poniedziałek, 18 września 2017

Gdy odchodzi dziecko. Adopcja i pogodzenie się z prawdą.

Smutno mi. Kiedyś obiecałam sobie, że nie będę już zadawać w powietrze filozoficznych pytań typu Dlaczego? Dlaczego tak się dzieje?
 Wiem doskonale, że na takie pytania nigdy nie uzyskuje się  odpowiedzi, ale po prostu mi smutno, a one niczym deszcz tak nagle znów pojawiają się w mojej głowie.

Spotkanie


Jakiś czas temu połączył mnie temat adopcji z pewną dziewczyną. Znałyśmy się wirtualnie, ona jeszcze przygotowująca się do całej procedury, ja już po, z dwójką dzieciaków na karku. 
Jako, że nie mieszkamy od siebie aż tak bardzo daleko, poprosiła, byśmy spotkały się i na żywo pogadały o temacie adopcji. Oczywiście się zgodziłam, choć nie powiem było to dla mnie przeżycie nie mniejsze niż randka w ciemno (tak mi się wydaje, nigdy nie byłam ;) ) Śmiałam się, że muszę chyba kupić jakąś różę, żebyśmy się rozpoznały, ale okazało się, że nie było takiej potrzeby. 
Usiadłyśmy przy stoliku w przytulnej kawiarence i zaczęłyśmy rozmawiać. Na to co mi powiedziała, nie byłam przygotowana. Miałyśmy rozmawiać o adopcji, o procedurach, testach psychologicznych, dzieciach, a okazało się, że ... była w ciąży. W sumie to ucieszyłam się, pogratulowałam jej, nie raz się przecież zdarza tak, że dziewczyny zachodzą w ciążę w trakcie procedury, bo coś odblokowuje się w psychice. Usłyszałam jednak, że nie ma się z czego cieszyć. Ciąża bowiem, raczej nie rozwija się prawidłowo. 
Siedziałyśmy w tej kawiarni dobre 4 godziny, po kawałku składałam informacje, które mi przekazywała, by w końcu dostać całą układankę tego co się wydarzyło. 

Historia jak z horroru


Młoda dziewczyna, przed 30, nie może zajść w ciążę, udaje się więc po pomoc do lekarza naprotechnologa, poleconego przez koleżankę. Nie będę ukrywać, że wiadomości na temat naprotechnologii nie posiadam wiele, ale jak dla mnie nie jest to żadna alternatywa dla IVF, jak niektórzy twierdzą. Nie mam nic przeciw tej metodzie, gdyż jak kiedyś czytałam wiele Polek nie ma pojęcia, kiedy przypadają dni płodne. I to jest w porządku. Ktoś pomaga mi wyznaczyć dni płodne, dobiera odpowiednie badania, które ewentualnie należy wykonać w przypadku braku efektów. Nie każdy decyduje się na zapłodnienie pozaustrojowe, czy nawet inseminację i to różnych powodów: finansowych, religijnych itd. , ale mam wrażenie, że ktoś w tej historii, chciał po prostu zarobić na ludzkim nieszczęściu i naiwności. Nie wiem co trzeba zrobić, by zostać naprotechlonogiem, ale ten wspomniany lekarz, który ponoć ma sporo pacjentek, jest zwykłym internistą! Nie jest nawet ginekologiem! Nie wiem, czy zrobił jakąś specjalizację, czy kurs, czort wie, ale czy to znaczy, że w zasadzie każdy lekarz jest przygotowany do tego, by robić USG, by doradzać w sprawach niepłodności, by prowadzić ciążę? Byłam zaszokowana. 

Nigdy nie będziecie mieć biologicznych dzieci.


Po dwóch bezowocnych latach starań o ciążę, "lekarz" (pozwólcie, że napiszę właśnie w ten sposób) wystawia diagnozę. Bezpłodność. 
Otwieram jeszcze szerzej oczy. Na jakiej podstawie?, pytam. Kim jest ten człowiek, że dokonuje takiej diagnozy? Dziewczyna choruje wprawdzie na tarczycę, co jak wiemy może utrudnić zajście w ciążę czy też jej donoszenie, ale mam koleżankę, która po 4 poronieniach urodziła zdrową córkę. Da się? Oczywiście, ale była przez cały okres starań pod opieką dobrego lekarza.

Bezpłodność. Tak właśnie napisał na zaświadczeniu do ośrodka. Wobec wszelkich okoliczności Małżeństwo X decyduje się bowiem na adopcję. Po dwóch spotkaniach z paniami są zadowoleni, czekają na kolejne. 

Niespodzianka


Przed kolejnym spotkaniem w ośrodku, okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży. Szok. Totalny szok. No bo jak, skąd, przecież jesteśmy bezpłodni? 
Kolejne tygodnie to piekło. Dziewczyna okazuje się być osobą bardzo wrażliwą, jedzie jeszcze raz do swojego naprotechnologa, który stwierdza, że nie ma ciałka żółtego i daje od razu skierowanie na łyżeczkowanie. Dziewczyna postanawia skontaktować się z innym lekarzem. Ten twierdzi, że ciałko jest, beta nadal rośnie. Każe czekać. Ale jak tu czekać? Jak wytrwać? Jest strzępkiem nerwów. Kolejne badanie. I znów to samo. Jest szansa, trzeba czekać. Ale to już kolejny tydzień. Żeby było już po wszystkim, żeby zacząć już normalnie żyć. Ale jak tu żyć? Z jednej strony czasem ciąża kiepsko się zaczyna, ale dobrze kończy, z drugiej jednak widać, że coś jest nie tak. Krwiak. Kolejna trauma, ale kiedy dziewczyna myśli, że to wreszcie koniec, znów każą czekać. Krwiak się wchłania, plamienia ustępują. I znów to czekanie. W końcu diagnoza. Ciąża obumarła...

Jak to przetrwać


Jest czwartek, czy piątek, nie pamiętam dokładnie. Skierowanie do szpitala. Dziwię się, że zabieg dopiero w poniedziałek. To w końcu kolejne dni z obumarłym płodem, które mogą zaważyć na jej zdrowiu. Tak bardzo boi się narkozy, boi się, że się nie obudzi. Kilkanaście smsów dziennie zapewniających, że to rutynowy zabieg, sama przez niego przechodziłam. Żeby już było po, żeby było po...

Pogodzić się z prawdą


Każdy człowiek inaczej podchodzi do sprawy poronienia. Jedni traktują to jak środek, do zdobycia celu, czyli ciąży, inni zaś czują, że odszedł człowiek. Ja też tak to czuję. Przecież każdy z nas był kiedyś zarodkiem, płodem. Gdy obumiera zarodek, ból potrafi być tak samo silny jak przy śmierci. Być może łatwiej i szybciej można się z nim pogodzić, ale nie zawsze tak jest. 

W naszym ośrodku uważano, że powinno się pogodzić ze swoją niepłodnością, niemożnością posiadania biologicznego dziecka, zanim rozpocznie się procedurę. I wiecie co? Ja się  tym zgadzam, choć wiem, że niektóre osoby nadal przechodzą np. przez zabieg IVF i jednocześnie chodzą na szkolenie do ośrodka. Jest to dla mnie zrozumiałe o tyle, że bardzo długo czeka się na zakończenie procedury adopcyjnej i ludzie ci, wolą nie tracić czasu. Nie jest ważne dla nich, czy urodzi się dziecko biologiczne, czy nie. 
W porządku, ale czy przypadkiem nie okaże się czasami, że to dziecko adoptowane jest zamiast tego co nie wyszło? Ja osobiście nie potrafiłabym skupić się procesie adopcji i pełnym jej zrozumieniu, gdybym nadal myślała o dziecku biologicznym. Przeszłam przez wszystkie etapy leczenia, nie udało się a nadal pragnęłam dziecka. Uznaliśmy więc, że chcemy adoptować. 

Teraz na pewno zajdziesz w ciążę


Ileż to razy większość z nas matek adopcyjnych to słyszała. Ja również. I nie dociera do ludzi argument, że ja już naprawdę nie mam potrzeby starania się o dziecko biologiczne. Gdy słyszę, że No tak, ale to nie to samo, to zaczyna się we mnie gotować. Czy to, że dziecko rodzę sprawia, że moja miłość będzie silniejsza? No chyba jest tu coś nie tak. Jakkolwiek by nie było, ja zamknęłam wszystkie etapy, zanim podjęliśmy decyzję. Ale co ma powiedzieć bohaterka mojej historii? Tak jak pisałam, oczywiście zdarzają się ciąże w trakcie procedury, czy też już po adopcji, sama osobiście jestem przykładem niepłodności idiopatycznej, czyli teoretycznie mogę zajść w ciążę w każdej chwili. Szok? Pewnie i by był. Ale przez te wszystkie lata, pomimo tylu starań, wykonanych badań, leczenia, nikt nigdy nie postawił mi diagnozy, że jestem bezpłodna! 

Coś tu jest nie tak


Naprotechnologia? Tak, czemu nie, jeśli ma pomagać uzyskać ciążę. Naciągacze? Nie. A takim mi się wydaje być lekarz o którym napisałam ten post. Opinie o nim jako dobrym fachowcu, podyktowane są zapewne przez osoby, które były płodne, zdrowe i dzięki określeniu tych właściwych dni, mogły zajść w ciążę. Gdyby nie on, pewnie i tak by zaszły. Nie jest to więc dla mnie żadna magia. Można oczywiście winić ludzi, że naiwnie zaufali temu lekarzowi, ale czy myślenie w ten sposób pozwoli nam poczuć się lepiej? Co z tego, że winny jest kierowca, który potrącił pieszego na przejściu, skoro to on (pieszy) leży w szpitalu? 

Adopcja


Decyzję o adopcji Małżeństwo X postanowiło odłożyć, by przemyśleć, poukładać życie od nowa. Z jednej strony jest szansa na kolejną ciążę, ale jakim kosztem? Kolejnej traumy przy poronieniu? Leczenia? Wspomagania rozrodu? Ludzie, którzy zawierzyli ślepo jednej osobie, poukładali sobie wszystko, a okazało się, że prawda wygląda inaczej. Decydując się na adopcję, muszą być pewni, że tego właśnie chcą. Nie zazdroszczę. 

Ja


Od samego początku jesteśmy w stałym kontakcie smsowym (niestety dziewczyna nie jest w stanie rozmawiać). Zaangażowałam się emocjonalnie w tę historię, a żeby ją zrozumieć, musiałam przypomnieć sobie czasy, kiedy to ja stałam w gabinecie trzymając skierowanie do szpitala. Tak się złożyło, że pojechaliśmy wtedy z mężem najpierw na jego obronę pracy licencjackiej, czekałam na korytarzu aż wyjdzie a potem udaliśmy się do szpitala, by wyczyścili ze mnie to co pozostało po naszym dziecku, naszym szczęściu. 
Dziś wiem, że naprawdę zamknęłam ten rozdział w swoim życiu, niczym przeczytaną książkę, do której po prostu nigdy już nie wróciłam. Rozmawiając z nią o lekarzach, poronieniu, staraniach, nie czuję bólu, nie czuję już tych wspomnień. Ale czuję, że wszystkie te lata starań, zostawiły jednak ślad w moim sercu, zmieniły mnie, otworzyły oczy.

Dla Ciebie, jeśli kiedyś przeczytasz


Cieszę się, że jestem tu gdzie jestem. Na tym etapie życia. Nie było łatwo, ale jestem. Mam nadzieję, że i Ty kiedyś będziesz mogła powiedzieć, że rozumiesz teraz sens tego co właśnie się dzieje. Mam nadzieję, że wybaczysz mi, że opisałam po krótce tę historię, ale niech ona będzie przestrogą i informacją dla innych ludzi pragnących dziecka. Na razie się smucisz, ale zobaczysz, przyjdzie taki dzień, że będziemy się razem cieszyć :*

2 komentarze:

  1. Niestety, starania o dziecko są tematem angażującym bardzo głębokie uczucia i dlatego łatwo na nich zarobić. Myślę, że wielu jest takich pseudomedyków (reprezentujących przeróżne nurty i metody, nie tylko naprotechnologię), którzy wietrzą interes w ludzkich łzach i nadziejach.
    Bohaterce Twojego wpisu życzę wytrwałości i wiary w to, że zostanie mamą. Nie jest ważne, czy dzięki napro, IVF, czy adopcji. Ważne, że będzie trzymała w ramionach swoje dziecko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, całkowicie się zgadzam. Niestety niepłodność to przekleństwo naszych czasów i ... dobry interes. Ludzi jest tak dużo, że w którymś momencie stają się po prostu kolejnym numerkiem, który wywołuje się co 10 min do gabinetu...
      Dziękuję kochana za Twoje życzenia dla bohaterki mojego wpisu. Ja też mam nadzieję, że wszystko ma sens i ułoży się jeszcze lepiej niż ona sama tego chciała.

      Usuń