wtorek, 28 marca 2017

O Sylwii, czyli dlaczego adopcja ma sens


Kiedy miałam 8 lat przeprowadziliśmy się do nowego miejsca. Była to stara kamienica, dziś już troszkę wymarła, ale wtedy jeszcze tętniąca życiem. Jej mieszkańcy przedstawiali typowy przekrój pokoleniowy - od dzieciaków w wózkach do prawie 100-letniego pana Antoniego, który siedział na podwórku na swoim krzesełeczku i bacznie przyglądał się, co dzieje się wokół niego.
Jednym z naszych sąsiadów w klatce, było małżeństwo z córką zajmujące mieszkanie na parterze, jedna izba z kuchnią i łazienka do podziału. Sylwia, bo tak miała na imię dziewczynka, miała wtedy kilka miesięcy. Urodziła się zdrowa, bez żadnych komplikacji. Miała niestety to nieszczęście, że jej rodzice  byli alkoholikami. Do dziś pamiętam jak wystawiali wózek z małą Sylwią na podwórko a sami siedzieli w domu a alkohol lał się strumieniami. Potrafili przez kilka dni nie wychodzić na dwór a dzieckiem zajmowali się sąsiedzi. Byłam wtedy zbyt mała, żeby to wszystko zrozumieć, ale pamiętam, że któregoś dnia przyjechała policja i zabrała gdzieś dziecko. Rodzice zostali oddani na przymusowe leczenie. Myśleliśmy, że koszmar Sylwii się skończył, ale ku naszemu zdziwieniu po kilku miesiącach wszyscy wrócili. Jak działała wtedy opieka społeczna, czy rodzina miała jakiegoś kuratora, dlaczego nie odebrano rodzicom praw do dziecka - tego nie wiem, ale wiem, że gdyby nie sąsiedzi, to dziecko by nie przetrwało. Na dole, obok nich, mieszkała starsza kobieta. To właśnie ona zabierała Sylwię do siebie, gdy jej rodzice "szli w tany" jak to wszyscy zwykli mówić. Nie wiem, czy była to jakaś jej rodzina, ale na pewno zapewniła jej podstawową opiekę taką jak jedzenie, mycie, spanie w przyzwoitych warunkach. Czasem jednak Sylwia siedziała kilka dni ze swoimi rodzicami zamknięta w mieszkaniu. Były to te dni, kiedy jej rodzice dochodzili do siebie po wszystkich balangach.

Kiedy Sylwia miała kilka lat, stwierdzono u niej opóźnienia, mające ścisły związek z zaniedbaniem rodziców. Była na badaniach w poradni i tam stwierdzono, że jeśli rodzice wreszcie poczują się do obowiązku, to te opóźnienia umysłowe można zredukować do minimum, że można "wyprowadzić" to dziecko na prostą. Niestety. Dziewczynka nie miała szczęścia. Jej choroba pogłębiała się aż do tego stopnia, że jako nastolatka była już całkowicie uzależniona od osób trzecich - chodziła do szkoły specjalnej, ale nie umiała liczyć, tym samym nie znała się na pieniądzach, zachowania społeczne na poziomie 6 latki, słabe perspektywy na przyszłość. W którymś momencie, kiedy Sylwia była już duża, rodzice przestali pić, wzięli się za siebie i za swoje życie. Dla dziecka było już za późno, żeby odwrócić całe zło jakie jej wyrządzili, ale przynajmniej zaczęli się nią opiekować. Dostała pracę, typowo fizyczną, w zakładzie produkcyjnym, ale nadal nie znała się na pieniądzach, nie potrafiła więc sama poradzić sobie z wymaganiami dnia codziennego. Kiedy się z nią rozmawiało, na swój sposób była "szczęśliwa", rodzice nie pili, sprzątali jakieś biura i zaczęli żyć "normalnie" Dla niej to był szczyt marzeń-przecież innego życia ona nie znała, miała tylko to. W rozwoju pozostała taką właśnie 6-letnią dziewczynką, która cieszy się, że mamy zabrała ją na lody.

W którymś momencie jej życia, znów zmieniłam miejsce zamieszkania, rzadko więc się widywałyśmy. Po paru latach spotkałam ją przypadkowo na spacerze z matką - była w ciąży. Odchorowałam potem to spotkanie. Byłam bowiem w trakcie wielu niepowodzeń w staraniach o biologiczne dziecko. Żal i cierpienie rozdzierały moje serce, że ona może a ja nie. To takie niesprawiedliwe, pomyślałam wtedy. Sylwia wyszła za mąż za dużo starszego pana mieszkającego na wsi, który jak podejrzewam potrzebował kogoś, kto urodziłby mu dziecko, zajął się gospodarstwem i domem. Ona sama wydawała się szczęśliwa. Może właśnie w tym mogła się spełnić? Nie była niestety zbyt bystra, nadal uzależniona od drugiej osoby, może więc opieka nad dzieckiem i taki mąż to szczyt marzeń dla niej?
Minęło kilka lat, o Sylwii nie myślałam zajęta swoim życiem i swoimi problemami. Aż do pewnego dnia, kiedy to znów przypadkiem spotkałyśmy się w sklepie. Sklep ten znajdował się obok naszego ośrodka adopcyjnego. Byliśmy już wtedy rodzicami E. i przyszliśmy na spotkanie z J. Sylwia, choć przecież młodsza od mnie, wyglądała źle, wyglądała na zmęczoną i nie radzącą sobie z życiem. Sporo też przytyła, co sprawiło, że ta zawsze szczupła dziewczynka niestety nie wyglądała korzystnie. Nie miałam zbytnio ochoty wdawać się w rozmowę, ale ona chyba chciała najzwyczajniej  w świecie pogadać. Od "co słychać", "u mnie dobrze", przeszłyśmy do głębszych zwierzeń ( oczywiście nie moich a jej ) I tu, niczym łańcuszek, zaczyna się kolejna historia dziecka. A więc wtedy kiedy widziałam ją w ciąży, urodziła syna. Było to 6 lat temu. Synek urodził się zdrowy, tak jak kiedyś ona sama. Dziś jest w przedszkolu specjalnym, do którego Sylwia codziennie go wozi godzinę autobusem. Nie załatwia się nawet sam, nadal nosi pampersy.
Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, zresztą ona chyba nie oczekiwała jakichś cudownych rad, raczej chciała to wszystko komuś opowiedzieć. Pożegnałyśmy się, a w mojej głowie zaczęło kłębić się tysiące myśli. Rozmawiałam potem o niej z panią z ośrodka, żeby upewnić się w tym co myślę.

My rodzice adopcyjni, nigdy do końca nie będziemy znać prawdy o pochodzeniu naszego dziecka. Czy były w rodzinie matki biologicznej jakieś choroby? Czy niczego nie ukryła? Czy aby na pewno matka nie piła? Czy odżywiała się na tyle, żeby dziecku zapewnić podstawowe składniki? A może nienawidziła tej ciąży do tego stopnia, że rodząc się dziecko już ma zaburzenia więzi. Te i inne pytania zostaną bez odpowiedzi. W tamtych czasach, zagadnienia typu FAS myślę, że nie były znane. Być może była obciążona. Tego nie wiem. Ale wiem, że przez kilka lat było to normalne dziecko, po prostu zaniedbane. Gdyby Sylwia od razu trafiła do adopcji, myślę, że dziś miałaby szansę być innym człowiekiem, brakło jej powiem podstawowej opieki i miłości. Nikt nie nauczył jej jak być dziewczynką, kobietą, matką, człowiekiem. Każda płodna kobieta może zajść w ciążę, co więcej, może nawet dobrze opiekować się nowonarodzonym maluszkiem. Ale jak wiemy sama opieka nie wystarczy. Czy to nasze dziecko biologiczne czy adoptowane to musimy pamiętać, że trzeba włożyć ogrom pracy w jego wychowanie. Ja mam jedną zasadę. Po prostu kocham. Cieszę się z każdej chwili spędzonej razem. Ale i wymagam. Jestem konsekwentna do bólu jeśli chodzi o rzeczy, które wiem, że są dobre. Bez przymusu. Raczej sposobem. Uczę. Dzieci i siebie. Bo przecież jak widać po historii Sylwii to w nas zaczyna się życie. W nas rodzicach. Jeżeli zawiedziemy to ciężko potem wszystko naprawić. Zresztą takie dzieci nie potrafią tego naprawić. One powielają tylko schematy, które wyniosły z domu.
Nie wiem, czy synek Sylwii był obciążony genetycznie, tego się nie dowiemy. Ale wiem jedno. Gdyby i on wychowywany był przez innych rodziców, dziś mógłby być zwyczajnym 6-latkiem.

Chciałam wyrazić podziw wszystkim tym, którzy wychowują trudne dzieci, dzieci po przejściach, dzieci, które w momencie adopcji wiadomo było, że będą wymagały ogromu pracy i wysiłku,. Wychowanie dzieci bez problemów jest trudne, ale dzieci, które od początku wiemy, że nie będą "łatwe" tym bardziej. Mam ogromy szacunek do takich właśnie osób, które na co dzień zmagają się z różnymi chorobami odziedziczonymi po swoich rodzicach biologicznych. Ale to właśnie dzięki takim rodzicom, te dzieci i ich pokolenia będą mogły godnie żyć.


0 komentarze:

Prześlij komentarz