę bardzo, przecież dzieciom nie odmówię. Ja też nie odmówię, ale myślę, że można by wydać te pieniądze na coś bardziej pożytecznego, a nie bzdury.

Kolejna rzecz to podręczniki. Powiem wam szczerze, że kiedyś nie miałam pojęcia, że w przedszkolu dzieci muszą mieć książki! To znaczy domyślałam się, że może w tej najstarszej grupie tak, bo to zerówka, ale czy naprawdę 3-latek musi pracować z podręcznikiem? No i tu też są takie dwie strony medalu. Z jednej to nie powiem, akurat moje dzieci lubią wypełniać jakieś zadania, ale z drugiej, czy naprawdę takie maluchy potrzebują książek? Jeśli u was czegoś takiego nie ma to już spieszę powiedzieć jak to wygląda. A więc dzieci mają taki cały pakiet, czyli podręcznik, ćwiczenia i jeszcze karty pracy, czy jakoś to się nazywa. W podręczniku są same obrazki. Ćwiczenia to albo coś to narysowania, do wycięcia, kolorowania. Takie zadania nie powiem, są fajne, ale czy naprawdę każde dziecko musi mieć swój obrazek przedstawiający pory roku? Czy nie wystarczyłoby, gdyby pani pokazała całej grupie 4 zdjęcia? Te książki zostają w przedszkolu, więc nie ma też możliwości z dziećmi wrócić do tego materiału w domu. Poza tym, gdy patrzę na cały zestaw z zeszłego roku i sprzed 2 lat (na koniec dostajemy wszystko do domu) to widzę, że nie wszystko jest tam zrobione. Niektóre zadania są wykonane nieporządnie i więcej z niż pożytku byłoby, gdyby dzieci może poćwiczyły w domu. Sama nie wiem. Na pewno dla pań jest wygodniej przygotować zajęcia przy pomocy książek, ale po prostu zastanawiam się nad zasadnością siedzenia dziecka nad podręcznikiem kiedy ma 3 lata. Przecież czeka go ileś tam lat nauki w szkole, a przedszkole to przede wszystkim nauka poprzez zabawę. Nie znam się.

Żeby nie było, te moje przemyślenia są z perspektywy rodzica, dzieci absolutnie nie narzekają na to, że muszą siedzieć z książką, czy robić coś, co nie sprawia im przyjemności. Rozmawiałam jednak ze znajomą, która jest dyrektorką przedszkola w innym mieście i ona doznała szoku, gdy dowiedziała się, u nas 3 i 4 latki mają podręczniki. U nich dopiero grupa zerówkowa pracuje z zeszytami ćwiczeń, uczy się liter i cyfr. Nauczycielki są zobowiązane do przygotowania pomocy naukowych, które potem wykorzystywane są dla innych roczników. Jeśli chodzi o płatność (miasto również w województwie mazowieckim) to jest to 40zł miesięcznie na Radę Rodziców, czyli jeszcze więcej niż u nas, bo za cały rok jest to kwota 400zł. Z tym, że kwota ta obejmuje już materiały biurowe, pomoce, imprezy, teatrzyk, a u nas za wszystko trzeba jeszcze płacić dodatkowo. Wprawdzie to i tak wychodzi taniej niż przedszkole prywatne, ale mnie tak naprawdę nie chodzi tutaj tylko o pieniądze. Tak jak wspomniałam, mogę te 100zł dodatkowo zapłacić, tylko niech to nie będzie wydane na bzdury. W zeszłym roku dzieci miały zorganizowane fajne wycieczki do muzeum, na farmę, gdzie uczyły się piec chleb i jechały bryczką, ale to było wszystko dodatkowo płatne. Pozostaje mi wyciągnąć kasę z portfela i zapłacić a z resztą rzeczy się pogodzić. Krzywdy dziecka tu na pewno nie ma ;)

No dobrze, ponarzekałam, więc mogę wracać do pracy ;) Piszcie jak jest u was, może po prostu przesadzam ;)

                               Wspaniałego tygodnia!








15 komentarzy:

  1. Nie przesadzasz i znasz moje zdanie, bo już ci o tym pisałam. To tylko w skrócie powtórzę, że po pierwsze primo rada rodziców nie jest płatnością obowiązkową. Ja także chętnie zrzuciłabym się na ten cel, gdyby, tak jak piszesz, dzieci faktycznie skorzystałyby na tym. Pisałam ci, jak było u dziewczyn - pieniądze rozpływały się w powietrzu, a za każde wyjście i prezent i tak trzeba było bulić. Na szczęście u nas te kwoty nie były wysokie, no i to była podstawówka... 300 zł w przedszkolu to jakieś nieporozumienie! Równie niedorzeczne, co podręczniki dla 3 latków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W szkole może nie jest obowiązkową płatnością, ale jak to sobie wyobrażasz, że można w przedszkolu nie zapłacić? Z tego masz np. Mikołajki, czyli moje dziecko jako jedyne nie dostaje prezentu? (no jakikolwiek on by nie był) albo masz wycieczkę na Dzień Dziecka, czyli moje musiałyby zostać w przedszkolu i tak dalej i tak dalej. W szkole jest inaczej, bo ta opłata nie "uderza" bezpośrednio w dzieci. Nie chcę sytuacji, że moje maluchy czują się w jakiś sposób gorzej, bo ich rodzice nie zapłacili. A tu widzisz, okazuje się, że 300zł to pikuś skoro w innym płacą 400 ;) Ciekawa jestem z jakiego budżetu u was w przedszkolu idzie na imprezy, prezenty, teatrzyki itd. Wiesz może?

      Usuń
    2. Nie wiem jak jest w przedszkolu, bo to dopiero początek. Mówię ci, że w szkole za Mikołajki i inne takie i tak płaciło się osobno. Nie szło na to ani z RR ani z klasowego.

      Usuń
    3. Tak w szkole wiem, ale dziwię się, że już październik i nie wołali od was żadnej opłaty na RR, ani żadnej składki. Ciekawa jestem więc, czy będę po prostu zbierać, czy może miasto dopłaca. Moja koleżanka np. nic nie dopłaca do przedszkola w sensie opieki (inne miasto), a my 1zł po godzinie 13.

      Usuń
  2. Kurcze, nie pamietam, zebym miala podrecznik w przedszkolu. Moje podopieczne, ktore chodzily do niego 15 lat po mnie, tez nie mialy. Nawet w zerowce. ;)
    Moje dzieciaki chodzily do przedszkola w innym kraju, jak wiesz, wiec obowiazywaly tu troche inne zasady. Nie bylo ksiazek ani cwiczen. Wszystkie prace wykonywane byly na kartkach wydrukowanych przez panie. W rezultacie bardzo potrzebny byl plecak, bo codziennie przynosili caly stos rysunkow, szlaczkow, przepisanych literek, wyklejanek, itd. :) Nacisk stawiano na nauke pisania imienia, znajomosc liter oraz motoryke mala, bo to bylo wymagane przy przyjmowaniu do zerowki. Nie zbierano pieniedzy na komitet (bo go nie bylo, haha) ale tez za przedszkole placilismy slono, oj slono - $880 miesiecznie. Wynikalo to prawdopodobnie z tego, ze Stan reguluje ilosc dzieci pod opieka jednej pani, wiec w klasie Potworkow, na okolo dwudziestke maluchow, przypadaly 3-4 panie. Pieniedzy na dodatkowe wydatki wiec nie zbierano, ale za to co jakis czas panie wystepowaly z prosba zeby kto moze doniosl np. wilgotne chusteczki, albo chlopieca bielizne, bo dzieciaki miewaly "wypadki" i czasem braklo rzeczy na zmiane. ;) Z racji, ze kraj multiwyznaniowy, nie bylo tu prezentow na Mikolaja, a te na koniec roku byly raczej pamiatkowe i praktyczne, jak torby z logo przedszkola i ksiazki z dedykacja.
    Co kraj to obyczaj. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na pewno nie miałam podręcznika. Dla mnie jakiś tam zeszyt ćwiczeń jest zasadny może u 5 latków, bo zaczynają uczyć się liter, ale 3-latki? Masakra. Chyba po to, żeby na ksero zaoszczędzić ;) Wyobrażam sobie to właśnie w sposób jaki opisałaś, rysunki, wyklejanki, kserówki i inne handouty ;) A macie w ogóle takie "państwowe" przedszkola w sensie dofinansowywane przez państwo z opłatą typu 1zł lub wcale? Ciekawa jestem. W US w ogóle nauka jest dużo droższa, pamiętam jak mój znajomy po 30 stwierdził, że wreszcie musi oddać kasę za studia do państwa, ale tłumaczył, że odsetki na edukację są niewielkie. W sumie to nie wiem, czy spłacił :D To chyba się nazywało student's loan czy coś.
      Ja uwielbiam takie pamiątkowe rzeczy, za to kocham Amerykanów: sweterki z logo, torebki i inne gadżety i to jest super!

      Usuń
  3. Mój starszak też chodził do publicznego przedszkola. U nas składka na radę rodziców to było 60 zł/miesiąc z tego były opłacane:
    1. Angielski 5x/tydzień
    2. 2 wycieczki w roku szkolnym
    3. Prezenty mikołajkowe + wizyta Mikołaja – dzieciaki dostawały jakąś lepszą lub gorszą edukacyjną zabawkę
    4. Teatrzyki, koncerty itp. Mniej więcej raz w miesiącu był teatrzyk, raz w miesiącu koncert i od czasu do czasu jakieś warsztaty plastyczne/przyrodnicze itp.
    5. Wszelkie materiały plastyczne, kserówki itp.
    Na koniec roku dostawaliśmy rozliczenie tego funduszu. Zawsze zostawała jakaś kwota ale nie taka żeby uzasadniać znaczące obniżenie tek składki. Miałam poczucie, że nie są to najgorzej wydane pieniądze ;-) .
    Co do podręczników to u nas zaczęły się chyba w 4-latkach. Wcześniej dzieci głównie rysowały, malowały, kolorowały, wyklejały, ewentualnie pracowały na jakiś kserówkach. Moim zdaniem to służy jedynie ułatwieniu pracy nauczycielek i w tych młodszych grupach jest zbędne. W 5-latkach już zaczęły się literki, cyfry więc tam podręcznik miał większy sens.
    Aglaia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matyldo! 60zł to jeszcze więcej niż u tej znajomej! W państwowym przedszkolu? Mnie wydaje się, że to sporo. No bo u nas wprawdzie jest te 300zł, ale w tym też masz angielski, wycieczki, imprezy okolicznościowe, prezenty. Materiały plastyczne 40-50zł na rok w zależności od grupy i dodatkowo płatne są teatrzyki (5-6zł) i prezentacje (ok10zł) w zeszłym roku pani przywiozła ule z pszczołami ;) Fajne to było. Do tego dzieci mają rytmikę, gimnastykę (w starszej grupie), religię (jeśli chcą, też w zerówce) "informatykę" i logopedię dla dzieci potrzebujących. Zgadzam się w 100%, że to dla wygody nauczycielki i tyle. W starszej grupie ma to sens, choć wolałabym chyba kserówkę, którą by przyniosły do domu.

      Tak dochodzę do wniosku po Twoim komentarzu, że zbłaźniłam się z narzekaniem ;) 300zł to pikuś wychodzi na to ;)

      Usuń
    2. U nas najwięcej z tej kwoty zjadał angielski. Tłumaczyli nam to w ten sposób, że w ramach podstawy programowej jest przygotowanie do posługiwania się językiem obcym nowożytnym – nie ma określonego wymiaru tych zajęć więc w sumie może być i 15 minut w tygodniu i niekoniecznie muszą do tego zatrudnić anglistę. Jak chcemy więcej, profesjonalniej i nie w ramach zajęć dodatkowych (po 13) tylko w ramach „normalnych” zajęć to jest to jedyna opcja. Z tego co się orientuję drugie publiczne przedszkole w naszej gminie ma ten angielski 2xtydzień ale nie wiem jak tam jest z opłatami i kto to prowadzi. Z tej kasy były też opłacane zajęcia logorytmiczne (1x tydzień) – takie zabawy językowe dla całej grupy. Indywidualne zajęcia z logopedą były dodatkowo płatne (chyba dopiero od zerówki były bezpłatne). Z tej kasy na radę rodziców płacone były też przejazdy na jakieś konkursy, zawody itp. Rytmika była w ramach podstawy programowej. Religii nie było bo nikt nie zgłaszał takiego zapotrzebowania.

      Ponieważ przez pierwszy rok nasze przedszkole było prywatne to i tak po przekształceniu w publiczne oszczędzaliśmy jakieś 500 zł/miesiąc.

      Podręcznika do angielskiego nie było – tak jak pisałaś dzieciaki uczyły się głównie ze słuchu. Czasem były jakieś rysunki do pokolorowania. Z ciekawości muszę zobaczyć jak wygląda podręcznik, który dzieci mają w zerówce.

      Aglaia

      Usuń
    3. Jak na angielski to tak, w porządku. Jeśli chodzi o religię to myślę, że nikt nie zgłaszał u nas potrzeby, po prostu jest i jeśli chcesz to dziecko chodzi, jeśli nie to nie (ale tylko 6-latki)
      To jeszcze napiszę Ci taką historię. Moi znajomi mieszkają koło Piaseczna, czyli hicior nie z Warszawy, żeby nie było ;) U nich przedszkole tak jak u Was zrobiło się "państwowe" i niby tańsze, ale nagle zaczęli wprowadzać jakieś dziwne opłaty i zasady. Na przykład z 8zł podnieśli za jedzenie do 16!! Wyobrażasz sobie? Za 16 to ja się wyżywię :D My płacimy właśnie 8zł. A dzieci dostawały dodatkowo jakieś drobnostki, czyli jabłko, serek na pewno nie warte aż tylu pieniędzy.
      Do tego jak dziecko jest nieobecne to nie zwracają za jedzenie (u nas odliczają wszystko) Wisienkę zostawiłam na koniec. Jeżeli rodzice zadeklarują pobyt od 8 do 15 to wcześniej malucha nie wpuszczą na salę. Kiedyś koleżanka stała pod drzwiami, bo przyszła o 7.55 .... Najgorsze, że to najbliższe im przedszkole, inne są przepełnione i drogie. Także taka historia.

      Usuń
  4. No to teraz napiszę Wam hit. Rys jest w żłobku, w grupie trzylatków. Jak go isray odbierałam, podeszła do mnie nauczycielka, mówiąc, że dzieci mają angielski, i pani od angielskiego zaproponowała zakup książek. Powiedziałam, że trochę mnie to dziwi, książki dla tak małych dzieci (mój Rys nie zna nawet kolorów jeszcze, co dopiero literki), poprosiłam o pokazanie tej książki. Okazuje się, że to jest taki cienki zeszyt, są tam obrazki, ale też jakieś piosenki, rymowanki. Więc myślę sobie, ok, niech ma, może coś tam porysuje, bo to na pewno jest tanie, toż to raptem kilkanaście stron w miękkiej okładce. Więcej ile ta "książka" kosztuje? 60zł...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurcze jak mnie wkurza ten słownik! Nie zwracajcie uwagi na dziwne słowa, to nie mój brak elokwencji, tylko widzimisię telefonu 🤦

      Usuń
    2. Oj kochana, niestety znam to właśnie z 3-latków jak starsza córka zaczynała. Podręcznik 65zł. Zrobiłam wielkie oczy... Sama kiedyś miałam zajęcia w przedszkolu i było to 15-20 minut zabawy, czyli piosenki, zabawy, wierszyki itd. tak żeby dziecko obsłuchało się z językiem, a nie poszło na egzamin FCE. U nas na szczęście zrezygnowała pani z tego pomysłu. Prawda jest taka, że dziecko w podstawówce w 1kl nie potrzebuje podręcznika ze słowami. Jeśli tak to bardzo prostymi, a w przedszkolu to nieporozumienie. Pani powinna pokazywiać obrazki całej grupie, uczyć ze słuchu, a nie najlepiej usadzić 3-latka w ławce niczym w szkole i niech pracuje z książką. Masakra. U mnie dzieci siedziały na kolanach i to jeszcze się kłóciły czyja kolej hahaha. A ja jedną ręką trzymałam je a drugą magnetofon, żeby nie spadł z biurka, czy stołu :D Jestem w trakcie pisania tego posta, którego Ci obiecałam, więc jeszcze coś dodam na ten temat.

      P.S. Ja wyłączyłam tę funkcję w telefonie, bo doprowadzała mnie do szału :D A ostatnio mój mąż pisze do kolegi z innego działu "Idziemy na chińczyka?" I zmieniło mu, czy idziemy na "chomika" hahaha no i teraz tak zostało już, że się na chomika chodzi :P

      Usuń
  5. U nas składka na radę rodziców to 50 zł rocznie i jest to wpłata dobrowlona. Drugie dziecko w placówce 30 zł. Te pieniążki "idą" w ostatnich latach na uposażanie placu zabaw. Jest on dość skromny, stąd taka potrzeba. Choć wiadomo, że są to drogie sprzęty, a wpływy raczej symboliczne, więc idzie to powoli. Koncerty, teatrzyki czy wyjścia są dodatkowo płatne, ale w skali roku nie była to jakaś porażająca suma. Od tego roku zaczną się wyjazdy, bo u nas jest tak, że dalsze wyjazdy to incijatywa rodziców. Pierwszy przed nami. Autokar i bilet do teatru to 40 zł, więc nawet jeśli będzie ich kilka, to też do przeżycia. Z pieniążków przedszkolnych są drobne upominki na dzień dziecka i mikołajki. Na święta jest wór słodyczy. W pierwszym roku bardzo się oburzyłam, ale jak już wiem o co chodzi, rozumiem. Są to wypracowane pieniądze i jest opcja, albo je wydajemy na żywność (a słodycze się w tym mieszczą, a trudno kupić kiełbasy na zapas), albo zwracamy. Rodzice mają co łasuchować :) Sporą kwotę wydałam na wyprawkę, a i tak była mocno okrojona, bo zostały zapasy z zeszłego roku. I podręczniki. Upewniałam się czy to nie akademickie, bo komplet kosztował 130 zł. Weszły teraz w pięciolatkach. Co placówka, to jak widać inne zasady.

    OdpowiedzUsuń
  6. Taaa...Bob też ma podręcznik. Wygląda jak kolorowanka.
    A u nas prezenty były ok, same malowanki albo gry, słodkiego na szczęście jak na lekarstwo.
    Szyby masz czyste??? Ech, też do niedawna miałam...ale jeszcze mnie czeka szorowanie ;)

    OdpowiedzUsuń