środa, 2 października 2019

TEN telefon i kolejna rodzina w komplecie :)


źródło:pixabay.com

Okres oczekiwania na propozycję dziecka jest najtrudniejszym etapem w całym procesie adopcji. Minęły już niestety te czasy, kiedy telefon dzwonił po kilku miesiącach, a czasem nawet tygodniach. I nie dlatego, że dzieci do adopcji nie ma. Są, tylko większość nie jest wolna prawnie, wspominałam już o tym całkiem niedawno. Rodzicom biologicznym daje się w nieskończoność kolejne szanse, podczas gdy dziecko jest coraz starsze i perspektywa normalnego domu odsuwa się w daleką przyszłość. Sami rodzice nie są zainteresowani oddaniem dziecka do adopcji, bo po co, skoro mają z niego korzyści. Program 500+, który akurat osobiście bardzo nam się przydaje, jest ogromnym wrogiem dzieci niechcianych. I wiele innych czynników wpływających na to, że tyle to trwa. Ostatnio dostaję sygnały od wielu osób oczekujących na telefon, że są albo na skraju załamania, albo utraty wiary, że kiedyś to wszystko dobrze się zakończy. Kochani, wprawdzie ja faktycznie na telefon nie czekałam długo, ale sama walka o dziecko to długie lata zakończone procedurą adopcyjną. Doskonale wiem jak to jest mieć nadzieję, że po wakacjach będzie lepiej, że może teraz coś się zmieni. Wiem, że można sobie tłumaczyć, że okres letni to taki przestój, który trzeba przeczekać, ale co, gdy on mija i nic się nie rusza? Nic nie możecie zrobić. To jest najstraszniejsze. Dlatego z pokorą przyjmijcie to, co na obecną chwilę jest wam dane, bo nie znacie dnia ani godziny, kiedy ten telefon w końcu zadzwoni. Właśnie dowiedziałam się, że jedna z par poznanych przeze mnie na kursie, w którym brałam udział jako mama adopcyjna, ma córeczkę. Bardzo cieszę się z tego powodu, mała jest przecudna i strasznie podobna do mamy :) Wiele razy powtarzam wam, że decyzja o adopcji była dla nas jak wygrana na loterii. Od koleżanki usłyszałam dokładnie to samo, że była to najlepsza decyzja w ich życiu, a że mama biologiczna jest młoda, to z otwartością czekają na rodzeństwo. Już nie liczą się lata bólu, rozczarowań i oczekiwanie na telefon. Jest tylko pełnia szczęścia i spełnione marzenia. Dlatego kochani życzę wam pomimo tego, że jest coraz trudniej, byście wytrwali i doczekali momentu, w którym wszystko to, co dzieje się teraz, będzie tylko wspomnieniem. Choć wydaje się, że jest cisza, to telefony dzwonią i pewnego, pięknego dnia zadzwonią również do was i tego dziś wam życzę :) 



8 komentarzy:

  1. Piękne i wzruszające :) Fajnie o tym piszesz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj Izzy
    Prawdą jest to co napisałaś, że nie ma dzieci do adopcji bo brakuje wolnych prawnie. A jest to warunek konieczny.

    A co do 500 plus i jego wpływu na "liczbę dzieci do adopcji".

    Świadczenie to nie przysługuje rodzinie na dziecko wobec którego pozbawiono rodziców władzy i/lub umieszczono je w RZ lub innej całodobowej placówce opiekuńczej.
    Tak więc nie można legalnie trzymać dziecko w DD lub RZ i jednocześnie pobierać świadczenie 500 plus.
    Jeżeli jednak ktoś tak robi to musi się liczyć z konsekwencjami.

    Ponieważ liczba dzieci w opiece zastępczej jakoś nie maleje można przypuszcza, że 500 plus jednak nie wpłynęło znacząco na to by rodzice chcieli odzyskiwać woje dzieci.

    No cóż... Trzeba mieć jednak motywację silniejszą niż chrapka na 500 zł co miesiąc z mops/gops.

    Ze statystyk wynika, że spadła głównie ilość adopcji małych dzieci do 1 roku.
    A:

    Zauważ, że znacząco wydłużyły się procedury związane ze zrzeczeniem się praw do dziecka.

    B:
    Może mniej matek decyduje się na oddanie dziecka z powodu biedy, z lęku, że nie starczy na pozostałe.

    Cóż...

    Na skrócenie procedur to raczej bym nie liczył i to bez względu na to jaka będzie w PL władza.

    No i co złego w tym, że mniej rodzin decyduje się na oddanie dziecka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłoby cudownie gdyby matki nie musiały zrzekać się dzieci i jeśli dzięki 500+, kosiniakowemu i czemu tam jeszcze nie muszą tego robić to super. Niestety dzieci ze zrzeczeń to nie tylko takie historie ale też rodziny bardzo wielodzietne, gdzie braki kasy do pierwszego to tylko wierzchołek góry lodowej a pod spodem jest jeszcze uzależnienie, przemoc, problemy psychiczne itp., itd. i tego żadne 500+ nie uleczy. Te dzieci trafią do „systemu” (pieczy zastępczej/adopcji) tylko później. Nie po 6 tygodniach jak przy zrzeczeniu czy po pół roku jak przy pozbawieniu praw gdzie rodzic nie interesuje się sprawą tylko w najlepszej sytuacji po roku, dwóch czy trzech a nawet więcej latach bo teraz taka RB składa milion pism, odwołuje się od wyroku sądu I instancji, składa wniosek o przywrócenie władzy itp., itd. A dziecko czeka i jego szanse na powodzenie adopcji maleją z roku na rok.
      Aglaia

      Usuń
    2. @Hephalump, chciałabym, żeby było tak jak piszesz, żeby świat był zbudowany z czekolady.
      W zasadzie Aglaia napisała wszystko. I to nie jest tylko to, że się zgadzam. Tak po prostu jest. Dzieci trafią do systemu jak to określiła, tylko później. To opinia ośrodków, osób, które na co dzień siedzą w temacie. Ostatnio usłyszałam przynajmniej kilka historii, w których dzieci czekają "na uwolnienie" kilka lat, a ich szanse na adopcję spadły prawie do zera. A w rodzinie biologicznej nie mieszkają odkąd skończyły 4,5 lat, czyli kiedy były naprawdę małymi dziećmi.

      Co zatem złego w tym, że mniej rodzin decyduje się na oddanie dziecka? Motywacja. Bo nie robią tego dla jego dobra, tylko dla własnych korzyści. Ja już wielokrotnie powtarzałam, że dla mnie program 500plus jest dobry, bo ja wykorzystuję te pieniądze we właściwy sposób, ale po jego wprowadzeniu masowo kobiety zaczęły wycofywać się z adopcji lub tak jak wspomniała Aglaia, złożyły wnioski o przywrócenie praw, zaczęły się nagle interesować dziećmi w placówkach. Taki przykład: w pieczy zastępczej było rodzeństwo. Matka nagle postanowiła "dać sobie kolejną szansę", po czym wybrała jedno z nich, to "lepsze" i zabrała do siebie, drugie zostawiając tam gdzie było. Po jakimś czasie uznała, że jednak nie jest to dobry pomysł i rodzeństwo znów było razem. Dla jednych tylko historia, a dla tych dzieci trauma na całe życie. Po co to? Czy nie lepiej, żeby trafiły do kochającej rodziny adopcyjnej od razu? Ja tu stawiam sprawę twardo, rodzic biologiczny ma jedną szansę, wtedy kiedy rodzi się dziecko. Jeżeli nie jest w stanie poradzić sobie z jego wychowaniem, niech zrobi to ktoś inny. I nie mam na myśli biedy, bo takim ludziom powinno, nawet trzeba pomagać, bo każdy z nas dziś ma, a jutro może nie mieć pieniędzy. Mówię o ludziach, którzy nagminnie zaniedbują swoje potomstwo i daje się im sto razy szansę na zmianę. A potem kończy się to tak, jak głośna sprawa sprzed kilku miesięcy, w której to dziecko wróciło do RB i dziś nie ma go już na świecie.

      + zmienił oblicze adopcji, czy to uznajemy czy nie. Mówią o tym same ośrodki, nie ja, więc z tym polemizować nie będę. Można być ślepym, ale faktów nie zmienimy.
      Jeszcze jedno. Bieda i lęk to mały procent. Większość przypadków to narkotyki, dopalacze, alkohol itd. coś, co powoduje ciężkie obciążenia u dzieci.

      Racja, nie zanosi się na to, żeby procedury były bardziej przyjazne, ale ja widzę tu przede wszystkim czynnik ludzki. To, że człowiek często nie robi nic, by pomóc dziecku, sprawić, by trafiło jak najszybciej do kochającej rodziny. A jawne zaniedbania wśród urzędników i traktowanie swojej pracy zbyt rutynowo sprawia, że cierpią dzieci.

      P.S. Jedna mama z mojego przedszkola ma dwoje dzieci. Sama je wychowuje. Wprawdzie teraz poszła do pracy, ale wcześniej żyła tylko z zasiłku i 500plus. Z ciekawości zapytałam ją ile była w stanie "wyciągnąć" Powiedziała mi, że 2700zł, bez wielkiego wysiłku. Tu dodatek, tam dodatek, tu jeszcze zniżka. Suma nie powali i nie zadowoli wszystkich, ale jest duża grupa takich, dla których wystarczy, wystarczy, by mieć na alkohol, jako takie jedzenie i czynsz. Więcej do życia im nie potrzeba.

      Usuń
  3. Tak, wiem, że ten post był do mnie :) Wiem, że muszę być cierpliwa, wiem, że warto czekać, że później zapomnę te ostatnie 10 lat i nawet jak mówiłaś będę młodsza, bo przecież te 10 lat się wykreśla z mojego wieku biologicznego :) Ja wszystko wiem, tylko tak jak przedszkolak - codziennie sobie zapominam na chwilę :)
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No oczywiście, że się wykreśla, już Ci mówiłam tyle razy ;)
      Coś Ci opowiem. Mój mąż kupił w wakacje na Allegro róże. Kiedy zobaczyłam przesyłkę to zbladłam. Dwa patyki z korzeniem, które wyglądały jak proca hahaha :D Najpierw trzeba było włożyć je do wody na 2 tygodnie, by je "obudzić", a potem do ziemi. Już w wodzie widać było, że zaczynają puszczać małe listeczki, a łodyżki zrobiły się bardziej zielone. W ziemi zaczęły puszczać coraz więcej liści, rosnąć aż wreszcie zakwitły :) Pisząc teraz do Ciebie tę odpowiedź tak mi się to przypomniało. Bo my jesteśmy kochana jak te róże. Najpierw trzymane w stanie wegetatywnym, ale gdy wsadzi się nas do wody, a potem do ziemi, to obudzimy się z tego snu i zakwitniemy pięknymi kwiatami. Myślę, że sama decyzja o adopcji to już ten pierwszy krok. Trzy róże z czterech kupionych już kwitną, ostatnią jesteś Ty, ona jeszcze czeka, ma tylko listki. Ale zakwitnie, jestem tego pewna. Po prostu niektóre gatunki potrzebują więcej czasu. Ściskam mocno :*

      Usuń
  4. Telefon po kilku miesiącach czy tygodniach... w naszym OA takie cuda i wcześniej się nie zdarzały zbyt często. Teraz jest jeszcze trudniej. My czekaliśmy rok. Może mi się zatarł w pamięci ten czas oczekiwania, ale najtrudniejsze były pierwsze tygdnie po kwalifikacji. Z jednej strony rozsądek podpowiadał, że tak szybki telefon jest niemożliwy, a serce... wiadomo. Później wszystko się unormowało, a jak przyszedł moment to, coś wyczuliśmy. I telefon mieliśmy zawsze przy sobie i słusznie. Druga kwestia, przed 500+ dzieci do adopcji za dużo nie było, a dom dziecka był pełen. Teraz jeden z okolicznych domów dziecka opustoszał, a cóż w tym dziwnego, konkretna kwota. Wcześniej kuszący był nowy garnitur, który dzieciaki dostawały w placówce, a po przepustce do domu rodzinnego wdzianka nie było. A co dopiero taka kasa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jakoś przyjęłam do siebie, że poczekamy i tylko rutynowo dzwoniłam do OA z pytaniem o postęp słysząc znane mi "Dzieci brak" Ale powiem Ci, że ja naprawdę odżyłam w momencie decyzji o adopcji, zaczęłam normalnie funkcjonować, cieszyć się z innych rzeczy, wiedziałam, że się doczekam, że to co robię, będzie mieć szczęśliwe zakończenie. Wyremontowaliśmy pokoik i czekaliśmy. Może nie długo, ale czekaliśmy. Myślę, że nawet gdyby to potrwało 2 lata, to nie zrobiłoby to na mnie wrażenie. Byłam mega pozytywnie nastawiona, wyciszona i pogodzona z tym, co ma nam być dane. :))

      Usuń