wtorek, 9 maja 2017

O pewnej małej rybce, czyli złap mnie jeśli potrafisz!

Nie wiem, czy to prawda, ale podobno człowiek jest jedynym ssakiem, który ucieka od matki. Pozostałe trzymają się jej kurczowo, póki nie będą na tyle samodzielne, by bezpiecznie oddalić się od swojego opiekuna. Jakakolwiek by nie była ta prawda, fakt pozostaje faktem, że w pewnym momencie dziecko wchodzi w taką fazę swojego rozwoju, że sprawia mu ogromną radość, gdy nam ucieka a my je gonimy.  
Nie wiem jak to się dzieje, ale nagle, te nóżki, które to dopiero niedawno nauczyły się chodzić, dostają jakiejś magicznej mocy i niczym Forrest Gump biegną tak szybko, że nim się obejrzysz, są już hen hen daleko. Fenomenem staje się to, że ten sprytny maluch, który przed momentem stał obok nas, nie tylko potrafi wymknąć się niepostrzeżenie, ale również gdzieś się zakamuflować, przyprawiając o zawał swojego opiekuna. Co gorsza, zanim ten się ruszy, potrafi wystartować w najmniej bezpieczne miejsce.

W swojej "karierze rodzica" było kilka takich sytuacji, mrożących krew w żyłach. Gdybym nie miała swoich dzieci, być może ciężko byłoby mi uwierzyć, ale to naprawdę moment nieuwagi, kiedy może dojść do tragedii.

Kiedy E. miała ok 1.5 roku, byliśmy w parku na spacerze. Powiedziałam jej, że zaraz pójdziemy na zakupy do Biedronki, która znajdowała się w pobliżu. Szła jeszcze moment grzecznie obok mnie, aż nagle zaczęła biegnąć nie oglądając się za siebie. Zanim minęła sekunda w której zareagowałam, ona już zdążyła się oddalić, a ja z przerażeniem patrzyłam na uliczkę ( niby taką między blokami, ale jednak) w kierunku której biegła. Oczywiście udało mi się ją złapać, ale co by było, gdybym była odwrócona i np. rozmawiała z koleżanką? Gdy zapytałam E. dlaczego się oddaliła, pokazała mi na Biedronkę, więc domyśliłam się, że "szła już na zakupy"
Dziś wiem, że dziecko w tym wieku nie ma poczucia przyszłości. Liczy się dla niego tu i teraz. Nie warto mówić mu co będzie za chwilę, bo uzna, że ta czynność właśnie ma miejsce.

 Są też oczywiście śmieszne sytuacje np. kiedy przychodzę odebrać dziewczynki ze żłobka, ubieram E. a w tym czasie panna J. płata mi figla i z uśmiechem na ustach i błyszczącymi oczami zmyka z pola widzenia. Próżno jej szukać w długim korytarzu. Nakładam więc szpitalne woreczki ochronne na buty i udaję się na poszukiwanie dziecka. I gdzie ją znajduję? Zwykle w pokoju socjalnym....

 Kiedy pojechaliśmy na wakacje w zeszłym roku, mieliśmy ogromny problem z E. ponieważ ciągle nam uciekała i kazała się gonić. O włożeniu dwulatki do wózka nie było mowy. Jako, że ogródek otaczający nasz domek nie miał furtki a tylko żywopłot, z łatwością mogła się z niego wydostać i wędrować. Nie pomagało zastawienie drzwi suszarką do ubrań i krzesłem, gdyż po prostu je odsuwała. Stały nadzór był więc konieczny. Któregoś dnia, zauważyliśmy, że E. wychodzi, więc niczym detektyw Rutkowski udaliśmy się za nią. Nawet się nie odwróciła! Kiedy wróciliśmy do domu, zrobiliśmy jej pogadankę na temat jej zachowania, oczywiście pogadankę na poziomie dwulatka, czyli staraliśmy się wytłumaczyć jej, że może się coś stać, że może ktoś ją zabrać.
Słowa te trafiły do niej dopiero wtedy, gdy zupełnie przypadkowo puściliśmy jej film o pewnej małej rybce...

Na wakacje zabraliśmy wtedy tylko odcinki Świnki Peppy, ale okazało się, że na dysku mamy stary już film "Gdzie jest Nemo" Nie przypuszczaliśmy, że po pierwsze tak małe dziecko może obejrzeć w całości film pełnometrażowy a po drugie zrozumieć główny jego sens. Film ten wywarł ogromne wrażenie na naszej małej dwulatce. Zobaczyła bowiem ona w nim to, o czym cały czas jej mówiliśmy. Nie przypuszczałam, Bardzo przeżywała, że "pan porwał Nemo i tatuś go szukał" Od tamtej pory kazała sobie puszczać film od początku jak tylko się skończył ( pominęliśmy jego początek, gdy ginie matka Nemo, gdyż uznaliśmy to za zbyt drastyczne)
Film ten, mimo, że nie przeznaczony dla tak małych dzieci, pomógł nam w ujarzmieniu "małego uciekiniera", który zobaczył na własne oczy, co może się stać, gdy nie słucha się rodziców. Codziennie więc rozmawialiśmy z nią na ten temat, ona sama opowiadała co się działo w filmie, nazywała uczucia ( Nemo był niegrzeczny, nie posłuchał tatusia, tatuś bał się, że Nemo się nie znajdzie, tatuś szukał Nemo i cieszył się, że Dory mu pomaga, żółwiki były grzeczne, bo słuchały rodziców itp.)

 Podobno, gdy dziecko jest malutkie, chcemy, żeby jak najszybciej zaczęło chodzić i mówić, a potem każemy mu siadać i być cicho. I chyba coś w tym jest ;)

Niedługo czeka nas wyjazd z J. dla której uciekanie jest wspaniałą zabawą, a złość w naszym głosie brzmi jak najśmieszniejszy żart. Na wszelki wypadek rybka Nemo niech jedzie z nami, kto wie, może znów się przyda ;)

6 komentarzy:

  1. Nas ominęła faza na uciekanie. Może raz czy dwa. Póki co Tygrys jest dość strachliwy i nie odstępuje nas na krok. Ale podejrzewam, że jeszcze wszystko przed nami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę. My od 2 lat uganiamy się za dziewczynami... Miały różne fazy: najpierw tylko starsza uciekała, bo młodsza była za mała, potem obie, a teraz już tylko młodsza, bo starsza wydoroślała i jest super. W sklepie idzie obok, ciągnie koszyk, pomaga w zakupach. Młodszą wypuścić to będziesz jej szukać między półkami ;)
      My staramy się od początku zachęcać dziewczynki do większej śmiałości i samodzielności, ale to pewnie też cecha osobowości. Moje są mega asertywne i domagające się swego.Od zawsze. Dlatego są takie wymagające. A Tygrys to Tygrys, teraz się czai, ale jak wyskoczy to pewnie nie raz pokaże swoją naturę ;)

      Usuń
  2. Świetny wpis!
    Patrząc na ruchliwość naszej Księżniczki, już teraz spodziewam się, że będę miała kogo gonić :) No i chyba czas powoli przeprosić się z Nemo. Jakoś nie lubię tej bajki, ale czego się nie robi dla edukacji najmłodszych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałabym powiedzieć, że się cieszę, bo przynajmniej nie będę sama, ale to chyba byłoby nie ładnie ;) A tak na poważnie to u mnie właśnie tak było, od samego początku dziewczyny miały parcie na wolność i niezależność, więc .... szykuj formę mamusiu!;) Co do Nemo to ja chyba dopiero się wczułam w tę bajkę jak E. się w niej zakochała. Wasza pewnie wybierze coś innego, co akurat do niej przemówi. Ja w życiu nie spodziewałabym się, że to akurat ten film będzie ważny. Sporo uczyła się też od Peppy - że trzeba myć ząbki, że George nie założył czapki i był chory więc trzeba nosić, że patrzymy na gwiazdy przez teleskop itd.

      Usuń
    2. Myślę, że często bagatelizuje się wpływ książek, filmów, gier i innych tekstów kultury na najmłodszych... a tak jak piszesz, dzieci chłoną te treści i wiele z nich naśladują. W świetny sposób (choć oczywiście po hollywoodzku przesadzony) pokazuje to film "Brzdąc w opałach" - oglądałaś może?
      Ja się wychowałam na Kubusiu Puchatku i choć pewnie brzmi to infantylnie, w pewnym sensie dostrzegam wpływ Puchatkowych wartości na swoje życie, nawet to dorosłe.

      Usuń
    3. Oczywiście, że pamiętam ten film i jak najbardziej się zgadzam :)Nie wiem, czy mam rację, ale wydaje mi się, że często rodzice nie mają pojęcia o czym dokładnie jest jakaś bajka albo co gorsza co w ogóle oglądają dzieci.
      Ja też się wychowałam między innymi na Kubusiu :) Do tej pory uwielbiam wiele cytatów i wcale nie uważam, że są infantylne. No chyba, że ja jako nauczycielka,która w zasadzie ze szkoły nigdy nie wyszła, trochę inaczej patrzę na życie ;)
      Na razie E. już wie, że Puchatek lubi miodek i bardzo przeżywa, że Kłapouchy jest smutny. Ciągle pyta mnie dlaczego i mówi, że musimy go pocieszyć... Masz jakiś pomysł jak?? :/

      Usuń